Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #320 (07.10.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 7 październik 2013Numer 40/2013 (320)


Tym razem główną uwagę skupiło na sobie "Battle of the Atom" oraz drugi numer Mighty Avengers vol. 2. Oceniamy również kolejny odcinek "Agents of S.H.I.E.L.D.".

avalonpulse0320a%20%5B1600x1200%5D.JPGAll-New X-Men #17 (BotA Part 6)
Gil: Ten numer był... jak dotąd najmniej irytującym z całej Bitwy Atomów. A to dlatego, że: a) pokazał jakiś większy fragment tej przyszłości, który w końcu nadał bardziej konkretny kontekst wydarzeniom, b) nie zawierał tej bezsensownej bieganiny i kłótni, które wypełniały poprzednie części. Szkoda tylko, że musieliśmy minąć półmetek crossa, żeby się tego doczekać. A i tak nie obyło się bez pewnych mniejszych sęków. Bendis niedawno podmienił Dazzler na Mystique, więc nadal nie wiem, czy w przyszłości widzieliśmy oryginał. Nie wiemy, kto stał za zamachem i po co to było. Tak, wiem, że to celowo pozostało do wyjaśnienia, ale jak zobaczyłem to wielkie krabopodobne coś, to od razu skojarzyło mi się z Voidem w Siege. Przyszłościowe wersje postaci nadal są strasznie wydziwione. Jean została Xornem. Dagnabbit! Czemu? Przecież to jego nazwisko, a nie pseudonim. Została jego żoną, czy co? Jubilee jest teraz Wolverinem. Taa... strzelający fajerwerkami wampir to zdecydowanie coś, co kojarzy się z rosomakiem. Przynajmniej Quire jako Phoenix się sprawdza, bo pomysł wyszedł jeszcze od Morrisona całe lata temu. A połowy z tych ludków nawet jeszcze nie poznaliśmy z imienia. No i oczywiście nadal nie wiemy, co spowodowało tę przyszłościowa (pardon the pun) schizmę, ale przecież trzeba zostawić coś na później, żeby znów mieli o co się bić. Tak więc mam pewną odskocznię i mały krok do przodu, ale jakoś nie wpływa to na odbiór całości. A rysunki mają stały poziom, więc przynajmniej o tyle dobrze. Za całokształt dam więc 5/10, ale z kciukiem w górę.
Lotar: To co się tutaj wydarzyło powinno mieć miejsce w poprzednich 2-3 numerach, które zmarnowano na jałową gadkę, a tak wszystko, co ciekawe upchnięto na kilku stronach. Wreszcie zeszyt, który przeczytałem z pewną dozą przyjemności. Tego Beasta faktycznie mógłby ktoś już ubić, bo męczy mnie koleś. Kolejna wersja X-Men zrobiona kompletnie bez polotu. Ocena: +3 za rysunki Immonena. To chyba najgorszy cross z mutantami jaki czytałem. Ciężko uwierzyć, że coś go może jeszcze uratować.
kuba g: Ten podobno najsłabszy numer tego crossa jest dla mnie chyba najlepszym do tej pory. Zaczynając od oczywistości, graficznie jest przecudowny i nie ma co z tym dyskutować. Co do treści, jest tu w końcu zachowana proporcja akcja-historia-dialogi w minimalny sposób, tak, że mimo skupienia na dialogach komiks poszedł do przodu wyraźnie i dał w końcu kilka odpowiedzi (i ciekawych scen, tu chodzi o te z samego początku komiksu). Aha, no i dopiero w rysunkach Immonena widać, że nowy strój Magneto to nie wina rysowników, tylko po prostu ktoś wymyślił absolutnie beznadziejną zmianę. Koniec.
jdtennesse: Tak na świeżo po przeczytaniu też powiem, że nie jest to wcale najgorszy numer całej tej awantury (bo historią trudno to nazwać). Największym plusem jest zapewne to, że mamy akcję, "coś" posuwa się do przodu. Szkoda tylko, że to akurat dzieje się w przyszłości. Trochę też męczy kolejna wersja X-Men, gdzie widać, że to po prostu druga drużyna na podobieństwo Schizm. Tylko jedno mnie jeszcze zastanawia - są tu różne wersje mutantów z różnych stron, ale nie ma najważniejszych - gdzie Scott, Emma, Erik? Czyżby na koniec miała się pojawić jeszcze jedna drużyna? Hmm...
Krzycer: ...nie wiadomo ile lat w przyszłości, Madrox wrócił do kostiumu z głębokich lat 90. Serio? Tak się wysilili, żeby powymyślać jak najbardziej wykręcone (Beast-Beast), jak najbardziej idiotyczne (Gandalf-Iceman, Hulk-Iceman) wersje postaci, ale kiedy przychodzi do C-listera fantazja się kończy?
Cała ta wizja przyszłości w poprzednich numerach była cholernie nijaka. Tu wreszcie dostajemy jakieś szczegóły, czegoś się o niej dowiadujemy... ale za to skończył się budżet na scenografię i kostiumy.
No i, oczywiście, dostajemy trzeci (...czwarty... nie, czekaj... All-New, Future1, Future2, grupa Wolverine'a, grupa Cyclopsa... piąty!) zespół X-Men w historii, która daje wiele powodów do narzekań, ale zbyt mała liczba postaci zdecydowanie nie jest jednym z nich.
Poza tymi irytującymi detalami - podobało mi się. Bo w poprzednim numerze historia wreszcie ruszyła, a tu, rzekłbym, zaczyna się rozkręcać. Dostajemy parę odpowiedzi, dostajemy - oczywiście - również nowe pytania, coś się dzieje. Wciąż nie dzieje się nic szczególnie ciekawego, wciąż stawką jest amorficzne "uuu, przyszłość spieprzycie", wciąż jest to chaotyczne niewiadomoco... Ale przynajmniej jest ciekawiej, niż w pierwszych czterech numerach.

