Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #323 (29.10.2013)

avalonpulse0.png
Wtorek, 29 październik 2013Numer 43/2013 (323)


W minionym tygodniu najwięcej pozytywnych komentarzy zebrał... najnowszy odcinek "Agents of S.H.I.E.L.D.". Najwięcej negatywnych dziewiąta część "Battle of the Atom" oraz większość tie-inów do "Infinity".

Daredevil vol. 3 #32
Gil:
Myślałem, że ta okładka to tylko taka impresja pod Halloween, ale nie – naprawdę to zrobili. Wrzucili Matta w przerażające czeluści wsiowego Kentucky, by bronił potwornickich przed redneckami. Yupi… A wydarzyło się to już po tym, jak zepchnęli w tło cały wątek z Jesterem, znów wyciągnęli z kapelusza Sons of the Serpent i ot tak podłączyli ich do Darkholdu. Gdyby ktoś nie pamiętał: to taki jakby marvelowy Necronomicon. A gdyby ktoś mnie zapytał o zdanie, to jeśli już naprawdę chcieli ich podłączyć pod jakieś magiczne źródło, to bardziej nadaje się Serpent Crown i Set. No, ale na to nic nie poradzę, chociaż podoba mi się coraz mniej. Za to przynajmniej początek wyszedł nieźle – zwłaszcza ta scena, gdzie Matt przejrzał pułapkę Jestera. Nie można było tego się trzymać? Wyczuwam jakieś zmęczenie materiału, albo inny spadek formy u Waida (pacz: Hulk). Tym razem dam 5/10 i mam nadzieje, że to przejściowe.
kuba g: Moim ulubionym momentem tego numeru jest zachowanie Jestera, który absolutnie nie wierzy w ślepego Matta Murdocka, takie małe elementy sprawiają, że ta pozornie szalona i rozrywkowa seria staje się bardziej rzeczywista. To zawsze była (jest i będzie) największa zaleta scenariuszy Waida, wsadzanie całego dobra inwentarza komiksu superhero, każdego absurdu akceptowalnego tylko w tym medium, ale zestawia to z prawdziwymi krwistymi emocjami i zachowaniami. Jester wpada w podobne pułapki jak niegdyś Mysterio, z tym, że (jak zwykle) w gorszym stylu. W sumie w przypadku tego numeru mógłbym rozpisywać się nad każdą stroną, nad momentami gdy znów mam wrażenie, że Waid pisze DD tak jakby ciągle komentował te wyimaginowane przez niektórych podobieństwa DD z Batmanem, nad ciągłą zabawą polityczną karykaturą, czy rozwijanie przyjaźni z Foggym bez ustawicznego taplania się w wyrzutach sumienia tylko tak jak (niestety) robili to scenarzyści przed nim. Ale nie muszę, wystarczy powiedzieć, że znów dostaliśmy numer inteligentnej i szalonej rozrywki, która ciągle nie ma konkurencji na mainstreamowym rynku. Aha, czy muszę wspominać, że rysunki Chrisa Samnee dalej są świetne?

Indestructible Hulk #14
Gil:
Nie da się ukryć, że było to trochę chaotyczne. Zwłaszcza w pierwszej części, kiedy tak losowo skaczą w czasie i między pojedynkami. Jedyny plus tego rozwiązania jest taki, że nie poświęcają na każdy z tych pierdów całego numeru, jak to było poprzednio. Gdyby tak było, męczylibyśmy się z tą historią jeszcze z pół roku. Druga połowa numeru dla odmiany przenosi nas po raz któryś do momentu powstania Hulka. A w końcu docieramy chyba do istoty całej historii, bo dowiadujemy się, że za wszystkim stoi jednak Zarrko i mamy kolejną metamorfozę samego Hulka. Tym razem jest to Hulk do kwadratu z podwójną dawką gamma. Jest tylko jeden problem… To klasyczny paradoks dziadka: gdyby Hulk nie dopuścił do napromieniowania Bannera, nigdy by nie powstał, więc to wszystko nie mogłoby się wydarzyć. Ech, trzeba było ruszać te podróże w czasie? Teraz wszystko się spaprało i gdzieś mi czmychnęła przyjemność z czytania tej serii. Tutaj na przykład nie dam więcej niż 5/10.
kuba g: Na pewno Waid świetnie bawi się pisząc tę historię. Rysownik też ma nie lada zabawę w nim tworząc te sekwencje akcji ale... ja mam właśnie z tym problem. Za dużo akcji, za mało zagadki i co najgorsze, za mało interakcji Banner/Hulk i Banner/SHIELD, które tak dobrze Waid pisał wcześniej. Dalej czyta się to dobrze, ale wolę czytać gdy Banner jest naukowcem, który od czasu do czasu rozi rozpierdol, niż to gadanie w około rozwałki z tego numeru.

Infinity: Heist #2 (Infinity Tie-In)
Gil:
No to po raz kolejny tie-iny sprawiają, że chronologia wydarzeń rozjeżdża się jak ciotka na wrotkach. Terrigeneza jeszcze przed nalotem kosmitów? Co prawda, nie sprecyzowali, ile trwała inkubacja Blizzarda, ale mam wrażenie, że zajęło to jedną noc, więc czy mamy przyjąć, że nie minęło więcej niż 36 godzin od początku akcji? Trochę mało, jeśli zważymy na kosmiczną skalę wydarzeń... Poza tym, mam wrażenie, że trochę poszli na łatwiznę z tym pomysłem. Teraz można wziąć dowolną postać i dać jej dowolny upgrade, a potem zwalić to na terrigenezę. A i tak dziwnym zbiegiem okoliczności, wszystkie zmiany będą się zgadzały z dotychczasowym motywem przewodnim postaci. Widać już po Blizzardzie, że zmienia się w kolejnego Icemana czy Mr. Freeza. No bo przecież gdyby postać o imieniu Blizzard nagle dostała zdolność pierdzenia ogniem, to połowie czytelników eksplodowałyby głowy z konfuzji - tak zapewnie rozumują włodarze. No dobra, ale dosyć już tych dygresji, wróćmy do zeszytu. A w nim właściwie przemiana Blizzarda jest centralnym punktem i niewiele więcej się nie wydarzyło, aż do samego końca, kiedy to okazało się, że Spymaster to kawał ch...ama. Jak dla mnie, nadal jest to średni poziom, bo nie mogę powiedzieć, że lubię podobną tematykę, a w dodatku widziałem to już w lepszym wykonaniu. Tak więc, zostanę przy górnej granicy 5/10.
Krzycer: Ha. Jakoś nie skojarzyłem tych faktów. Ciekawe, czy Donnie dostanie jakieś moce przy tej okazji, czy też nowy kolor skóry to wszystko, na co może liczyć.
Poza tym... poza tym w tym numerze nie ma wiele. Ot, połowę zajmuje wpisanie miniserii w wydarzenia Infinity, połowę zajmuje... takie tam snucie się.
Liczę, że w kolejnym numerze Tieri się rozkręci.

