Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #324 (05.11.2013)

avalonpulse0.png
Wtorek, 5 listopad 2013Numer 44/2013 (324)


W najnowszym numerze Pulse'a skupiamy się przede wszystkim na ostatniej części "Battle of the Atom".

Avengers A.I. #5
Gil: Hm, muszę przyznać, że ten numer był lepszy od poprzednich. Przede wszystkim ze względu na grafikę, bo Valerio Schitti spisuje się tutaj świetnie. Ale i fabuła okazała się bardziej przystępna. To dla odmiany za sprawą braku Dimitriosa i skupieniu na postaci Alexis. Nie, żeby rewelacje na jej temat były bardzo odkrywcze, bo już dawno rozkminiliśmy, że jest jedną z tej mitycznej szóstki. Ale mimo wszystko było to jakieś bardziej składne i nawet chciało mi się tę część przeczytać. Motyw z Doombotem znów wyszedł zabawnie i to też plus. Ale na koniec dostaliśmy jeszcze tę scenę z Pymem i Chang, której już dobrą nazwać nie mogę. A to dlatego, że bipolarne zaburzenie osobowości nie działa w ten sposób. Pym zachowuje się raczej, jakby chciał, żeby wszyscy w to uwierzyli, a to już zupełnie inna bajka, której nie kupuję. Ale tym razem mogę wyciągnąć ocenę na 5/10.
Demogorgon: Więc to potwierdzone. Victor Mancha nie żyje. Uczcijmy stratę tej świetnej postaci minutą ciszy....Bo członkowie tego espołu z cała pewnością nie zamierzają. Dobra, Pyma jeszcze rozumiem, on jeden zachowuje się naturalnie w tej sytuacji, jak na kretyna jak Pym (pomijam całą kwestię dwubiegunowości bo, jak zauważył Gil, to tak nie działa), chociaż mógłby poinformować może przyjaciół Victora, przynajmniej tych, którzy nie są zajęci byciem pisani jak idioci przez Hopelessa. Ale Vision...Czy jego to w ogóle obeszło? Bo mam wrażenie, że nie zdaje sobie nawet sprawy ze śmierci brata. Co mnie wkurza, bo jedynym powodem dla którego sięgnąłem po ten komiks w pierwszej kolejności była nadzieja, że zobaczymy dobre interakcje na linii Victor-Vision. Bo wiecie, czytałem Civil War Young Avengers/Runaways i było mi tam żal Visiona, który znalazł brata i pokrewną duszę zarazem i jednocześnie nie mógł z nim nawet porozmawiać. Ale nie, musieli zabić interesującego, posiadającego osobowość Visiona-Jonasa i zastąpić go tym tępym kawałkiem złomu z lat 60-tych, który nie poczułby emocji nawet jakby Optimus Prime go kopnął w tyłek. Way to go Marvel, nostalgia for the win. Po co pozwolić postaci się rozwinąć, skoro można ją na siłę trzymać w stanie sprzed pięćdziesięciu lat?
Oczywiście inna sprawa, że Victor żyje, ale nie sądzę, by Vision akurat o tym wiedział. Jeśli kto wie, to Doombot, który najwidoczniej próbuje przywrócić jego ciało do życia. O ile zwyczajnie nie kradnie co lepszych części, rzecz jasna, ale mam nadzieję, że za dużo w nim z Dooma na to. Fajnie by było jakby to wszystko okazało się częścią planu Victora i Doombota, który uknuli w sekrecie i to oni doprowadzili do pokonana Dimitriusa. Ale biorąc pod uwagę na jak silnym pociągu na nostalgię do Silver Age jedzie Marvel, raczej wątpię by ktokolwiek mógł załatwić tego gościa, prócz "klasycznych" frajerów, Pyma i Visiona.
Soundtrack: Grief

Avengers vol. 5 #22 (Infinity Tie-In)
Gil: Stawiając sprawę jasno powiem, że ten numer wniósł do eventu najmniej z dotychczasowych. Ale też nie mogę powiedzieć, że był zły lub nudny. Co to, to nie – po prostu dał nam chwilę oddechu przed wielkim finałem, trochę czasu dla postaci i szansę na rozstawienie pionków bez huku. Podobało mi się to, że znalazł się moment dla Izzy i Sama, bo w natłoku wyższych priorytetów wiele z tych postaci znalazło się w tle. Fajnie, że wracamy na ziemię z akcją i że do gry wraca SWORD. Szkoda, że na ten sam teren pakuje się Bendis ze swoim tie-inem. Trochę się zdziwiłem, widząc Black Dwarfa, ale przecież nikt nie mówił, że go zabili na śmierć, nie? Recykling należy pochwalać i takie tam... Tym bardziej, że ta scena dość zabawna była. A całość wyglądała dobrze i czytała się lekko. Może siódemka to trochę za dużo, ale solidne 6/10 może być.
kuba g: Na szybko. Znów w numerze najbardziej podobały mi się patetyczne gadki w wykonaniu Thora, jeszcze bardziej spodobał mi się fakt, że jego przemowa była kontrą na ziemskich żołnierzy. Nie jest to numer wypełniony treścią, w sumie lekko zbędny, ale czytało się ok.
Demogorgon: Czy Leinil Yu mógłby wreszcie, że tak powiem, go get laid, i przestać przelewać to, jaki jest niewyżyty seksualnie na strony komiksu? Powiedziałbym, że to się robi śmieszne, ale to od zawsze było śmieszne.
Po za tym, co my tu mamy. Dwa fajne momenty i jeden kliszowaty. Fajny moment numer jeden to ten, w którym Carol pyta, czy ktoś rozumie zachowanie Thanosa a Annihilus odpowiada twierdząco. Druga to scena z Manifoldem. I powiem wam, smuci mnie, że wszyscy jak widzę są tak zmanipulowani, że gadają tylko o tym, jakie to pierdoły nawijają do niego Steve, Carol i Thor. A nikt nie pomyśli co musi się dziać w jego głowie. Oto młody człowiek wrzucony w środek wielkiej wojny, który przeżył piekło tylko p oto, aby zapukało do drzwi jego domu. A mimo to idzie naprzód, nie poddaje się. Ale potrzebuje pomocy, inspiracji i szuka tej u swych idoli. Oto prawdziwy, trójwymiarowy bohater. Temu eventowi lepiej by zrobiło więcej takich scen.
Pewnie zginie w finale, mam rację?
Kliszowata scena to ta z Black Dwarfem. Trąci myszką i to bardzo.
A tak przy okazji, mały nitpick. Thanos to nie jest Mad Tyrant, tylko mad Titan.
Soundtrack: Leinil Fracis Yu Song

