Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #325 (11.11.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 11 listopad 2013Numer 45/2013 (325)


Ponieważ dzisiejszy dzień dla większości z nas jest dniem wolnym od pracy, dlatego nie ma nic lepszego w takim dniu niż dobra lektura. Zapraszam więc do czytania. A że "Infinity" tym razem tylko z jednym tie-inem, to można skupić się na innych pozycjach.

avalonpulse0325a%20%5B1600x1200%5D.JPGAmazing X-Men vol. 2 #1
Gil: Wreszcie jest! Komiks, na który czekałem, jak na śnieg latem: Amazing X-Men lub raczej I Can’t Believe It’s Not Wolverine And The X-Men 2. Krótko mówiąc: różnica jest żadna. Treść i grafika prezentują ten sam poziom, czyli momentami zdarza im się jakiś przebłysk czegoś fajniejszego, ale zdecydowana większość to woda i wata. Jedyne, co dał mi ten komiks, to ból głowy, kiedy próbowałem zrozumieć, jak działają marvelowe zaświaty. No bo tak: jak ludek zalicza zgon, to jego ciało zostaje jakoś tam zniszczone, a duszyczka puka do nieba bram (czy gdzie tam akurat zbłądzi). Ale okazuje się, że można zrobić dziurę, która sprawia, że da się dosłownie z butami do nieba wleźć, ale też z niego wyleźć. I tu następuje rzecz naprawdę amazing: jakaś zgodna z zasadami marvel-science konwersja między ciałem a duchem, która pozwala cielesnym przebywać w zaświatach bez odłączenia od ziemskiej powłoki, natomiast duchom z drugiej strony przywraca w pełni funkcjonalne biologicznie ciało, gwałcąc bezczelnie zasady zachowania masy i energii. Absurd tej sytuacji zajął mnie na tyle, że praktycznie nie zauważyłem fabuły w tym komiksie, poza początkowymi rozważaniami Kurta i pojawieniem się Azazela. I tutaj sam siebie zadziwiłem, gdy wykluł mi się wniosek, że ta postać wyszła znacznie lepiej u Austena. Tak, mówię to z pełną powagą i świadomością swoich słów. Historia Chucka Austena, w której debiutował Azazel była lepsza, bo przynajmniej był w niej skalkulowanym manipulatorem, a nie bawiącym się w pirata freekiem. Okay, to chyba będzie najlepsze podsumowanie pierwszego numeru: Aaron wziął pomysły Claremonta i Austena i zdołał je spieprzyć. To doprawdy niebywałe – amazing wręcz – osiągnięcie. No i mamy jeszcze rysunki MacGuinnesa, których od dawna już nie trawię. Ocenię to na 3/10 najwyżej i z pewnością nie zaliczę do udanych debiutów.
jdtennesse: No i teraz się zastanawiam, czy to będzie powrót Kurta do regularnego uniwersum, czy tylko to „ostatnie” zadanie do wykonania, jeden tych wielu nieukończonych rzeczy na tym padole łez… Czy po wykonaniu tego zadania po prostu odnajdzie swoje miejsce w raju. Tak, gdyż trafił do raju, ale jest mu tam źle. A więc o co chodzi w kategoriach fabuły? Azazel, piraci i złe czerwone Bamfy chcą porwać dusze z raju (a właściwie to chcą je "shanghai"…). Jeśli chodzi o pisanie Kurta, to jest taki jaki być powinien. Wesoły, skory do zabawy/czytaj bójki. Kuglarz, jakim był od początku. Wydaje mi się, że cały numer (a przynajmniej jego połowa), to hołd złożony Kurtowi, jakim był w początkach swojego istnienia. Zarówno pod względem wizualnym, jak i charakterologicznym (jedynie jego początkowe stwierdzenie o wierze jest na wyrost). W drugiej części pojawia się Firestar, która ma być nową nauczycielką w szkole Logana. Wprowadzenie jej jest nawet zabawne, kilka śmiesznych scen, fakt że wszyscy ją ignorują, szkoła jest "dziwna"… Jednak brakuje uzasadnienia (takiego na poważnie, a nie na zasadzie "jest bo tak, bo potrzebujemy nowej, świeżej postaci") jej pojawienia się. A potem, wraz z Hankiem, znajduje jakiś portal, który Bamfy budowały (niepostrzeżenie, naturalnie) gdzieś na terenie szkoły (swoją drogą to świetny muszą mieć system kontroli – Angelicę wita kontrola rodem z Danger Roomu, a Bamfy robią co chcą i gdzie chcą). Na końcu czerwone Bamfy porywają kilku X-Men i… Nic się jeszcze nie zaczęło, spotkania Kurta z przyjaciółmi jeszcze nie było. Wszystko przed nami. Rysunki są całkiem spoko, dokładne, ładne, trochę mało charakterystyczne, ale po tym co zdarza mi się oglądać, to nie będę za dużo marudził. Na razie nie jest źle, no i jest nadzieja, że nie będzie to typowe zmartwychwstanie, a może tylko jednorazowa, choć może dłuższa, przygoda. Niezły początek. 6/10.
Krzycer: Co mi się podoba: Kurt. Podoba mi się, że nie zostaje uratowany z Nieba, że całą sprawę napędza jego decyzja (trochę sobie dopowiadam, ale tak to wygląda, biorąc pod uwagę wątek bamfów w WatXM), i że po prostu - po osiągnięciu tego, co sobie wymodlił - zwyczajnie mu się tam nudzi.
Co mi się nie podoba: ...cała reszta. Liczyłem, że Aaron znajdzie jakiś inny język dla tej serii, a to po prostu "Wolverine and the X-Men II". Równie dobrze tamten tytuł mógłby się ukazywać dwa razy częściej.