Infinity: The Hunt #3 (Infinity Tie-In)
Gil:
Wreszcie mogę wskazać w tej serii jakąś pozytywną zmianę: dała sobie spokój z podręcznikową ekspozycją. Ale brak minusa to jeszcze nie plus. Tych natomiast nadal brak. Widzę, że autor próbuje na siłę skonstruować jakąś drużynę z tej zbieraniny postaci, ale nie widzę żadnego sposobu, by ten fabularny potwór Frankensteina utrzymał się w kupie. Tym bardziej, że obok siebie stają skrajnie różne typy postaci i ciężko mi sobie wyobrazić ich kooperację. Mamy tutaj parę ugruntowanych i bardziej żywych postaci, parę groteskowych pomysłów Aarona, kilka abstrakcyjnych indywidualności Hickmana oraz cały worek pozbawionych charakteru drobiazgów, stworzonych na poczekaniu tylko pod tę serię. I poza kilkoma wizualnie interesującymi przypadkami, nikt nie zdołał mnie zachęcić do dalszego czytania. Jest to tym bardziej mierny rezultat, że już zapowiedziano jakiś rodzaj kontynuacji w zbliżonym składzie i z tym samym skrybą. Why am I not thrilled? Bo nie ma tu chemii między postaciami, żadnych haczyków, ciekawych dialogów - niczego zachęcającego. Poza tym, sporo postaci wyzionęło ducha w głupi i pozbawiony znaczenia sposób, więc czego dobrego możemy spodziewać się po scenarzyście, który nawet własnych tworów nie szanuje? No i rysunki nadal do mnie nie trafiają. Nie jest to już taka masakra jak wcześniej, ale nadal dostanie najwyżej 3/10.
Krzycer: To nie jest tak, że postanowiłem jeździć po tej miniserii. Naprawdę chciałbym, żeby ona mi się podobała, chciałbym wierzyć, że Matt Kindt sobie poradzi z tym ongoingiem o młodych, który zaraz ruszy... No, ale chcieć to ja sobie mogę, a ten komiks ssie.
Co mogę powiedzieć o nim dobrego? Tyle, że jest lepiej, niż w pierwszym numerze (który był handbookiem, a nie komiksem) i lepiej, niż w drugim numerze (który... nie miał cech charakterystycznych. Wiem, że go przeczytałem. Nic nie pamiętam.) Do tego Finesse jest całkiem nieźle poprowadzona. I uśmiechnąłem się dwa razy (przy "czy wy też czujecie pociąg do Doombota?" i zgaduję, że zamierzonym "This is... this is... Hopeless!").
W sumie nie mam problemu z osią fabularną - nauczyciele biją się po pyskach z żołnierzami Thanosa, więc są zbyt zajęci, by pomóc młodym z Atlantydy, więc młodzi z całego świata postanawiają ruszyć na odsiecz. To jest spoko. Tylko czemu autor potyka się niemal na każdej stronie o jakieś duperele?
1 "Och nie, nie dolecimy do Atlantydy!" "Ok, dolecimy do Atlantydy. I przy okazji zgarnęliśmy Wakandyjczyków!".
2 "Latanie na skrzydłach a latanie quinjetem - co za różnica?" ...duża. Znaczy, nie umiem pilotować samolotu, ale coś mi mówi, że to bardzo duża różnica.
3 "Główkuj, Bentley!" - wypowiedziane przez dziewczynę z azjatyckiej szkoły. Która Bentley'a nie zna.
4 Od kiedy Striker może latać? Znaczy, przespałem połowę Avengers Academy, ale... on nie potrafi latać, prawda?
5 Cholera, autor zabił miniCthulhu. Rękoma Strikera. Awesome!
6 ...czemu miniCthulhu zaczyna krwawić na skutek porażenia prądem?
7 Skąd tu się wzięła Sharkgirl? Tzn nie ma jej wymienionej na recap page, a nie pamiętam już, czy była w pierwszym numerze.
8 Tu już się czepiam, ale Wakanda nagle zaczęła wyglądać jak aborygeńska Australia.
9 O rysunkach powiem tyle, że Finesse najwyraźniej skopiowała moce Plastic Mana, a Sharkgirl zamienia się w najbrzydszego rekina, jakiego w życiu widziałem.
Demogorgon: Ktoś na 4chanie dobrze podsumował tę serię. Pierwszy numer jest tak zły jak przeciętny numer Avengers Arena, następne się wyrabiają. Bo ten wcale nie był złe. Jasne, rysunki za dobre nie są, a postać krwawi od porażenia prądem i nagle pojawiają się postacie, których wcześniej tam nie było. To nie jest jakiś dobry komiks. Ale też jest o wiele lepszy od takiej Areny. No i lubi kpić z "dzieła" Hopelessa, za co ma u mnie plusa - do wspomnianego przez Krycera "This is Hopeless" należy jeszcze dodać, że jedyne dwie psotacie z Braddock Academy zostają w nim bezceremonialnie zabite - tak, z tej samej szkoły, z której Hopeless wyciągnął większość swoich pupilków.Wreszcie wyłania się z tego jakiś obraz i sens, nawet robi się ciekawie. Wiecie co? Może dam jednak szansę Inhumanity autora, jeśli finał tej serii będzie dobry.
Podoba mi się scena w której Parademon...znaczy się, Outrider, przywala Quentinowi Quire.
Soundtrack: The Game