Captain America: Living Legend #2
Gil: Robi się ciekawiej. Ze zwykłej historii o podłoży wojennym przechodzimy do thrillera science-fiction w rodzaju Event Horizon, z tym że rozgrywającego się w mroźnej Syberii. Diggle stworzył całkiem interesujący skrypt i nieźle go przekazuje. Tak, jak podejrzewałem, tytułową żywą legendą nie jest sam Cap, ale radziecki astronauta, któremu coś się stało podczas wyprawy na ciemną stronę księżyca. Dawno nie czytałem czegoś podobnego, więc mam z tego sporo frajdy. No i jest tak bardzo różne od tego, co ze Stevem wyprawia Remender. Poza tym, całość świetnie wygląda i bardzo się zdziwiłem, że autorem grafiki nie jest Granov. Warto sobie zapamiętać nazwisko Augustina Alessio. Trochę się zastanawiałem nad oceną, ale jednak dam 7/10.

Cataclysm #0.1
Gil: Okay, schodzimy na ziemię, a więc wkraczamy do świata Ultimate. Świata, o którym niewiele wiem i z którym od lat nie miałem kontaktu, więc ciężko mi się odnaleźć wśród wszystkich zmian, jakie tu zaszły. Było by miło ze strony tego komiksu, gdyby zechciał ułatwić mi zadanie, ale raczej tego nie robi, bo operuje postaciami pobocznymi, których w tej wersji prawie nie znam. Owszem, pamiętam Vision i Falcona jeszcze z czasów Ultimate Nightmare, ale brak kontaktu zrobił swoje. I znów, komiks nie pomaga w odzyskaniu więzi. Trafiam praktycznie w środek historii, więc mogę tylko powtarzać co chwilę „aha, okej”. Ale nic mnie nie wciąga i nie zachęca do kontynuowania. Muszę się bardzo mocno zastanowić, czy poczytam dalej, a na razie dam trochę chybione 4/10.

Deadpool Kills Deadpool #4
Gil: Po dość długiej przerwie, dostajemy wreszcie finał deadpoolowej masakry. No i czego się spodziewaliście? Deadpool zabija Deadpoola. I to tyle, jeśli o treść chodzi. Ale przynajmniej w tle pojawia się parę ciekawych wariantów, jak Grootpool, czy Powerpuff Pool. Można sobie popatrzeć i parę razy się uśmiechnąć, ale to trochę za mało, żeby nazwać to dobrym komiksem. Jest najbardziej neutralnym czytadłem, jakie można sobie wyobrazić, dlatego dostanie też neutralne 5/10.

Guardians of the Galaxy vol. 3 #8 (Infinity Tie-In)
Gil: To już chyba reguła: dajcie Bendisowi tie-in do eventu, a rozminie się z głównym tematem o milę. Nawet we własnych crossach tak robił, a co dopiero gdy przyjdzie mu się podczepić pod cudzy? No, my już wiemy co – nie doczyta, albo zignoruje to, co tam się dzieje, weźmie swoich pupili i wbije od czapy w sam środek akcji, a potem będzie udawał, że nic się nie stało. Ten zeszyt jest antyklimatyczny nie tylko dlatego, że kiepsko my wychodzi jakiekolwiek nawiązanie, ale przede wszystkim ze względu na rysunki. Przyzwyczaiłem się do pewnego poziomu grafiki w tym tytule, więc zmianę, jaka tu nastąpiła porównam do zjechania rowerem po schodach i zatrzymanie się twarzą na betonie. Grafika jest skrajnie mało przejrzysta ze względu na tusz i kolory, a nie ma czym dowyglądać. Fabularnie natomiast nie jest najgorzej – poza tym, że wszystko jest obok – ale też brakuje haczyka. Przez chwilę łudziłem się, że w końcu padną jakieś wyjaśnienia odnośnie powracających z Cancerverse, ale oczywiście temat został wykolejony, zanim doszedł do sedna sprawy. Jedyny plus to kilka dobrych dialogów i ciąg dalszy oswajania Angeli. To jednak o wiele za mało, żeby numer znalazł się nad kreską, lub choćby na niej – 4/10.
kuba g: Baaardzo nierówny numer. Fajnie, że Bendis wrócił do problemu jak właściwie Drax, Peter i Thanos żyją dalej. I mimo wszystko fajnie, że nie wyjaśnił tego z marszu tworząc atmosferę jakiegoś większego problemu tej sytuacji. Niestety później robi się trochę zbyt naiwnie. Kwestia ratunku, sama jego forma, ech. Dobrze, że przynajmniej rysunki Francavilli zrobiły z tej historii taki (być może niezamierzony) trybut dla komiksów sci0fi z E.C.
Kminek: Niby "Infinity", a tak naprawdę tylko imię Thanosa wymienione kilka razy wskazuje na jakieś cechy wspólne z kosmicznym crossoverem. Dialogi w miarę ok, lubię komentarze Raccoona i Quilla, także "powrót" Angeli nieźle przemyślany, za to kreska… Niestety, "nie lubię tego".

