Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #321 (14.10.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 14 październik 2013Numer 41/2013 (321)


W dzisiejszym numerze: dużo dobrego o "Infinity", dużo złego o "Battle of the Atom", kontrowersyjna Avengers Arena oraz najlepszy z dotychczasowych odcinków epizod "Agents of S.H.I.E.L.D.".

Astonishing X-Men vol. 3 #68 (Final Issue)
Gil: Na pożegnanie, Marjorie Liu postanowiła nam przypomnieć, na czym polegała jej koncepcja serii. Skupiamy się na Warbird i jej poczuciu przynależności, podczas gdy w tle domykane są różne inne wątki. I w sumie wygląda to całkiem fajnie, bo ładnie zostały podkreślone więzi między postaciami, zaadresowano właściwie wszystkie podjęte tematy, a całość jest taka ciepła i rodzinna. Trochę szkoda, że to już koniec, bo zacząłem się przyzwyczajać to takiej formy i czytało mi się z coraz większą przyjemnością. Ale najwyraźniej nie tego oczekiwało wydawnictwo i inni czytelnicy. Cóż, nie będę płakał nad rozlanym mlekiem. Mam tylko nadzieje, że postacie, które Liu przytuliła nie wyparują całkowicie na kolejnych kilka lat. Za ten numer dam 6/10, a za cały run wystawiłbym piątkę.
grzgrzegorz: Największa wada tego komiksu? Wyblakła She-Hulk na kilku kadrach wewnątrz. Poza tym zarzuciłbym temu numerowi, że strasznie nudny był, ale to, że skupił się na Warbird pomogło mi jakoś przebrnąć przez niego. Powtarzam zawsze, że mogło być gorzej. Walta nie postarał się za bardzo przy rysunkach, ale jego rzemieślnicza praca nie odrzuca. Można, ale nie trzeba. Dla fanów.

Avengers A.I. #4
Gil: Okay, ta seria pędzi w dół jak wskaźniki popularności rządu. Coraz więcej w niej bredni, a coraz mniej fabuły. Coraz więcej udziwnień, które mają coraz mniej sensu. Autor najwyraźniej sam już nie wie, czy Victor jest robotem czy cyborgiem (swoją drogą, ja też nie i od początku nie mogłem załapać idei syna Ultrona i zwykłej kobiety, ale to już inna bajka), czy Vision jest transformersem, czy Dimitrios jest jakimś bajkowym smokiem... Nawet Doombota zdążył już zamęczyć. A ludzka część obsady to już w ogóle zachowuje się, jakby wszystkim czegoś brakowało. Fabuła natomiast sprowadza się do buntu krasnoludków, żyjących w bajkowym procesorze. I nadal mam te same zarzuty, które wymieniałem przy poprzednim numerze. Naprawdę muszę się mocno zastanowić, czy chcę to dalej czytać. A tymczasem dam 3/10.
Demogorgon: Being Runaways fan is suffering. Szczęśliwego dziesięciolecia zespołu, zabijmy z tej okazji do trzech ulubieńców fanów.
Ten numer to stos klisz, gdzie wszyscy biegają jak idioci, a wyjątkowo głupi plan wyjątkowo głupiego złoczyńcy działa, bo on tak mówi i właśnie dlatego. Po za tym, chaotyczne to jak diabli, od krótkiej lektury rozbolała mnie głowa. A na rysunki nie mogę patrzeć.
Byłby najgorszy komiks tygodnia, ale niestety, Arena zrobiła to samo, tylko gorzej. Przynajmniej Victor może zejść (bo nie powiedziane, że zejdzie) jak bohater, a nie jako wyjątkowo głupi złoczyńca, a taki los szykuje się dla jego przyjaciół, którzy mieli pecha być pisani przez Hopelessa.
To wiele mówi o tym komiksie, że jedyne co o nim dobrego mogę powiedzieć to, że Avengers Arena jest gorsze.
Soundtrack: Inspector Gadget