Captain America vol. 7 #13
Gil: Remender ma jakąś taką dziwną tendencję do wyciągania sprawdzonych kiedyś pomysłów i wywalania ich na lewą stronę bez żadnego uzasadnienia i sensu. Tym razem zapodaje nam Weapon Minus. Bo wcześniej ktoś wymyślił Weapon Plus. I trzeba to jakoś skomplikować. A ta chińska podróbka doskonale pasuje do tego, co autor serwuje nam w tej serii od samego początku. I tak samo jak w innych jego seriach, tutaj również prawie nic się nie dzieje. Przydługa retrospekcja daje nam jedną, jedyną informację, która jakoś wiąże się z aktualnymi wydarzeniami, ale żadnej odpowiedzi nie daje. Daje za to pretekst do sceny walki, która znalazła się tutaj tylko po to, żeby odhaczyć obowiązkową scenę walki. Czyli tak naprawdę, to cały ten zeszyt powstał tylko po to, by powiedzieć nam, że Chińczycy kontrolują Nuke'a, bo cośtam. Oczywiście dokładniejszego wyjaśnienia nie będzie, bo musi to potrwać jeszcze z 5 zeszytów. Ale jest jeden plus! Może nie światełko w tunelu, ale przynajmniej miły zapaszek. Kolejna zmiana rysownika w końcu odsunęła od nas koszmar Romity i jego kopistów. Hurra, dzięki temu będzie aż 3/10.

Captain Marvel vol. 6 #17
Gil: Kończymy aktualną serię Karolki właściwie w takim samym stylu, jaki towarzyszył jej przez te 17 numerów: słodko, ale trochę bez sensu. Przywykłem już do tej kreski i nawet zaczęła mi się podobać, chociaż nie da się ukryć, że bywa mocno chaotyczna i nie sprawdza się w sytuacjach o dużej dynamice. Za to pomaga w tworzeniu klimatu i dodała co nieco do bardzo fajnych scenek z Kapitanką i jej największą fanką. Gdyby ten zeszyt traktował wyłącznie o tym, oceniłbym go wysoko, ale niestety... wrzucili jeszcze całkowicie bezsensowny pretekst dla rozwałki. Jakąś kobitę zżera zazdrość, więc nie wiadomo skąd wyciąga drony bojowe i atakuje Karolkę podczas konferencji prasowej. Bo tak. I właściwie tylko po to, żeby można było powtórzyć "I am Spartacus!" moment. Wątek całkowicie z dupy, zawiązany i rozwiązany bez sensu, byle jakaś akcja była. That's bad writing, right here. Ale przynajmniej ostatnia strona daje nam jakąś zajawkę nowej Ms. Marvel i to jest fajne. Za całą serię spokojnie mógłbym dać piątaka z plusem, ale za ten zeszyt nie mogę wycisnąć więcej niż 4/10.
Krzycer: Ayn Rand atakuje Nowy Jork, Nowojorczycy wciąż są w szoku po Mighty Avengers vol. 2 #2 i nie pamiętają, że mieszkańcy świata Marvela to paskudni ludzie obwiniający o wszystko swoich bohaterów, więc wstawiają się za Karolką, a dział marketingowy Marvela rozlepia dyskretne bannery Serval Industries na co drugim budynku w oczekiwaniu na premierę All-New X-Factor. A na końcu po raz pierwszy widzimy Khaleesi Khan (jak już komiks wyjdzie, to się nauczę imienia nowej Ms. Marvel, na razie mi się nie chce).
Ogólnie: to był dziwny numer i wszystkiego było tu pełno. Szkoda, że nie dostaliśmy go przed tie-inami do "Infinity", bo tam wątek amnezji wydawał się niemal wciśnięty na siłę. Tutaj wreszcie jest mu poświęcona uwaga.
 