Infinity #5
Gil: No dobra, ponieważ spodziewam się, jakie mogą być opinie zarówno z obozu zwolenników, jak i przeciwników Infinity, ja spróbuję dotknąć tematu z innej strony. Otóż, czytając ten zeszyt, zdałem sobie sprawę, że Infinity jest (przynajmniej w jakimś przedziale dokładności) realizacją pewnej obietnicy. I o ile samą akcję tutaj możemy uznać za zamkniętą całość i coś przeznaczonego dla wszystkich czytelników, tak dostrzegam tu również drugie dno i coś dla czytelników lepiej obeznanych z historią Avengers. To zaś każe mi powiedzieć, że Infinity jest dopiero początkiem (o ile oczywiście kierunek będzie kontynuowany). Tyle wstępu, a teraz konkrety. Przede wszystkim mam na myśli koncepcję Avengers World, jaka jest tu zaprezentowana. Cała wojna z Builderami jest tylko pretekstem do tego, by Avengers zajęli konkretną pozycję w świadomości całego kosmosu. To, w jaki sposób kolejne światy przyjmują ich jako przywódców w tej wojnie, a następnie przejmują symbolikę kojarzy mi się wprost z prezentowaną w kilku historiach (szczególnie w Avengers Forever) przyszłością, w której Avengers są armią na skalę kosmiczną. Hickman dość bezpośrednio wskazuje nam właśnie ten kierunek: najpierw pod flagą Avengers wyzwalane są kolejne światy, później stają się wzorem. Na początku aktualnej własnej serii padło hasło „we need to grow bigger”, później była mowa o skali globalnej, ale wydarzenia szybko to zweryfikowały i już teraz możemy mówić o zasięgu kosmicznym. Według Busieka, dalej przyjdzie galaktyczna policja, a potem regularne legiony, podbijające kolejne światy i budujące imperium. Może Destiny War, albo Reckoning War? To już zależy, kogo pytać. Hickman pewnie ma własny pomysł, a przede wszystkim możliwość pokazania tego od podstaw. Bo teraz jesteśmy właśnie na początku tej drogi. W tych pięciu zeszytach dostaliśmy podwaliny pod coś większego – pierwszy strzał w większej wojnie. Dlatego nawet nie będę atakował sposobu rozwiązania wątku Builderów, bo właściwie go nie ma. Powiedzieć, że tutaj Builderzy zostali zbyt łatwo pokonani to tak, jak powiedzieć, że Imperium zostało zbyt łatwo pokonane po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci. Patrząc na ten jeden konkretny element fabuły, trzeba uczciwie przyznać, że został rozwiązany pospiesznie. Ale jeśli spojrzy się na większy obrazek, musimy również zgodzić się, że wcale nie był on taki istotny. To dopiero początek. Obok mamy drugi wątek, który teraz wysuwa się na czoło, bo również ma coś do zrobienia, ale i on zapewne pozostanie w zawieszeniu, gdy skończy się numer szósty. Może nam się to podobać lub nie, ale tak się teraz pisze venty: każdy opowiada małą historię, która jest preludium czegoś większego. Jak House of M przed Decimation, jak Secret Invasion przed Dark Reign i tak dalej. Event ma zwrócić uwagę czytelnika i zachęcić, żeby został tu dłużej, bo prawdziwa impreza dopiero się zacznie. Oprócz nowej pozycji Avengers, dostajemy także wstęp do historii Thane, kryzys Wakandy, ujawnienie istnienia Illuminati oraz wątki z innych serii. Są to kolejne obietnice, ale ja nadal gotów jestem uwierzyć w ich realizację. Bo tu i teraz, na moich oczach realizuje się coś, co obiecano lata temu. I chcę jeszcze! A na koniec krótkie podsumowanie zawartości zeszytu: fabuła wydaje się nieco skrótowa, ale mogę to zaakceptować. Rysunki nadal nieco nierówne, ale generalnie dobre. Zwyczajowy poziom Hickmana został zachowany, więc i ja zachowam ocenę 7/10.
avalonpulse0324a%20%5B1600x1200%5D.JPGkuba g: Uhhh, ale będzie butthurtu po tym numerze. Avengers worlds? Wszystko jasne. Ziemia znów ustawiona w centrum kosmosu, znów idioci i zacofańcy wychodzą z dupy wszechświata i znów część fanów sci-fi, część napinaczy z 4chana będą narzekać, mniejsza o to, że to wątek idealnie wychodzący z dotychczasowej historii. Gorzej już poprowadzono motyw pojmania Thane'a, który został poprowadzono tak nieciekawie i bez wysiłku, że dla mnie istotnie pogarsza ocenę numeru. Zobaczymy co dalej.
Demogorgon: To wszystko? Builders zostają od tak odparci po tym całym popisywaniu się jacy są super fajni i dominują nad wszystkimi w kosmosie? Od tak koniec? cliffhanger z Avengers był po pietruszkę? Nawet nie dostajemy jakieś finałowej bitwy, tylko jest nam powiedziane, że Avengers ocalili Wszechświat? To ma być wszystko? Tak to się kończy? "Not with a bang, but with a whipmer"? Rozczarowanie.
Jakby ktoś miał wątpliwości, że ten event może dawać szansę zabłyśnięcia postaciom z drugiego szeregu, to może sobie darować. Nie po tym, jak dostajemy bezczelne polerowanie Avengers. Gadiator i Imperial Guard? Ronan the Acusser? Annihilus? Kogo oni obchodzą, tylko Avengers się liczą, Avengers sami wygrali wojnę. Ta, bo wojnę to wygrywają jednostki zdaniem Hickmana. Bo wygranie jednej, w sumie nieważnej bitwy i zabicie jednego, niewiele znaczącego, kolesia może odwrócić losy wojny, zdaniem Hickmana. Co za badziewie. Nie tylko kolejny raz mamy tu głaskanie ego rasy ludzkiej, coś, czego, przypominam, nienawidzę w fikcji i nie chcę oglądać, ale mamy tu też coś o wiele gorszego - głaskanie ego fanów A-Listeów, a dokładnie Avengers. Czego nienawidzę jeszcze bardziej. Najpierw Avengers Arena mnie informuje, że moi bohaterowie z nastoletniego zakątka nie mają znaczenia i powinienem zamiast nich kupować Avengers, a teraz ten komiks mówi to samo o moich bohaterach z kosmosu. Jeszcze tylko historia w której Avengers kopią tyłki w magicznej części Marvel Universe i pokazują jacy są lepsi od takich postaci jak Ghost Rider czy Hercules, a Marvel nie mógłby mi bardziej pokazać jak bardzo ma mnie i mnie podobnych ludzi gdzieś. A ludzie się śmieją z DC, że jedyne co potrafią to wydawać komiksy z Batmanem i nic więcej ich nie obchodzi. A tu proszę, Marvel jest taki sam. Avengers zarobili kupę kasy w kinie, to będziemy ich wpychać ludziom do gardła, chociaż prócz trzech serii komiksy z Avengers w nazwie wcale nie sprzedają się lepiej od reszty.
Z innych rzeczy, zajebistość Corvusa Glaive rozwiewa się w pobliżu Thanosa. Aura ssania szalonego tytana jest silna. Ale wiem wreszcie co mnie drażni w Thanosie. On się nie zachowuje jak Thanos. Tylko jak Darkseid.
Ebony Maw był rozczarowaniem, podobnie Thane. Ale póki co ten event, od pierwszego numeru, to nic, tylko jedno, wielkie rozczarowanie.
Soundtrack: Protectors of the Earth
Kminek: A mnie się podobało! I kreska, która dla mnie jest po prostu genialna i to, że prości żołnierze widzą w Avengers bohaterów i kreatorów zwycięstwa. Trzeba pamiętać, że prości szeregowcy nie są obecni podczas całego procesu planowania i podejmowania decyzji, dla nich liczą się wydarzenia na polu walki. Moim zdaniem oddano to naprawdę nieźle.
Owszem, może za szybko to wszystko się dzieje, może zbyt pompatycznie [ kadr ze wznoszeniem sztandaru Avengers jakoś dziwnie przypomina jedno z najsłynniejszych zdjęć II Wojny Światowej, na temat którego powstał film "Sztandar Chwały"], ale nic to. Podoba mi się ten event i to, że spójnie zmierza do końca.

