Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #326 (18.11.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 18 listopad 2013Numer 46/2013 (326)


W dzisiejszym numerze skupiamy się na młodzieży. Temat do tej dyskusji rozpoczęły wydarzenia z All-New X-Men oraz Avengers Arena. Do tego kolejna mini o Katakliźmie oraz start Marvel Knights poświęcony mutantom.

All-New X-Men #18
Gil: Mimo zmiany lokalizacji, teoretycznie wszystko wydaje się być po staremu. Zupełnie jakby jedyną prawdziwą przyczyną tej zmiany miało być danie okazji postacią z przeszłości, żeby teraz pobyli sobie z tą drugą grupą. Ot, tak dla kontrastu. No i dobra – jest to jakieś urozmaicenie. Jest też pretekst do zmiany strojów i użycia w dialogu frazy „All-new X-Men”. Chociaż nie jestem pewien, czy ta zmiana jest na lepsze… Niektóre z interakcji wychodzą całkiem fajnie. Zwłaszcza Kitty z Illyaną (bo nawiązuje do ich długiej historii) oraz Hanka z Magsem (bo jest pretty awkward). Nie podoba mi się jednak to, jak łatwo wszystkim, a zwłaszcza Kitty, przyszła zmiana stron. Rozumiem, że młodzi nie byli specjalnie zaangażowani w schizmę, ale Kitty określiła się dość mocno po stronie Logana, żeby teraz się wypiąć, chociaż właściwie nic w tym ostatnim konflikcie nie zrobił. A z rzeczy nadal fajnych dorzucę jeszcze rysunki. I ostatecznie dam słabsze 6/10.avalonpulse0326a%20%5B1600x1200%5D.JPG
Kminek: Niby fajnie, że nowe interakcje, niby fajnie, że inne spojrzenie, ale z drugiej strony... Matko jedyna, jaka z Kitty hipokrytka. Odeszła z Loganem, opuściła swojego "ukochanego" Rasputina (akurat fragment rozmowy z Magik odnoszący się do Piotra nawet zabawny był), odcięła się od Cyclopsa i, o ile mnie pamięć nie myli, nie chciała go w szkole Jean Grey z wizytą, a teraz nagle puf... nie ma tego wszystkiego! Cyclops jest super! Jak on wspaniale wymyślił z Weapon X! Niezły z niego agregat, chędoga i spryciarz! Z Magik - najlepsza komitywa, a co! Bobby Drake to zło, Kitty pragnie o nim zapomnieć! Ot tak! No cóż... Nie, nie podoba mi się ten motyw.
Prawie tak bardzo jak młoda Jean kłócąca się z biednym Hankiem. Wychodzi na to, że panna Grey może rozwalić zespół samą swoją obecnością. Swoją drogą to chyba ona różni się ze wszystkich oryginalnych X-Men najbardziej, w porównaniu do tej z hmmm... zwykłej, głównej linii czasowej. Ale, może się mylę, może Beast naprawdę się kochał w Jean od początku. I jeszcze ten zalążek flirtu z Angelem... Uroki burzliwego dojrzewania!
Wracając do pozytywnych aspektów. Rozmowa Hanka z Magneto, nawiązania do BotA, Bobby, na którego barkach spoczywa cały humor zeszytu, nowe kostiumy [chociaż pojawienie się ich jest troszkę niespodziewane] i komentarz Warrena, Grey vs Kukułki, zalążki nowych "romansów" no i mina Hijacka podczas konfrontacji trójkąta miłosnego. No i rysunki Immonena, którego kreskę uwielbiam - zdecydowanie in plus! 5/10.
Demogorgon: Wiecie, chyba będę kiedyś musiał przedstawić wam kilka terminów z Wrestlingu, bo to co ja tu widzę strasznie kojarzy mi się z WWE i tym, że gdy tam jakiś zapaśnik nagle zmieni strony, to nie tylko błyskawicznie zapomina o wszelkich zażyłościach z dawnymi kamratami oraz konfliktach z ludzi, którym jeszcze dzień wcześniej spuszczał łomot, ale też oczekuje się od widownii, że ona też o tym zapomni. I tak samo tutaj nagle Kitty jest na dobrej stopie z RIGHT Cyclopsem, nagle wszystko między nią a Illyaną jest nagle na dobrej stopie - no powiedzcie, że to coś innego od tego, jak taki Kane team-upuje się z Big Showem tydzień po tym jak zakończyli brutalny konflikt walką w klatce z użyciem krzeseł?
A po za tym, Scott i Hank z przeszłości to para seksistowskich buców. Hank to zazdrośnik ,którego nie obchodzi, że kobieta, którą jakoby kocha, podjęła, jak się okazało właściwą decyzją, jego obchodzi, że postąpiła wbrew temu, jak jej kazał oraz, że poprosiła o pomoc innego mężczyznę. Ona go nie obchodzi jako osoba, jej dobro się dla niego nie liczy, chce ją zamknąć pod kloszem jak jakiś okaz badawczy. Ten facet ma potencjał stać się w przyszłości oprawcą na miarę Ultimate Universe Hanka Pyma, Jean raz go pocałowała, a on już traktuje ją jako swoją własność. A Scott? Scott, który uważa, że Jean powinna zaakceptować, że w przyszłości maja się zejść i powinna paść mu w ramiona, bo to ich przeznaczenie. W ogóle go nie obchodzi jak ona sięz tym czuje, czego ona chce, uważa, że ma do Jean prawo i kobieta ma mu się podporządkować i dać to, czego chce. I obaj na pierwszy ślad trudności nie myślą o tym, co może być nie tak i nie próbują zrozumieć motywów jej postępowania, tylko uznają Jean za nie powiem co i zaczynają rozglądać za alternatywami. Wiecie, nie lubię JEan, ale UCIEKAJ DZIEWCZYNO! Ratuj się! Jeśli naprawdę chcesz się z kimś związać, poszukaj kogoś innego. Nawet jeśli chodzi ci tylko o seks to wszystko co nie ma kolców jest lepsze niż ci dwaj.
Soundtrack: Grenade
Krzycer: ...czy Bendis w ogóle słyszał o runie Gillena w Uncanny? Bo jego Illiana, jak by to ująć, ma niewiele wspólnego z tamtą Illianą.
Co powiedziawszy, podobał mi się ten numer. Trochę wyciszenia po nieszczęsnej BotA, skupienie na postaciach...
...i znowu zgrzyt, bo Kitty nagle znowu uwielbia Cyclopsa. Znaczy, super, ja też uwielbiam Cyclopsa, ale jeszcze niedawno Kitty aż tak nie uwielbiała Cyclopsa. Z drugiej strony, niepierwszy to przypadek kompletnej komiksowej amnezji z numeru na numer. Ale zazwyczaj towarzyszy ona zmianie scenarzysty (patrz: Illiana). Bendis po raz kolejny udowodnił, że jest nieprzeciętnym scenarzystą!
Mimo wszystko - podobał mi się ten numer.