Cataclysm: Ultimates Last Stand #1
Gil: Galactus wylądował. A ja postanowiłem zerknąć jednak jeszcze raz, żeby dać temu czemuś szansę zarzucenia haczyka na moją czytelniczą osobę, kilkoma bliżej znanymi mi postaciami. Iiiiiii... Nic z tego. No, biją się. I tyle. Momentami wygląda to nieźle, bo zainwestowali w efekty graficzne, ale jednak tego haczyka mi brakuje. Jedyne, co mnie w tej chwili interesuje w kontekście tego Kataklizmu to, czy ma być łabędzim śpiewem uniwersum Ultimate, czy tylko kapiszonem takim jak Ultimatum, Cóż, przynajmniej gorsze od niego na pewno nie będzie. Może więc popatrzę sobie jeszcze z boku i zobaczę, co z tego wyjdzie, ale jakoś nie chce mi się w to wkręcać, a wręcz trochę szkoda mi Galactusa, że musi się tu marnować. Chyba będzie najsprawiedliwiej, jeśli nie wystawię oceny.

Daredevil: Dark Nights #6
Gil: Jakoś tak od razu wiedziałem, o czym to będzie, gdy tylko zobaczyłem nazwisko Palmiottiego na okładce. To kolejny scenarzysta, który cierpi na syndrom powtarzalności, albo ma w szufladzie scenariusz uniwersalny, w którym zmienia tylko postacie i otoczenie. Zwłaszcza, gdy gościnnie coś pisze. Musi być jakaś mafia, jacyś świadkowie, jakaś banda najemników bez twarzy i skąpo odziane kobitki. Teoretycznie same pewniaki. Ale ile można? Tym razem próbuje urozmaicić nam scenerię, przenosząc akcję do Miami, w drodze na Kubę. Tylko, że sceneria jakaś nie podobna i ani w Miami, ani na Kubie nie ma ruchu lewostronnego. Ale to już pewnie wina rysownika. Krótko mówiąc, jest to jedna z tych historyjek, które do mnie nie przemawiają, chociaż nic im zarzucić nie mogę. Dlatego wystawię neutralne 5/10.
kuba g: Powinienem napisać, że ten komiks jest kiepski, dlatego, że to następna historia, która ni jak nie pasuje do klimatu, który początkowo miała prezentować ta kompilacja, dlatego, że komiks jest momentami aż prostacki, ale nie zrobię tego. Palmiotti ma prawo bawić się Daredevilem, ratował postać wraz z Quesadą, gdy Smith nie wyrabiał się z scenariuszami do "Guardian Devil", poprawiając jego pozbawione konkretów opisy scen. Pracował z postacią tak długo jak Quesada (jeżeli nie liczymy "Father") i mimo kilku skuch potrafi pisać dobre czysto rozrywkowe komiksy. I właśnie tak wygląda obecna historia, jako przerywnik, jako drugi tytuł widzę miejsce dla takich przygód Murdocka, widzę go poza NYC i co więcej, widzę go w głupkowatym flircie z Misty Knight (nie wspominałem chyba jeszcze, że jest to jedna z moich ulubionych postaci żeńskich). Ba, nie pogniewał bym się nawet gdyby następny scenarzysta Daredevila po odejściu Waida podchwycił ten motyw i sparował go z Misty, ta postać zasługuje na partnerkę z charakterem (a Waid niestety zignorował świetną postać Dakoty North po runach Brubakera i Diggle'a). To nie jest dobry komiks, ale nie żałuję, że jest na mojej liście zakupów.