Scarlet Spider vol. 2 #23
Gil: No tak, można było się spodziewać, że rozwiązanie pójdzie w tym kierunku. Kraven bardzo chciał, żeby Kaine go zabił, ale przecież nie było o tym mowy, bo dopiero co go przywrócili, więc przewidywałem, że zakończą to albo ubijając Annę, albo chwilową śmiercią Kravena (bo w ten sam sposób rozegrali „zabicie” Wolverine’a parę numerów wstecz). No i masz. Spodziewałem się też, że oberwie ktoś z porwanych, żeby Kaina rozwścieczyć, więc 2:0 dla mnie. Natomiast plusa scenarzysta dostanie za otwarcie kolejnego wątku, związanego z przeszłością naszego antybohatera. Tego jestem bardziej ciekaw, niż zakończonej właśnie opowiastki. Tutaj zabrakło mi nie tylko zaskoczenia, ale i emocji, bo jednak bardziej przegadali tę konfrontację. Grafika była na poziomie raczej typowym dla tej serii, więc w porządku, ale trochę obok klimatu. Dlatego tym razem wystawię 4/10, bo ostatecznie wyszło nieco poniżej oczekiwań.
Demogorgon: Szkoda, że nie zainteresowałem się tym komiksem wcześniej. Bo rany, ta seria jest świetna. I ten numer też był - kolejny etap w długiej walce Kaine'a z własną naturą, kolejne trudne decyzje, kolejne problemy - uwielbiam tę serię, obserwowane trudnej walki Kaine'a o stanie się lepszym człowiekiem dalej jest inspirujące.
Gdyby tylko te rysunki były lepsze.