All-New X-Men Special #1
Gil: Pierwsze pytanie, jakie rzuciło mi się na myśl to: dlaczego nie Annual? Czyżby wydawnictwo próbowało uniknąć skojarzenia z annualowymi crossoverami, które fundowało nam przez lata, a które nie grzeszyły jakością? Jeśli tak, to trochę wtopa, bo tym razem mieliby szansę odmienić tę passę. Pierwsza część historii wychodzi bowiem całkiem nieźle, o ile przymknie się oko na natłok zbiegów okoliczności. Przypadkowa wizyta młodych X-Men w przypadkowym miejscu przynosi przypadkowe spotkanie Beasta z przypadkową dziewczyną, która zupełnie przypadkiem pracuje z naukowcem zajmującym się podróżami w czasie, który akurat w tym momencie zostaje zaatakowany przez podróżującego w czasie Octopusa, a w pobliżu zupełnie przypadkowo kręci się pan Superior. Coincidence much, no? Ale mimo wszystko, jest to spojone i poprowadzone na tyle dobrze, że czytało mi się całkiem przyjemnie. Głównie ze względu na płynność dialogów. I wyglądało też dość interesująco, chociaż nie jest to do końca styl z mojej bajki. Tak więc chętnie spojrzę na pozostałe specjale i zobaczę, jakie inne – jeszcze bardziej niewiarygodne – zbiegi okoliczności dla nas szykują, a teraz dam 6/10.
Krzycer: Fajne to było! Niezobowiązująca, nie dająca się umieścić w żadnym logicznym punkcie regularnej serii historyjka pełna nieźle ujętych postaci (Spock rządzi, ale Beast tez jest fajny), podana prostą, ale miłą dla oka kreską Krisa Anki.
Oczywiście, sensu nie ma to, że oryginalna piątka wariuje na Times Square na widok telebimów i ludzi rozmawiających przez telefony komórkowe. Jakiś redaktor powinien był trzasnąć Mike'a Costę w łeb i zrobić mu krótki wykład na temat sliding timeline, wyjaśniając, że te postaci nie przybyły do teraźniejszości z lat 60... Ale kiedy już się przymknie na to oko zostaje bardzo przyjemny komiks.

Avengers: Endless Wratime GN
Gil: Jedno nie ulega wątpliwości: to było długie. Może nawet za długie i gdyby zostało wydane w częściach, pewnie marudziłbym na nudę w kolejnych rozdziałach. Ale za jednym razem dało się ugryźć i strawić. Poza tym, było strasznie skomplikowane. Najpierw wydaje się, że to historia typu: rząd robi coś złego, więc bohaterowie pomagają pokrzywdzonym, narażając się władzom. Później dochodzą kolejne elementy układanki i kolejne, i kolejne... Jeśli nic nie zgubiłem po drodze, to na końcu wychodzi na to, że jakieś stwory podszywające się pod potomków amerykańskich żołnierzy założyły firmę produkującą bron dla rządu, ale i tak działały w sobie tylko wiadomych celach i wykorzystywały jakieś stwory z Asgardu, które naziści chcieli przerobić na Wunderwaffe, żeby zaatakować jakieś małe państewko na Bliskim Wschodzie... Za dużo tu komplikacji. I zdecydowanie za dużo krążenia wokół tematu. Spodziewałem się czegoś bardziej konkretnego od Ellisa. I może czegoś bardziej in your face. Czegoś, co pokaże prawdziwe oblicze wojny w ogóle. Tymczasem jest to tylko kolejna historyjka o Avengers walczących z czymś. W dodatku McKone ma bardzo nierówny styl i tutaj bardzo widać te jego wahnięcia. Jak na coś tak dużego, to o wiele za mało na pozytywną recenzję, więc wystawię najwyżej 5/10.
 
