Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #188 - Avengers Arena vol.2 - Game On NOW TP

lt188.jpg
Avengers Arena vol.2 - Game On NOW TP
Scenariusz: Denis Hopeless
Rysunki: Kevin Walker, Alessandro Vitt, Ricardo Burchielli
Okładka: Dave Johnson
Data wydania: 11.09.2013
Liczba stron: 144
Cena: 15.99$
Zawiera: Avengers Arena #7-12

Demogorgon: Kiedy ostatnim razem widzieliśmy Kapitana Denisa Hopelessa i jego dzielną załogę, ich okręt "Avengers Arena" rozbił się o skały i niczym Titanic, poszedł na dno z tłustym tyłkiem w górze. Jednak gdy uderzył już o piaszczyste podłoże oceanu, nieustraszony kapitan zobaczył nową szansę na przygodę. Ignorując wszystkie możliwości ratunku, wyjął łopatę i zaczął kopać. Musiałem aż jeszcze raz zastanowić się nad pogłoskami, jakoby on nigdy tej serii nie chciał pisać, w co, po jego pozbawionych smaku komentarzach w odpowiedzi na listy od fanów, szczerze wątpię. Może jest ziarno prawdy w tych szalonych teoriach i autor postanowił poradzić sobie z niewdzięcznym przydziałem, który, jeśli istnieje na tym świecie jakiś bóg, zrujnuje mu karierę, metodą Kubo Tite. Czyli zatłukł ten komiks pogrzebaczem, po czym przeciągnął przez pełne błota i zdechłych psów ulice, by powiesić na zardzewiałym haku za żebra, jako ostrzeżenie dla innych. To zadziwiające, ale drugi tom "Avengers Arena" dokonał czegoś, co wydawało się niemożliwe - jest jeszcze gorszy od pierwszego.

Wiecie, gadałem niedawno z owcami. Te zwierzaki nie myślą same za siebie, a jedynie powtarzają, co im powiedział ktoś inny, nic więc dziwnego, że twierdziły, jakoby wygranie przez pana Hopelessa nagrody Harveya za tę serię jest ostatecznym dowodem na jej wysoką jakość. Powinienem, beczały, pokajać się i przeprosić za to wszystko, co o tym komiksie mówiłem ostatnim razem, bo oto wyższy autorytet się raczył ze mną nie zgodzić. Pomijając fakt, że kiedy Matt Fraction zdobył Eisnera, nagrodę o wiele bardziej prestiżową, za Iron Mana, nie sprawiło to, by ktokolwiek z jego krytyków przestał uważać owoce jego pracy za zgniłe i zarobaczone, więc nie rozumiem dlaczego ja miałbym się zamknąć, myślę, że zaszło tu pewnie nieporozumienie. Dennis Hopeless nie dostał nagrody kategorii "najlepszy scenarzysta", "najlepszy ongoing" albo "najlepszy nowy komiks", ale w kategorii "najbardziej obiecujący nowy talent". Przemilczawszy fakt, że on wcale taki nowy nie jest, bo w Marvelu wystukał wcześniej dwie mini serie (Legion of Monsters i X-Men: Season Zero), uważam, że on na tą nagrodę zasłużył. Bo w tym komiksie nic nie robi, tylko składa obietnice. Z dotrzymywaniem ich już gorzej, ale to są szczegóły.

Dennis Hopeless obiecywał, że w tej serii poruszy wątki ciemnej strony ludzkiej natury. I na samym początku swojej historii ma ku temu świetną okazję. Poprzedni tom zakończył się sceną, w której Anachronism zabija człowieka. Przegrał walkę z naturą celtyckiego wojownika, która pożera go od środka, pozwolił, aby dzikie instynkty przejęły nad nim kontrolę. Co więcej, zabił człowieka. Zabił. Człowieka. Odciął komuś łeb. Popełnił akt, przeciwko któremu butuje się ludzka natura i to tak bardzo, że żołnierze, którzy zabili ludzi na wojnie, wracają do domu często z objawami stresu pourazowego, jakby odnieśli fizyczne rany. Oto jak silnym wstrząsem jest morderstwo. A to są ludzie specjalnie szkoleni do zabijania. Dla niewinnego dzieciaka to powinien być nieporównywalnie większy koszmar. Gorzej, Aiden odciął łeb facetowi którego może nie lubił, ale znał, z którym rozmawiał, którego widywał na co dzień, to tylko potęguje szok. On był w świetnej sytuacji by pochwycić ten wątek, pokazać jaką traumę pozostawił na nim ten czyn. Ale gdzie tam, wystarczy jeden buziak od Nary i wszystko jest picuś glancuś, facet znów jest na chodzie i nigdy więcej nie wspominamy o całej sprawie. Jeśli mówisz ludziom, że coś jest centralnym wątkiem twojej opowieści, nie możesz zamiatać tego pod dywan, kiedy ci wygodnie. Obietnica została niedotrzymana.