Avengers Arena #17
Gil: Łojezusicku… Kiedy już myślałem, że granice głupoty w tej serii są tak daleko posunięte, że nie da się ich łatwo przekroczyć, Hopeless w jednym zeszycie zrobił to kilka razy. Długą tyradę mógłbym tu wypisać, ale zostawię tę wątpliwą przyjemność Demogorgonowi i skupię się na tym, co mnie szczególnie ubodło. Po pierwsze: Cammihawk. Myślałem, że Chasehawk był szczytem głupoty, ale nie… Autor najwyraźniej myśli, że dodawanie słówka hawk do imienia postaci ma sens. Ta, szkoda tylko, że oryginał nie miał na imię Darek… Poza tym, wyrywają sobie ten amulet, jak dzieci w piaskownicy grabki. A cała jego istota polega na tym, że wiąże się z ciałem nosiciela i nie tak łatwo go usunąć. Ale co tam – olać to. 4 teh LOLs! Po drugie: to wszystko, co dzieje się w podziemiach. Kiedy chciałem, żeby rozwinęli ten wątek absolutnie nie to miałem na myśli. Aż brak mi słów na opisanie tego, jak durna i naiwna jest ta zagrywka. Z pewnością zajmie szczytowa pozycję na liście „stupid things Apex does”. I znów znęcają się nad biednym Chrisem, jakby mało w nim było dziur. Po trzecie: cała ta bijatyka na plaży, która ciągnie się już któryś zeszyt i nadal nie ma sensu. Nawet już nie mam siły wymieniać, co w niej jest nie tak… Najwyraźniej rysownik również stwierdził w końcu, że nie warto się starać, bo jego prace tutaj są co najmniej pół poziomu niżej niż jeszcze kilka zeszytów wstecz. Zarezerwuje sobie najniższe oceny na finał, bo w tej chwili spodziewam się absolutnej tragedii. A teraz dam 2/10.
Krzycer: Uuu, cienko. Anachronism i Cammi jako jedyni zachowują się w miarę zgodnie z charakterem. Nico ogłupiona, Deathlocket i już-nie-Darkhawk kompletnie ogłupieni, Arcade... znowu - w kreskówce z Królikiem Buggsem taka ucieczka by pasowała. Tutaj - zamienia komiks o mordowaniu nastolatków w kabaret.
Drugi numer ostatniej historii rozczarowuje mniej więcej tak, jak poprzedni. Jest źle.
Demogorgon: Zacznijmy od pozytywów. Tak, są tu jakieś. Niewielkie.
Okej, zajmijmy się kwestią Nico próbującej zabić Cullena. Jak się okazuje, dzięki latającemu potworowi spagetti, tylko jego. Co w sumie mogę jeszcze zrozumieć, bo jeden z obrrońców serii wyjaśnił mi jak on to widzi - po tym co przeszła z rąk Katy, dowiaduje się, że facet może w każdej chwili zmienić w niepowstrzymanego potwora. I jeśli stracą ten jego magiczny pierścionek, mają przerąbane. W tej sytuacji i biorąc pod uwagę, że podobna przecież sytuacja z Timem skończyła się nie tylko jej śmiercią ale też Justona, jej akcje są zrozumiałe i można je nawet widzieć jako próbę znalezienia odkupienia za tamte fiasko. Stara się tylko chronić resztę, podejmując trudną decyzję. Oczywiście Hopeless przedstawia to w sposób który wygląda jakby sam nie wiedział, czy o to mu chodziło, czy chce zrobić z Nico szaloną wariatkę, ale koniec końców mogło być o wiele gorzej i ja idę z tą interpretacją. Jak widać fani Areny potrfiliby napisać lepszy komiks od Hopelessa.avalonpulse0326b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Oczywiście, jest tu dalej sporo problemów. Na przykład w fakcie, że Nico próbuje utopić Cullena, by przynajmniej miał szybką i bezbolesną śmierć. A Cullen potwierdza, że utonięcie takie jest. Wiecie, dwa pierwsze linki z wpisania odpowiedniego pytania w google dały mi następujące informacje: "It's not as fast as you may think. Body shuts down one organ at a time. They say it feels like your head is going to explode. Very painful." (tłumaczenie dla czytelników Pulse'a, którzy nie mówią po angielsku: "To nie jest takie szybkie, jak myślisz. Ciało wyłącza po kolei każdy organ. Mówią, że czujesz się jakby miała ci eksplodować głowa. Bardzo bolesne.") Oraz "One person who survived drowning said that inhaling water caused extreme pain in the chest and lungs, which was probably from muscular spasms. " ("Jedna z osób, które ocalały z tonięcia, powiedziała, że oddychanie wodą wywołuje ekstremalny ból w piersi i płucach, prawdopodobnie ze spazmów mięśni"). Myślę, że o ile Nico ma prawo o tym nie wiedzieć, o tyle Cullen już nie.
Druga sprawa - skoro Nico obwinia się o to, że, jak myśli, zabiła Deathlocket...to dlaczego to zrobiła? Jedyny powód jaki ja widzę to meta-powód (by czytelnicy myśleli, że przeszła na ciemną stronę) a, jak wiemy, tymi można się podetrzeć, są bezwartościowe.
Dobra, drugi pozytywny moment to fakt, że katy jest teraz po stronie Arcade'a. I to tylko dlatego, że szanse na jej śmierć właśnie wzrosły wielokrotnie. Bo sama scena jest jedną z najgłupszych w numerze. Ale może zacznijmy od początku.