Captain America: Living Legend #1
Gil: Są dwie niezaprzeczalne prawdy dotyczące tego komiksu. Pierwsza jest taka, że nie przynosi nic nowego. A przynajmniej nie w swojej pierwszej odsłonie. To jeszcze jedna historia z Kapitanem w roli głównej, która sięga początkiem do czasów wojny, wyciąga z niej zarówno nazistów, jak i komunistów, a potem nagle przeskakuje do czasów współczesnych. Treści nie ma wiele, a to co jest powiela nie raz już widziane schematy. Na przykład: w przypadkowym oddziale amerykańskich żołnierzy jest jakiś Kowalski, bo w każdym oddziale amerykańskich żołnierzy musi być jakiś Kowalski. I więcej tym podobnych. Ale przynajmniej ostatnia strona pozostawia cień nadziei, że coś tu się jeszcze wydarzy. A może nawet okaże się, że to nie Steve jest tytułową Żywą Legendą. Cóż, zobaczę jak to się rozwinie. A teraz pora na tę drugą prawdę: komiks został stworzony po to, by wyglądać. Tak, tym razem to Adi Granov jest gwiazdą, a fabuła jest tylko pretekstem. Mnie akurat jego styl generalnie się podoba, a to czy akurat trochę mniej czy trochę bardziej, zależy od kolorów. Czasami nagromadzenie odblasków sprawia, że postacie wyglądają jak z wosku, ale tutaj udało im się uniknąć tego efektu i jest dobrze. Czekam na więcej. I teraz mam zagwozdkę, co z tym fantem zrobić… Powiedzmy, że założenie zostało spełnione i grafika zdołała zaciągnąć kredyt dla tej serii. Będzie więc kredytowe 6/10.

Daredevil: Dark Nights #5
kuba g: Ciąg dalszy Laphana udającego Marka Waida. I dalej jest całkiem ok choć jednak byłem mniej zainteresowany lekturą niż w trakcie poprzedniego numeru. Niby nic się nie zmieniło, niby to dalej ta sama historia, ale może nie jest to aż tak dobry koncept by dać temu dwa numery (np. zupełnie zbędny wątek z Shockerem). Choć może to jest właśnie założenie tej serii, jedna sprawa, która wiąże postać w wiele wątków i przypadkowych relacji (tak też było we wcześniejszej historii "Angel Unaware"), a wszystko zamknięte zakończeniem z morałem. Cóż, zobaczymy jak wyjdzie to dalej w numerze gdzie oprócz Daredevila dostaniemy Misty Knight (czad).

Fantomex: MAX #1
Gil: Interesujące… Trochę mógłbym pomarudzić na sposób przedstawiania Fantomexa w tym komiksie, który odbiega od kanonu, ale przecież MAX często pokazuje alternatywne rzeczywistości, więc tego nie zrobię. Mógłbym też dywagować nad tym, czy seria rzeczywiście powinna znaleźć się pod szyldem MAX, bo jak na razie jej tak zwana dojrzałość ogranicza się do nieocenzurowanych bluzgów, zarysu sutków pod ubraniami i groteskowo przedstawianej przemocy. Nie o to mi chodziło, kiedy tu zaglądałem. Zdecydowanie nie spodziewałem się uderzenia w ton komediowy, przypominający raczej DeadpoolMAX. Ale jednak dałem się złapać. I to chyba bardziej na formę niż treść. Fabuła zawiera dużo elementów typowych dla historii o szpiegach i złodziejach, które średnio mnie pociągają, ale ma też pewien twist, który mnie zahaczył. I bywa autentycznie zabawna. Natomiast jeśli chodzi o formę… No, tu już mamy pop-artowy, psychodeliczny klimat, lubieżnie ocierający się o elementy charakterystyczne dla mangi. Bardzo ciekawe połączenie, na które chcę jeszcze popatrzyć. A po wszystkich uszczypliwych komentarzach pod adresem Hopelessa, miło mi stwierdzić: there is still Hope. Daję 7/10.

Hunger #3
Gil: Nigdy nie byłem fanem Ultimate i chyba już nigdy nie zostanę, bo przy trzecim zeszycie prawie zupełnie straciłem zainteresowanie. Pamiętam debiut tutejszego Mar-Vella (tak, wiem, że inaczej się pisze), który był bardzo fajnie poprowadzony, więc w kontraście, jego zejście wyszło nijako. Dla odmiany, tutejszy Surfer jest mało interesujący, a Rick robi się coraz bardziej irytujący. Może doczytam do końca, ale jakoś tak coraz bardziej mi to zwisa. Tym razem jeszcze dam 5/10.
kuba g: Dobra, to był najsłabszy numer z dotychczasowych, czytając go miałem wrażenie, że kartkuję go czytając tylko co drugie zdanie bo i tak dostawałem teraz niestety pustą akcję pod pozorem scenariusza i zabiegi trochę zbyt ograne jak na funkcję jaką ma spełnić ta mini. Niby wszystko ok, ale za mało Galaktusa, za dużo Kree i "sprawiedliwości dziejowej" w wersji dla sześciolatków. Szkoda też, że scena z Rickiem dowiadującym się o śmierci Parkera (w celach motywacyjnych) nie została napisana lepiej, bo mimo, że to też ograny schemat to takie rzeczy przez swoje emocje potrafią się bronić. Niestety...