Dennis Hopeless obiecywał, że każda śmierć będzie miała znaczenie i była katharsis dla czytelnika, a nie tylko bezmyślnym mordowaniem bohatera. W tym tomie giną kolejne dwie postaci. Pierwszej zostaje bezceremonialnie skręcony kark, co jej towarzysze niedoli kwitują tylko zwykłym "oh". Koleś nie był może z nikim blisko, ale przeszedł przez piekło tylko po to, by zginać tuż pod waszym nosem, a was nie stać nawet na to, by być zszokowanymi albo przerażonymi, że to równie dobrze moglibyście być wy? Czemu osoby, z która był blisko na tyle, że niektórzy podejrzewali ich o romantyczne uczucia, nie stać na więcej niż zrobienie smutnej miny na jednym panelu? Jego śmierć ma miejsce a potem zostaje błyskawicznie zapomniana i już nikt nigdy o niej nie wspomina. Gdzie jest to katharsis, bo ja widzę tylko środkowy palec pokazany fanom postaci. Zresztą nie tylko ja, skoro ten numer wywołał spadek sprzedaży serii aż o sześć procent, całkiem sporo jak na obecny rynek. Nie ma w tym nic interesującego, to śmierć która wnosi tyle, że pokazuje, jaka bezwzględna jest antagonistka tej historii, Apex. A ta metoda przestała być efektywna dobrych kilka lat temu i nieważne, że nie można sobie wyobrazić komisu Geoffa Johnsa, który jej nie wykorzystuje – nie daje niczego, czego nie można by osiągnąć innymi sposobami, nie zabijając nikogo. A to, co zostało osiągnięte, Apex efektownie zaprzepaszcza, gdy stronę później ma okazję zabić kolejną postać a nawet kilkanaście innych, a zamiast tego odchodzi, kompletnie niszcząc dopiero co zbudowany obraz bezwzględnej morderczyni, która gra, aby wygrać. Ten zgon nie służy niczemu, a już z całą pewnością nie wywołaniu katharsis. To śmierć z taniego horroru.

Podobnie zresztą śmierć drugiej postaci, która jest w pewien sposób jeszcze bardziej niesmaczna. Pan Hopeless buduje bowiem podstawy pod bohaterską śmierć w walce z Apex, po to tylko, aby w ostatnim momencie zabrać postaci te szansę i sprawić, że zostaje zabita z własnej, bezdennej głupoty i naiwności (dodajmy, że postać ta w rękach innych autorów zawsze była pisana jako inteligentna i niezbyt ufna). A następnie raczy nas sceną jej powolnego zgonu, przedstawioną w sposób który każe podejrzewać go o częste wizyty na gurochanie. Jeśli myślicie, że jej śmierć była bohaterska, to zapewniam was, mylicie się. To bohaterstwo prowadzi do tej sytuacji w której ginie, ale jej sama śmierć jest zejściem naiwnej blondyny w kolejnym filmie z Jasonem. Autor chciał pokazać jaki jest cwany i wyszło mu tyle, że niepomiernie wkurzył fanów postaci, do tego stopnia, że Marvel w naprędce, przeskakując zupełnie numer w zapowiedziach, wypuścił strony z jej zmartwychwstaniem, aby uniknąć kolejnego wielkiego odpływu czytelników. Ray Bradburry w eseju "Secret Mind" (zebranym w genialnej książce "Zen In The Art Of Writing") ujął dobrze, czemu jest to problem. "Nie mów bezcelowych żartów. Wyśmieję twoje lekceważenie mojego prawa do śmiechu. Nie buduj mi napięcia ku łzom, by odmówić mi lamentu. Znajdę sobie lepsze ściany płaczu. Nie zaciskaj mi dłoni w pięść, by potem schować cel. Mogę uderzyć w ciebie. Ponad wszystko nie zniesmaczaj mnie, by odmówić wskazania wyjścia na pokład." Innymi słowy, nie buduj napięcia do katharsis aby potem go nie dostarczyć, ta jak w tym wypadku. Nie buduj sytuacji pod heroiczną śmierć, aby mi jej odmówić, bo się wnerwię.