Po pierwsze, przez własną głupotę Katy i Ryker pozwalają uciec Arcade'owi, który chyba nawiał z wyspy. Bo Chrisa nie winię, on właśnie wyszedł ze słoika i ledwo stoi. Ale co mnie najbardziej rozwaliło, to słowa Katy. Która, gdy Arcade się teleportuje, pyta, czy tylko ona się tego spodziewała. Jeśli się tego spodziewała, to mam pytanie nie mogła z tym czegoś zrobić? Bo wiecie, ona jest technopatką, która pokonała zabezpieczenia zbroi Darkhawka. A może nagle mam uwierzyć, że kosmiczna sztuczna inteligencja jest słabsza od firewalla przeciętnego ziemskiego superzłoczyńcy?
Kiedy Arcade składa Katy ofertę, jest to pokusa, którą mogę zrozumieć. Gdyby nie kilka problemów. Po pierwsze, czemu nie użyje ona swoich mocy aby skasować nagrania? Po drugie, dlaczego niby chce zaufać komuś, kto chwilę wcześniej ją oszukał? Jaką ma gwarancję, że on dotrzyma słowa? Jaką ma pewność, że Arcade wypuści edytowaną taśmę, która zrobi z niej bohaterkę? Jaką ma pewność, że nie będzie jej szantażował oryginałem, jeśli tylko będzie taka potrzeba? Jaką ma pewność, że nie dotrzyma słowa tylko po to, by ujawnić oryginał, kiedy już znajdzie się ona na szczycie by patrzeć, jak upada dla zabawy? Katy była krok od ocalenia wszystkich. Mogła wyjść z tego obronną ręką. Mogła to rozegrać rozsądnie. Tak, jestem morderczynią, ale też beze mnie by wszyscy zginęli. Miała okoliczności łagodzące. A teraz zaprzepaściła to, by podłechtać swoje ego. Ratując się przed konsekwencjami własnej głupoty zrobiła coś straszliwie głupiego. I w tym wszystkim wciąż nie widzi siebie jako potwora. Właśnie dziewczyno porzuciłaś szanse na ocalenie i zgodziłaś się popełnić masowe morderstwo by uniknąć konsekwencji swoich błędów. Czy to brzmi jak coś innego niż potwór? Nie? To, jak by to ujął Jaden z Bounds Beyond Time Abridged, cytuję: "WHAT THE HELL, MAN? WHAT THE ACTUAL HELL?"
No ale są rzeczy tak głupie, że nie ma w nich żadnych pozytywów. Jedną z nich jest Cammi.
Albo raczej powinienem powiedzieć, Peter Parker. Bo tym ona w tej chwili jest, drugim przyjściem tego hipokryty. Cammi, która nie widzi różnicy między zabiciem jednostki, by ocalić wiele istnień, a mordowaniem dla zabawy i zachowuje się, jakby to, co Nico robi było tak złe, jak morderstwa Apex. Która w takiej chwili jest bardziej przejęta tym, by jej było na wierzchu, by udowodnić, że ona ma rację i jej poglądy są właściwe, a nie ratowaniem ludzkiego życia. Jej dogmatyzm nie pozwala jej podjąć trudnych decyzji, a jednocześnie jest hipokrytką, gotową o mało nie zabić Chase'a i ukraść jego amulet, wycinając go nożem z jego piersi, aby tylko nie jej było na wierzchu. Nie wiem, naprawdę nie wiem, jakim cudem fajna postać, jaką była w Annihilation, zmieniła się w to. Może rzeczywiście opętał ją duch Petera Parkera?
A trzymanie łap na amulecie powinno ją zabić. Ostatnim razem gdy ktoś amulet próbował zabrać (War of Kings: Darkhawk #1), ten przejął kontrolę i go zdezintegrował. Nie jest to odkładnie ta sama sytuacja, ale precedens jest. Jasne, można by powiedzieć, że Hopeless mógł o tym nie wiedzieć. Gdyby Arena i Cosmic Marvel nie miały tego samego edytora. Bill Rosemann chyba dawno przestał nawet czytać, co mu Hopeless przynosi. Się nie dziwię.
A i jeszcze jedno. Cammi twierdzi, że Nico zrobiła z niej lepszą osobę. Jak by to powiedział Stone Cold Steve Austin - What?! One miały ledwo jakiekolwiek interakcje, a jeśli tak, to sprowadzały się do tego, że Nico podążała za rozkazami Cammi. Cammi nie zmieniła się ani trochę w czasie trwania tej serii. Jak niby Nico zrobiła z Cammi lepszą osobę? Stojąc tam i słuchając rozkazów? Dobra, prawda jest taka, że wiem, o co tu chodzi. Cammi w tej serii to skóra zdjęta z Shogo Kawady z Battle Royale - jeden z największych badassów w historii, którego umiejętności pozwalają przeżyć innym, a który porzuca część swojego cynizmu i bezwzględności pod wpływem Shuyi i Noriko. Oczywiście, że Hopeless chce ukraść też ten wątek, szkoda tylko, że zapomniał napisać o tej przemianie.
Rysunki są szkaradne, Kev Walker już się w ogóle nie stara, już od pierwszej strony funduje nam jedną paskudę za drugą. I mógłby się łaskawie decydować, jak ta głupia ręka Nico wygląda. Napierw to coś z kiepskiego anime (#12), potem rękawica rodem z prac Jacka Kirby'ego (#15), a teraz fragment kombinezonu z Dead Space. Stary, ja wiem, że ci się nie chce, ale daj spokój.
Soundtrack: Any Means Necessarry