Infinity: The Hunt #2 (Infinity Tie-In)
Gil: O ile pierwsze spotkanie z tą serią było jak kopnięcie w klejnoty rodowe, to o drugim mogę powiedzieć, że jest przyjemniejsze. O tyle, o ile kolonoskopia może być przyjemniejsza od kopniaka w cojones. Nie jest to najgorszy komiks tego tygodnia tylko dlatego, że ma w miarę przyzwoitą grafikę – przynajmniej w większej części. I jest to jedyny jego plus. Reszta to już tragedia goniąca tragedię. Znów zamiast fabuły dostajemy podręcznikową ekspozycję. Znów wciskają niepotrzebnie jakieś plany konstrukcji w kadry. Postacie, które opisali nam poprzednio, w tym numerze giną zupełnie bez sensu i potrzeby. Nic tu się kupy nie trzyma. W dodatku okazuje się, że ta szkoła w Latverii to jakaś kpina i chyba komuś się potentegowało z Transylwanią. Ewidentnie rzucili tylko nazwę, która była bardziej marketingowo atrakcyjna. Z całą odpowiedzialnością powiem Wam tak: już lepiej poczytajcie sobie Arenę. Podobna kupa, ale przynajmniej ma jakąś fabułę. Za to 1/10 to zbytek łaski.
Demogorgon: Zacznijmy od tego, co mi się podobało. Czyli od jednej ceny z Quentinem Quire i Crismonem, nową postacią, pełniącą rolę Red Shirta. I to jest mocna scena, bo śmierć chłopaka wyraźnie wstrząsa tym przemądrzałym smarkaczem, który dopiero co nawijał jak to Wolverine go trzyma pod butem (ta, akurat uwierzę, jak takie rzeczy będzie wygadywał jedyny dzieciak, z którego nie zrobiono tapety*). I t scena w której stoi przerażony, zszokowany tym, jak nagle koleś z którym gadał zostaje zabity i o mały włos sam nie ginie (damn, a byliśmy tak blisko, gdyby Finesse się spóźniła o ułamek sekundy, bohaterski kosmiczny mook uwolniłby świat od zła, jakim jest ten irytujący gamoń). Jaka szkoda, że jeden prosty prep-talk od Logana i cały ten szok mija, to jedno miało akurat prawdziwy potencjał, więcej niż mógłbym kiedykolwiek oczekiwać od Quentine Quire.
Ten komiks cierpi na nadmiar postaci, jest ich zwyczajnie za wiele, a dochodzą jeszcze trzy kolejne (chociaż podejrzewam, ze dzieci z Wakandy i szkoły Jimmy'ego Woo będą tylko tapetą). W wyniku tego wiele się dzieje, ale większość wydarzeń jest nam streszczana, albo w ogóle ma miejsce off-panel. W efekcie dostajemy komiks równie bez życia co dialogi w Law & Order. Kiedy jedyne interakcje miedzy bohaterami ograniczają się do konkursu kto zdoła być większym bucem, między Quire, Bentleyem a nową postacią z Latverii,to nie jest dobrze.
Po za tym, kolejna kłamliwa okładka, ani Corvus, ani nic podobnego do niego się nie pojawia i nie próbuje zjeść Quire'a. Szkoda.
Soundtrack: Fear of Dying
*- A tak swoją droga, czemu ta głupia pała się pojawia w tylu komiksach? Jest wkurzający i bezużyteczny, ale pakują go gdzie tylko się da, sam nie rozumiem dlaczego. Co ludzie w im widzą, niech mi to ktoś wyjaśni, bo tego nie rozumiem.

Iron Man vol. 5 #16
Gil: Hm… nie spodziewałem się, że tak będzie wyglądał finał tej historii. Właściwy finał to tak naprawdę pierwsza połowa zeszytu. A gdybym chciał być bardzo precyzyjny, to powiedziałbym, że to jakieś cztery strony tej pierwszej połowy. Krótko mówiąc: Antek pozbył się megazorda. End of story. Złego robota natomiast zatrzymał, bo… pewnie mu się jeszcze przyda. A potem przeskok i mamy imprezę urodzinową, połączoną z catching-upem na temat, co się wydarzyło na ziemi, jak jego nie było. I tak prawdę mówiąc, to niewiele się wydarzyło. Kulminacja historii była w poprzedniej części, a tu mamy tylko gong na koniec. Reszta to wypełniacz i rozluźnienie atmosfery, jednocześnie służące za pomost do następnej historii. Od strony technicznej mogę pogratulować Gillenowi sprawnego przejścia, ale jako czytelnik nie jestem zadowolony. I to niezadowolony do tego stopnia, że dam najwyżej 4/10.