Fantomex: MAX #2
Gil: W warstwie graficznej nadal jest interesująco i wydaje mi się bardziej pociągająca, niż warstwa fabularna, chociaż zaczynają momentami wyprawiać dziwne rzeczy, żeby było bardziej maxowo. Ale wciąż podchodzi mi ogół, a tym razem szczególnie spodobały się ozdoby w podwodnej siedzibie NotGatesa. Fabuła natomiast obnażyła swoją największą wadę: nie jest fantomexowa. Równie dobrze można by do roli złodzieja wstawić Gambita, albo nawet Black Cat... albo i każdą inną postać. Fantomex bowiem nie używa żadnej ze swoich specjalnych zdolności, ani nawet nie korzysta za bardzo z usług EVA, która z resztą w ogóle nie wygląda jak EVA... Wiecie już, co mam na myśli? Takie to wszystko jakby naciągnięte, bo akurat był pomysł i wolny slot w planie wydawniczym. Ale ogólnie pomysł nie jest zły i czytało mi się to na tyle przyjemnie, że zostanę na poziomie 6/10.

Iron Man vol. 5 #18
Gil: Po ostatnich wielkich rewelacjach musiało nastąpić jakieś spowolnienie. Po krótkiej wizji przyszłości (z paroma ciekawymi wzmiankami), skupiamy się na dalszym ciągu braterskiej dyskusji o tym i o owym. Snują plany na przyszłość i oczywiście są one równie ambitne, co ryzykowne. Powiedzmy, że ja zastanowiłbym się dwa albo dziesięć razy, zanim spróbowałbym wykorzystać AI robota, który chciał mnie załatwić, ale oczywiście bez tej oczywistej dozy naiwności nie dałoby się uruchomić większości historii, więc nie będę się czepiał. Urozmaiceniem dla tej przydługiej pogawędki ma być finalna scena z różowowłosą nonkomformistką, której latający pierścień powiedział: "you have the abbility to become a cheesy villain – welcome to the Mandarin Corps". Ale nie skreślam z góry tego pomysłu, bo najpierw chciałbym zobaczyć, kogo jeszcze tam zaangażują. Istnieje pewna szansa, że ten pomysł nie będzie kaszaniasty. Rysunki dla odmiany utrzymują pewien poziom i miejscami (zwłaszcza przy widokach z orbity) są bardzo fajne. Zatrzymam się na razie na ocenie 6/10 i zobaczymy, jak się te pomysły rozwiną.
Krzycer: Aha. I co dalej?
Znaczy, nie zrozumcie mnie źle, w sumie fajnie się czytało te dywagacje, ale... Na dobrą sprawę nie posunęliśmy się o krok od poprzedniego numeru. Bracia się spotkali. Teraz wspólnie główkują.
Ale jest nadzieja, Gillen robi coś z Mandarinem. Czy powinienem wiedzieć, co Fraction zrobił z Mandarinem w swoim runie? Ponumerowani Mandaryni już byli?

Longshot Saves The Marvel Universe #1
Gil: Nie wiem dlaczego, ale spodziewałem się tu czegoś lepszego niż wariacji na temat standardowego formatu Somebody Does Something To The Marvel Universe. No niestety, nie udało się odbiec od tego poziomu, chociaż początek jeszcze pozwolił na podtrzymanie złudzeń. Starcie pomiędzy dbającym o równowagę In-Betweenerem (dobra, nie powiedzieli tego wprost, ale któż inny to może być?), a naginającym tę równowagę Longshotem mogłoby być naprawdę ciekawe. Tylko szkoda, że musieli dorzucić do tego Cosmic Cube, która wywróciła wszystko do góry nogami, jednocześnie tworząc bufor bezpieczeństwa, żeby zminimalizować wpływ wydarzeń na universum. Chociaż przyznam, że nieźle rozegrali ciąg wydarzeń, który do tego doprowadził. Nie spodobała mi się natomiast zmiana w imidżu naszego bohatera – niewielka, ale jednak naruszająca jedną z jego cech charakterystycznych. A są jeszcze ludzie, którzy pamiętają, kto to był Limahl. Cóż, pozostaje jeszcze cień nadziei, że jakoś się to rozkręci, bo złe nie było, tylko co najwyżej trochę obok oczekiwań. Na początek dam 5/10 ze wskazaniem w górę.
Krzycer: Przez znakomitą większość numeru Tony Stark i Reed Richards słuchają Daft Punk, a Longhostowi przytrafiają się różne randomowe rzeczy. Brakuje jakiegoś połysku - czyta się to lekko i przyjemnie, ale... Mam wrażenie, że jakiś PAD - czy nawet Jason Aaron - wycisnąłby z tego pomysłu więcej.