Captain America: Living Legend #3
Gil: Thrillera science-fiction ciąg dalszy i nadal jest ciekawie. Dowiadujemy się nieco więcej na temat kompleksu, zbudowanego wokół Volkova, dochodzi wreszcie do konfrontacji między Rosjanami i Capem, a akcja posuwa się sporo naprzód. Niektóre zagrania są niestety trochę uproszczone, na przykład fakt, że akurat stop, z którego wykonana jest tarcza Kapitana, jest jedyną rzeczą skuteczną przeciwko zagrożeniu, a w decydującym momencie wypada z gry. Ale mimo wszystko, nadal jest to całkiem dobra i klimatyczna historia. I tutaj ponownie muszę podkreślić, jak wiele klimat zawdzięcza rysunkom. Podtrzymuję ocenę z poprzednich części, czyli solidne 6/10.

Cataclysm: Ultimate Spider-Man #1
Gil: Już to widziałem. Tydzień temu. W innym komiksie z Kataklizmem w tytule. On również pokazywał reakcję herosów – między innymi Spider-Mana – na przybycie Galactusa. I wyglądało to jakby inaczej… Czy lepiej, czy gorzej, ciężko mi powiedzieć, bo coraz mniej mi się chce zwracać uwagę na wydarzenia tutaj. Ale faktem jest, że ledwie się ten event zaczyna, a już się powtarzają i rozmijają w szczegółach. To nic dobrego. Jednak, jak wcześniej zapowiedziałem, nie będę wystawiał ocen.
Krzycer: Pff. Też sobie w Marvelu wymyślili, że wszyscy muszą dostać miniserię z okazji Kataklizmu. Dużo naturalniej byłoby, gdyby to był po prostu kolejny numer USM, bo tak właśnie się go czyta. A co za tym idzie, ocena będzie jak zwykle przy USM: fajne czytadło, powoli rozwijające ciągnące się do mnóstwa lat wątki. I jak zwykle - nastolatkowie świetnie Bendisowi wychodzą, ale już członkowie Ultimates nie mają wiele wspólnego ze swoimi wersjami pióra Millara, Hickmana czy kogokolwiek.
kuba g: Aha, czyli miniseria do Cataclysm jest w sumie następnym numerem USM tylko... nie rozumiem czemu nie można było tej historii pisać w regularnym tytule. Ale zdaję sobie sprawę, że to wszystko jest podyktowane tworzeniem sztucznej atmosfery końca Ultimate, które coraz bardziej wydaje mi się ściemą i żadnego końca nie będzie. Przez to, że w sumie ta mini to po prostu następny numer USM czytało się to dobrze i tyle. Tylko czemu nagle Ultimates zachowują się jak New Avengers Bendisa, z tą zmianą, że Thor jest tu Wolverinem?

Deadpool vol. 3 #19
Gil: I kończy się historia o dobrym, złym i brzydkim... właściwie, to w jednej osobie, bo chyba tak powinniśmy ten tytuł odnieść do treści. Finał skupił się bardzo mocno na przesłaniu pełnym moralnego niepokoju, wieloznaczności i odczuć głównego bohatera. Jak na Deadpoola to dosyć niekonwencjonalne, ale chyba właśnie o to chodziło. A wyszło… może nie porażająco dobrze, ale całkiem nieźle. Trochę za dużo było tego gadania o niczym, zwłaszcza, że w tym tygodniu nie brakowało go też w innych tytułach. Za to wstawki na rozluźnienie wyszły fajnie. I grafika nadal pasuje. Mogę naciągnąć do słabszego 6/10.

Fearless Defenders #11
Gil: Typowa sytuacja w Fearless Defenders Bunna: między poprzednim a obecnym numerem przeskakujemy w czasie i przestrzeni, żeby zgubić czytelnika, zaczynamy teoretycznie nowy arc, który na pozór nie ma wiele wspólnego z poprzednimi, potem robimy coś głupiego, żeby był comic relief, przy okazji wyciągając z kapelusza dawno niewidzianą postać, żeby połechtać nadzieje jej mikrofandomu, a na koniec walimy jakąś bitkę od czapy i ujawniamy, że to cały czas ta sama historia, a wszystkie rozbudzone nadzieje grzebiemy pod lawiną bunnshitu. Teraz podstawcie sobie do tego schematu Amazonki i Delphinę Gorgonę oraz Echidnę i Ariadnę (really?) w roli tych złych. A lawina? Oczywiście trzeba zignorować całą historię Amazonek i przeciągnąć je na ciemną stronę mocy obietnicą rozpierduchy. Ta, bardzo subtelne. Aaa… zapomniałem jeszcze o wciskaniu wszędzie lesbijek. A to przecież wyśmienita po temu okazja. Zwłaszcza, jeśli bohaterki znają się… całe 10 minut? Brawo, panie Bunnie! Zasłużyłeś Pan na 3/10.