I nie mówcie mi, że heroiczna śmierć to też jest klisza, bo zachowujecie się, jakby to, co dostaliśmy w zamian nie było kliszą jeszcze większą, z dodatkową przyprawą ze złośliwości ze strony autora. Jeśli już mam wybierać, to przynajmniej poproszę klisze, która pozwala na upuszczenie trucizny, jaką sączy we mnie scenarzysta. A nie taką, która służy tylko wyrażeniu jego skrytej nienawiści wobec kobiet i obłudnego samozadowolenia nad własną przebiegłością.

Pan Hopeless obiecywał, że pisze historię opartą na rozwoju postaci i na ich interakcjach. Co naprawdę pisze doskonale widać w katastrofalnej wręcz scenie z numeru dziewiątego. Oto mamy bowiem naszych ocalałych, postawionych wobec trudnego dylematu moralnego. Mają Apex, oraz mają jej drugie, dobre ja, Timma, który obecnie kontroluje jej ciało, ale nie wiadomo na jak długo. Pytanie brzmi, czy powinni go zabić, zanim morderczyni ponownie przejmie kontrolę. To wspaniały dylemat moralny o ogromnym potencjale. Zabójstwo, by ratować życie to jedno, ale zabójstwo niewinnej osoby, by ratować życie grupy, to coś zupełnie innego. To materiał na świetne pokazanie charakterów bohaterów poprzez zarysowanie jak każde z nich podchodzi do problemu. To materiał na pełne emocji kłótnie i dysputy, może nawet rozpad grupy. Jaka więc szkoda, że pan Hopeles daje nam znużone powtarzanie tanich komunałów rodem z tak idiotycznych komiksów jak "What's So Funny About Truth, Justice And American Way?" albo "Maxium Carnage". To te same, wyświechtane, ociekające hipokryzją "musimy być lepsi od złoczyńców" bzdury, które zatruwają świat komiksów o superbohaterach od lat. Mając okazję zrobić coś pełnego ludzkich emocji, opartego na bohaterach i ich interakcjach, pan Hopeless wybrał zrobienie z tego szkolnej pogawędki, która nie ma absolutnie krzty sensu.

I nie mówcie mi, że to jasna, czarno-biała sytuacja, w której albo jesteś nieskazitelnym rycerzem, albo chorym mordercą, nie lepszym od takiego Carnage'a. Takich sytuacji nie ma i nigdy nie było, są równie prawdziwe co Zajączek Wielkanocny. To wymysły ludzi, którzy nie potrafią zaakceptować, że czasami nie ma łatwego wyjścia z sytuacji i próbują narzucić ten chory pogląd całemu światu. Jeśli w nie wierzycie, to daliście sobie zrobić pranie mózgu komiksami z Supermanem. Chociaż nawet on zamordował kiedyś troje ludzi i jakoś nie zaczął z tego powodu jeść niemowląt i gwałcić kobiet na prawo i lewo. Nie wspomnę nawet, że na takie coś nie ma zwyczajnie miejsca w komiksie jakoby inspirowanym Battle Royale, które wielokrotnie kruszyo wszelkie przejawy tego typu naiwności. Ale nie, tutaj jeden rozsądny facet, który oferuje się samemu załatwić tę sprawę i wziąć ciężar czynu na siebie, zostaje potraktowany jakby co najmniej zjadł żywcem szczeniaczka i wyrzucony z grupy przez swoją najlepszą przyjaciółkę. I znowu, rozpad tak silnej więzi jak między tą dwójką powinien być silnym, pełnym emocji momentem, w którym w całość schodzą się wszystkie elementy, z jakich autor budował podwaliny pod ten wątek przez cały poprzedni tom. Jaka szkoda więc, że zostają one skwitowane jednym zdaniem, bo autora bardziej obchodzi jego ukochana Apex, niż ci bohaterowie. Nic nie denerwuje mnie bardziej niż zmarnowany potencjał, no chyba, że degradowanie wcześniej samodzielnych postaci do roli satelitów dla pupilki autora. A jak widzę obydwa w jednym miejscu, to mnie krew zalewa.