Marvel Knights: Spider-Man vol. 2 #1
Gil: Mówili, że w nowych seriach Marvel Knights dostaniemy rzeczy, jakich jeszcze nie było i jakich się nie spodziewamy. Cóż, rzeczywiście nie spodziewałem się czegoś takiego. Ale czy jeszcze tego nie było? Tak z czubka głowy przychodzą mi na myśl dwie inne historie o podobnie tripowym charakterze i również z Pajęczakiem w roli głównej. Jedna z nich to Hookey, a drugiej tytułu nie mogę sobie przypomnieć (coś jakby Fever?), ale było to coś o gadających pająkach z innego, magicznego wymiaru. Tutaj również historia lata jak solówki Hendrixa po kwasie i to zarówno pod względem formy, jak i treści. Ma to swoje dobre i złe strony, bo o ile wygląda bardzo psychodelicznie i od samego patrzenia w głowie się kręci, to z tego samego powodu można mieć trudności w nadążeniu za fabułą. Cóż, coś za coś… Aha, no i jest to pewien uśmiech do fanów tęskniących za starym dobrym Piotrkiem Parkerem (który zupełnie przy okazji wygląda jak Matt Smith, więc i do celebracji półwiecza Doctora Who można to zaliczyć). Tak prawdę mówiąc, to w tej sytuacji mogę zastosować tylko jedno kryterium oceny: czy mi się podobało? Tak, podobało się. Gdzieś tak na 7/10.