Marvel Knights: X-Men #1
Gil: Jest jedna zasadnicza różnica między tą serią, a Spider-Manem spod szyldu Marvel Knights: tutaj mamy konkretną i spójną fabułę. W tym przypadku to ona tworzy klimat i góruje nad stroną graficzną. Czyli właściwie jest to odwrotność tej drugiej serii. Natomiast jeśli chodzi o szczegóły tej fabuły, to wiele w niej elementów typowych. I dla X-Men, bo obraca się wokół nowych mutantów. I dla historii z udziałem hillbillies, bo zawsze są bandą wrogo nastawionych półmózgów, a za wszystkim stoi szeryf. Na szczęście jest też parę nowych elementów, które sprawiają, że jest to ciekawa lektura. Dość ciekawa w kontekście przygód mutantów sytuacja, interesujące zdolności nowych postaci i tajemnica, która utrzymuje się do końca pierwszego numeru. Cliffhanger trochę zaskakuje, ale myślę, że nie jest tym, czym się wydaje. No i mimo dość topornych rysunków, grafika wpisuje się w klimat i współgra z treścią. Na zachętę dam więc 7/10 i na pewno poczytam dalej.
Krzycer: Hej, dzieci, chcecie, żebyśmy cofnęli M-Day? To teraz będziecie dostawać tuzin nowych mutantów miesięcznie, i to takich, których już nigdy nie zobaczycie. Cieszycie się?
...a w tym akurat wypadku powinniśmy, bo zapowiada się fajna miniseria. Jasne, już to widzieliśmy - X-Men jadą na zapadłą wieś po młodych mutantów - ale dostajemy to w bardzo ładnym wydaniu. Nietypowa kreska tworzy duszną, niepokojącą atmosferę, autor (rysownik i scenarzysta w jednym) nieźle czuje postaci, które pisze...
Jeśli miałbym się do czegokolwiek przyczepiać - a to naprawdę będzie szukanie dziury w całym - to będzie to niepotrzebne wciskanie tej mini w obecne continuity. Wstawki o Cyclopsie wypadają dziwnie (tym dziwniej, że w tym samym tygodniu ukazało się ANXM, gdzie Kitty jest najlepszą psiapsiółą Cyke'a), zwłaszcza fragment, który sugeruje "wyścig zbrojeń" - że niby wszyscy mutanci są rekrutowani przez jedną lub drugą stronę, co ewidentnie prawdą nie jest i nie może być, skoro M-Day zostało odwrócone i mutantów znowu jest dużo.
Ale poza tym - zapowiada się fajna rzecz, jeśli utrzyma poziom, to może nawet zacznę czekać na trejda.
kuba g: Kibicuje tym mini wychodzącym teraz pod szyldem Marvel Knights, nawet jak nie uda się przywrócić świetności tej linii to może uda się stworzyć nową tradycję, która dalej pozwoli bardziej indie scenarzystom tworzyć swoje historie z trykotami nie uwiązanymi w restrykcyjną politykę Marvela co do nich. I mam powód kibicować tej mini, postaci z obozu X-Men od Wolverine zachowują się o wiele bardziej tak jak chciałbym je widzieć w innych seriach, małe to zmiany ale już przy zachowaniu Wolverine'a widać zmianę na plus. Bez spoilerowania zbytnio: motyw małego miasteczka, ze swoimi dziwnymi mieszkańcami i zachowaniami zawsze się sprzedaje, to pierwszy plus, dobre rysunki z fajnym i prostym pomysłem na ukazanie mocy nowej mutantki... tylko ten przeciwnik z ostatniej strony już mnie nudzi.

Savage Wolverine #11 (one-shot)
Gil: Finałowa odsłona tej historii przynosi nam dość nieoczekiwane rozstrzygnięcie. Albo raczej przyniosłaby, gdyby to rozstrzygnięcie było pełne. Okazuje się bowiem, że wszystko to było częścią jakiegoś eksperymentu, dążącego do wyprodukowania całej serii małych Wolverinów, a dzieciak, z którym bujał się Logan był jednym z obiektów. Niestety, zabrakło kontekstu i wyjaśnienia, kto, jak, gdzie i po co to wszystko zorganizował. Pewne wyjaśnienia są, owszem, ale mocno niepełne. Skupiły się raczej na pewnym fragmencie tej całości i doprowadziły go do końca, ale nie pokazały większego obrazka. Nie wiemy nawet, czy to były klony, czy jakieś przypadkowe dzieciaki, co stawia pod znakiem zapytania cały sens tego eksperymentu. Ale przynajmniej zachowano klimat historii, który sam w sobie wart był obcowania z tym numerem. To jednak trochę za mało na ocenę wyższą niż 5/10.