Superior Spider-Man #20
Gil: Ech, drugi raz w tym tygodniu dałem się złapać na głupi fabularny twist... Ale sam sobie jestem winien, skoro nie zwróciłem uwagi na zapowiedzi albo zapomniałem o nich. A najbardziej wkurza mnie to, że podjąłem gierkę scenarzysty, którą przejrzałbym od razu, gdybym wiedział, czego się spodziewać. Chociaż właściwie, powinienem mu to policzyć na plus, jako umiejętną zagrywkę fabularną. Po prostu już zacząłem sobie wyobrażać pewne możliwości, kiedy pokazali, że ktoś się wybudził ze śpiączki w tym samym momencie, kiedy Pioter wyzionął ducha. Tymczasem okazało się, że to Stunner, czyli wielkie meh. Dla odmiany, spodobało mi się szczerze pierwsze spotkanie Superiora z Black Cat. Coś czuję, że za tego zęba drogo zapłaci. No i fajnie się wje-ehm, zanaczy władował na minę z tym doktoratem. To naprawdę zaczyna wyglądać jak początek końca... Ale jak znam Marvela, to już pewnie kombinują, co tu zrobić, żeby Amazing był żywy i Superior cały. Całkiem dobrze wyszły też rysunki. Wypadałoby więc zachować się profesjonalnie i wystawić to 6/10, na które ten zeszyt zasługuje.
Muttsu: O MOJ BORZE! On Jej wybił zęba! On Jej po prostu przyj@#$l !!!!
LOMAZCURKOMCIEZARNA, a Ona się nawet tego nie spodziewała.
Ała! To nawet mnie zabolalo.
Nic więcej z tego komiksu nie zapamiętałem poza miną zaskoczonej Felicji i tej pięści wjeżdżającej Jej na twarz.
jdtennesse: Hmm… A już myślałem, że ta gruba osoba w szpitalu, to będzie Parker, a nie była lalunia Otto. Zresztą, nie jestem przekonany, że to była ona od początku – chodzi mi o to, że wychodząc ze szpitala po terapii, ma twarz faceta a nie kobiety, choć ukrytą pod kapturem; podejrzewam, że zrobili to specjalnie, żebyśmy się od razu nie domyślili kim jest. A co się w ogóle wydarzyło? Pierwsze spotkanie Black Cat z OttoSpiderem, które skończyło się mordobiciem, a właściwie kotobiciem. No i mega porażka OttoPetera na obronie tezy doktoranckiej. W końcu jego pewność siebie została poskromiona, a PeterOtto wyszedł na oszusta i złodzieja. Ciekawe jak z tego wybrnie? Jest też trochę cioci May i MJ. No i w tle pani policjant dalej próbuje rozszyfrować PeteraOtto, po tym jak odkryła, że Spider finansuje swoje działania z kont Octaviusa. Zobaczymy czy tego nie zepsują w następnym numerze. I całkiem fajne rysunki. 6/10.
 
Superior Spider-Man Team-Up Special #1
Gil: Okazało się, że mamy tutaj typową sytuację z annualowych crossbow, czyli im dalej, tym słabiej. Kiedy już wyszło na jaw, o co właściwie chodzi, całość zrobiła się trochę meh. Byłoby ciekawiej, gdyby chodziło o rzeczywiste podróże w czasie, ale szalony naukowiec i jego roboty nie dają rady, nawet jeśli dadzą im power-upy. Przynajmniej dialogi utrzymują dość przyzwoity poziom i bywa zabawnie. Ale załatwienie przeciwnika przy pomocy iPoda, to już raczej motyw dla Pingwinów z Madagaskaru. No i rysunki w tej części są trochę słabsze. Dlatego zakończymy tegoroczną przygodę z nie-annualami na poziomie 5/10.

Ultimate Comics: X-Men #33
jdtennesse: Jedyne rozczarowanie tego numeru? Za łatwo poszło. Owszem, zniszczono Tian, a wojna się skończyła. Nagle Jean Grey przestała pałać chęcią zemsty i zniszczenia. Dlaczego? Zero wyjaśnienia. Czy może mamy zrozumieć, że Jean przyjęła argumentacje Kitty, że mutanci już są zjednoczeni i nie muszą być zjednoczeni w jej (Jean) sposób. Nałożono na Jean sankcje, przyjęto na łono Utopii. Utopijne zakończenie, jak na Utopię przystało. Rysunki są ok, takie jak od kilku numerów. Ogólnie to bardzo mdłe zakończenie, jak i mdły komiks. 3/10.