Avengers Arena #16
Gil: Ostatnio domagałem się popchnięcia naprzód wątku postaci, które trafiły do tajnej bazy Arcade'a. I dostałem, czegom chciał. Teraz żałuję. Krótko mówiąc, jest to chyba najgłupszy i najbrzydszy numer całej tej serii. Nie będę wypisywał wszystkich pierdół, bo pewnie zrobi to Demo, więc skupię się na tym, co mnie najbardziej zirytowało. Po pierwsze: nagle wszyscy rzucają się sobie do gardeł. Praktycznie bez przyczyny, bo wcześniej działo się tu więcej rzeczy, które mogłyby sprowokować taki konflikt, a teraz nic się właściwie nie wydarzyło. W jednej chwili razem walczą z monster-żabą, a w następnej rzucają się na siebie, bo tak. O ile jeszcze walkę dwóch Brytoli bym przyjął, tak tej masówki nie mogę zaakceptować. Z drugiej strony, postacie, które wcześniej próbowały się pozabijać, teraz zachowują się jak najlepsze kumpele. A jeszcze głupsze jest to, że Apex i ten jej brat (czy jak to tam z nimi jest...), chociaż wcześniej nie zamieniali się miejscami w ogóle, teraz robią to co sekundę i kłócą się przy tym jak debile. Większym kretynem jest tu tylko sam Arcade, który tego nie zauważa, ignoruje wszystkie sygnały, że ktoś zinfiltrował jego dziuplę i najwyraźniej nie ma innych zabezpieczeń, poza jednym robotem. A mimo to i tak daje radę ich załatwić! Ale hej, patrzcie! Chris żyje! Czyżby to znaczyło, że wszystkie te czerwone krzyżyki można między bajki włożyć? Że nawet tych bezgłowych poprzywracają na koniec, żeby nie było płaczu i zgrzytania zębów, a status quo wróciło do stanu nienaruszonego? Nawet bym się nie zdziwił... Nigdy nie miałem złudzeń, że wyjdzie z tego coś dobrego, ale jeszcze trochę miałem nadzieje na jakąś małą, pozytywną niespodziankę. Nope. Teraz to już tylko powiem: kończ Waść, wstydu oszczędź. I wystawię 2/10.
Krzycer: Świat się kończy, dwa razy w ciągu jednego tygodnia zgodzę się z Demo. Hopeless nie ustał lądowania. To było wyjątkowo głupie.
"I broke those kids" - pogwałcenie "show don't tell" w najgorszym wydaniu. Zgodzę się, że Arcade złamał Aidena i może - może - Cullena. Ale cała reszta? Decyzja Nico, by obrócić się przeciw reszcie... Jasne, to jest dobry moment na to. Co nie znaczy, że Nico znalazła się w sytuacji, w której to byłoby wiarygodnym postępowaniem.
Murderworld jest cudem techniki. Arcade ma zabezpieczenia zabezpieczeń zabezpieczeń w komputerze w piwnicy. Ale sama piwnica? Hulaj dusza, ludzie kryją się w gigantycznych tunelach wentylacyjnych, żaden problem.
Po huk Arcade trzymał Darkhawka przy życiu? A zresztą można to jeszcze cofnąć - Darkhawka zaatakowała sterowana przez Apex Deathlocket. Po huk one go zostawiły przy życiu?
I wisienka na torcie - "wciórności, nie dadzą mi w spokoju pooglądać mordobicia" i "he he, moje moce nie działają w piwnicy". To by działało przy standardowym, kreskówkowym Arcadzie w standardowym komiksie z Arcadem. Ot, nastoletnia Kitty Pryde pomaga uwięzionym w Murderworldzie X-Men czy coś. W takiej konwencji takie sceny byłyby na miejscu.
W komiksie o tym, jak to nastoletnie dzieci się wyrzynają, takie sceny są... ciut nie na miejscu.
Więc, ten. To było głupie. Może przed końcem serii Hopeless się poprawi.
grzgrzegorz: Hopeless postanowił pójść na skróty i zgwałcić poczucie rozsądku i inteligencje ludzi którzy czytają ten komiks, a rysownik mu w tym pomaga. Nie chcę pisać o błędach i nielogicznościach, ale naprawdę, komiks ten wiele stracił odkąd ukazał się numer #1 Areny. Jak dla mniej mógłby się już skończyć. Marności nad marnościami jak mówi pewna księga.
Demogorgon: Chris Powell żyje. Na tym etapie mam takiego doła, że nawet nie cieszy mnie to tak, jak powinno.
Chasehawk i "i've always been a hater" w jednym numerze a autor jeszcze podbija to "robo-waifu". Dawno nie widziałem by ktoś próbował tak desperacko byc na topie, że używa internetowych memów nie rozumiejąc ich znaczenia. To pewnie coś w stylu tego jak lata 90-te miały "Totally Radical!".
Albo Apex ma w kontrakcie jedną głupią scenę na każdy numer ze swoim udziałem.
Arcade nawija nam jak to miał absolutnie rację, że ustawił tę grę na trzydzieści dni i jakim to jest wspaniałym manipulatorem, który złamał te dzieciaki, bo jest taki cudowny i w ogóle. I co najgorsze, to jedyne wyjaśnienie jakie mamy dla głupiej i bezsensownej bijatyki z tego numeru.
Kathy może zrobić z Darkhawka swoją nie powiem co, kosmiczna technologia jest przed nią bezbronna. Ale już nie może obejść prostych zabezpieczeń technologi Arcade'a, głupiego skanera odcisku palca i identyfikatora głosu. Bez sensu.
Nagle dzień 28 godzina 5:46 robi się dniem 29. Nie było żadnego zachodu Słońca ani nic takiego, po prostu autor dalej nie panuje nad rozłożeniem wydarzeń w czasie.
Dennis Hopeless wybrał list na który odpowie. Wybrał długi list od fana, który w sposób kulturalny skrytykował sposób w jaki potraktował Justona, po za tym cały czas zachwalając serię. I Dennisa Hopelessa nie stać było nawet na odpowiedź prócz zwykłego "nie, mylisz się, a tak w ogóle to ten list byłby lepszy, jakbyś mnie nie krytykował". Nie, serio, sprawdźcie to, nie zmyślam tego. Po co drukować taki list, skoro nie stać cię nawet na zaadresowanie krytyki? To tylko szkodzi wizerunkowi serii. Powiedzieć komuś, że są "completely backwards" i nawet nie zasugerować interpretacji, którą uważasz za "prawdziwą" to zwyczajne chamstwo. No chyba, że więcej listów z pochwałami nie było. Co by mnie nie zdziwiło, biorąc pod uwagę, że to tytuł przy którym autor chwalił się, że nie dostał żadnych listów od antyfanów za numer, który napisał kto inny.
Dobra, skończyły mi się powody do tańczenia wokół słonia w pokoju. W sumie mogę o tym pogadać.
Chase i Nico próbują pozabijać resztę dzieciaków. I jedyne wyjaśnienie jakie dostajemy to "I've tried being me. I've tried compassion. All it earned me was shallow grave". Nie Nico, twoja własna skończona głupota cię wprowadziła do grobu. Ale widać niestety, tylko ci się pogorszyło, bo zobaczmy, co w tej chwili robisz. Atakujesz ludzi, za których oddałaś życie, czyniąc cały całe to cierpienie przez jakie przeszłaś, łącznie ze stratą ręki i samą śmiercią, kompletnie bez znaczenia. Gorzej, jeśli nagle chcesz wszystkich pozabijać, to czemu dopiero co pomogłaś w walce z potworem, który odwaliłby wszystko za ciebie? I czemu teraz próbujesz udusić Cullena zamiast rzucić jakieś zaklęcie?
avalonpulse0321a%20%5B1600x1200%5D.JPGJestem przerażony tym jak to wszystko jest głupie. Tu nawet nie chodzi tyle o to, że dwie moje ulubione postacie właśnie przeszły na ciemną stronę, to zagrożenie zawsze było częścią ich charakterów. Czuję się tylko paskudnie, że jest to zrobione w sposób tak pełen dziur, tylko po to, by pokazać Arcade'a jako wielkiego manipulatora. Że duża część tego co fani w nich kochali jest usunięta w byle jaki, pośpieszny sposób bez chwili pomyślunku. Że cały ten wątek jest potraktowany po macoszemu i nie jest tak naprawdę o nich i o bólu przez jaki przeszli ani o tym, jak ich to złamało. Jest o pupilkach Hopelessa, ma sprawić by oni wypadli lepiej. I to mnie doprowadza do szału. Postacie które uwielbiam zostały wytarzane w błocie bo autor nie potrafi zapomnieć na pięć sekund kto jest jego ulubieńcem. To się czyta na tym etapie jak kiepskiego fanfika, gdzie wszystko się kręci wokół bandy nudnych mary sue. Wielopoziomowi, skomplikowani i przekonujący bohaterowie wchodzą, płytkie, jednowymiarowe kukiełki wychodzą.
I nich nikt nie ośmieli się mi mówić, jak to wszystko przez co przeszła ją złamało. Jest to pokazane w sposób naciągany i nieprzekonujący, wręcz głupi. To tak jakby po swoim powrocie z martwych, który w końcu nastąpi, Peter Parker powiedział "I've tried being me. I've tried responsibility. And it earned me a shallow grave!" i poszedł obrobić bank.
I tak, wiem, zawsze może jeszcze okazać się, że to tylko taka sztuczka by oszukać Arcade'a, takie coś zrobili w zakończeniu Battle Royale. Chciałbym, żeby tak było, ale raczej w to nie wierzę, nie mam tyle zaufania do tego autora a i nie widzę jak mogłoby to logicznie przejść z miejsca, gdzie jesteśmy teraz do pokonania Arcade'a. Zresztą, ta rola przypadnie i tak Deathlocket i Timowi/Kathy, dawno straciłem wiarę, że ktokolwiek inny może tu zrobić coś, co ma znaczenie. Prędzej będę miał nadzieję, że kiedyś w końcu ktoś inny zacznie ich pisać i wymaże wszystko, co Hopeless zrobił. Hej, Daniel Way zniszczył Deadpoola, a teraz Wade znowu jest pisany tak, jak był, kiedy fani go pokochali, prawda? Dla każdego jest szansa, kiedyś znowu dostanę przygody Nico i Chase'a do których zapałałem uwielbieniem, a nie tych karykatur.
Kogo ja oszukuję?
Wiecie co? Mam to gdzieś. Dalej Dennis, zabij Nico, znowu. A potem zabij Chase'a i Hazmat. Mam to w nosie. Na tym etapie wolę by byli martwi, niż, żebym musiał kolejny rok żyć ze świadomością, że pisze ich ktoś tak niekompetentny.
Eh, nie mam nawet siły przyzywać rustlemanii. Ten gag mnie jako tako podtrzymywał na duchu, ale teraz...who cares? Jaki to wszytko ma sens?
Soundtrack: Face Up, Face Down - w tej chwili tylko fablous tego utworu mnie trzyma w jednym kawałku. To był żart. Ha, ha ha. Widzicie? Wszystko ze mną gra. Naprawdę. Naprawdę. A na poważnie, kumpel go zasugerował, nie mogłem odmówić. Bo to dobra piosenka jest. Pegasus śmieje się z żałości tego komiksu. It makes him fabulous.
Niech mnie ktoś przytuli, czuję się strasznie smutny.