Marvel Knights: Spider-Man vol. 2 #2
Gil: Zgubiłem się. I nie mam tu na myśli tylko faktu, że właściwie nie pamiętam już nic z numeru pierwszego. Przede wszystkim zgubiło mnie pomieszanie postaci, bo nie mam już pojęcia, czy tu jest regularne uniwersum, czy altimejtowe, czy jeszcze jakieś inne, oderwane od czegokolwiek. Aczkolwiek obstawiam opcję trzecią, bo naprawdę nic się tu kupy nie trzyma. Ale nadal wygląda nieźle – przynajmniej w większej części. Tam gdzie autor się postara, rysunki nabierają artyzmu, ale jak się nie przyłoży, to bywa nieładnie. Ogólnie grafika mocno tripuje i ciągnie ten komiks, ale czasami potyka się o niepotrzebne wstawki, które wybijają z rytmu. Zastanawiałem się nad porównaniem i do głowy przychodzą mi tylko animowane wstawki z The Wall – podobna psychodelia, ale też podobny brak wyraźnego sensu. Mam jednak wrażenie, że nie jest to chaos kontrolowany, ale wynikający z jakiejś wady procesu twórczego, bo jednak są elementy, które wyraźnie mi przeszkadzają w tripie. Dlatego będzie 4/10.

avalonpulse0325b%20%5B1600x1200%5D.JPG Mighty Avengers vol. 2 #3 (Infinity Tie-In)
Gil: Od czego by tu zacząć... Przyszła do mnie pani Fizyka i poprosiła, żeby ją przytulić, bo zrobili jej krzywdę w tym komiksie. Paradoksalnie, Ewing postarał się trochę i coś poczytał o materii i antymaterii, ale hej – ja też czytałem coś z anatomii, a za chirurgię się nie biorę. Zacznijmy od tego, że pogląd na temat tego, co Proxima zrobiła Monice jest zupełnie od czapy. Słusznie podali, że fotony nie mają swoich antycząstek, ale już nie wysilili się, żeby wyszukać inną opcję. A szkoda, bo do postaci o imieniu Proxima Midnight idealnie pasuje ciemna materia i autor dostałby ode mnie wielki bonus, gdyby wyjaśnił, że jej broń właśnie na tej zasadzie działa, zatruwając Spectrum ciemnymi fotonami. Tylko, że wtedy nie mógłby już wykorzystać wygodnego sposobu na rozwiązanie problemu, czyli użycia antycząstek. Wyjaśnienie teoretycznie poprawne, ale w praktyce nie do przyjęcia. Jeśli Blue Marvel potrafi wytwarzać antymaterię i chciałby jej użyć by uzupełnić brak fotonów w ciele Moniki, musiałby dostarczyć ogromną jak na tę skalę dawkę pozytronów. Problem polega na tym, że chociaż anihilacja wytwarza energię w postaci fotonów, to jednocześnie niszczy materię i antymaterię. Krótko mówiąc: próba ratowania Spectrum w ten sposób by ją zabiła. Nie mówiąc już o tym, że taka ilość antymaterii wystarczyłaby do wysadzenia prawie całego wschodniego wybrzeża. Z drugiej strony, jeśli Monica może zmieniać swoje ciało w dowolny rodzaj promieniowania ze spektrum elektromagnetycznego, mogła naprawić się sama, tylko przesuwając fazę. No, już dobrze fizyko... Ale to nie koniec zarzutów, bo i w kwestii magicznej mamy sporo nieścisłości. Shumi, z którym tu walczą, chociaż wygląda dość kompletnie, jest tylko odpryskiem tego prawdziwego. Jak to więc działa? Duży Shumi składa się z wielu małych mackowatych? Jeśli ten mały powstał z części esencji dużego, która przeciekła przez portal , to jak opanował tych wszystkich ludzi? I dlaczego nie opanował żadnego z