Superior Foes Of Spider-Man #5
Gil: No, to w końcu dotarliśmy do czegoś konkretnego. Sinister (Screw_the_Math) Six przeprowadzają swoją wielką akcję, z właściwym sobie brakiem gracji, ale ostatecznie dochodzą do celu, którym jest… nie to, czego się spodziewaliśmy. A tymczasem, to czego się spodziewaliśmy wypływa w zupełnie innym miejscu i trafia w ręce zupełnie kogoś innego. Innymi słowy, nadal mamy świetny komiks, w którym największą atrakcją są postacie, ale i fabuła nie ustępuje jakością. Nawet rysunki wyglądają lepiej. Sam początek był co prawda nieco obok tematu, ale ciąg dalszy zdecydowanie to nadrobił. Domyślam się, że kolejny numer będzie zakończeniem tej historii i czekam na niego z niecierpliwością. W tym tygodniu jest to zdecydowany lider, z mocnym 7/10.
Demogorgon: To było piękne. od świetnej, różnie niepokojącej, co zabawnej sceny z Owlem, ze świetnym podsumowniem Boomeranga, przez świetnego Overrdive, genialne połączenie głupoty i wredoty Boomeranga, lochy Owla, aż po piękną końcówkę - chciałbym się rozpisać, ale ja chcę, byście to przeczytali. Jeśli nie kupiliście tego komiksu to zapytam o jedno - czemu nienawidzicie zabawy? Do sklepów!
Krzycer: Perełka. I piąte z kolei zaskoczenie - wszystko, co Spencer dotąd zrobił dla Marvela było marne, mierne lub jeszcze gorzej. Tymczasem tutaj, miesiąc w miesiąc, jest świetny.
Ale - zawsze jest jakieś ale - formuła luźnej komedii pomału się wyczerpuje. Tak, to komedia akcji, wątki głowy Silvermane'a i przekrętów Bumeranga pomału się rozwijają. Ale bohaterowie, poza Bumerangiem (w którego głowie siedzimy, dzięki narracji), pozostają jednowymiarowi. To o tyle rozczarowujące, że takie postaci jak nowa Beetle czy Overdrive to świeżynki i Spencer ma unikalną okazję, by stworzyć ich charaktery od podstaw. Na razie z niej nie korzysta. Zwłaszcza w wypadku Overdrive'a.
Nie pierwszy raz porównam SFoSM do X-Factor PADa - jest równie zabawne. Teraz życzyłbym sobie, by SFoSM choć w połowie miał tak wyraziste i dobrze poprowadzone postaci, jak X-Factor.

Superior Spider-Man #21
Gil: Muszę przyznać, że całkiem nieźle udało się Slottowi wyprowadzić większość wątków w tej historii. Najsłabiej wyszedł cały motyw ze Stunner, bo tutaj można było przewidzieć, że Otto jednocześnie postara się ją wyeliminować z gry i dać do zrozumienia, że nadal żyje. Z tego wyszło jednak całkiem sprytne rozwiązanie motywu z doktoratem. Oczywiście można wskazać w nim sporo naiwności, bo wszyscy powinni wiedzieć, że Parker współpracuje z Pajęczakiem, a nie z Octopusem, ale też można zrzucić to na karb głupoty samego Kinola, który łyknął pomysł. Najciekawszy okazał się jednak motyw Carlie, która wpada w łapy Goblina. Przez pusty grób Ottona. Widać wprost, że scenarzysta nakierowuje nas na pomysł, że Goblinem może być prawdziwy Parker, ale myślę, że jeśli już chce pójść w tym kierunku, to raczej przez fakt, że zielony jakoś spróbuje przywrócić do życia Octaviusa. Co byłoby dość ciekawym pomysłem. Szkoda tylko, że nie wykorzystano okazji, by zrobić kuku Annie, bo byłaby to ciekawa lekcja na temat power and responsibility dla pana Superiora. Ale i tak całość czytało się dobrze i wyglądało to również nieźle. Myślę, że naciągając lekko przez pryzmat oczekiwań, mogę dać nawet słabsze 7/10.
Krzycer: Za prosto. Strasznie prosto. Było fajnie, ale zamknięcie sprawy zagrożenia, jakie Don Lamaze stwarza "Peterowi" w jednym numerze rozczarowuje.
No, ale przecież trzeba zrobić miejsce dla wątków Goblina. Który - obstawiam to już dziś - ostatecznie też okaże się rozczarowaniem, jak większość wątków Slotta.

Thor: God Of Thunder #15
Gil: Rany, ależ mnie męczy ta historia... Mam wrażenie, że coraz bardziej uderza w ton Wolverine & The X-Men i oddala się od poprzednich arców tak bardzo, jak to tylko możliwe. Zarówno treścią, jak i klimatem. Malekith szaleje po kolejnych krainach jak diabeł tasmański z kreskówek, a Thor & The League of Misfits biegają za nim, nie bardzo wiedząc, co robić. I zamiast robić cokolwiek konstruktywnego, marnują czas na zabawach w knajpach. Nic więc dziwnego, że najbardziej atrakcyjną częścią numeru była końcowa potyczka, w której coś się działo. I tu pojawił się całkiem fajny pomysł z gigantem, strzelającym drzewami z ogromnego łuku. O ile zmysł inżynierski mówi mi, że to niewykonalne, o tyle fanboy w środku krzyczy: AWESOME! Ale ten jeden pomysł zdecydowanie nie wystarczy na dobrą ocenę dla tej pastelowej parodii i zakończymy na 4/10.
kminek: Do sagi z Gorrem to się nie umywa, ale i tak jest nieźle. Może trochę cukierkowo, może i niezbyt to głębokie, ale mnie ta przygoda wciąga. Odkrywanie tajemnic i zwyczajów ras zamieszkujących Dziewięć Królestw jest równie wciągające jak pogoń za Malekithem.
Także samo odejście jednego z członków Ligii [Sprawiedliwych?] ukazane jest w wyrazisty sposób. Malekith, choć pojawia się okazjonalnie, to zawsze ma coś trafnego do powiedzenia. A i cliffhanger też całkiem całkiem. 7/10.

Wolverine vol. 5 #11
Gil: Kolejna historia, która zaczyna mi się niemiłosiernie dłużyć. Mam wrażenie, że był to zeszyt poświęcony jedynie na rozciągnięcie, bo nic właściwie nie wnosi do większego obrazka. Cały czas siedzą w centrum handlowym, sporadycznie nękani przez ninja i dużo gadają. Okej, dialogi Cornella mają swój urok i dobrze oddają relacje między Loganem i Kitty, ale poza tym są praktycznie o niczym. Ot, trochę bulbotania o sensie życia i bólu istnienia. Jest też parę scenek, które są moooocno naciągnięte. Wolviek nie raz obrywa mieczem i nadal brnie naprzód, chociaż powinien paść już po pierwszym ciosie zwłaszcza, że tylko adamantowy szkielet uchroniłby go przed przecięciem w pół. Ale za to chyba możemy winić rysownika, który solidnie przesadza w scenach walki. Natomiast wątek wirusa przewija się w tle niemal niezauważenie, bo tylko w jednej scenie i już zupełnie niczego nie wnosi. Tym razem będzie to tylko 4/10.
Krzycer: Chyba przegapiłem poprzedni numer. I jakoś w drugiej połowie tego nawet zacząłem żałować, bo jednak ten pozbawiony mocy Wovlerine fajnie Cornellowi wychodzi.
Szkoda, że w dalszym ciągu ten wątek przeplatany jest motywem wirusów z Microverse...