avalonpulse0323a%20%5B1600x1200%5D.JPGIron Man vol. 5 #17
Gil:
Ach, więc do tego to wszystko zmierzało... SPOILERS! Okazuje się bowiem, że to nie Antonio był tym dzieckiem, przy którym majstrował zły robot z kosmosu. Starzy Starkowie mieli i przed nim tajemnice. Tym dzieckiem był niejaki Arno Stark (zbieżność imion z Iron Manem 2020 zapewne nieprzypadkowa), który w skutek manipulacji genetycznych okazał się na tyle słabowity, by całe życie spędzić w hospicjum imienia swojej matki, przykuty do aparatury podtrzymującej życie. I teraz uwaga: NIKT o tym nie wiedział. Chociaż zapewne utrzymywanie go wymagało regularnego przepływu sporych sum, NIKT nie zauważył. Aż do teraz, kiedy Antek tak po prostu pojechał we właściwe miejsce i wszedł do właściwego pokoju. I żaden z nich nawet specjalnie się nie zdziwił. Ale, ale – to nie koniec niespodziewanek. Wyszło także na jaw, że Tosiek jest adoptowany. Waitwhat?!? Mamy w to uwierzyć? Po tylu historiach podkreślających, jakim to jest nieodrodnym synem swego ojca? Nope. Nie kupuję. Postawię na to, że wkrótce dostaniemy kolejną rewelację, na przykład, że jest klonem Howarda, albo jakąś hybrydą jego i żony, czy innego rodzaju sztucznym synem, ale jednak synem. Dobra, to skoro wiemy już, co się wydarzyło, przejdźmy do oceny. Chociaż podkreśliłem luki w fabule, nie znaczy to, że będę mocno krytykował ten numer, bo jednak był całkiem niezły. Egzekucja wyszła dobrze, bo w pierwszej części zostawiła dość miejsca, by popuścić wodzę wyobraźni i spróbować na własną rękę rozkminić zawczasu, co i jak. I fajnie się przy tym bawiłem. Część druga jest nieco bardziej przegadana, ale nie nudzi. No i jest potencjał w tym pomyśle. Chętnie będę go śledził jeszcze przez jakiś czas. No i wyglądało nieźle, więc tym razem subiektywne odczucia wezmą górę nad chłodną oceną i zakończę na 7/10.
Krzycer: ...więc, tego...
...morał z tego taki, że kiedy Kieron Gillen ogłasza, że wywróci świat jakiejś postaci do góry nogami, należy go słuchać. Szapo ba za gigantyczną zmyłkę, którą karmił nas przez ostatnie... 12 numerów? Znaczy, zmyłkę jak zmyłkę, wszystko wydarzyło się tak, jak to widzieliśmy, tylko teraz zostajemy zaatakowani iście shyamalanowskim twistem.
Ten numer zrobił na mnie duże wrażenie. Ale mam wrażenie, że w pełni będzie go można ocenić na koniec runu Gillena, kiedy już będzie wiadomo, co właściwie scenarzysta z tym wszystkim zrobi.
A na razie - jestem pod wrażeniem.
Undercik: Kilka razy już pisałem, że Gillen mnie strasznie zawodzi z tą serią i może jeden numer do tej pory mi się podobał, a sama historia o pochodzeniu Starka mnie już nużyła. Nie spodziewając się niczego wielkiego dostałem bombę. Prawdziwą bombę. Nie chodzi mi tylko o rewelacje tego numeru, ale o fakt, że w końcu się to dobrze czytało. Bez przynudzania, bez rozwlekania. Coś zaskoczyło i mam nadzieje, że od tego czasu nie puści.
A teraz przejdźmy do rewelacji. Jeśli nie czytaliście tego numeru, to... well, sami jesteście sobie winni, że dalej czytacie.
Wow, tego chyba nikt się nie spodziewał. Tylko, że to trochę nie pasuje. Już przemilczę to co pisał Gil, o synu swego ojca, bo to można podciągnąć pod tłumaczenie Demo, o wychowaniu. Ale hej! Adoptuj dziecko, które w przyszłości będzie podobne do Ciebie! Będzie geniuszem! Do tego będzie genialny w konstruowaniu maszyn! Dokładnie tak jak zaplanował sobie ten zły kosmiczny numer ileś tam! Nieeeeee. Ja wiem, że to komiksy i mamy masę zbiegów okoliczności, ale to nie zbieg okoliczności. o wygranie w dużego lotka dwa razy pod rząd. Jeżeli Gillen nie ma na to większego planu i nie zaskoczy mnie jakimś twistem który to wytłumaczy, to nie wiem co... Na pewno mi się to nie spodoba.

Marvel Now What #1 (one-shot)
Gil:
Gdybym miał zrobić wykres przedstawiający, jak poczucie humoru w tego typu wydawnictwach Marvela pokrywa się z moim poczuciem humoru, byłyby to dwa okręgi, styczne w jednym punkcie. Jakoś tak zazwyczaj podoba mi się z nich niewiele. Tym razem były to dwie pierwsze historyjki. Ta, w której Skottie Young przerzuca się na kociaki i ta, w której Evolutionary przedstawia koncepcję NOW! Natomiast im dalej w las, o tym więcej drzew się obijałem. Coraz mniej i mniej chciało mi się to czytać, aż w końcu ucieszyłem się, że to już koniec. No cóż, poczucie humoru to taka wredna bestia, która bywa wyjątkowo kapryśna i czasami staje jak osioł, kiedy czuje, że ktoś próbuje ją zmusić do czegoś. Moje nie lubi jak się je ciągnie na siłę. I dlatego nie mogę dać za to więcej niż 4/10.
grzgrzegorz: Ten komiks miał być z założenia humorystyczny, a wyszedł po prostu taki jakiś nijaki. Poza pierwszym gagiem o Mini Marvels (i ostatnim), historie są co najwyżej średnie. Nie warto.

Nova vol. 5 #9 (Infinity Tie-In)
Gil:
Ostatnio powiesiłem wszystkie psy na tej historii, więc teraz, żeby było sprawiedliwie, kilka z nich będę musiał przewiesić z barków scenarzysty na rysownika. Oto bowiem, gdy na scenie pojawiła się matka Sama, wyszło na jaw, że połowa mojej frustracji wynikła wprost z faktu, że pan tak zwany artysta absolutnie nie potrafi oddać różnicy wieku postaci. Mamuśka, chłopaki z New Warriors i Sam wyglądają identycznie. Nawet jego młodsza siostra jest tą samą postacią, tylko mniejszą. I to rysownik w największej części odpowiada za design nastoletniej zdziry, która udaje tutaj przeciwniczkę, a okazuje się równie mordercza jak kapiszon i pada po jednym ciosie. A potem zostaje zamieciona pod dywan i gotów jestem się założyć, że nigdy więcej o niej nie usłyszymy (chyba, że zmutują ją w ośmiornicę z okładki i wróci po rewanż w następnym zeszycie, bo takiej opcji też nie wykluczam). Fabułę można streścić krótko: biją się i próbują być zabawni. To drugie nadal tyczy się zwłaszcza Speedballa, który chyba powinien powiedzieć nie narkotykom swojego imienia. Zamierzam szybko zapomnieć o tym koszmarku i pożegnam go oceną 2/10.
Demogorgon: Spodziewałem się czegoś więcej po Kalderze, miała swoje momenty, ale koniec końców była rozczarowaniem. Za to sam zyskał kilka punków. Ogólnie numer może nie oryginalny, ale miły w sumie. Nieszkodliwy. Tylko czemu nagle piszą Justice'a i Speedballa jako dzieciaków?
Rysunki mi się nie podobały, coś w sposobie w jaki jest rysowana Kaldera mi się nie podoba, pewnie to, jak zawsze jest nienaturalnie wygięta.
Soundtrack: Get Jinxed
Krzycer: ...czemu Paco Medina rysuje Speedballa jako dwunastolatka?
Ale przynajmniej Zeb Wells nadał trochę charakteru Samowi. Nie, żebym nagle polubił dzieciaka czy coś... ale przynajmniej zyskał jakiś charakter. Zobaczymy, co z nim Yost zrobi w New Warriors.
Przy okazji, czy ta seria będzie się dalej ukazywać, gdy już ruszy New Warriors?