hirosów? Znów boli mnie głowa... A i to nie wszystko, bo nadal nie wiemy, kiedy to się dzieje. Skoro Maw nadal ma kontrolę nad Strangem, to cała ta bitka musiała się zmieścić w paru godzinach i to zdecydowanie przed globalną terrigenezą, więc jakim cudem tie-iny nawiązujące do niej mogły się dziać już po tym? Aaaaargh! I wciąż nie skończyłem... Pod hasłem "everybody gets a power-up!", Power Man odstawia finał Ghostbusters 2, przekazując skumulowaną chi White Tiger, a ta z kolei odstawia animality, masakrując Shumiego. Aaaaaaale... Wyczytałem, że White Tigery czerpią moc od ducha z K'un L'un i nawet nie są jego pełnowartościowym avatarem, jak Immortal Weapons, więc coś takiego nie powinno się wydarzyć. Przez to Iron Fist wygląda jak adept szkolnego kółka kung-fu. Mógłbym jeszcze ponarzekać na landowe tentakle, ale już nie chcę tracić więcej czasu na ten komiks. Powiem tak: rozumiem, że komuś może sprawiać frajdę czytanie tego, jeśli nie przykłada wagi do szczegółów i nie zastanawia się nad tym, co właśnie przeczytał. Mnie niestety razi to wszystko i dlatego nadal moja ocena nie wzniesie się powyżej 3/10.
kuba g: Uh, huh, następny dziś komiks bez większej treści, który czyta się dobrze, szybko i bez wyrzutów sumienia. Cthulhu i starzy bogowie dla ubogich, kopy dla wszystkich uczulonych na diversity w komiksie i pierwszy raz od dawna jakiś większy spotlight dla (następnej już postaci w kostiumie) White Tiger. I w sumie nie trzeba było upubliczniać kto będzie krył się pod kostiumem Spider Hero jeżeli ostatnia strona podała taką ładną sugestię. Dobry głupi komiks.
Demogorgon: O rany ,te rysunki. Te creepy twarze. Ten tracing. LAAAAAAAAAAAAAAAAAAND i tak dalej.
Strona graficzna ssie, ale fabularnie jest całkiem fajnie. Przyjemna, prosta, niezobowiązująca lektura. Chyba jedyny dobry tie-in do Infinity. Nawet jeśli Shuma-Gorath odwalił fuchę, to w sumie zrobił to nieźle, bo pokonanie go wymagało połączonych sił i współpracy. Lubiłem drobne motywy - budowanie relacji miedzy Monicą a Adamem orz miezy Power manem a White Tiger. Spider-Hero, który najwidoczniej zostanie mentorem Power Mana nie mógłby być bardziej oczywisty względem swojej tożsamości. Ogólnie miły, niezobowiązujący komiks. Nawet Spock był fajny.
Soundtrack: Fang
Krzycer: Jakiś czas temu myślałem, że byłoby fajnie, gdyby okazało się, że CB Cebulski puścił ściemę, a pod maską Spider-Hero ukrywa się ktoś inny, niż to wynika ze scenariusza. Po tym numerze wątpliwości być już raczej nie może.
A sam numer... ot, dopełnienie lekkiej, niezobowiązującej historii. "I zdarzył się dzień, niepodobny do innych dni" i zespół musiał się zebrać. Widzieliśmy to już mnóstwo razy... ale ja to lubię. I wiele razy bardzo mi tego brakowało (wszystkie inkarnacje Avengers Bendisa poza pierwszymi dwoma). Poza tym podoba mi się pomysł "People's Avengers" - zobaczymy, czy Ewing ma jakiś pomysł, co z tym zrobić, czy ten motyw będzie istotny w serii. Na razie jestem na tak.
...kiedy mowa o scenariuszu. O rysunkach już mi się nie chce. Choć MA i tak wychodzą Landowi lepiej, niż niedawno Iron Man.