Mighty Avengers vol. 2 #2 (Infinity Tie-In)
Gil: Ależ tu sera… i to takiego z dziurami. Zupełnie jakby w tym tygodniu Marvel postanowił nam udowodnić, że pewne aspekty Infinity mogą ssać jak odkurzacz Zelmera. No więc, walczą z tymi kosmitami. I oczywiście w pewnym momencie muszą trochę dostać w dupę, żeby napięcie wzrosło. I tutaj autor sięga po motyw, który wyjątkowo mnie irytuje: zwykli gapie wtrącają się do walki, odwracają uwagę tych złych i jak stado baranów beczą jakieś hasło, które oczywiście cudownym sposobem dodaje sił herosom. Nie zrozumcie mnie źle – ten motyw może być fajny i był, przez kilka pierwszych razów. A potem zaczęli go powtarzać do znudzenia i zawsze tak samo… No dobra, mniejsza o to. Oczywiście cudowna interwencja działa i herosi podnoszą się z kolan. Cage spuszcza łomot Proximie (co jest lekko disturbing, bo to jednak kobita, chociaż zła i niebieska), a w tym momencie pojawia się Zordon – ech, znaczy: Thanos – i ogłasza, że czas na rozrywkę minął. No i co? No i ekipa Proximy tak samo jak nagle wylądowała, tak nagle zbiera manatki i daje dyla. Grejt sakses? O nie, nie! Bo teraz jest pora na atak, który zorganizował Ebony Maw. Tak, właśnie ten, który wcześniej w ogóle nie pojawił się w serii i wykorzystuje Strange’a w sposób, którego nie zrozumie ktoś, kto nie czytuje New Avengers, by wyciągnąć z kapelusza Shuma-Goratha. Because that’s what we need here! W ciągu paru godzin (a może mniej) jednej i tej samej bitwy, to już trzeci przeciwnik! (Doliczając Piorunową Panienkę z Superior Team-Up.) Bo nie ma to jak dorzucać i dorzucać, podczas gdy zapomina się o elementach z poprzedniego numeru. Na przykład o tym, że Power Man i White Tiger powinni gdzieś tu być. Za to sporo miejsca poświęcają Blue Marvelowi, który najwyraźniej ze względu na swój wiek potrzebuje dużo czasu, by się ubrać… To jest kwintesencja rozmemłanego komiksu, w którym o nic nie chodzi i tylko próbuje rozciągnąć franszyzę, wykorzystując większy ewent. A ja za takie cuś nie dam więcej niż 3/10.
kuba g: O, dopiero druga odsłona Mighty Wu-Tang a już zaczęto sprzątać trochę po ziemskich wątkach, które nie dostały należytego czasu w głównej serii, jednocześnie porządkując sprawę z najdłużej niewidzianym bohaterem serii. To się chwali. Podobnie jak wykorzystanie w komiksie Antify blokująca ulice Drezna... tfu, nowojorczyków walczących z najeźdźcą z kosmosu cegłami i okrzykami. Dobra, nie do końca rozumiem akurat takie ukazanie miejskiej solidarności, ale może Ewing chciał tu dowcipnie ukazać swoje poglądy w wersji micro (gdyby to był krajowy komiks już chłopiec dostał by łatkę lewusa, ale cóż). No w każdym razie rozwój wydarzeń dał nam patetycznie amerykańskie zawiązanie grupy i najbardziej filmowy battlecry jaki widziałem od dawna... no i wszystko to jakoś pasuje do zamysłu tej serii wg. mnie. Będzie rozrywkowo, będą wybuchy, tani patetyzm i prostackie żarty... no ale chyba takiej odsłony Avengers też teraz potrzebujemy.avalonpulse0320b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Krzycer: ...serio? Nie dość, że na pierwszy rzut oka grupa złożona z samych Afroamerykanów i Latynosów (...no dobra, i jeszcze Spider-Mana i być może Spider-Hero-Ronina) to gimmick, to jeszcze ich logo to logo Avengers z namazanym sprejem tagiem "Mighty"? Thorze miłosierny, co dalej? W All-New Marvel NOW! przemianują ich na "Ghetto Avengers"?
Tyle okładka. W środku, poza Landem, same dobre rzeczy. Podoba mi się naśmiewanie z "nieingerującego" Watchera (...Uatu zaoszczędziłby mnóstwo czasu, gdyby po prostu powiedział, o co mu chodzi, skoro i tak grzebie we wszystkim). W przeciwieństwie do "Spider-Mana" Raimiego podoba mi się ingerencja tłumu, której patetyczność zostaje rozbrojona rozmową o ideologii napastników. A i skandowanie "Avengers assemble" wypada ładnie, bo zaczyna się od humorystycznego kadru ze staruszką. Poza tym to mój komiksowy "first" - choć imię obiło mi się o uszy, głównie przez "Marvel vs Capcom 2", to nigdy wcześniej nie czytałem komiksu z Shub-Niggurath... pardon, mackowaty zadebiutował, zanim teksty Lovecrafta trafiły do domeny publicznej... Shuma-Gorath.
Gdybym miał się czepiać, to usunięcie Proximy i spółki z pola walki, by zespół mógł się zająć typowo tie-inowym, niezwiązanym z głównymi wydarzeniami zagrożeniem wypada sztucznie, ale poza tym to bardzo przyjemne czytadło. Chciałem napisać, że nie dorasta do tego, co robi Hickman, ale tak naprawdę to zupełnie inny gatunek. Hickman robi swoje sci-fi z gościnnym udziałem superbohaterów, Ewing robi klasyczne drużynowe superhero, z przypadkowym zebraniem drużyny włącznie.
Jak dotąd wychodzi mu to bardzo porządnie.
...no dobra, miało nie być o Landzie, bo w końcu Land, jaki jest, każdy widzi, ale jednak coś będzie o Landzie. Staruszka to chyba najporządniej przerysowana postać, jaką widziałem w komiksach Landa w ciągu ostatnich paru lat.
Ale że jest przerysowana - nie mam wątpliwości, i to nie tylko dlatego, że automatycznie zakładam, że Land przerysowuje wszystkich bohaterów. Ledwo potrafię narysować w miarę okrągłe kółko, ale wydaje mi się, że gdybym miał dorysować rękę trzymającą cegłę do postaci ze zdjęcia, mógłbym to zrobić lepiej, niż Land w tym numerze...
Może się czepiam.
Demogorgon: Postawmy sprawę jasno - po raz kolejny dostajemy komiks w którym nie m nic oryginalnego, jednakże nie będę na ten temat narzekał. Bo, w przeciwieństwie do innych komiksów spod znaku Infinity oraz Battle of Atom, ten czyta się przyjemnie i bez łapania za głowę nad głupotą bądź miałkością fabuły.To typowy, superbohaterski komiks, którego autor panuje nad historią, wie, co chce zrobić i nie udaje, że tworzy Bóg jeden wie jakie arcydzieło. Ten tytuł dobrze wie, że to zwykła nawalanka i skupia się na tym, by być przyjemną w lekturze. Jasne, jest kilka naciąganych momentów, jak choćby, co też sobie Ebony Maw myślał, wywołując cliffhanger tego numeru (nie, bym narzekał, tylko ciekaw jestem, czemu event nie mógł być o tym, zamiast o tych nudnych Builderach), albo nagłe pojawienie się dzielnych cywili (chociaż muszę zwrócić uwagę, że to odświeżające, zobaczyć jak mieszkańcy Mavel Universe wspierają bohaterów, zamiast być wrednymi bucami).
Spider-hero/Ronin ma pewną wiedzę o magii. To, w połączeniu z umiejętnościami walki oraz faktem, że jest poszukiwany, wskazywałoby na Blade'a,a przynajmniej nikt inny nie przychodzi mi do głowy.
Rysunki są słabe, ale to wszyscy wiemy.
Soundtrack: Hero
Piker: Pierwsza duża batalia od dłuższego czasu, która mi się w komiksie od Marvela spodobała. Nie znajdzie się tu nic oryginalnego - grupka bohaterów walczy z przeważającymi siłami zła, prawie przegrywa, ale dzięki sile amerykańskiego patosu (tu okrzyki tłumu) udaje jej się przetrwać. Czytało się jednak bardzo przyjemnie. Każdy z bohaterów dobrze spełniał swoją rolę. Dodatkowym smaczkiem jest ukryta tożsamość Spider Hero. Nawet Watcherowi udało się tak zainterweniować w historię, że w sumie to jest kryty. Fabuła nie naraża czytelnika na żadne dziury.
Na minus zapisuję występ Superiora, którego zbytnio nie lubię (choć mam nadzieję na dobry wątek w którym będzie chciał pokazać Blue Marvelovi, że jest lepszym naukowcem i ogólnie bardziej superior), oraz mało ukazywania relacji między postaciami z drużyny. Jako, że seria ta zaczyna jako tie-in zrozumiałe jest, że nie ma na razie czasu na budowanie relacji.