Savage Wolverine #10
Gil:
Pierwszą część historii pochwaliłem i tą pewnie również pochwaliłbym za podtrzymanie specyficznego klimatu, ale wszelkie pozytywy przesłoniła mi jedna rzecz: Wolviek beztrosko skaczący sobie w kosmosie i to w dodatku „jeżdżący” sobie na eksplozji. Nope. Niet. Nie, nie i jeszcze raz nie! Ale spoko, nie będę pisał kolejnego wykładu o przetrwaniu w próżni. Powiem tylko, że to jest ten jeden motyw, który zawsze mnie irytuje i skreśla z miejsca każdą historię. Przebiega przez niego ta cienka granica między przemyślanym motywem z science-fiction, a zwykłym sy-fem. A szkoda, bo pierwsza połowa numeru nawet mi się podobała i to tak samo wizualnie, jak i fabularnie. Chociaż właściwie fabuły nie było w tej części za wiele, ale klimat odosobnienia został fajnie uchwycony. Więc żeby było sprawiedliwie, nie skreślę całkowicie, ale dam 4/10 (jako wypadkową 6 za część pierwszą zeszytu i 2 za resztę).
grzgrzegorz: Robię sobie przerwę z tym komiksem do końca obecności obecnego scenarzysty. Kto wogóle pozwolił mu pisać to...coś? Patrząc na ten komiks przypomina mi się jedna z mini serii z marsjaninem wydana dawno temu przez konkurencyjne DC, która też tak paskudnie się prezentowała i tak samo odrzucała od siebie.
Undercik: Przeczytałem ten numer razem z #9, więc trochę mi się zmyły w jedną całość. Na plus na pewno świetny klimat zbudowany przez Jocka, zarówno dzięki rysunkom jak i narracji. Tylko, że fabuła jest tutaj szczątkowa. Strasznie szybko mi się to czytało. Jedna rzecz mnie tylko zirytowała, a jest to Wovlerine który bez problemu lata sobie w próżni bez dostępy do tlenu. Czy nie było przypadkiem mówione, że Logana można zabić tylko przez utopienie? I czy to nie jest coś w tym stylu? Poza tym dobra lektura.
I znów się powtarzam za Gilem...

Secret Avengers vol. 2 #10 (Infinity Tie-In)
Gil:
Dziwna to sytuacja, kiedy tie-in do eventu nie związanego z serią, w którym brak głównych jej postaci i w dodatku stworzony przez całkowicie inny zespół redaktorski, okazuje się o wiele lepszy od wszystkich numerów tej serii. Absolutnie się tego nie spodziewałem i nawet nie sprawdziłem, gdy zabierałem się do czytania, więc trochę się zaskoczyłem, gdy zamiast przyspieszyć tempo po paru pierwszych stronach, zacząłem zwalniać, by czytać uważniej. Nos krytyka szybko podpowiedział mi, że pisze to ktoś inny niż zwykle, ale postanowiłem nie przerywać, żeby się upewnić, bo za bardzo się wciągnąłem. Sarah dość szybko przypadła mi do gustu i z przyjemnością śledziłem jej wprowadzenie w heroiczny świat. A tym bardziej się cieszę, że to już druga taka postać z rzutu Inhumanity, więc trochę można podkarmić nadzieje. Jedno, co dopasowało się do zwyczajowego poziomu serii to grafika. Na szczęście, akurat ona zawsze najbardziej mi się w tym tytule podobała, więc to akurat dobrze. A podsumowując krótko: to był po prostu fajny numer. I dam mu nawet 7/10.

Superior Carnage #4
Gil:
Myślałby kto, że Superior Deadpool okaże sie naprawdę poważnym przeciwnikiem? Nawet podobało mi się, jak w kreatywny sposób wykorzystał swoje możliwości. Przynajmniej dopóki był pod kontrolą, bo kiedy Symbiont wyrwał się spod niej, przypominało to bardziej klasyczną rzeźnię w jego wykonaniu. Ale akcja była niezła. Pójdźmy jednak dalej. Wizard dokonał czegoś, co nie udało się telepatom i sprzętowi Avengers – znalazł Ottona w Pająku. Niezłe osiągnięcie, jak na kogoś, kto już pewnie zapomniał jak zawiązać sznurówki. A jeśli cliffhanger prowadzi do czegoś konkretnego, może nam się trafić interesująca sytuacja, w której Bentley/Carnage będzie dla Otto/Spidera tym, czym Eddie Brock był dla Piotrka Parkera. Chętnie bym to zobaczył. Klaw również ma swoje momenty, chociaż denerwuje mnie tym, że komentuje swoje ruchy. I na koniec zostawiłem sobie SS-Mana, który w tym wydaniu okazuje się być bardziej bezwzględny, samolubny i bez wahania szafuje życiem swoich minionów. Z jednej strony, bardziej pasuje mi to do koncepcji, ale z drugiej mocno rozmija się z jego prezentacją w innych miejscach – zwłaszcza jego własnej serii. Ale ogólne wrażenia mam dobre i rysunki również mi podeszły, więc z czystym sumieniem mogę dać 6/10.

Superior Spider-Man Team-Up #5
Gil:
Przyszła pora na szykowany od dawna debiut Superior Six. I coś nie do końca panu Superiorowi wyszło. Początek miał niezły, ale szybko stracił koncentrację i kontrolę, a przez to Wrecking Crew zrobili kuku Sun Girl. Waitwaitwhat? Sun Girl? Że kto, że co, że jak? Ostatnio jak widziałem jakąś Sun Girl, to komiks był z lat czterdziestych i była ona blondynką w pantalonach, a nie Murzynką z jet-packiem. Coś przegapiłem? Ale hej, przynajmniej Yost znów sprząta wątki Slotta i włącza tu historię z Alchemaxem, w której nawet Miguel się pojawia. Może być ciekawie. I szykuje nam się starcie z nową wersją Masters of Evil, pod wodzą Lightmastera (czyżby jakiś związek z tajemniczą Sun Girl?). Dość dużo zagadek nam się tu uzbierało, ale najważniejszą pozostaje ta: czy naprawdę członkiem Superior Six jest Mysterion? Mimo wszystko nadal lektura sprawiała mi frajdę, bo scenarzysta fajnie operuje tą całą bandą, a i rysownik nieźle się spisuje. Tak więc wystawię 6/10.

Thunderbolts vol. 2 #17 (Infinity Tie-In)
Gil:
Nie. Nie, nie, nie. Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie. NIE! 0/10.

Ultimate Comics: Spider-Man vol. 2 #28
Undercik: Chyba napisze jakiś większy artykuł o zarżnięciu Ultimate, jak już w końcu je zamkną. Ten numer cierpi na to, co ostatni numer vol.2. Ucięcie przez zaplanowane z góry wydarzenia. U Parkera widziałem możliwość rozwoju, widziałem wątki które uwielbiałem i które zostały ucięte tylko dlatego, że na szczycie zdecydowali się uśmiercić Petera. Tym razem mamy to samo, tylko zamiast śmierci mamy Cataclysm. Czuje się dziwnie. Seria się kończy, niby będzie jeszcze ciąg dalszy w miniserii eventowej, ale czuje brak. Wygląda to tak samo jak kasacja serialu zanim twórcy dokończą swoje wątki. Poza tym numer dobry, ale te dziwne uczucia kompletnie odebrały mi przyjemność z czytania komiksu.
Ehhh, trzeba w końcu usiąść i napisać jak Marvel uśmiercał Ultimate od Ultimatum.
Krzycer: No i skończyła się historia. W sumie... w sumie zabrakło mi tu jeszcze jednego numeru. Tak naprawdę młodzi - poza Milesem - nie bardzo mieli okazję się wykazać.
Nic to - zobaczymy, jak bardzo zły będzie Cataclysm (optymizm to podstawa!).