Captain America vol. 7 #12
Gil: Nie da się nie zauważyć, że nie tylko ten numer, ale i cała historia skupia się na kontemplowaniu finału poprzedniego arcu. Steve ciągle przeżywa swoje straty i kompensuje sobie to towarzystwem panny Zolównej, która najwyraźniej wynagradza mu zarówno brak Sharon, jak i dzieciaka. No i aż się biedaczyna popłakał… Już sobie wyobrażam, jak ten panel zmienia się w mem. A cały wątek z Nukem to tylko pretekst do wypełnienia kolejnych stron jakąkolwiek akcją. I jak zwykle u Remendera, szybko staje się przesadnie skomplikowany. Co mnie jednak zabolało najbardziej to rysunki i sposób, w jaki Pacheco próbuje naśladować Romitę. Gościu ma swój styl, który nawet lubiłem, a który tutaj przebłyskuje tylko okazjonalnie na kilku lepszych panelach. A może to przez tuszowanie Jansona? Nie wiem, ale nie podoba mi się to. Tak więc, mamy numer właściwie o niczym, który nie wygląda zbyt dobrze, a to oznacza 3/10.
grzgrzegorz: To mój pierwszy kontakt z najnowszą odsłoną przygód Kapitana Ameryki, ale muszę napisać, że jestem zauroczony tym numerem. Nie jestem wielkim fanem Kapitana, nie lubię też Remendera, ale i tak to połączenie mistyczno- patriotyczne mnie urzekło. Zapowiada się ciakwa historia. Czekam na więcej.

Deadpool vol. 3 #18
Gil: Tym razem znów żarty odchodzą na bok, a skupiamy się na poważnej sprawie ratowania więźniów koreańskiego obozu pracy. Jest to przedstawione z odpowiednią ciężkością, chociaż nie raz miałem wrażenie, że autorzy nie bardzo odnajdują się w sytuacji. Zaskoczyła mnie natomiast końcówka, w której zdecydowanym cięciem rozwiązano kwestię domniemanej córki Deadpoola. To było z jednej strony dość mocne, ale z drugiej zapachniało pójściem na łatwiznę i próbą podbicia stawki. Natomiast to, jak autorzy ustami Poola dopraszają się o lepsze recenzje było jednocześnie nie na miejscu i upewniło mnie w przekonaniu, że nie tylko ja odbieram serię w taki sposób. Trochę strzał w stopę. Ale ogólnie, nadal było przyzwoicie – tak na 6/10.

Fearless Defenders #10 (Infinity Tie-In)
Gil: Kolejny tie-in, opierający się bardziej na założeniu Inhumanity, niż samego Infinity. Ot, panie Defenderki przypadkowo trafiają na dziewczynę, którą potraktowano terrigenem. Czy przypadkiem nie było już kiedyś jakiejś Kimury? Czy tylko mi się zdaje, czy jej nowe ręce przypominają rękawice Witchblade? I czy tylko ja mam takie wrażenie, czy Bunn wszędzie widzi lesbijki? Baaardzo to wszystko ponaciągane... Chociaż muszę pochwalić interesujący dobór postaci w teamie LeFay, bo niektóre z nich długo zalegały w limbo. I podobała mi się również blingowa okładka. Chociaż to akurat nie nowość, bo okładki są od początku najmocniejszym elementem serii. Fabuła dla odmiany nie posunęła się ani o piędź, tylko nagle do worka wrzucona została kolejna postać. To akurat też nic nowego. Cóż, nie wiem czy można to nazwać komplementem, ale przynajmniej nie drażni mnie ta seria tak jak niektóre. Jest co prawda nijaka, ale jako zapychacz na wolną chwilę może być. Znów dam 4/10.
grzgrzegorz: Ten numer to najczystsza forma ZŁA. Dzięki bogu, że jest to tylko tie-in do Infinity. Głupie, głupie i ociekające infantylizmem, i fanboyzmem względem dziewczyn/ członkiń Defenders. Nie byłbym mocno zdziwiony gdyby okazało się, że Bunn ma plakat dziewczyn w swoim domu. Złłłoo. Nie czytać, czyba, że masz słabość do kobiet bijących mężczyzn/ kosmitów płci męskiej.