 X-Men: Gold #1
Gil: Dla tych wszystkich, którzy liczyli na jakieś porządne wydanie rocznicowe mam jedną wiadomość: Buahahahahahahahaaha! Na pewno nie tego się spodziewaliście, co? Zlepka pozbawionych treści miniatur, napisanych przez emerytów. Tylko dwie z nich nie wywołały u mnie reakcji sprzeciwu: pierwsze spotkanie Banshee i Sunfire oraz ta, w której Wolviek analizuje metody wykończenia swoich nowych znajomych (chociaż tu tylko do pewnego momentu). Cała reszta, to właściwie strata papieru, bo jest o niczym. Claremont zapomniał już, jak mają na imię jego postacie, Stan Lee rzucił cokolwiek, a Nicieza poleciał obok tematu. Ja wiem, że należy im się szacuj, za dokonania z przeszłości, ale właśnie dlatego trzeba również powiedzieć wprost, że tutaj nie pokazali nic ponad to, że zasłużyli już na spokojną emeryturę. Rysunki również były kiepskie, bo nie udało się ściągnąć sław, dorównujących scenarzystom. Zwłaszcza wpiły mi się w pamięć koszmarne proporcje z pierwszej historyjki. Jedynym prawdziwym plusem tego wydania pozostaje więc okładka. I dlatego wystawię najwyżej 3/10.avalonpulse0326c%20%5B1600x1200%5D.JPG
Krzycer: Jak na "świętowanie 50 lat historii mutantów", to strasznie kuriozalnie dobrano te historyjki. Zacznijmy od tego, że najwyraźniej "50 lat historii mutantów" skończyło się w latach 90. Dodajmy do tego jeszcze dziwniejszy fakt, że dwie z pięciu historyjek rozgrywają się tuż przed/w trakcie Giant Size X-Men #1 i wychodzi... zmarnowana okazja. Szkoda, bo zamysł był fajny - gdyby tylko redakcja wykazała się konsekwencją i np zamiast słabszej z dwóch historyjek okołoGSXMowych dała np jedną z okresu Morrisona i już byłoby lepiej.
Tyle ogólnie o konstrukcji tego one-shota. A w szczegółach?
W szczegółach wypada to mniej więcej tak, jak można się było spodziewać. Claremont sobie dyrda po swojemu (tuż po odwołanym ślubie Logana z Mariko), bohaterowie prowadzą wewnętrzne monologi na głos, wszyscy mówią sobie rzeczy, które już wiedzą i deklarują, jakie mają moce, a każdą wolną przestrzeń wypełniają dymki z narracją. Stary Claremont, jaki jest, każdy wie. O stronie graficznej napiszę tylko tyle, że nie przeszkadzają mi zaskakująco męskie bohaterki, ale przeszkadza mi nastoletnia Kitty, której figura niczym się nie różni od figur pozostałych, dojrzalszych bohaterek.
Stan Lee robi dokładnie to samo (z oryginalną piątką <w swoim oryginalnym czasie>), dokładnie naśladując swój styl sprzed 50 lat, ale przynajmniej zajmuje tym 1/3 miejsca, na którym rozwalił się Claremont, i ot choćby dlatego jest znośniejszy.
Roy Thomas - muszę przyznać, że nie kojarzę faceta - daje nam dziwaczną historię o przypadkowym spotkaniu Bansheego z Sunfire'em jakoś przed GSXM#1. Szczerze mówiąc tylko ją przekartkowałem, bo czytanie tych dialogów było bolesne. A zaskakująca więź łącząca tych dwóch - której nigdzie indziej nie uświadczymy, a u podstawy której leży... zamiłowanie do amerykańskiej muzyki...? - jest tak kuriozalna, że nawet nie wiem, jak to ująć w słowa. Co chyba w ostatnim zdaniu widać.
Historyjka Lena Weina - banalna w konstrukcji, niespecjalnie zaskakująca w treści - jest chyba najlepsza z całego zbiorku. Ot, Wolverine duma w trakcie GSXM, nie słuchając Cyclopsa i Xaviera. Zamiast tego rozważa, jakby sobie poradził z pozostałymi mutantami w pomieszczeniu. Banalne? Banalne. Ale fajne. I fikuśnie narysowane (choć Xavierowi a la zasuszony urzędnik mówię zdecydowanie "nie").
Na koniec Fabian Nicieza przedstawia alternatywną, utopijną wizję świata, w którym Xavier i Magneto zaprowadzili pokój między ludźmi i mutantami. Ale zaraz, przecież Marvel reklamował tego one-shota hasłem "to wszystko jest kanoniczne i in-continuity", czyż nie? Ależ tak.
I tu pojawia się problem... chociaż czy ja wiem, czy to problem? W każdym razie: "zaskakujący zwrot akcji" z ostatniej strony jest sygnalizowany na każdej poprzedniej stronie (...oczywiście, historyjka liczy zaledwie parę stron, więc gdzie indziej miałby być zasygnalizowany? Miejsca nie ma!). Ale to nadal fajny dodatek do znanej historii. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że byłby jeszcze fajniejszy, gdyby go rozbudować, pokazać więcej tego świata - albo gdyby rozbudować scenę spoza tego świata.
I jeszcze raz ogólnie: szkoda, że tyle miejsca oddano Claremontowi, bo np. historia Niciezy mogłaby skorzystać na paru dodatkowych stronach. Oraz - powtórzę się - szkoda, że w tym świętowaniu nie uwzględniono niczego z ostatnich kilkunastu, niemal dwudziestu lat.
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.11.13
AgentsOfShieldBanner.jpg