Painkiller Jane: The Price Of Freedom #1
Gil: Chociaż od dawna byłem świadomy istnienia tej postaci, to jakoś nigdy wcześniej nie miałem specjalnej ochoty na kontakt z nią. To było jakieś podświadome przeczucie, że nie będzie nam po drodze. Teraz trafiła się okazja, by je zweryfikować, wiec skorzystałem. I jak mawiał szef Pingwinów: bebech nigdy mnie nie zawiódł. Główna bohaterka zaczęła mnie wkurzać już na drugiej stronie, a kolejne postacie tylko pogłębiały to wrażenie. Najbardziej trafne określenie, którym mogę je opisać to: bunch of assholes. W dodatku historia pasuje do schematu Palmiottiego, o którym wspomniałem przy okazji Daredevila, czyli zalatuje tanią sensacją w stylu Michaela Baya. Domyślam się, że autor ubolewa nad brakiem możliwości użycia materiałów wybuchowych przy tworzeniu komiksu. W każdym razie, zamierzam od tej pory bardziej ufać bebechowi, a znajomości z tą serią nie będę kontynuował. Jak dla mnie, to było najwyżej 3/10.

X-Men: Legacy vol. 2 #19
Gil: Niespodzianka! Znów okazało się, że epizodyczny wątek sprzed paru numerów właśnie nabrał większego znaczenia i urósł do rangi czegoś poważnego. Me like it! Nauczony doświadczeniem, zacząłem śledzić uważnie wszystkie kolejne kadry, w poszukiwaniu hintów na temat innych rzeczy, które mogą nam tu jeszcze wyskoczyć – szczególnie związanych z tajną bronią Aarkusa. Przez chwilę przemknęło mi przez myśl rozwiązanie bliskie prawdziwemu, ale jednak Spurrier znów zdołał mnie zaskoczyć pewnym twistem w tym pomyśle. I jak zwykle, ten haczyk działa, bo jestem bardzo ciekaw, co będzie dalej. No i znów dialogi są fantastycznie żywe, pełne nawiązań, płynące i wciągające. Tylko szkoda, że rysunki osłabły, bo już miałem nadzieje na utrzymanie poziomu. Ale i tak będzie mocne 7/10.
Demogorgon: Jak j się cieszę, że nadrobiłem tę serię, jest cudna. Ten numer jest kolejnym, wspaniałym fragmentem układanki, który lubię choćby za to, że odpowiada na kilka pytań co do tego, kim jest Złoty Xavier. Albo raczej, czym nie jest. No i miło, że Aarkus okazał się mieć ważniejszą rolę, niż się można było spodziewać w całej sadze Legiona. A co najważniejsze, dostaliśmy w tym numerze wspaniałą Abigail Brand. Stęskniłem się za nią.
Soundtrack: Shadow Games - aż sam się dziwię jak bardzo to pasuje.
Krzycer: O. Kto by pomyślał, że nawet tamten numer był Spurrierowi potrzebny, by teraz wrócić do Kosmity-Którego-Imienia-Już-Nie-Pamiętam. Jak to zwykle z tym tytułem bywa - było śmiesznie i zaskakująco, nie mogę się doczekać dalszego ciągu.
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.11.06
AgentsOfShieldBanner.jpg

Agents of S.H.I.E.L.D. - 1x06 "FZZT"