Infinity #4
Gil: Jakoś tak ten numer podobał mi się najmniej z dotychczasowych. No cóż, kiedyś musiał nadejść ten moment... Chociaż podejrzewałem, że decyzja o kapitulacji mogła być częścią jakiegoś większego planu, to nie bardzo podobało mi się, że tak szybko to wyłożono. Byłoby zdecydowanie lepiej, gdyby blef potrwał dłużej i zaskoczył nas zwrot akcji. Sam pomysł z wysłaniem Thora w roli dyplomaty był dobry i został fajnie rozegrany aż do kulminacyjnego momentu. Aczkolwiek muszę zauważyć, że trochę przypominał mi finalną konfrontację z 300 i "the god king bleeds" tylko, że tym razem zakończoną sukcesem. Mimo wszystko robi wrażenie i trochę smyra ciarkami po kręgosłupie, gdy Thor ogłasza: "Stop! Hammer time!" Szkoda tylko, że przez cały ten czas siedzący na orbicie nie robią nic, tylko powtarzają: "uda się?", "musi się udać!" Tymczasem wydarzenia na ziemi pokazują nam ciąg dalszy konfrontacji między Thanosem i Black Boltem oraz początek Inhumanity. Po obiecującym początku, walka wydaje się być na pół gwizdka, ale mogę to przyjąć zważywszy, że obaj przeciwnicy wygrzebali się ze zniszczonego Attilanu. Natomiast gorzej wygląda fakt, że w Nowym Jorku panuje względny spokój na ulicach, pomimo inwazji obcych (ta, to akurat zwykły czwartek) i upadku na miasto resztek Attilanu. No i na koniec dostajemy wreszcie poszukiwanego syna Thanosa, który... wie, kim jest? To trochę dziwne zagranie. Zaskakuje mnie w tej sytuacji szczerość jego mamusi, która najwyraźniej opowiedziała bardzo dokładnie, z kim zdarzyło jej się puścić i wygląda na to, że trochę zryła tym psychikę dzieciakowi. Pogratulować. No, ale powiedzmy, że da się na to przymknąć oko, jeśli ostatecznie postać okaże się interesująca. Póki co, wyraźnie zaznaczony został tylko jego wewnętrzny konflikt: najwyraźniej jest miłym gościem, ale po terrigenezie stał się potężnym i mimowolnym zabójcą. Jakiś potencjał tu jest, ale wymaga pracy. Rysunki również jakby osłabły. Opena skaszanił trochę twarzy, ale też parę scen wyszło mu fajnie. Weaver zaczął nieźle, ale dalej zaczął gubić detale (albo koloryści je zapaćkali) i wyszło trochę blado. Tym razem wystawię 6/10, ale i tak całkiem solidne.avalonpulse0321b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Krzycer: Zdziwienie pierwsze: ok, czyli wątek w kosmosie posunął się o... piętnaście minut?
Zdziwienie drugie: Black Bolt - trup czy nie trup? Chyba nie trup, bo nie było wyraźnie, dobitnie powiedziane, że trup. Pewnie Thanos pogroził, pogroził, ale jak przyszło co do czego, to tylko dał w czerep i Blackagar wstanie w kolejnym numerze.
Zdziwienie trzecie: ...serio? Znaczy, spodziewałem się, że może to tak wyjść, ale... serio? Grający w Marvel's Avengers Alliance na Facebooku poznali Thanosowego synalka niemal miesiąc temu. Way to keep secrets.
Zdziwienie czwarte: niby to wszystko jest fajne, ale... Jakoś mnie nie przekonało. Naprawdę cała planeta robiła w gacie, bojąc się podnieść ręki na jednego Buildera? I dopiero interwencja Ziemian, gwałcących wszystkie kosmiczne konwencje o nietykalności dyplomatów i posłów (aż mi się Jacksonowa wizja rozmowy Aragorna z rzecznikiem prasowym Saurona przypomniała...), pokazała im... co właściwie? Znaczy, rozumiem symbolizm, pokazanie, że niemal niepokonalnego przeciwnika da się pokonać, ale... ale przecież zrobili to już w poprzednim numerze. A Kree wciąż dygotali w tych swoich zielonych kalesonach? Nie podoba mi się to. Zwłaszcza, że strasznie wysuwa na świecznik Kapitana i Thora, którzy pokazują... no co? Że kosmicie można dać w ryj? Gdyby stał za tym jakiś pomysł, gdyby nasi bohaterowie wykazali się błyskotliwością, zaskakując tychże Kree czymś spektakularnym, ale... Kosmicie można dać w ryj. W tym tkwi sekret ich pokonania.
Huzzah.
No, ale przynajmniej ten komiks dał nam kadr z Builderem dającym Thorowi z liścia. Zawsze to jakiś plus.
kuba g: Ja tak szczerze powiem, że nigdy nie przepadałem za Thorem, ale kłamał bym gdybym nie przyznał, że były jego występy, które lubię, teraz ten numer Infinity zaliczam do tego grona. Niby jest taki jak zawsze, patetycznie i z kijem w dupie, ale przy tych scenach trzymało się to kupy i podobało się. No i z drugiej strony podoba mi się jak Marvel uparcie wciela w życie małe elementy "Earth X" mimo, że wypadło to lata temu z kanonu jako oficjalna wizja przyszłości 616. Tym razem padło na rozpylenie terrigenu nad całą ziemią, Krueger i Ross powinni dostać jakiś hajs za to dodatkowy (jak i za podwaliny pod Dark Reign). Nie mniej... numer mi się podobał choć nudzi mnie już obraz NYC niszczonego w 1/3 tak co pół roku.
Wilsonon: Uf, nareszcie jest scenarzysta, który ma jaja aby "trochę" zmienić Ziemię. Poza muggasami będą teraz Inhumani. Poziom światowej nietolerancji wzrośnie diametralnie. Już mi szkoda afrykańskich inhhuman, którzy będą uznawani za wiedźmy i paleni na stosach.
Rysunki się poprawiły. Strasznie podoba mi się dbałość o szczegóły artysty przy kadrach z Builderem. Widac że są bardziej staranne niż inne.
Ciekawi mnie jak zostanie rozwiązany pewien błąd logiczny w tej historii. Zamiast wysłać jednego "niszczyciela światów", który ma świetne zdolności maskujące, aby zniszczyć Ziemię, Builderzy wywołują wojnę praktycznie z całym wszechświatem, marnując siły i czas. Ja rozumiem rozmach itd, ale jeśli chcą wyplenić ludzkość z pozostałych... Trochę im to zajmie.
Ocena: 4/6.
Demogorgon: Krzycer powiedział większość tego, co miałem do powiedzenia o wątku Builderów, więc oszczędzę wam mojego narzekania jak kolejny komiks jest zadedykowany ssaniu kolektywnego fiu...ego ludzkości. Ale lubię tę scenę na której Builder policzkuje Thora.
Powiem tyle - jeśli ktokolwiek miał jeszcze jakieś urojenia, że ten event może wypromować psotacie z list C albo B, to dziwię się, jak mogły one przetrwać sceny w której flagowa postać z pogranicza list B i C zostaje skatowana przez Thanosa i nie jest w tanie nic mu zrobić swoim najpotężniejszym, powalającym Hulka i rozbijającym atomy na pół, atakiem, nawet urwać mu rękę, gdy ten zatyka mu usta, podczas gdy Captain America i Thor właśnie pokazali całemu Wszechświatowi jacy są ultrahiperfajni. Hej, patrzcie kto niedługo dostaje nowe filmy w kinach. Captain America i Thor. Zbieg okoliczności?
A po za tym, Thanos jest żałosny. "Oto ja, Szalony Tytan, kochanek śmierci, którego ścieżka jest czerwona od krwi wrogów i przyjaciół zarazem. Ale ty masz szczęście, nie zabiję cię, bo boli mnie głowa. Nie mogę pracować z migreną."
I serio - Thane? Ktoś nie jest zbyt kreatywny, kiedy chodzi o imiona.
grzgrzegorz: Jako fanboy Thora, BB i Thanosa jestem jak najbardziej usatysfakcjonowany. Nie będę wytykał błędów/ głupot itp Hickmanowi. Niech ktoś inny się tym zajmie (no, może mógłbym przyczepić się do mega spoilera zawartego w M:AA, ale po co). Jedyny brak/ dyskomfort jaki odczuwam to brak Surfera lub/i Innych heroldów w całej historii (nie licząc cyfrowego prologu Infinity z SS). Poza tym to miód dla moich oczu. Opena i Weaver czynią cuda z rysunkami i żeby się nasycić tymi arcydziełami już kilkakrotnie przeczytałem/ przekartkowałem ten komiks. Polecam (jak każde dzieło Hickmana), jak najbardziej warto.