Pan Hopeles twierdzi, że pisze "character-driven story". Dziwne, jak ostatnio sprawdzałem, ten termin oznaczał, że to bohaterowie sterują biegiem fabuły, a ich działania prowadzą do kolejnych wydarzeń. Tymczasem tutaj fabuła jest ustanowiona z góry, to ciąg wydarzeń, które muszą mieć miejsce, a zachowania bohaterów są dostosowywane do tego, by wszystko szło zgodnie z planem. Nawet jeśli oznacza to całkowite złamanie charakteru postaci, na czym opiera się w szczególności numer dziesiąty, gdzie każda czynność jest wbrew temu co wiemy o uczestnikach nie tylko w kontekście ich wcześniejszych przygód, ale nawet tego co sam autor ustanowił wcześniej w tej historii, a nawet w tym samym numerze. Jaki ma sens dawanie nam całkiem ciekawego, a nawet nieco przerażającego, spojrzenia na to, jak działa umysł X-23, jeśli autor zapomina o tym, gdy jest mu to na rękę? Postacie mówią jedno, a robią drugie, zgodnie ze szkołą doktora Hopelessa, "Mów, nie pokazuj". Nieważne, że to, co widzimy na własne oczy zawsze będzie mieć większy wpływ na naszą opinię o postaciach, ważne, że pan Hopeless jest leniem i nie chciało mu się modyfikować pierwotnego szkicu fabuły, kiedy ten przestał mieć sens. Rozumiem jak trudno może być porzucić swoje pierwotne zamierzenia. Długo rozpaczałem, kiedy chłopaki z redakcji powiedzieli, że nie opublikują pierwotnej wersji tej recenzji, składającej się ze zdania "@#$% się, Dennis" powtórzonego tysiąc razy. Ale kiedy mówią, że autor musi umieć zabijać swoich pupilów, chodzi im o to, że musi wiedzieć, kiedy odpuścić swoim pomysłom i przebudować fabułę. Orson Scott Card w "How to Write Science Fiction And Fantasy" nawet stwierdza wprost, że żaden pomysł ani element fabuły nie jest święty i ponad poświęceniem dla dobra historii. No ale nie zdziwiłbym się, jeśli pan Hopeless myśli, że to znaczy coś o zabijaniu bohaterów. Co, mówicie, że to za dużo roboty pokazać, że bohaterowie są kompetentni, albo zmieniać co chwila swoje plany? Nikt nie powiedział, że życie pisarza jest proste, za takie właśnie rzeczy panu Hopelessowi płacą. To jego zadaniem jest obmyślić projekt numeru tak, by uniknąć tych wpadek. Szkoda, że się z niego nie wywiązuje. No ale ten autor nie potrafi utrzymać continuity w całości nawet w ramach własnej serii, biorąc pod uwagę, że doba dla jednych bohaterów to tydzień dla innych, a cała wyrzutnia rakiet znika bez słowa i jest zupełnie zapomniana, więc czego oczekiwać? Kiedy mówimy o człowieku, który nie wie, co to hipotermia i myśli, że impuls elektromagnetyczny działa tymczasowo i wybiórczo, nie możemy oczekiwać zbytniej kompetencji.

Trudno mówić, by historia była o postaciach, kiedy pan Hopeless nie potrafi nawet dobrze wykorzystać potencjału, który dostaje przed nosem. Oto mamy numer jakoby poświęcony temu, jak jedna z bohaterek rozpacza po śmierci swojego chłopaka a szanowny autor nawet nie zada sobie trudu wniknięcia w jej umysł, zamiast tego skupiając się na kompletnie innej postaci. Takie coś jest zwykłym chamstwem wobec bohaterki, ponieważ degradujesz ją i jej tragedie do roli drugorzędnej, pokazujesz, że wcale nie jest ważna, a przynajmniej nie tak jak ten koleś, który tęskni za swoją byłą. Nie wspomnę już, że ten jakże wkurzający zabieg jest zastosowany w swoje najczęstszej postaci, w której kobieta i jej ból zostają sprowadzone do tła dla faceta. Nie zrozumcie mnie źle, to by było dla mnie nie do przyjęcia niezależnie od płci obojga zainteresowanych. Ale fakt, że autor wybrał właśnie tę formę, akceptując radośnie cały negatywny bagaż i niesławną historię, jaką ze sobą niesie, tylko dolewa oliwy do ognia.