Uncanny Avengers #13
Gil:
Cóż ja mogę powiedzieć o tej serii więcej niż to, że się wlecze straszliwie? Gdybym nie zajrzał do tego zeszytu po raz drugi, nie pamiętałbym niczego, co się w nim wydarzyło. Musiałem sobie przypomnieć o kolejnym nudnym pojedynku, torturach długim gadaniem, straszeniu przyszłością, która nigdy nie nadejdzie i robieniu z postaci idiotów. No, kto jak kto, ale tak doświadczony wojak jak Steve na pewno nie darłby ryja w środku akcji, tylko profilaktycznie by się zamknął. Ale czego ja tu wymagam? Logiki? Remender skończył się na Kill ‘Em All. Tutaj próbuje rozegrać coś podobnego, ale nie wychodzi mu zupełnie, bo zmienił instrumentarium na trąby i puzony. Acuna się stara, ale jakoś mi tu nie pasuje. Tak po prostu i bez uzasadnienia. Czyli nadal nie jestem przekonany do dej serii i coraz bardziej mnie ona drażni. Znów będzie 3/10.
Xavier83: Jedna strona. Ta ostatnia. I ponownie pokochałem Rogue. Przy okazji odzyskuję delikatnie zachwianą wiarę w scenarzystę. Plus za Havoka, fajnie prowadzony znowu jest.
grzgrzegorz: Numer mocno średni, ale scena z końca rekompensuje wszystko. Rogue rządzi! Havok zresztą też. Poza tym wreszcie pokazano nam Logana który jest..ludzki. Wisienką na torcie jest puszczająca się wesoła wdówka Scarlet Witch ( jak ja nie lubię tej...).
Krzycer: To jest prawie urocze. Rick Remender wie, jak pisać dobre historie na dużą skalę. A może raczej: wie, jak pisać dobrą historię na dużą skalę. I tutaj pisze ją po raz kolejny. Niestety, tak jak to było i w Secret Avengers, tak i tutaj nie udaje mu się powtórzyć tego, co zdziałał w "Dark Angel Saga".
Ale brniemy dalej. Koniec już chyba na horyzoncie?

Venom vol. 2 #42
Gil:
I tak się to kończy? Bez żadnego właściwego domknięcia, czy podsumowania? Ciach! I już? Ech, w sumie, to czemu ja się dziwię… Bunn przejął tę serię, gdy już była trochę zajechana i eksploatował ją jak konia na Krupówkach. Jego ostatnia próba ugrania czegoś postacią Maryśki najwyraźniej wydawała się takim pewniakiem, że nawet nie domknął dobrze wątku. No i został, taki dyndający. Nie, żeby jakoś specjalnie mi zależało, ale za dobrze już wiemy, jak to się może dalej potoczyć… Jedno, z czego się cieszę, to fakt, że nie będę musiał dłużej oglądać tych paskudnych rysunków. No i jeszcze to, że mamy jedną bunnową serię mniej. Good riddance. Za ten numer dam najwyżej 3/10, a gdybym miał podsumować całą serię, też nie wzniosłaby się powyżej czwóry.