Superior Spider-Man Team-Up #4 (Infinity Tie-In)
Gil: Część druga trochę wymuszonego tie-inu, który im dalej brnie, tym bardziej rozjeżdża się z resztą continuity crossa. I gdyby nie to, byłby całkiem fajny. Bo Fulmina okazuje się dość interesującą przeciwniczką - jest jednocześnie nowa, mocno pokręcona, ma swoje racje (z którymi nawet w pewnym stopniu można się zgodzić) i stanowi dość poważne wyzwanie. Samo starcie między nią, a Pajęczakiem czyta się fajnie, aż do finału, który wydaje się mocno skrócony. Naprawdę interesujące było ich starcie w przestrzeniu umysłu, to jak Otton zrujnował jej światopogląd i to, jak ona go przejrzała. Szkoda, że ten zwrot w finale i jej poświęcenie (ale czy aby na pewno?) były takie na hop-siup. No i jak już mówiłem, mocno rozjeżdża się to z wydarzeniami, przedstawionymi w Mighty oraz samym Infinity. Z rysunkami też jest podobnie: są fajne przez większą część, ale na przykład sposób przedstawiania elektrycznej formy Sylvii jest już słabowity. Umieszczę ten numer lekko nad kreską tylko dlatego, że ogólnie mi się podobał. będzie więc słabsze 6/10.

Thor: God Of Thunder #14
Gil: "Witajcie w naszej bajce! Pamiętacie ten surowy i mroczny klimat z pierwszego tuzina tej serii? No, to teraz całkowicie go odwrócimy i damy wam po oczach pastelową heroic fantasy. No, co? Nie lubicie skrajnych kontrastów?" Otóż, nie. Bardziej przypomina mi to Mighty Thora z czasów Fractiona, niż to, co wcześniej pokazał tu Aaron, więc odbieram te zmiany jako mocno niekorzystne. Historia nie jest zła i da się ją czytać, ale mimo wszystko mam wrażenie, że sięgam po zupełnie inny komiks. Tak jakby ktoś kazał skrybie napisać najbardziej typowe fantasy, jakie można sobie wyobrazić. Jest quest i jest drużyna złożona ze wszystkich ras, jakie były pod ręką. Z bardzo mocno podkreślonymi różnicami między nimi. I wszystko to są nowe postacie, bo jak przychodzi do krasnoludów i elfów, to zawsze wyciągają jakieś nowe, bo nikt nie pamięta tych z poprzednich historii. Zastanawiam się tylko, czemu właściwie wszyscy mają takie dziwne imiona, krasnolud zachowuje się jak pingwin Rico, a elf przypomina skrzyżowanie kowboja z muszkieterem? Z drugiej strony, to Aaron, więc nic mnie nie powinno dziwić... Garney spisuje się nieźle i stworzył parę fajnych kadrów, ale te kolory gryzą mnie w oczy swoją jaskrawością. Za całość dam 5/10, które blisko graniczy z szóstką.
grzgrzegorz: Jak dla mnie ten komiks jest trochę za bardzo jaskrawy kolorystycznie. Wydawać by sie mogło, że historia z Mrocznym Elfem będzie mroczna i pełna szarości, ale autorzy nas zaskoczyli i stworzyli jaskrawy, dość humorystyczne klimat. Nie jest to jakieś złe, ale dziwne i tyle. Warto jednak sięgnąć po ten komiks.
Wilsonon: Powtórzę to co przedmówcy. To nie jest komiks jakiego oczekiwałem. Drua historia Aarona straciła wszystko co oferowała pierwsza. Nie ma intrygi, która wciska w fotel. Nie ma mroku, który spowijał każdy kadr jak i sączył się z fabuły. Nie ma ciekawego przeciwnika, Malekhit jest strasznie nudny: psychopata z dużym ego i żądzą zemsty. Ile to już takich sie przewinęło? Dodam że to moje pierwsze spotkanie z Mrocznymi elfami i juz jestem znudzony. Żałuję że ten komiks nie pojawił się po premierze "Thora 2".
Nie mamy już Thora-detektywa i nie mamy genialnych rysunków Ribicia. Czuję się jakbym grał w Diablo 3 i nagle wszystkie lokacje posiadły kolorystykę wyrwaną prosto z Pony Levelu. Wszystko jest pstrokate i oczoje#$e. Brakuje mi jeszcze biegających w tle misiów i jednorożców.
Ta historia idzie po najsłabszej linii oporu. Nie stawia sobie żadnych wyzwań: ot zebranie drużyny, znalezienie antagonisty, walka ze złym, przeciwnik już prawie złapany i nagle dzieje się coś "nieoczekiwanego" i elf ucieka. Żygggam już czymś takim. Ocena: 1/6.