Nie ma sensu wiele mówić o postaciach. Cullen i Aiden pokazali tak mało osobowości, że nawet jednowymiarowa i nudna Nara wypada na ich tle interesująco, a wszyscy bohaterowie przejęci z innych tytułów dalej są zaledwie spłaszczonymi do karykaturalnego poziomu cieniami skomplikowanych osobowości, którymi byli wcześniej. Jedynie Cammi ma jakiś charakter, dalej ukradziony od Shogo Kawady z Battle Royale, ale niestety, pan Hopeless okazuje jej wyraźny faworytyzm wobec reszty obsady, czyniąc ją nagle przywódcą tej całej grupy. Chociaż nie wykazała się niczym, tylko nieskończoną niekompetencją, to nawet osoby mające doświadczenie w dowodzeniu (i które w roli dowódców widzieliśmy, czego nie można powiedzieć o Cammi, bo przypominam, że wszystkie jej osiągnięcia i przygody w kosmosie zostały nam powiedziane, a nie pokazane), jak Nico czy Reptil, ślepo za nią podążają, chociaż jest tylko trzynastoletnią smarkulą. Bez jej rady nikt nie wie nawet jak poradzić sobie w sprawach, w których powinni być o wiele bardziej wykwalifikowani od niej. Serio mam uwierzyć, że Nico, która w swoim zespole pełniła matczyną rolę i często utrzymywała go w ryzach samą siłą charakteru, będzie się radzić Cammi, zawsze pisanej jako mała socjopatka i odludek, jak zażegnać konflikt w grupie? Może jeszcze Captain America zapyta się X-23 jak dawać inspirujące przemowy? Jedyne co w ten sposób autor osiąga to, że dziewczyna staje się równie irytująca co Wesley Crusher w "Star Trek: The Next Generation". A stąd już tylko krok do bycia Mary Sue. Nie, żeby łatwo było jej odebrać ten tytuł Apex.

Apex. Prawdopodobnie najgorsza antagonistka jaką w życiu widziałem i to nie tylko w Marvelu, ale w ogóle. A myślałem, że po Queen Chrysalis z My Little Pony: Friendship Is Magic poznałem już najgłębsze dno. Wkurzające jest już to, że fabuła kręci się wokół niej, redukując inne postacie do roli satelitów, ale na tym nie koniec. Czemu jej technopatia nie potrafi nawet wykryć nanotechnologii Arcade’a, ale już radzi sobie doskonale ze wszystkim innym? Darkhaw, Sentinel, Deathlocket – może z nimi robić co zechce i wykorzystuje to, by przetoczyć się po kolei po najsilniejszych zawodnikach w grze, co służy tylko pokazaniu, jaka jest groźna. Przykro mi, ale to zwyczajnie za mało. Jeśli chcesz, aby czytelnik zainteresował się twoim złoczyńcą, musisz zrobić coś więcej, niż pobić albo zabić paru lokalnych twardzieli. Jasne, są postacie, którym o uchodzi na sucho, jak na przykład Berserker ze świetnego anime "fate/zero", który w swoim pierwszym pojawieniu się staje do walki jak równy z równym przeciw najsilniejszej postaci w całej serii. Albo Kiriyama z Battle Royale, który jest niepowstrzymaną maszyną do zabijania, roznoszącą w pył nawet najgroźniejszych zabijaków i psychopatów w historii. Ale oni wnoszą tajemnicę, budują nastrój, dają na stół coś więcej niż tylko "patrzcie jaki jestem niebezpieczny". Apex tego nie ma, jej historia jest nam wyłożona bardzo szybko (a jest ona głupia jak but, nawet jak na standardy Marvel Universe) i nie wnosi nic ciekawego do postaci, tylko pokazuje że jest niedojrzałą smarkulą. Może też pomaga fakt, że Berserker i Kiryiama nie gadają. Bo ilekroć Kathy otwiera usta, wylatuje z nich coś głupiego – gdy ma brzmieć jak genialna manipulatorka, górująca nad innymi intelektem, wychodzi z jej pretensjonalna smarkula z wielkim ego. Podobnie jej działania są często kompletnie bez sensu. Jak gdy może kogoś zabić, ale tego nie robi, chociaż tyle o zabijaniu gada. Albo gdy odwraca się do przeciwnika, pozwalając, aby jej miniony się nim zajęły - Austin Powers się nabijał z takiego zachowania ponad dekadę temu. Postać, która ma podobno być jedną z najmądrzejszych osób na wyspie osiąga jakiekolwiek sukcesy tylko dlatego, że inni bohaterowie są ogłupiani na siłę. X-23 zapomina podstaw taktyki, Nico nagle staje się naiwną idiotką, a Chase tchórzem – wszystko po to, aby Kathy wypadła lepiej i by zamaskować jej własną niekompetencję. W wyniku tego dostajemy historię, przy której "Avengers vs X-Men" wygląda, jakby pisał je Greg "David Xanatos" Wiserman.