Uncanny X-Force vol. 2 #13
Gil: Aha, więc tak naprawdę, to Bets i Storm walczą z revenantami dlatego, że zepsuli im wakacje. There is logic in what it says. Nikt już nie kwestionuje lojalności Bishopa, Deamon Bear po prostu łazi z nimi, a i na Spiral nie zwracają większej uwagi. Dziewczę, które na początku serii miało może z 5 lat, teraz wygląda na jakieś 15, chociaż na oko równie dobrze mogłoby być w wieku Psylocke. I nawet nie próbuję zliczyć, ile noży nosi przy sobie Bishop, ani pojąć, jakim sposobem księżyc zalała krew w taki sposób, że jest to widoczne tylko z Los Angeles. Czy w ogóle muszę mówić, jak bardzo to się nie trzyma kupy? Ale jest jeden plus: poprawiła się grafika. Może nie jest rewelacyjna, ale wcześniej była tak koszmarna, że zmiana rysownika jest dużym plusem. Ale taki plus to za mało, żebym mógł wyciągnąć ocenę na wyższą niż 3/10.
jdtennesse: Eh, żeby cały komiks był tak fajny i ładny jak okładki Anki. Pomarzyć można. Chociaż szczerze trzeba przyznać, że z rysunkami jest tym razem bardzo dobrze. Ogromna zmiana w stosunku do tego, co mieliśmy do tej pory. Niestety, jeśli chodzi o stronę fabularną, nie jest tak dobrze. Muszę przyznać, że skład drużyny jest bardzo ciekawy i nietypowy. Niestety, dobór jego członków oraz sposób ich zjednoczenia, pokazanie wzajemnych relacji wychodzi płasko i nienaturalnie. A możliwości są ogromne. Cassandra jako Owl Queen niszczy barierę między naszym światem a światem upiorów. Rozpoczyna się bitwa, którą X-Men oczywiście przegrywają, Betsy zostaje porwana a reszta stoi i podziwia krwawy księżyc. Słabo. A mogłoby być o wiele lepiej. Rysunki to za mało, żeby stworzyć dobry komiks. 3/10.