Uncanny X-Force vol. 2 #12
Gil: Nie pamiętam, kto pierwszy obstawił Cassandrę, ale należy mu się ciasteczko. I to właściwie jedyna istotna informacja, jaką przynosi ten zeszyt. Skupia się bowiem na Spiral i jej poszukiwaniach zaginionego dziewczęcia, które może byłyby ciekawsze, gdybyśmy nie wiedzieli z góry, do czego zmierzają. Surprise! NOT! W dodatku wygląda to wszystko paskudnie. Nie wiem, co się stało ze stylem Alphony, ale parę lat wstecz był znacznie lepszy. Tutaj jest po prostu brzydki i może walczyć o tytuł najgorszych rysunków roku (a właściwie o drugie miejsce, bo lidera już mam). Dostaliśmy zatem nieciekawy wypełniacz i rozwleczenie akcji, czyli coś na 3/10.

Wolverine vol. 5 #10
Gil: Kolejny numer poświęcamy na lawirowanie wokół tematu. Logan i Kitty jadą na spotkanie z Creedem, po drodze wpadając na kolejną chwilową przeszkodę, która niewiele wnosi (albo przynajmniej na razie nie wiemy, czy będzie miała większe znaczenie). W końcu docierają do jakiś magazynów, w których znajdują coś jakby muzeum posiadłości Howlettów. To akurat był niezły motyw, który pozwolił podjąć wątek tego, jak dużo o przeszłości Wolvieka wiedzą jego towarzysze. A potem dość oczywisty cliffhanger. W tle natomiast kołacze się wątek wirusa z Microversum, który urasta do globalnego zagrożenia, chociaż nie powiem, żeby autorom udało się nas o tym przekonać. Cornell nadal pisze przyzwoicie, ale trochę niepotrzebnie rozwleka i nadużywa zbiegów okoliczności. Davis natomiast rysuje po swojemu, czyli stylem, który – w moim mniemaniu – zabija cały klimat każdej historii. Nadal jestem ciekaw, jak to się rozwinie, ale za ten zeszyt dam najwyżej 5/10.
grzgrzegorz: Wbrew temu co można sądzić po przekartkowaniu tego komiksu, fabuła posunęła się bardzo mało do przodu. Mimo obietnic autorów, że Logan będzie musiał walczyć o swoje życie i będzie ciężko, na razie nie widać tego w samym komiksie. Ninja? Mystique? No proszę... Można, ale pewnie tylko fanboizm będzie mnie utrzymywał przy tym komksie przy najbliższych numerach.