Savage Wolverine #9
Gil: Trafił nam się nie tylko tydzień premier, ale też jakiś rodzaj tygodnia dobroci dla alternatywnych metod konstrukcji fabuły. Po dwóch odważnych tripach dostajemy przeskok w klimaty bliższe Alienowi i jakiemuś rodzajowi noir science-fiction. Wolviek trafia w bliżej nieokreślone miejsce, gdzieś na innej planecie i przez większość zeszytu błądzimy za nim w takt narracji, która jak się później okazuje wcale nie jego się tyczyła. I tutaj wszystko skręca… Z jednej strony jest to dosyć oryginalne i świeże podejście, ale z drugiej… jakbym już to gdzieś widział. Chyba było to z 10 lat temu i nie pamiętam już czy w mini X-Isle, czy Snikt!, ale coś w bardzo podobnym stylu już czytałem. No, ale przynajmniej wygląda na to, że seria powoli odchodzi od bycia nieoficjalnym Wolverine Team-Up. Tak więc znów wszystko zależy, jak to się rozwinie, ale początek jest zachęcający. Taki na solidne 6/10.

Superior Foes Of Spider-Man #4
Gil: Hehehe, przez chwilę myślałem, że Cage i Iron Fist tutaj to tak naprawdę Chameleon i Boomerang, próbujący postraszyć Sinister Not-Six. Ciekawe, czy ktoś miał podobnie? No, ale wygląda na to, że to były oryginały, tylko sprytnie na nich napuszczone. I zrobili swoje, bo Fred dostał drugą szansę. A jak ją wykorzystał… no, to chyba największy Überaschung tego zeszytu, więc nie zdradzę. Jedyne, co mi to przeszkadzało, to ciągłe odsuwanie na boczny tor tej części historii, która mnie najbardziej interesuje. Dostajemy dużą dawkę Freda flirtującego z barmanką (no i dobra, trochę przybliża nam to postać), ale wciąż nie ma postępu w poszukiwaniach głowy Silvermane’a. To trochę jak w tych nowomodnych serialach, gdzie potrzeba całego sezonu, żeby cokolwiek się ruszyło. Ale to nie serial i tutaj ta metoda nie działa, więc mogliby z łaski swojej przyspieszyć trochę. Mimo wszystko, nadal będzie to solidne 7/10, bo to kawał dobrego komiksu.
Archie: To najlepsza seria o Spider-Manie jaka wychodzi i na szczęście nie ma w niej obecnego Spider-Mana. Nick Spencer udowadnia, że poprzednie trzy numery nie były przypadkiem. On ma plan i przede wszystkim ma umiejętności do prowadzenia komiksu o czwartoligowych złoczyńcach, którzy żyją na marzycielskiej wysepce zwanej "Kiedyś nam się uda!". Tak pozornie płaska postać jak Boomerang z którą Jeff Parker nie zrobił nic ciekawego podczas swojego długiego runu w Thunderbolts w rękach Nicka nabiera kolorytu. Szczególnie w czwartym numerze. Tak samo jego Speed Demon potrafi zainteresować i nie sili się na bycie zabawnym, ale rzeczywiście jest zabawny naturalnie. Scenarzysta świetnie opiera historię na bohaterach, których umiejętnie rozwija. Dzięki Spencerowi chcę czytać komiks o postaciach, które jeszcze niedawno miałem w nosie. Rysunki idealnie oddają klimat historii. Steve Lieber podobnie jak David Aja oraz Mike Allred potrafi dobrze przedstawić dynamikę sytuacji i komediowy nastrój. Ta seria to w Marvelu czarny koń tego roku.

Thunderbolts vol. 2 #16 (Infinity Tie-In)
Gil: Będzie krótko, bo mdli mnie na samo wspomnienie tego. Miałem nie patrzeć, ale byłem ciekaw, czy zrobią cokolwiek z SuperGiant, która została mocno zepchnięta na margines. Odpowiedź: nie. Oczywiście… To nadal jest szkaradnie namazany komiks o niczym, który nigdy nie powinien się ukazać, bo tylko podrzyna gardło temu tytułowi. I tylko z nim The Hunt przegrał rywalizację o tytuł gniota tygodnia. Tam dałem jeden, a tutaj może być tylko 0/10.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.10.02

AgentsOfShieldBanner.jpg

Agents of S.H.I.E.L.D. - 1x02 "0-8-4"