Agents of S.H.I.E.L.D. - 1x07 "The Hub"

Krzycer: Po raz pierwszy miałem ochotę wyłączyć odcinek już koło 10 minuty. A potem koło 15. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej.
Jak można pokazywać SHIELD jako bezlitosną organizację, jeśli w tym samym odcinku nasi bohaterowie nie lądują na bruku/w pierdlu za wszystkie akcje, które odstawiają? Poza tym: im bardziej odcinki skupiają się na Fitzu i Simmons, tym bardziej ich nie lubię, więc coś tu zdecydowanie nie działa. Poza tym wszystko w tym odcinku zgrzytało - dialogi, humor... Wszystko.
Z nikłych pozytywów: Melinda May ma najzabawniejszą scenę w odcinku w reakcji na słowotok Coulsona. No i dostaliśmy Victorię Hand. A raczej blady cień Victorii Hand. Zawsze coś, i tak była ciekawsza od połowy głównych bohaterów. Poza tym kolejne tropy na temat Coulsona. I tu jestem autentycznie zaintrygowany, bo w momencie, gdy w odcinku padają słowa "zachowuje się jak robot udający Coulsona" zaczynam się zastanawiać, czy twórcy są tak nieudolni, że wg nich to jest subtelny foreshadowing, czy może właśnie to cwane lisy, i to jest fałszywy trop. Albo podwójna zmyłka - liczą, że ludzie wezmą to za fałszywy trop, by potem odkrycie, że Coulson jest LMD było... e... jeszcze większym rozczarowaniem? Nie przemyślałem tego.
To tyle nikłych pozytywów.
Parę tygodni temu miałem wrażenie, że poziom tego serialu powoli się podnosi, ale teraz... Łojezu. Może ten crossover z "Mrocznym światem" będzie ciekawszy.
Volf: Wow. Victoria Hand. Wzmianka o Triskelionie. Pokazanie centrali. W końcu poczułem, że serial jest częścią filmowego uniwersum. To tyle z plusów. Fabuła dalej naiwna, bohaterów każda szanująca się organizacja militarna by rozstrzelała, wyrzuciła bądź wsadziła do więzienia za to co odwalają. Poza tym, ten odcinek jednoznacznie pozwolił mi określić że mniej nie lubię męską połowę duetu Fitz-Simmons. Szkoda tylko że nadal nie wiem które z nich się jak nazywa. Wątek Visiona dalej jest "subtelnie" wspominany i nadal jest głównym powodem dla którego nadal toto oglądam, teraz dorzucili do kotła jeszcze jedną wielką tajemnicą, która jest na razie całkowicie meh. Czyli generalnie - najlepszy odcinek serialu. Ssie nieco mniej niż pozostałe.
S_O: Okej. Fajnie, że nawiązują do komiksów, ale... Przed Dark Reign Victoria Hand siedziała głęboko w papierkowej robocie, bo była na dobrą sprawę persona non grata, a Osborn zrobił z niej swoją prawą rękę jako środkowy palec dla Fury'ego i całego S.H.I.E.L.D.. Była młoda i antyestablishmentowa (jak na trybik w machinie Wielkiego Brata oczywiście), co symbolizowały jej włosy. Najgorszą rzeczą, którą można jej było zrobić, to zrobienie z niej pięćdziesięcioletnie prukwy, która farbuje (...doczepia?) sobie kosmyk czerwonych włosów, bo miała tak od Woodstocku i trochę szkoda się pozbywać, stojącą na czele operacji dzień w dzień wysyłającą swoich agentów na śmierć. Na dobrą sprawę jest to Victoria Hand in name only. Naprawdę mogli wsadzić tam kogoś innego. Jak potrzeba bezdusznego, obstrukcyjnego typa na wysokim stanowisku, to zawsze jest Gyrich.
Ale hej, wspomnieli o Triskelionie. That's nice.
Również, po tym odcinku mimo wszystko nieco mniej nie cierpię Wesley'a #1. Ale nie wiem, z czego jest taki dumny, w końcu Wakanda wynalazła technologię powstrzymującą broń palną wieki temu.
Nadia: Ale to było beznadziejne. Z każdym kolejnym odcinkiem ten serial sprawia mi coraz większy ból. Ciekawe kiedy dojdę do momentu, kiedy sobie odpuszczę i będę czytała tylko info o Coulsonie.
rar: Lepszy odcinek od poprzedniego. Fitz trochę ciekawszy, Simmons też zyskuje. Tylko May to postać jak z innej planety. Podejrzewam, że teraz dostaniemy odcinek o niej, bo chyba tylko o tej postaci nie wiemy nic więcej i miała na razie najmniej czasu ekranowego. Podoba mi się to, jak twórcy bawią się z widzami w sprawie Coulsona: "to naprawdę... magiczne miejsce", "zachowuje się jak robot" - balansujemy wokół tych dwóch teorii i tak pewnie będzie do końca. To zdecydowanie najciekawszy wątek serialu, bo historia rodziny Skye i jej samej w ogóle mnie nie zainteresowała. Serial zaczynam oglądać z przyzwyczajenia, ale ten odcinek miał akurat kilka niezłych momentów - szczególnie mam tu na myślę dialogi pomiędzy Fitzem i Wardem.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie Agents of S.H.I.E.L.D. - 01x07 "The Hub"
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.