X-Men vol. 3 #6 (BotA Part 7)
Gil: Nie może być! Coś tu się w końcu dzieje! I jaka niespodziewanka: Ywil Fjuczer X-Men okazali się źli i coś kombinują! Ludzie, starczy tych szoków, bo jakiegoś wylewu dostanę... Ale czy te szokujące rewelacje zajmują chociaż pół numeru? Nie liczyłem tak dokładnie, ale wydaje mi się, że nie. Wood bowiem poświęca sporo miejsca na próby zainteresowania nas swoimi własnymi wątkami, czyli głównie Jubes i jej dzieciakiem. Nawet okazuje się, że Iron-X-Man z przyszłości to ten dzieciak. Ktoś już to chyba przepowiedział, nie? W każdym razie, zaczyna mnie ten mały irytować. Już lepiej by poświęcili to miejsce na rozwój wątku z Bling i resztą młodzieży. Ale wróćmy do samej bitki... Po tym, jak ujawnili, że przyszła Kitty to tak naprawdę jakiś pomiot Wolvieka i Mystique (Wolvstique? Mysterine?), spodziewałem się, że zaraz wypalą z jakąś rewelacją na temat Xaviera. Na przykład, że to Cassandra w klonowanym ciele, albo cuś. Albo, że Jean-Xorn to prawdziwy Xorn. Ale nie - na to jeszcze musimy poczekać. Ale wiecie, co było najgorsze? To, że współcześni X-Men tak po prostu pozwolili sobie nakopać. Rachel coś odkryła, ale zamiast uprzedzić wszystkich telepatycznie, drze się jak idiotka. Nikt nie reaguje prawidłowo, czyli jak na doświadczonych wojowników przystało. A już zwłaszcza Psylocke, która po prostu stoi w tle w pierwszej fazie ataku i czeka na swoją kolej, żeby mogła pokozaczyć później. W ogóle jest to strategiczna porażka totalna i zmieniłem zdanie - zasłużyli na to lanie. Dobrze, że końcówka już blisko, ale boje się, że poziom głupoty będzie już tylko wzrastał. Przynajmniej rysunki są miejscami fajne, ale znów połowa postaci nie ma twarzy. Czyli po chwilowej zwyżce, lecimy w dół i lądujemy na 4/10.
Krzycer: Jezusićku, kiedy już liczyłem, że BotA odbije się od dna, po którym włóczyła się od pierwszego numeru... Zaryliśmy. Znowu.
Po pierwsze, Wood znowu leje sikiem koszącym na crossover, poświęcając pół numeru na swoje bohaterki.
Po drugie, ktoś pstryknął palcami i stwierdził, że "X-Men" z przyszłości już nie muszą udawać. I nagle zamienili się w łotrów subtelnością dorównujących Hellfire Kids.
Po trzecie, gdyby chociaż ta walka była dobrze wyreżyserowana. Ale nie, Jubilee pozbywa się dzieciaka i sama leci na wroga. A Psylocke i Rogue grzecznie czekają, aż Jubilee zostanie pokonana, zanim same zaczną coś robić. (Nie wypominajmy już takich detali, jak to, że Rogue w runie Wooda zawsze ma akurat pożyczone jakieś moce... aż do momentu, w którym akurat by się jej przydały.)
avalonpulse0321c%20%5B1600x1200%5D.JPGPo czwarte, Shogo jeszcze nie wyrósł z pieluch, a już mam go dość.
Po piąte, jak już Shogo wyrósł z pieluch, to mam go jeszcze bardziej dość.
Po szóste, Wood każe Hisako robić wielkie halo z tego, że Rachel przemówiła do niej telepatycznie. Na litość boską.
Po siódme, hej, Gambit wziął udział w crossoverze! Szczerze mówiąc, jeśli jego udział ograniczy się do tego jednego kadru, to pewnie wyjdzie na tym lepiej od pozostałych, ogłupionych bohaterów...
Po ósme, Davidowi Lopezowi znowu nie chciało się rysować twarzy na trzecim planie. A pod koniec numer jest taki kadr, na którym nie chciało mu się rysować twarzy Magik, ale i tak to zrobił. Niestety.
Po dziewiąte, na tym samym kadrze kolorysta... pomalował Magneto na fioletowo. Siła przyzwyczajenia...
Tytułem podsumowania: NIECH TO JUŻ SIĘ SKOŃCZY.
kuba g: W przeciwieństwie do wcześniejszego fragmentu Battle Of Atom od Wooda tu całkiem mi się podobało, jakoś naturalniej wyszło balansowanie między historią z eventu a budowaniem historii z perspektywy standardowej obsady serii, fakt, że w sumie znów mało posunęliśmy się w odpowiedziach, ale to niestety wada każdego dotychczasowego odcinka. Na plus jeszcze osoba ukryta pod maską X-Iron Mana.
Wilsonon: Erm, tyle czasu żli Future X-Men udawali dobrych i nagle gdy są bliscy uzyskania swojego celu odbija im palma? To pierwszy cross Wooda? Znowu dostajemy na siłę wepchane bezużyteczne postacie (Jubilee, Rogue) a inne osoby stanowią tło, które się przygląda. Nędzny to cross i nie spodziewałbym się zmiany na lepsze w przyszłości. Tęsknie za X-Menami z Carey'em, C&Y i Wellsem. Pozostaje tylko weggetować z nadzieją na lepsze czasy.
Ocena: 1/6. Jedynka za rysunki, które nie pogorszyły odbioru.
Lotar: Cross zbliża się ku końcowi, więc coś się zaczęło wreszcie dziać. Xavier ni z gruchy, ni z pietruchy postanawia spalić całą przykrywkę, bo... no właśnie, bo? I to tyle o tym komiksie, hehe. Nie znam losów Jubilee odkąd ją pokąsali, ale czy to normalne, że przebija ścianę i ma najwyżej siniaka? Dlaczego Lopez rysuje Azjatki jak potwory z bagien? Ocena: naciągane - 3/6.
grzgrzegorz: Pitu, pitu...trochę walki....pitu, pi.. no dobra o czym to ja...,a tak. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest najgorszy numer tego crossa (o tak, daleko mu do najgorszego), ale i tak nie znalazłem w nim niczego dobrego. Graficznie jest dobrze, ale to by było na tyle. Z zapowiedzi wiemy już, że prawdopodobnie młodzi zostaną w teraźniejszości więc cały zamysł fabularny traci sens, więc ostatnie skrawki...czegoś co sprawia, że nadal czytam ten crossover skurczyły się tak znacznie, że jedyne co mnie trzyma żeby to skończyć to mała ilość numerów do końca i chęć zobaczenia jak writerzy z tego wybrną (módlmy się żeby tak było). Nie warto, ale jak ktoś już zaczął....
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.10.09
AgentsOfShieldBanner.jpg

Agents of S.H.I.E.L.D. - 1x03 "The Asset"