Wolverine And The X-Men #37 (BotA Part 9)
Gil:
Aha, więc teraz te misie z przyszłości nagle nazywają się Brotherhood. Jasne, czemu nie...? Wszyscy przeszli nad tym do porządku dziennego, więc i my możemy. To przecież nie najdziwniejsza rzecz, jaka wydarzyła się w limbo pomiędzy dwoma zeszytami. Oto na przykład przeżegnana Soulswordem Molly ma się zupełnie dobrze i nikt nawet nie zauważył, że ktoś jej coś whatever... Dla odmiany Xavier młodszy jest teraz sparaliżowany jak dziadek. Ciekawy zbieg okoliczności, tym bardziej, że w ogóle nie zauważyłem momentu, w którym to mogło się zdarzyć. To tym gorzej świadczy o chaosie, jakim jest cały ten cross. A teraz wróciliśmy właściwie na początek, czyli wszyscy wszystkich ganiają. A w warstwie symbolicznej zajechali jeszcze dalej, sięgając do Cape Citadel. Yeah, that didn't work. Nie wiem, co oni próbowali osiągnąć, ale wyszedł zdecydowany przerost formy nad treścią. Zaraz pewnie jeszcze się okaże, że ywil Jean wcale nie jest Jean, ale prawdziwym Xornem... Tia, to akurat by tłumaczyło parę rzeczy. Nic nie tłumaczy natomiast głupiego pomysłu, że grad pocisków będzie dobrym cliffhangerem, bo mógłby cokolwiek zrobić bandzie X-Men. Na pierwszy rzut oka widzę 9 osób, które mogą się ich pozbyć byle pierdnięciem, więc sorry - kolejny niewypał. Tym większy, że jesteśmy o krok od finału, a napięcie jest właściwie zerowe i nie mogę pomyśleć o niczym, co mogłoby jeszcze wzbudzić moje zainteresowanie. Ale jest przynajmniej pewien plus: dialogi. Aaron chyba czuje ironię tego wszystkiego i podszywa nią dialogi w swojej części, więc parę razy szczerze się zaśmiałem. Co zaś się tyczy rysunków, to mają trochę chwiejny poziom, ale Camulconi dostanie ode mnie wielkiego kudosa za narysowanie Emmie twarzy z memu "are you fuckin' kiddin' me?" Tak więc treść jest mierna, ale autorzy przemycili coś, co trochę podniosło jej ocenę, więc skończymy na 3/10.
Krzycer: Ależ to jest głupie... Głupie głupie głupiegłupiegłupie. Dobrze, "Bractwo" chciało odesłać młodych do przeszłości. Niepotrzebnie przy tym kombinowali i tylko utrudnili sobie zadanie, ale na dłuższą metę to nie ma znaczenia, bo odesłanie młodych okazało się niemożliwe (...o czym prawdziwi X-Men z przyszłości najwyraźniej wiedzą? ...ok). Najwyższa pora na plan B.
Plan B jest głupi.
Gdyby to jeszcze było jakoś fajnie zrealizowane, ale nie - dostajemy kolejny numer przekrzykiwania się, robienia wielkich oczu na widok swoich przyszłych wcieleń i innych takich bzdur oraz kiepsko zaaranżowanej, chaotycznej walki (jakby ktoś był ciekaw, co dla mnie jest przykładem dobrze zaaranżowanej walki dużych grup superbohaterów, odsyłam do finału "Messiah Complex").
Ale przy okazji odkryłem, na czym polega mój największy problem z Wolverine And The X-Men. Jak w soczewce skupił się w koszmarnym dymku z kwestią "Kiedy Wolverine stał się tym rozsądnym?". No więc, nigdy. Wolverine nie przeszedł przemiany, Jason Aaron pstryknął palcami i zaczął pisać Wolverine'a tak, jakby Wolverine przeszedł jakąś przemianę. Sporo moich zarzutów względem tej serii - i w ogóle rzeczywistości mutanciego zakątka post-Schism - rozpłynęłoby się, gdyby to nie Logan, tylko Storm była dyrektorką tej nowej szkoły.
...ale wróćmy do tego numeru. To nie jest tak, że mi się w nim nic nie podobało. Spotkanie Quentinów wyszło fajnie. Xornette próbująca owinąć sobie Cyclopsa wokół palca i opierający jej się Scott wyszli fajnie. I to tyle.
avalonpulse0323b%20%5B1600x1200%5D.JPGjdtennesse: Niestety, ale ile można... W tym numerze nie wydarzyło się praktycznie nic znaczącego - to w sumie jak w całym evencie. Trochę się pobili, jak zwykle bez sensu, ładu i składu, ktoś komuś uciekł, kogoś znaleźli, a na koniec wpada S.H.I.E.L.D. i Helicarrier zostaje zmanipulowany przez JeanXorn. Ble. Chciałbym powiedzieć coś dobrego o tym gniocie, ale nie mogę (poziom głupoty określa wypowiedź Storm kiedy młoda czarna mutantka z białymi włosami i dzikim kotem u boku mówi do niej "Mamo", a Storm jest wielce zdziwiona). A efekty niektórych działań poprzedniego numeru - Xavier na wózku, a Molly not a scratch? No more (well, just once maybe).
Lotar: Jedyny pozytyw tego komiksu to fakt, że przybliża nad do końca tego nędznego crossa. Nie dość, że kiepsko narysowany, (dodatkowo Iceman z przeszłości jest jednocześnie w szkole i w samolocie z renegatami z przyszłości, ale to akurat wina scenarzysty), to jeszcze nic nie wnosi fabularnie. O przepraszam, wyjaśniono czym jest lodowy olbrzym. Teraz mogę spokojnie iść spać. Ocena: 2/6.
Kminek: No dobra, nijak to się nie trzyma całości. Dlaczego nie mogą poświęcić trzech- czterech stron, żeby rzetelnie wyjaśnić, co stało się w przyszłości? Bez szczegółów, po prostu i zwyczajnie powiedzieć "czemu chcemy powrotu młodych X-Men". I sytuacja jest klarowna.
Na razie mamy tu niemały pieprznik...
Czy plan B ma na celu przeniesienie oryginalnych X-Men do przeszłości, czy sprowadzenie na mutantów nowej apokalipsy? I co z przyszłą prezydent Dazzler, która aktualnie jest na pokładzie Hellicarriera?
S.H.I.E.L.D. vs X-Men w finale? Czym są te robale, które zabiły Dazzler w przyszłości [ ja stawiam, że albo demony wypuszczone z Limbo przez Magik, albo wytworzone przez tą Animax z I części BotA]? Czy mimo interwencji X-Men z przyszłości mamy do czynienia z samospełniającą się przepowiednią? Dlaczego Wolverine nie radzi sobie z własnymi dziećmi? Czemu Storm nie rozpoznała swojej córki?
Tyle pytań... A [na szczęście] pozostała tylko jedna część. 2/10.
kuba g: Co by ograniczać marudę w sobie skupię się na tych niewielu pozytywach, kilka elementów humorystycznych okazało się być nie takimi sucharami jak zazwyczaj, Wolverine deklarujący abstynencję seksualną, czy ustawicznie śmieszący mnie młody Iceman przerażony swoimi przyszłymi wersjami. Podobało mi się też ukazanie Wiccana z przyszłości jako Sorcerer Supreme, co jak co, ale to uważam za świetny pomysł. Reszta była tragiczna, w tym szczytem jest tak lubiany przeze mnie Iceman w dwóch miejscach w tym samym czasie, cóż, gratulacje dla scenarzysty i edytora.
Simon: Jak dla mnie był to najgorszy odcinek tego crossovera. Niestety im bliżej końca, tym gorzej to wygląda. Rysunki były wręcz straszne, Giuseppe Camuncoli z taką kreską nie powinien pojawiać się w Marvelu... Historia w tym komiksie jest banalna, mam wrażenie, że Bendis wraz z postaciami z lat 60. wraca do stotyline'ów z tamtego okresu. Jak można poważnie podejść do głównego wydarzenia w świecie mutantów, w którym historia wygląda następująco: źli X-Men uciekają, dobrzy X-Men łączą siły i ruszają za nimi, następuje walka, następnie pojawia się SHIELD. Serio?! Byłem bardzo wytrwały, jeszcze nawet przy 7 części mówiłem, że ten cross jest ok, ale ten numer to kpina z czytelnika. Zastawiam się, dlaczego największe wydawnictwo komiksowe w USA pozwala na wydanie tak wtórnej, naiwnej i banalnej historyjki...
Undercik: W odróżnieniu od większości lubiłem ten crossover, ale to co zaprezentował Wood a teraz Aaron to dla mnie porażka. Serio. Ten numer jest zły. Nagle postaci zachowują się tak a nie inaczej, bo trzeba przeprowadzić fabułę z punku A do B. Wszyscy chcieli aby coś się działo? No to dzieje się dużo, ale bez sensu i bez polotu. Crossover bronił się świetnymi dialogami i interakcjami między postaciami. Wszyscy narzekali (w tym w końcu ja nawet trochę) na to, że nic się nie dzieje i tylko gadają, a oni chcą akcji. No to mamy akcje. Szkoda, że taką. Mam nadzieję, że ostatni numer wróci do poziomu tych pierwszych.