Podobny problem jest zresztą z Arcadem, kiedy przedstawione nam zostają jego motywacje. Facet chce zaimponować innym superzłoczyńcom i w tym celu porywa grupkę dzieci o których nikt nie słyszał? Nie tylko nie podbije mu to w znaczący sposób reputacji, bo większości jego kumpli trzeba będzie wyjaśniać, co to za jedni, ale może się zwrócić przeciwko niemu. Widzicie, rzeczywistość jest taka, że w kryminalnym światku też istnieją pewne zasady, a wśród nich zakaz krzywdzenia dzieci – jest powód dla którego wielu pedofili zostaje pobitych, czasem nawet na śmierć, przez współwięźniów i nie są nim karciane długi. Superzłoczyńcy, którym Arcade chce zaimponować, to nie taki typ ludzi jak Red Skull czy Shadow King, którzy mogliby polubić taką rozrywkę. Część z nich ma dzieci (Piledriver), a inni uczyli dzieciaki nie starsze od tych porwanych (Constrictor), a część nawet oba (Batroc, Taskmaster). Mają dostatecznie dużo powodów by, jak to ujął mój przyjaciel, zrobić temu durniowi kilka nowych otworów rozgrzanymi nożami.

W pewien sposób Arcade jest metaforą dla Marvela i Dennisa Hopelessa. Bierze grupę postaci z trzeciej ligi, bo boi się zabrać za bohaterów z górnej półki, i wydurnia jak trzynastolatek, próbujący za wszelką cenę udowodnić, jaki to jest mroczny i bezwzględny, licząc, że w ten sposób zdobędzie uznanie. To smutne, że dorośli ludzie zachowują się w ten sposób. O tyle smutniejsze, że przez to cierpią fani postaci nowych i świeżych, które wciąż miały potencjał na wiele historii. Które mogły się zmieniać i które przemawiały do czytelników tego pokolenia, wnosząc powiew świeżości do uniwersum. Zamiast wykorzystać ich potencjał, Marvel pakuje je do komiksu, którego przesłanie to "Twoje pokolenie nie ma znaczenia. Twoi bohaterowie są bezwartościowi. Kupuj Avengers." Bo nie sprzedawały się tak dobrze, jak goście od głupiego filmu o waleniu się po mordach, więc Marvel uznał, że są może sobie powetować ich stratę. Bo często nawet nie dał im szansy. Bo boi się zmiany i nowości, zamiast tego wciskając nam po raz kolejny postacie z lat sześćdziesiątych i Wolverine'a. Jasne, te postacie miały wiele genialnych historii, ale obecnie polityka wydawcy od dawna nie skupia się na rozwijaniu ich, ale na próbach zapewnienia, że wciąż będą "na topie". I nieważne, że te zabiegi od dawna krzyczą o desperacji (One More Day, Hulk Loeba, chyba każdy możliwy komiks o Loganie z ostatniej dekady, Captain America od odejścia Brubakera). Ten komiks reprezentuje strach Mavela przed pozwoleniem jego universum na naturalny rozwój. Jest dowodem, że bardziej mu zależy na tym, by bohaterowie ich dzieciństwa byli u szczytu, niż aby zachodziła jakaś zmiana. Ba, zmiana i nowe stały się dla nich czymś niepożądanym. Jeśli taka jest polityka wydawnictwa, jeśli nowe ma ustępować miejsca staremu, to ten okręt tonie, a szczury dawno już uciekły. I może czas do nich dołączyć.