ZERO: Jest o wiele lepiej. Odcinek oglądało mi się całkiem przyjemnie, akcja nawet trzymała w napięciu, bohaterowie dali się lepiej poznać, efekty specjalne nie były kiczowate.
No i GRAVITON! Oby tak dalej.
Matt: Obejrzałem i myślę, że to najlepszy jak dotąd odcinek. Wady są jakie były i o jakich każdy wie, ale pojawiło się parę rzeczy na plus.
+Niezła pierwsza scena.
+fabuła, no powiedzmy, że bez wnikania w wykonanie szczegółów, ale myślę, że jest fajna.
+pojawia się "villain", co jest przecież tym czego oczekujemy od tego serialu i dzięki odcinek jest najbardziej "marvelowy" z dotychczasowych. I mogę sobie wyobrazić doktora Halla obok Tony'ego Starka, a nie mogę tego powiedzieć chociażby o tym całym złym biznesmenie, który się pojawił.
+w dodatku tenże "villain" nawet nie jest zły, a za to S.H.I.E.L.D. trochę jest. To dwa duże plusy.
+niezłe efekty przy gravitonium.
Jeszcze przed nami to jak pan villain stanie się tym kim ma się stać i jeśli po prostu nagle nie stanie się szalony i super zły to któryś z przyszłych odcinków będzie już miał jeden duży plus.
S_O: O, whedonowe porównania-metafory, które ciągną się przez pół minuty, totalnie gubiąc wątek! Słyszałem o nich, ale nie sądziłem, że będą aż tak bolesne.
Również - jedyny ruch, którego nauczyła się nasza bohaterka jest jedynym ruchem, którego potrzebowała! Stare i ograne. To znaczy, rozumiem, że musieli pokazać, że to potrafi, żeby nie było, ale mogli to zrobić nieco subtelniej, niż poświęcając na to całą scenę. A skoro o braku subtelności już mowa, DURR HURR MUSCLE MEMORY
Również również - z dedykacją dla agenta Warda i jego origin story: http://www.youtube.com/watch?v=DksSPZTZES0
Ale poza tym... przyjemne. Każdy z agentów miał swoje pięć minut (które Fitz-Simmons poświęcają na bycie nieznośnymi, jak zwykle), mamy akcję, mamy ciekawy zwrot akcji ze Skye "zdradzającą" drużynę, mamy jakiś porządny konflikt ideologii między SHIELD, Hallem i Ianem McMoneybags i związany z tym triple-cross pana doktora... A skoro o nim mowa, okazuje się też, że dzisiejszy odcinek to jedynie origin story Gravitona, co pozytywnie mnie zaskoczyło. See you on the season finale, I guess.
Koniec końców chyba najlepszy odcinek z dotychczasowych, ale team-up pań w Person of Interest nadal pozostawił go daleeeko w tyle.
avalonpulse0321d%20%5B1600x1200%5D.jpgUndercik: Nareszcie! W końcu mi się podobało. Nadal nie jest rewelacyjnie, ale wszystko zmierza w dobrym kierunki. Postacią w końcu zaskoczyły trybiki i nareszcie odcinek nie jest zbudowany na Agencie "I'm Fu**ing LMD" Coulsonie. Skye nadal jest irytująca i jej wątek jest strasznie oklepany, ale Melinda, Ward czy Fitz-Simmons powoli zaczynają być czymś więcej niż narzędziami do prowadzenia fabuły. Po prostu twórcy strasznie sztampowo zarysowują postaci i dopiero kiedy to całkowicie zrobią, zacznie to wszystko grać. Przynajmniej taką mam nadzieje.
Ale i tak tym co wyróżnia ten odcinek od poprzednich, jest bardziej Marvelowy klimat. W końcu dostajemy jakiś konkretnych złych. Do tej pory Rising Tide na dobrą sprawę są tylko zarysowani. Nawet nie chce wspominać o złych żołnierzach. O ile Quinn jest kliszą złego biznesmena, o tyle Graviton aż tak zużytym pomysłem nie jest. Dosyć ciekawy origin story, no i w końcu jest to czego każdy oczekiwał - superzłoczyńca z komiksu.
Venomus: Woda marki SHIELD? Really?
No cóż, było lepiej niż w poprzednich 2 odcinkach ale nadal coś mi nie grało.
Origin Warda - jestem twardzielem bo bił mnie starszy brat? Czy nikt nie zostaje twardzielem bo nagle mu się tak uwidziało i trochę potrenował? cough*tonystark*cough
Origin Skye - oooo nie masz rodziny how sad. A Shield zaczynają ci taką namiastkę tworzyć. Bleh. I to porównanie, ze SHIELD cough*USA*cough jest wielkim bratem ale takim dobrym które będzie bronic was maluczkich więc nie martwcie się, że NSA was obserwuje.
Podobało mi się, jak SHIELD wyszli na skurczysynów w tym odcinku oraz samobójcza postawa doktorka. Może być ciekawym villainem w przyszłości.
Za to dialogi zaczynają być...słabe. Przekombinowane. Czy to są te whedonizmy o których tyle się mówi? Bo w końcu ściągnąłem znienawidzone prze ze mnie Filefly za namową znajomych i coś myślę, ze mogę nie przetrwać 14 odcinków takich pseudo-śmiesznych gadek. Wolałem humor z polskiego dubbingu Spider-Man TAS.
No ale czekamy na dalsze odcinki. Odbili się od dna.
strz1: Dla mnie najlepszy odcinek. Ogólne wrażenie, poprawia się z każdym następnym epizodem więc jest nadzieja, że kolo 6 odcinka dostaniemy to co naprawdę nam się wszystkim spodoba. Akcja poprawiona, scenariusz poprawiony. Marvel w Marvelu? W końcu nie opiera się to tylko na SHIELD oraz kilku wstawkach (których w sumie było nieco za mało), ale mamy fabułę mocno opartą na świecie komiksowym. Znów fajna scena po napisach. Naprawdę daje to duże nadzieje, co mam nadzieję już niebawem potwierdzi się przy oglądalności, bo ta póki co spada.
rar: Lepszy odcinek niż ten poprzedni. Dziwi mnie budżet, bo naprawdę widać niezłe efekty jak na serial. Gravitona w filmie nie widzę, bo jednak nie jest tak znanym "złoczyńcą", żeby wrzucać go do filmu. Poza tym nie każdy ogląda serial i trzeba by praktycznie od nowa tłumaczyć jego origin w filmie.
Ward to drewno. Przyznam, że oglądam czasem stare seriale Sci-Fi gra tego gościa przypomina mi właśnie grę tzw. no-name'ów z tych produkcji. Przeciętny przeciętniak, ale chociaż umi się się bić. Aktorka która gra Skye widać, że potrafi coś więcej, ale postać jest dość płasko napisana. Fitz-Simmons już trochę lepiej, Coulsona uwielbiam, a azjatycka agentka to kolejna klisza. Na szczęście następny wątek będzie mieć chyba z nią coś wspólnego, więc może się rozwinie.
Delirium: W tym odcinku w końcu podjęli realną próbę ożenienia Scooby Gangu 2.0 ze światem Marvela i... wyszło tak sobie. Ale przynajmniej miało to jakiś sens i było zamkniętą całością, co jest miłą odmianą po odcinkach "Zauważcie mnie!" i "We're a team, HELLO!". Gadka mi się podoba, ale za to zaczynają kłóć w oczy schematy typu "w każdym odcinku musimy udawać, że Skye zaraz ich zdradzi". Akcja jest niezła i dość niezobowiązująca. Sam pomysł na Gravitona/Not-Gravitona również mogę kupić, chociaż jest daleki od pierwowzoru i wykorzystano tu marne efekty wizualne.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie Agents of S.H.I.E.L.D. - 01x03 "The Asset"
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.