Young Avengers vol. 2 #11
Gil:
Żegnaj, Kid-Loki - witaj, Teen-Loki. W sumie, powinienem się tego spodziewać po okładce jego nadchodzącej solówki, ale jednak nie spodziewałem się, że stanie się to tu i teraz. Trochę to dziwne, bo na początku byłem wściekły na Fractiona za ten pomysł, ale fakt, że ostatecznie będę tęsknił za Kid-Lokim jest dobrym potwierdzeniem teorii, że nie ma złych pomysłów. Teraz zobaczymy, jak rozwinie nam się sytuacja tutaj i jak długo jeszcze Loki zostanie z grupą. Wieszczę bowiem, że niedługo nastąpią zmiany. Wolę być optymistą, więc nie będę straszył zamknięciem serii, ale zaproszenie do współpracy tak wielu postaci z innych środowisk sugeruje, że część z nich zostanie na dłużej. No i fajnie! Ja najchętniej widziałbym tu Pixie albo Hisako, albo kogoś ze starej Initiative. Co poza tym? Muszę zauważyć, że w obecności Leah, Mother drażni mnie trochę mniej. No i sama historia staje się coraz bardziej skupiona, więc łatwiej za nią nadążyć. Tym razem zabrakło mi jakiegoś wizualnego szaleństwa w kompozycji paneli, ale za to rysownik dostanie plusa za umieszczenie filmowej wersji Lokiego w kadrze z różnymi jego wcieleniami. A za całość dam mocne 7/10.
Demogorgon: Po zobaczeniu strony dwudziestej doszedłem...do wniosku, że jest jeszcze nadzieja dla Marvela.
Miałem też orgazm.
I tylko te czerwone znaczki na fotkach porwanych do Areny mnie zasmucają. Widzicie czemu nienawidzę tej serii? Ssie tak bardzo, że wysysa cała przyjemność z czytania innych komiksów.
Jednakże Nadzieja płonie jasno jak tumblr Gillena.
Jestem pod wrażeniem ile jest zapakowane do tego numeru. Niby to tylko dwadzieścia stron, a pięknie przygotowuje grunt pod finałową bitwę. Jet dużo dobrych momentów, głównie z Lokim, ale tez Noh-Varrem, a nawet Ultimate Nuiffer kradnie jedną scenę. No i oczywiście Prodigy - David, kocham cię za to, co zrobiłeś. Was Gillen i McKelvie też.
Soundtrack: The Call. Sprawdzi się też Beacons of Minas Tirith.
grzgrzegorz: Jeden z najlepszych numerów dotychczas. Nowy Loki jest spoko (chociaż na początku chciałem napisać kilka nie-miłych słów do marvela...), fabuła posuwa się do przodu. Aha, poza tym tak powinno pisać się kobiece postacie jak to zrobiono w tym numerze. Czytam dalej.
Undercik: Noh-Varr dostał większą rolę. Jupi! Tylko, że ograniczyło się do chwili i ścięcia brody. Poza tym dalej to samo. Wiccan mnie wkurza, Loki daje radę, Hawkeye i Miss America są tłem, wątek matki mnie cholernie nudzi. Niech ta historia już się kończy, bo świetny pomysł strasznie się zużył przez te 11 zeszytów. Jak do tej pory najlepszym numerem był #6, który trzymał się najdalej ze wszystkim zeszytów od głównego wątku. Gillen po raz kolejny utwierdza mnie w przekonaniu, że jest największym rozczarowaniem Marvel NOW. Szkoda.
Krzycer: Niby wszystko jest, a czegoś mi brakuje. Wiadomo, już brakuje mi Kid Lokiego. Ale jeszcze bardziej brakuje mi reakcji Teen Lokiego na tę przemianę. On się cieszy czy nie? Mniejsza o to, czy naprawdę w sekrecie jej chciał i planował, to może wyjść na jaw za pół roku, ale w tym momencie chciałbym wiedzieć, co właściwie o niej myśli.
Tak samo nie mam pojęcia, czy to przemiana czysto fizyczna, czy miała również jakiś wpływ na jego osobowość. W sumie obecność Ducha Prawdziwego Kid Lokiego sugeruje, że nie, że Teen Loki to wciąż ten sam Loki, co na początku numeru... No, zobaczymy.
Poza tym - dobry numer. Fajne interakcje w zespole (samobójcza próba Billy'ego, Kate i David, Kate i Noh-varr). Matka wciąż bardziej mi pasuje na przeciwnika Doktora a nie kostiumowych bohaterów, ale zrobienie z Teddy'ego krzesła trochę to poprawiło.
W tym momencie czekam nie tyle na finał tej historii (...choć po cichu chciałbym, żeby już się skończyła), co na udział New X-Men.
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.10.23
AgentsOfShieldBanner.jpg

Agents of S.H.I.E.L.D. - 1x05 "Girl In The Flower Dress"