Volf: Pierwsze dwie minuty były TRAGICZNE. Nie wiem czy to miało być puszczanie oka do fanów horrorów czy po prostu tak wyszło, ale to było złe i miałem ochotę już na tym etapie odpuścić odcinek. Nie pomogła też rozmowa Coulsona ze strażakiem - nie udało się chwycić, wyszło sztucznie i kiczowato. Druga połowa odcinka, kiedy już zaczął się właściwy wątek, wypadła nieco lepiej. Ale nadal bez szału. Aha, efekty specjalne znowu były do kitu. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że pewnie i tak sięgnę po następny odcinek i tak dociągnę to aż do finału, bo jednak są tu ze dwa wątki których rozwiązanie chciałbym zobaczyć.
Na plus: nabijanie się z Warda. Nie przeszkadza mi to jego jamesobondowanie tak bardzo jak innym (może dlatego że przy całej sztywności jest jedną z nielicznych osób w serialu faktycznie pasujących do drużyny agentów shield), ale nabijanie się z tego było spoko.
rar: Było trochę emocji, ale... to był słaby odcinek. Sztuczność bije z serialu po oczach, niewiele się poprawia. Malutkie powiązania z uniwersum Marvela również nie pomagają. Przychylam się też do zarzutów kolegów - czy S.H.I.E.L.D. to naprawdę taka mała, ciapowata organizacja? W "Avengers" wyglądało to zupełnie inaczej. To jeszcze bardziej podważa zasadność tego, że akcja serialu ma miejsce w uniwersum filmowym.
Venomus: Dupy nie urywało, ale nadal lepiej niż w pierwszych 3 odcinkach.
Przeszkadzało mi najbardziej to jak Coulson zbył postawionego wyżej/na równi agenta i...nic się nie stało? SHIELD nie wysadziło samolotu aby nie ryzykować rozprzestrzenienia się wirusa? Bulllshit jak Hulk. Zawsze mnie mdlił motyw bohatera "walić reguły,zrobię to co uważam za słuszne because AMERICA, FU*K YEAH!"
Liczę, że w przyszłym odcinku będzie sroooga reprymenda od Fury'ego - jeśli każą ci zabić matkę/siostrę/osobę z którą sypiasz bo zagraża to światu to masz się spytać ile kulek masz jej wsadzić w mózg. It's friggin SHIELD. Organizacja złożona z baddasów podcierających się papierem ściernym i wykonującym ROZKAZY. ZAWSZE.
A tak poza tym to trochę sztampowe pary nam się robią - Fitz/Simmons , Ward-Skye i weterani. Wheadon zawsze tak wciska związki w gardło widzów w serialach?avalonpulse0325c%20%5B1600x1200%5D.jpg
S_O: Oh boy, a Wesley episode. Jak zobaczyłem tytuł, już się ucieszyłem, że być może dostaniemy Zzzaxa albo coś w tym stylu, ale lewitujące ciała w trailerku pozbawiły mnie nadziei. Gdy okazało się, że jednak mają coś wspólnego z wyładowaniami elektrycznymi, nadzieja wróciła, tylko po to, żeby zabił ją kosmiczny wirus.
I w tamtej chwili to przestał być CSI: Marvel Universe, jak to było w większości przypadków, ale "ER". Albo "House M.D.", dla tych, którzy są zbyt młodzi, żeby pamiętać Clooney'a z telewizji.
Swoją drogą, z tego, co kojarzę z NAUKI, wirus nie powinien w ogóle mieć efektu na ludzi, skoro nigdy wcześniej nie miał z nimi kontaktu. Chyba, że potrafi tak szybko mutować, ale w takim wypadku pewnie równie szybko znalazłby sposób, żeby się uodpornić na "lek", który wynaleźli Fitz-Simmons.
Już nie wspominając o skrajnie głupim wytłumaczeniu, dla którego porażenie prądem od środka (skąd w ogóle wirus brał tyle energii? Z samej planety, jak Tesla?) wywoływało lewitację.
Werdykt: od strony fabularnej skupia się na najmniej przeze mnie lubianych postaciach i nie udaje mu się zmienić mojego o nich zdania, używa też jedynego chwytu, który pozwala na jako takie symulowanie akcji w historii osadzonej w laboratorium, czyli "JESTEŚMY ZARAŻENI, A CZAS UCIEKA!". Aż się dziwię, że w rogu nie pojawił się odliczający do zera zegar. Od strony większego większego uniwersum, jedynym nawiązaniem jest kolejne z Caulsonowych "I was killed in the Avengers, you know", od których już mi niedobrze. Od strony naukowej jest zaś tak głupie, że aż zęby bolą (choć to może akurat przez pogodę). Koniec końców, porażka.
strz1: Odcinek dał troszkę więcej czasu i szans "geekom" przez co, przyznaję, że nie lubie ich trochę mniej. Zwłaszcza dziewczyny (ale tutaj działa też i uroda). Niezłe naśmiewanie się z Warda, jakieś tam emocje, pokazanie innych członków grupy. To było na plus. W sumie nienajgorszy wątek, chociaż znów wracamy do "Archiwum X" w świecie Marvela. No i właśnie... pierwszy wielki zarzut to ten świat Marvela. Tym razem po za kolejnym "zginąłem w Avengers" nikt nie sili się nawet by przypomnieć w jakim to się dzieje uniwersum. Z jednej strony dobrze, bo drobne wstawki przypominające jakieś momenty z filmów kinowych zaczynały być mocno drażniące, a z drugiej strony to tylko podkreśla jak niewiele ten serial z uniwersum ma wspólnego. Póki co, po za 2 odcinkami, z których jeszcze nie wiadomo co wyjdzie, serial nie tylko MU nie rozbudowuje, ale nawet nie podtrzymuje świadomości, że to ma być spójne z filmami. W tym odcinku nawet się o to nie starają. Bo o ile można jeszcze myśleć, że Coulson za zasługi dostał swój samolot i team na zasadzie "aktywnej" emerytury, byle tylko nie plątał im się pod nogami w sprawach ważnych, o tyle niestety ten zespół (złożony głównie z osób niedoświadczonych bądź w jakiś sposób "rannych") zajmuje się sprawami najważniejszymi. Mimo, to na siłę starają Nam się pokazać, jaki to Coulson nie jest ważny, gdyż ostatecznie może mieć wszystkich w dupie, i wszyscy się go pięknie słuchają. Działa i wygląda to beznadziejnie. W zasadzie jedyny moment w którym tą grupkę łączyło coś z prawdziwym S.H.I.E.L.D. były 2 minuty opierdzielu od Jacksona i początkowe pojawienie się Hill. Trochę za mało. Pomijam, że nadal nie ma innych postaci ze znanego Nam uniwersum. Innymi słowy sam w sobie odcinek zły nie był. Ale całościowo, nadzieja rozbudzona po 5 odcinku bardzo szybko zgasła w tym epizodzie. I co śmieszne, iskierką nadziei dla tego serialu jest "Arrow". Po koszmarnym pierwszym sezonie twórcy Łucznika chyba uczą się na błędach. A przynajmniej do tej pory wygląda to przyzwoicie. Może i twórcy "S.H.I.E.L.D." się nauczą.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie Agents of S.H.I.E.L.D. - 01x06 "FZZT"
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.