X-Men: Battle of the Atom #2 (BotA Part 10)
Gil: Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba. Bo nie stało się nic. Serio. Nic. Ten cały złom, który wyleciał z Helicarrierów okazał się zbyt wielkim wyzwaniem dla prawie czterdziestu X-Men, którzy stali jak idioci i nie reagowali. Szczyt kretyństwa tego numeru: ktoś mówi „Magneto mógłby je rozwalić”, na co Mags odpowiada „Ale nie wszystkie”. A potem nie rozwala ani jednej. Każdy ze sprawną ćwiartką mózgu zniszczyłby tyle, ile może, ale tutaj działają na zasadzie: wszystko albo nic. I ostatecznie nie niszczą ani jednej z tych cholernych rakiet, żeby spokojnie mogły się poskładać w Sentinele. W tym czasie wolą za to dużo gadać. Bardzo dużo gadać. A potem, zamiast tłuc te roboty, nadal tłuką się między sobą, dając im idealną okazję do wystrzelania dzielnych herosów. Ale oczywiście tylko tych z przyszłości. A przy tym poznajemy ulubioną taktykę X-Men: cios z dyńki. Potem Yvil Jean robi swoją ywil thing i roboty wyparowują, żeby wszyscy mogli popatrzeć, jak kolejne małe grupki ją atakują. Aż w końcu robi puf! i przechodzimy do epilogów. Bo naturalnie po tym, jak nic się nie wydarzyło, potrzebna jest seria epilogów. W których nie tylko nic się nie dzieje, ale też nie zapowiadają, żeby mogło się coś ciekawego wydarzyć. Młodzi zostają – to wiedzieliśmy od dawna. Kitty i Mags najwyraźniej zamienili się miejscami, bo tak. Paru przyszłościowców nadal będzie nam się tu pałętać, nie wiadomo po co. A Wood to już w ogóle nie miał co pokazać, więc znów wcisnął Jubes z tym dzieciakiem. Wypadałoby wskazać jakiś pozytyw, nie? Na szczęście mamy Ribica, który dał nam parę niezłych szkiców. Ale nawet to musieli w tym komiksie spieprzyć, bo wykańczaniem zajęły się jakieś nieznane mi ludki, które więcej napsuły niż pomogły. I oczywiście w kulminacyjnym momencie musieli zmienić rysownika i kazać mu walnąć szkic w 5 minut. Wyszło paskudnie. Ale za to mamy festiwal homage’ów. I znów nie wszystkie udane. Zupełnie, jakby uparli się, żeby zrobić najgorszą chałę w dziejach. Akurat to im się udało, bo nawet z bonusem za rysunki mogę dać najwyżej 2/10.
Krzycer: Jestem zdumiony. Spodziewałem się, że crossover skończy się tak, jak się zaczął i jak trwał, czyli kiepsko albo wyjątkowo źle. A tymczasem zakończenie było co najmniej przeciętne. Co najmniej!
Finałowa walka, niestety, pozostaje słaba. Do samego końca jest chaotyczna i opiera się na zasadzie "po co komu moce, gdy można pierdyknąć przeciwnikowi z bańki". Do tego autorzy postanowili budować napięcie tak, jak to robił Remender w "Dark Angel Saga" - trzeba pokazać, że sprawy przybrały poważny obrót? Czas zabić kilka postaci z alternatywnej rzeczywistości/przyszłości.
Mimo to nawet w tej walce znalazły się pozytywne elementy. Oryginalni X-Men ustawiający się na kadrze tak, jak na okładce pierwszego numeru, czy kilko wyjątkowo pożądanych przeze mnie jako czytelnika słów odnośnie sporu Cyclopsa i Wolverine'a i jego efektów.
Ale to, co uratowało ten numer (i odrobinę ociepliło moje postrzeganie całego crossa), to epilogi. Nagle okazuje się, że te kilka sekwencji z Kitty narzekającą na działania swoich towarzyszy i debatującą z Rachel czemuś służyły, i chwała za to. Nagle - wreszcie - nie ma tak, że Wolverine to świętoszek, a Cyclops to złoczyńca, po raz pierwszy od Schizmy są przedstawieni mniej-więcej jednakowo.
Nawet te wątki Jubilee i Shogo w tym numerze nabrały jakiegoś charakteru. Kto by pomyślał, wystarczyło zabić jedną z tych postaci, by tak nijaki wątek niespodziewanie lepiej się czytało.
Łyżką dziegciu w miodnych epilogach jest Kymera. Po pierwsze - bo znowu mam flashbacki z Dark Angel Saga ("Nie wracam z wami, muszę znaleźć tych zdrajców" Kurta AoA), po drugie - bo co dopiero mówiliśmy o podróżach w czasie i konieczności odstawienia wszystkich do właściwych epok? Na szczęście Aaron się z tego wyśmiewa w swoim epilogu ("We never learn, do we?").
Ogólna ocena tego numeru: w porządku.
Ogólna ocena tego numeru w ramach crossoveru: alleluja, to już koniec.
Ogólna ocena crossoveru: łojezu. O połowę za długi, cztery razy więcej postaci, niż potrzeba, przyszłe wersje bohaterów nudne, nieciekawe i mało pomysłowe, za to udziwnione na siłę (Ice Master... Ble.)
Poza tym wąsaty Colossus to recykling, dostaliśmy już takiego w chyba jeszcze gorszej od tego crossovera historii "Ages of Apocalypse", jakoś tuż przed "The Twelve".avalonpulse0324b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Lotar: Hurrra, koniec! Zakończenie nie uratowało tego beznadziejnego crossa. Cały numer to bełkotliwa młóćka. Hill się nagle przestraszyła wojny z X-Men? Buhaha, litości. Ribic rysował na pół gwizdka, a i tak czasowo się nie wyrobił i kończyć musiał inny koleś, który też odwalił fuszerkę. X-Men z przeszłości zostają, X-Men z przyszłości też zostają, co za dno, co za dno. Oczywiście nic nie zostało wyjaśnione, ale to nie powinno dziwić. Żaden z epilogów mnie nie ruszył. Pięknie uczcili rocznicę. Ocena: 1/6.
kuba g: Jednym z powodów dla którego czytałem X-Men Bendisa jest moje uwielbienie do Kitty Pryde i tego, że potrafi on fajnie prowadzić postać. Niestety teraz gdy Kitty wraz z oryginałami przyłącza się do Cyclopsa kończę X-Men od Bendisa. Absolutnie nikt nie jest w stanie zmotywować mnie do udawania, że cokolwiek obchodzi mnie jego drużyna, on sam i Magneto w tym niedorzecznym kostiumie. Ech. Wychodzi na to, że znów przychodzi okres gdy nie będę czytał absolutnie nic z X w tytule (no może nie licząc miniserii Marvel Knights: X-Men).
Demogorgon: Mam dziwne wrażenie, że koniec końców Brotherhood to była powtórka z Paradoxa, prosto z Yu-Gi-Oh! Bounds Beyond Time (polecam świetny Abriged Movie). A właściwie nawet druga powtórka, bo pierwszą był Harvest z The Culling od DC. I podobnie jak Bounds Beyond Time, ten komiks też ma głowę we własnym tyłku.
Ogólnie finał to wielka, chaotyczna bijatyka, w której wiele się dzieje, ale nic nie ma znaczenia. Xorn odpala Phoenixa. Postacie z przyszłości giną masowo. Magik odstawia Darkchylde. "Muh Original Five" robi homage do okładki X-Men #1 (PO CO?!). I to wszystko dostaje może po panelu, dwóch. Całość jest sprowadzona do bezsensownej naparzanka z oczywiście złymi antagonistami. A końcówka? Jubilee z synkiem było jeszcze ok, zostawianie córki Storm w teraźniejszości już wyszło bez sensu - czy ten event nie był o tym, by nie zmieniać przeszłości? Odejście Kitty i "Muh Original Fiveeeee!" (serio, nienawidzę tej bandy) ze Scottem i Illyianą już było lepsze, a i tak jedyne co w tym było fajnego to ten smug smile Scotta na ostatniej stronie. To "Damn, it' good to be me" wypisane na jego twarzy.
A jedna rzecz mnie strasznie wkurzyła. rozmowa Logana ze Scottem. I Wolverine twierdzący, że Summers zabił jedynego człowieka, który miał znaczenie. Ktoś kto od tak stwierdza, że jego ofiary się nie liczyły i nie miały znaczenia nie powinien uczyć w szkole, tak mówią złoczyńcy i to najgorszego sortu.
A i tak apropo - Not to die? Jak to ujął pewien 4channer, ukradłeś to z Runaways, Bendis, i dobrze o tym wiesz.
Soundtrack: Paradox Theme.
Kminek: Najpierw plusy:
- Wiccan jako Sorcerer Supreme i Kid Omega jako Phoenix. Moim zdaniem te dwa wybory były udane. Dla mnie klimatycznie, całkiem fajne projekty postaci i chociaż odrobina w miarę sensownego humoru ze strony Quire'a [oprócz tej wstawki o internecie wypowiedzianej nad zabitym Rasputinem],
- rozmowa Cyke'a i Wolverine'a o S.H.I.E.L.D. Wreszcie to nie wygląda jak przepychanki jedenastolatków [bez obrazy dla nich], ale jak rozmowa rozgoryczonych facetów,
- pewna doza samokrytycyzmu autorów na temat Schizm [kwestie Jean-Xorn Grey]
- koniec eventu, który tak naprawdę nic nie wniósł do świata X.
Minusy:
- cała reszta.
Żeby nie było, że gimbastycznie hejtuję podam argumenty na poparcie mojej tezy:
a) ten event można było ograniczyć do jednego, no może dwóch numerów. Jean spotyka się z Wolverinem i Scottem i mówi im rzeczowo, wyjaśnia merytorycznie, że cały pieprznik z przyszłości był przez ich Schizmę i dlaczego X-Meni muszą wracać do swoich czasów. Koniec, kropka. W miarę logicznie.
b) Atak rakiet. Mistrz Magnetyzmu, dwie Jean Grey plus Sorcerer Supreme i odrodzona moc Phoenix – czy to naprawdę, naprawdę za mało na te kilka pocisków?
c) Molly Hayes. Najpierw, dyskretnie lub nie, kpiono z dziewczyny, a potem przebito mieczem bez żadnego, widocznego efektu, tylko po to by się nie pojawiła w finale. Lame!
d) olanie sprawy Xaviera juniora-juniora. Potężny telepata, zmiennokształtny Wolverine, lodowy Hulk i Molly "jeśli-żyje" Hayes to widocznie za mało, by wzruszyć X-Men z przyszłości. Niech zostanie tylko Kymera’ niech ich wytropi, nie ma sprawy! Można się zgodzić, że została jedyna osoba z ekipy, która nie ma [jeszcze] swojej wersji w teraźniejszości, ale kurcze blade, Storm na jeżyka i jej pantera to chyba trochę za mało!
e) rozwiązania Marvela dotyczące świata X-Men. Epilog związany z Kitty miał chyba na celu wskazanie, że dochodzi do zbalansowania ilości tytułów dotyczących obu X-grup. Teraz, o ile się nie mylę, każda z nich ma po trzy… [ All New X-Men zostanie zastąpione przez Amazing X-Men jeśli chodzi o przygody teamu Wolverine’a]. Niestety, dla mnie to mało spójne i niezbyt logiczne, ale cóż. W przyrodzie musi być równowaga.
Na sam koniec w przypływie ociekającej goryczą weny, stworzyłem pseudo-haiku, którym chciałbym się z Wami podzielić:
"Kiedy walczysz z mutantem obdarzonym nieograniczonymi zdolnościami telepatycznymi oraz telekinetycznymi i idzie Ci źle,
je...j go ze łba,
ratuj się".