Venomus: Dlaczego? Dlaczego jak pojawia się jakaś obiecująca postać idzie do odstrzału w tym samym odcinku? Wheadon STAHP. Nie idź własnymi śladami z Aliens Ressurection i Waterwoldzie...
Ogólnie było dobrze - efektów nie poskąpiono, aktorzy wcielający się w Scorcha i murzynkę całkiem solidni. trochę suspensu plus obcięcie czasu telewizyjnego dla duetu nerdów i Warda. Szkoda, że tego samego nie da się powiedzieć o Skye...
No i to co trochę ssało:
- Koleś wyjawia swoje moce pierwszej napotkanej dziewoi po kilku minutach rozmowy. Wiem, że koleś chciał być sławny i w ogóle. Ale ryzykować wykrycie w zamian za pobudzającą podupadłe ego rozmowę i okazjonalne bara-bara? Mugga please.
- Po tym jak wypompowali z niego te przeciwciała zamiast poczekać kilka dni aż się zregenerują i dalej mógłby być sobą co robi? Bawi się w human torcha zmieszanego z Cletusem Kasadym. Pięknie...
- Skye zamiast przemyśleć, że pewnie ją śledzą zostaje sobie u kolesia na noc. Przeca nie ma się co spieszyć, że znajda cię z kolesiem którego szuka pieprzone SHIELD, right?
- Skye jednak ich nie zdradziła. Po cichu liczyłem, że odpadnie z teamu i po kilku odcinkach odejdzie z serialu aby mogli wskoczyć rabusie z pilota-pilotu.
No nic, pozostaje być myśli, że olejny odcinek podniesie jeszcze poprzeczkę.
Matt: Moim zdaniem serial się całkiem nieźle rozwija. Skye dostała motywację i zagadkowy wątek, były 3 drastyczne elementy:
- śmierć skośnego agenta
- śmierć przypału tygodnia
- i najbardziej brutalny, czyli morderstwo pani doktor
Liczę je na plus, bo czemu nie?
w dodatku dalej pokazywana jest ciemniejsza strona shield. Oczywiście całość jest zbudowana na wielu infantylnych elementach, ale faktem jest, że serial po trochu zdobywa pewne zalety, wady ciągle są te same, ale chyba ich nie przybywa. A zapowiedź następnego odcinka wygląda nieźle.
Volf: Jak dla mnie słabiej niż wcześniej, paradoksalnie najgorzej imo wypadają te odcinki, które uderzają w superhero. Bo znowu mamy w sumie sympatycznego kolesia, któremu bez jakiegoś konkretniejszego powodu odbija palma i się zeźlił. W pierwszym epie jeszcze to nieudolnie tłumaczono działaniem serum, a tutaj robi co robi, żeby wspaniali agenci mieli kogo bez skrupułów ubić. Efekty specjalne też mi nie podeszły. A jeśli chodzi o wątek Skye i wesołej gromadki, to poziom standardowy dla tego serialu. To jest idzie to oglądać i nie zgrzytać zębami, ale oczekiwania należy zostawić w pokoju obok. Za 2 tygodnie startuje trzeci sezon Lost Girl i jeśli Shield do tego czasu nie rozwinie skrzydeł, to będzie musiał ustąpić temu lepszemu z *przyjemnych serialików bez większych ambicji*.avalonpulse0323c%20%5B1600x1200%5D.jpg
strz1: Dla mnie to najlepszy odcinek. Zdecydowanie. W końcu taki, jaki mógłbym uznać za naprawdę sensowny, idący w stronę moich oczekiwań. Przede wszystkim pierwszy odcinek, który miał... Fabułę! W dodatku fabułę, która nie skończyła się na tym odcinku (nawet miała nawiązanie do poprzedniego) oraz przede wszystkim będzie rozwijana w przyszłości, a może nawet jako wątek główny? Dodatkowo wątek poboczny Skye. I to jest naprawdę na plus. Jeśli dołożymy moim zdaniem dwie nowe i fajne postacie drugoplanowe, oraz taką, która nie przeszkadzała będąc powiedzmy w tle, to jestem zadowolony. Odcinek jest też nieco brutalniejszy, co jest na pewno na plus i może nieznacznie doroślejszy (nie patrząc jedynie pod kątem brutalności) Na minus niestety ciągle parę rzeczy:
1. Efekty specjalne - rozumiem, że to serial, ale jak mimo wszystko na produkcję Marvela to są póki co na niskim poziomie.
2.Sceny walki - i tu też zawód, bo moim zdaniem oczywiste oczekiwania byłyby większe. To jak porusza się Coulson i reszta paczki zakrawa o jakąś parodię. W 2 epizodzie bylo zalosnie. W ostatnim jeszcze gorzej.
3. Zaloga. Niezmiennie bezużyteczni i denerwujący są Fitzsimonnsy. To chyba jakaś moda na tego typu postacie, bo do "Arrow " rownież na siłe wepchnięto Felicity. Jedno i drugie jest dla mnie zabiegiem niepotrzebnym oraz denerwującym. O dziwo Ward mnie nieco mniej raził, ale nadal z Jamesa Bonda ma tylko okazjonalnie garnitur i 'funkcje'. Coulson nigdy nie był moją ulubioną postacią, ale chętnie widziałem go ponownie. Sympatia do tej postaci z odcinka na odcinek jest malejąca. Azjatka miala szansę by byc bardzo interesujaca postaciom jednak scenarzysci staraja się zdecydowanie przekonac mnie, ze jest inaczej. Na koncu Skye ktora jest chyba jedyna sensowna kreacja poki, co. Chociaz warsztat aktorki niezwykly nie jest mo, to chociaz rola rozpisana jest calkiem przyjemnie (mimo 'typowego' watku pobocznego).
Innymi slowy serial nadal ma sporo minusow, zwlaszcza, tam gdzie się ich nie spodziewalem. Mimo, to piąty epizod jest naprawdę sporym krokiem ku lepszemu.
rar: Kolejny z lepszych odcinków S.H.I.E.L.D. Wątek superbohatera niby przewidywalny, ale polubiłem tę postać. Bardzo podoba mi się, że zarówno w wątku Scorcha, jak i w tym dotyczącym Skye przedstawiane są argumenty obu stron, nie ma podziału na czarno-białe. To chyba jeden z większych plusów tego serialu w ogóle. Dość już mam słodkiego pitolenia w stylu demokratów w amerykańskiej TV - przyda się trochę równowagi, bo serial jednocześnie wcale nie skręca w drugą stronę i chwała mu za to.
Kilka słów więcej o tym, co mi się jeszcze podobało w tym konkretnie odcinku. Jest dość brutalnie, zarysowuje się jakiś wątek, który z odcinka na odcinek być może zyska na sile. Efekty też były niezłe, nie wiem czego można chcieć więcej od TV - budżet stoi na przyzwoitym poziomie. Ponadto to kolejny odcinek, który nie skupiał się na drużynie, co znów trzeba uznać za plus.
Na minus to, co zawsze: Fitz-Simmons coraz mniej mnie interesują i nawet nie zwracam na nich uwagi. Azjatka (nawet nie wiem, jak ma na imię) to jedna twarz, a w dodatku bije się po prostu tragicznie. Zaczynam doceniać przez nią Warda. Skye i Coulson najbardziej wyraziści, z czego dobrze, że dziewczyna jest taka niezdecydowana, bo przynajmniej się coś dzieje. Jednak fakt faktem motyw tego, że została na bara-bara na noc w domu gościa, którego szuka S.H.I.E.L.D. i to nie powiadamiając swoich przełożonych o tym, co robi, był naprawdę słabym i naiwnym rozwiązaniem.
S_O: Na pewno na plus odcinka należy zaliczyć kontynuację wątków Centipede (mam szczerą nadzieję, że tak nazywa się tylko projekt ichniego superżołnierza, a nie cała instytucja), bo jakiś wątek przewodni poza "Wacky Adventures!" to jedna z ważniejszych rzeczy, których temu serialowi brakowało. Nie będę się czepiał faktu, że facet, który wykradł info o Scorchu jest akurat bojfrędem Skye, bo akurat prawie wszystko w świecie komiksów opiera się na serii nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności.
Będę się za to czepiał tego, jak szybko Scorch dostał kręćka. Niektórzy naprawdę nie radzą sobie ze stresem.
No i Fitz-Simmons... Proszę, czy możemy zacząć słać do Marvela listy pod milionami aliasów, pisząc, jak bardzo ich kochamy? Tym szybciej Whedon ich zabije.
Również, żądam (ŻĄDAM!) bonusowej sceny przedstawiającej, jak May siedzi za drzwiami w mieszkaniu bojfręda, czekając, aż Skye skończy to, co akurat robi i zacznie szukać koszulki. Im dłuższa, tym lepsza.
kuba g: Jakbym miał skupić się na pozytywach to muszę przyznać, że postać "dziewczęcia w sukience z kwiatami" była bardzo fajna, a typ grający Scortcha był chyba lepszym aktorem niż 3/4 obsady tego serialu. Szkoda tylko, że z każdym następnym odcinkiem mam coraz bardziej dość Coulsona, który jest fajny tylko jako kontrast do ISTOTNYCH postaci, przez co w serialu wieje mu z paszczy nudą, absolutnie rzygam motywem braku zaufania dla Skye i nie mogę patrzeć na drewnianą mordę tego pseudo twardziela, którego imienia zapamiętać nie mogę. Niby znośny odcinek ale jednak dla mnie słaby nie licząc scen z postacią tytułową.
jdtennesse: Łe tam. Mi się odcinek bardzo podobał, był chyba najlepszy z dotychczasowych. I zgadzam się, że girl in the flower dress jest intrygująca, mam nadzieję, że wymyślą jej dobrą historię, a nie będzie tylko tą złą. Japaniec też fajny, szkoda że tak szybko się go pozbyli. Może nie jest to do końca bez sensu - był zbyt groźny, więc go wyeliminowano. Twarda ręka SHIELD (nie będę tylu kropek wstawiał). Ogólnie na plus. I efekty specjalne wcale nie są złe, a lepsze zawsze coś może być. Skye nabrała więcej barw, coraz lepiej poznajemy niektóre postaci (a niektóre nadal stoją w tle i udają tajemnicze...). Oby do przodu.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie Agents of S.H.I.E.L.D. - 01x05 "Girl In The Flower Dress"

Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.