Byłbym zapomniał o rysunkach. A te są okropne. Pan Walker, dobry rysownik, w ogóle się nie stara i naprodukował sporo potworków. Prawie każdy jego panel z Chasem wywołuje u mnie atak śmiechu – czemu on ma jeżozwierza na głowie? Justona od Chase'a odróżnia tylko ubiór, a i ten nie bardzo. Nie jestem też pewien jakiej jego zdaniem narodowości jest X-23, ale obstawiałbym Arabską. Na parzystych panelach. Dopiero w finale udaje mu się wyprodukować piękny pokaz graficzny, warty zatrzymania na nim na chwilę wzroku. Prócz jednej sceny, gdzie Nico wygląda jak Vegeta z "Dragon Ball Z". Pan Vitti rysuje jeszcze gorzej niż ostatnio, dając nam katastrofalnie wręcz brzydki numer siódmy, chyba najgorsze możliwe otwarcie dla wydania zbiorczego. Jego kreska jest krzywa, jego bohaterowie kanciaści i wszystko wygląda, jakby zostało porzucone w połowie rysowania, a potem dokończone na ostatnią chwilę. W pięć minut. W stanie upojenia alkoholowego. Pan Burchielli też się nie popisał, swoimi rysunkami przypominając jedne z najgorszych elementów lat dziewięćdziesiątych. Ten człowiek w zbliżeniu na twarz zapomina narysować oczy i wali dwie kreski. Co to ma być, ja się pytam? To nie jest poziom na którym powinien rysować człowiek zatrudniony przez duże, profesjonalne wydawnictwo, tak rysuje Rob Liefeld – nie bez powodu się to nazywa Youngblood Disease. Burchielli nie potrafi też powstrzymać się od błędów typowych dla wielu rysowników w mianstreamowym komiksie - uprzedmiotawianiu i useksualnianiu kobiet w swoich rysunkach. Jasne, nie robi tego cały czas, jak niektórzy, ale zdarza mu się to w najgorszym możliwym momencie, przez co dostajemy scenę w której dziewczyna rozpacza po śmierci bliskiej osoby, pozując przy tym jak modelka do magazynu dla panów. W połączeniu z katastrofalnym wręcz zdaniem "My boyfriend exploded all over me" daje to scenę komiczną, która każe się zastanowić, czy tworzący ją ludzie naprawdę nie zauważyli jak to wygląda (czy można być tak niekompetentnym?), czy raczej odpowiada za nią czyjś dwunastoletni syn. No ale biorąc pod uwagę, że dwie strony wcześniej mamy niepotrzebną i nielogiczną scenę szamotaniny, przedstawioną tak, że wygląda jak próba gwałtu, tego należało się spodziewać. Takie coś nie powinno mieć miejsca. Fakt, że ktoś popełniający takie błędy pracuje dla Marvela, to powód do żalu i rozpaczy.

Ten komiks to kpina. Dennis Hopeless może twierdzić, że jest duchowym spadkobiercą "Władcy much" "Igrzysk śmierci" i Battle Royale, ale tak naprawdę kontynuuje on tylko dziedzictwo "Ultimatum" – nie ma sensu, jest paskudnie narysowany, obrzydliwy i służy wyłącznie zabijaniu postaci. Tyle tylko, że Jeph Loeb przynajmniej próbował przelać na papier bezsilną wściekłość, spowodowaną śmiercią syna, podczas gdy Dennis Hopeless myślał tylko o tym jaki zyska rozgłos w środowisku autorskim i ile drzwi mu to otworzy. Mam nadzieję, że mu się uda i do końca życia będzie znany jako ten facet, który morduje nastolatki. Niech go ta "sława" prześladuje do grobu, zasłużył na to. Bo myślał, że jest Grantem Morrisonem odświeżającym Animal Mana i Doom Patrol, Alanem Moore redefiniującym Captaina Britaina, Swamp Thinga i Marvelmana albo Johnem Ostranderem wynoszącym ku sławie członków Suicide Squad. Ale jego, pożal się Boże, "dziełu" brakuje substancji i materii, które czyniły tamte komiksy dobre. Że nie wspomnę o sensie. A przez to jedyne, czym pan Hopeless jest, to Rob Liefeld, zmieniający New Mutants w pustą wydmuszkę, jaką było jego X-Force. To wiele krzyczenia "patrzcie jacy jesteśmy mroczni i brutalni, jacy jesteśmy dorośli!" i zero powagi, oraz dojrzałości, które są niezbędne, aby uczynić mroczną historię dobrą. I dlatego moja ocena to zero na dziesięć. Nawet nie pół głowy Trybunału. Powiedziałbym, że ten komiks należy spalić, ale to byłaby obraza dla ognia.


lt_0pts.png
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.