jdtennesse: Brak mi słów. Ale tylko tych dobrych. Niestety, nie mam do powiedzenia nic dobrego o tym numerze, poza tym, że kończy ten fatalny event. Niestety, mimo że do końca miałem jakieś tam nadzieje na zakończenie, które choć trochę zreperuje to co się do tej pory wydarzyło, to srodze się rozczarowałem. Od pierwszej strony. Lepiej stójmy i pogadajmy o tym co można zrobić, zamiast faktycznie robić cokolwiek. A dalej nie jest lepiej, wręcz przeciwnie. Autorzy naładowali tu dużo za dużo wszystkiego – bohaterów, odniesień, wątków… Sentinele autorstwa SHIELD, rzeczywiście zaskoczenie. Biją się dalej, nie tylko z sentinelami, ale ciągle między sobą. I niby ginie (?) kilka osób, ale tak naprawdę nie ma to większego znaczenia. Muszę się zgodzić z JeanXorn na temat rozłamy Scott/Logan, ale jeśli to mieli autorzy na celu tworząc ten cross, to na pewno można to było zrobić lepiej, krócej, mniej boleśnie. I lepiej. Najgorsze ze wszystkiego jest zakończenie. A właściwie jego brak. JeanXorn znowu traci kontrolę, a potem wybucha. I tyle. Wszystkie drużyny przestają się ścigać i chyba zapominają po co się tyle czasu tłukli. All-New zostają w teraźniejszości, co więcej, kilku (?) przybyłych z przyszłości też. Widać, że nikt nie wyciągnął żadnych wniosków, nie było żadnej nauczki? A wyjaśnienie brzmi – jakaś moc powstrzymuje nas przed powrotem, przecież próbowaliśmy. Zamiast porządnego zakończenia dostajemy cztery równie beznadziejne epilogi. Największa zmiana? Kitty z młodymi przeszła na stronę Scotta. A rysunki… Tak nieudanej mieszanki dawno nie widziałem. O rety, chwilami widać, że mogą być fajne, ale chwilami… Brak mi słów, najlepiej niech wyrazi to mina Emmy na panelu, gdzie próbuje dogryźć Storm na temat jej małżeństwa. Moje rozczarowanie jest równe moim początkowym nadziejom, czyli bardzo duże. Jest to najgorszy z możliwych sposobów na uczczenie istnienia X-Men. 1/10.
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.10.30
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.