Undercik:
Wyszło lepiej niż w pierwszym odcinku. Nadal jest kilka niedociągnięć (taki strasznie Disnejowski klimat na początku), ale powoli trybiki zaczynają działać. Postaci dostały więcej miejsca dla siebie, przez co zaczynają do siebie przekonywać. Ogólnie jest tendencja zwyżkowa. No i Samuel L. Jackson!!!!!!!
S_O: W odcinku można znaleźć wiele z wad, które zostały wytknięte pilotowi: nadal wiele postaci jest drewnianych, jedyne nawiązania do komiksów, które można znaleźć, to żarty słowne i mrugnięcia okiem do fanów (choć skoro już o tym mowa, nie obraziłbym się, gdyby ostateczne rozwiązanie kwestii niebezpiecznego urządzenia nazwano "bobbing it"), a pomysł z "chrztem bojowym" też wydaje się do bólu schematyczny. Jest trochę więcej ogólnie pojętej akcji, ale strzelanina z peruwiańskimi bojówkami nie jest czymś, czego spodziewałbym się po serialu "komiksowym". Na plus dowiadujemy się czegoś o przeszłości Melindy (nawet, jeśli to tylko jej kryptonim i niewiele więcej), Coulson przypomina, że Tahiti to magiczne miejsce (zupełnie, jakby ta odpowiedź została mu, bo ja wiem... zaprogramowana?), no i II Rzeczpospolita doczekała się shoutoutu (zegarek bez wątpienia powstał na podstawie projektu Ignacego Mościckiego).
Swoją drogą ja też nie mam pojęcia, które to Fitz, a które to Simmons.
Krzycer: Ano właśnie. Dalej jedziemy wg ściągawki "co zrobić z drużyną". W pilocie ją zebraliśmy, tu dostajemy chrzest ognia i zgranie ekipy. Jak to mówili starożytni Amerykanie - textbook. Do bólu.
Po cichu liczę, że na razie twórcy karmią nas tymi kliszami - i tak szybko je odhaczają (spokojnie tworzenie ekipy mogło zająć ze trzy-cztery odcinki, a zgranie - kolejne tyle) - po to, by za moment zacząć zaskakiwać.
Naprawdę chciałbym, żeby ten serial mnie czymś zaskoczył.
A tymczasem... no, miejscami było śmiesznie. Choreografia walk wciąż fajna (walk wręcz, strzelanina była nieciekawa).
rar: Sam odcinek tak jak napisaliście - typówka. Nie bardzo trafia do mnie schemat serialu, w którym w każdym odcinku jest zamknięta sprawa, a sezon nie ma myśli przewodniej, ale cóż - o tym mówiono już przed premierą. Na razie oglądam z ciekawością, co będzie dalej i nie narzekam. Po prostu ogląda mi się to na totalnym chillu, kilka razy śmiechłem, więc całkiem fajnie - większych oczekiwań nie miałem. Za to nie bardzo lubię duetu Fitz-Simmons, bo nie trafiają do mnie zupełnie takie odrealnione postaci. Pomijając oczywistość, jaką jest to, że serial tego typu nie może być realistyczny, to chciałbym chociaż, żeby występujące w nim postaci były wiarygodne. Te nie są - tacy ludzie po prostu nie istnieją. Ta klisza jako jedyna mi przeszkadza, bo reszta jest po prostu sympatyczna. A perspektywy na dobry serial są, bo skoro już zebrali skład, zintegrowali go, to teraz mogą lecieć z ciekawszymi sprawami (aha - jeszcze będzie jeden odcinek - klisza: mająca wątpliwości co do wyboru odpowiedniej drużyny Skye, która podejmie w końcu dobrą decyzję, co scali ją jeszcze bardziej z drużyną).
Venomus: Oj mam wyjątkowy bój dupska z tym serialem...
Niby trochę więcej akcji, jakaś tam egzotyka... Ale na na bogów, jak tu sztampa goni sztampę!
Azjatka dalej jest milcząca i wyłamuje sobie nadgarstki bez mrugnięcia okiem, model dalej swoje o niezależności. Nawet duet ładnej nerdki (Simmons) i rudzielca bez duszy (Fitz) jakoś tak słabiej, może to przez nadmiar technobełkotu. Ktoś wcześniej wspomniał o mcguffinie i nadal drewnianej grze aktorskiej. Końcówka z braniem winy na cały zespół to tez textbookowy 101 "niezgranej z początku ekipy".
No i muszę zgodzić się z monologiem naszej "monster of the week". Coulson jako facet po 50'tce chyba kompensuje sobie kryzys wieku średniego latająca fura i młodziutkim zespołem. Coś w tym jest...
Jedyny plus odcinka? L Jackson nigga! Jak beształ Coulsona od razu przed oczyma miałem scenę z Pulp Fiction (Does he look like a bitch?).
strz1: Ogólnie znów ogladało mi sie dobrze. I ogólnie jest lepiej niż przy pilocie. Naprawdę lepiej. Ale też znów jak wyliczam wady i zalety to tych pierwszych jest sporo. Obsada w tym odcinku jest mniej denerwujacą i nieistotna. To dobrze. Dobrze, że też od razu się nie uwielbiali. Mniej dobrze, że po tym odcinku pewno bedą... Szkoda. Źle, że ciągle jest bardzo grzecznie, delikatnie i niewinnie. Źle, że jest sztampowo a niektóre sceny są po prostu bardzo blee.... (ala strzelanie Coulsona w parze z panią komendant - na ktąra bardzo milo sie patrzyło i to chyba pierwszy raz kiedy widzę ją na ekranie od czasu "Goal 2" oraz "Blade 2") Na koniec za mało Marvela w Marvelu. Niby są wstawki. Niby coś wspominają, niby główny wątek znów powiązany, ale i tak jest za mało. Bo chociaż nawiązanie jest, to jednak dobrze Ktoś wyżej napisał, że równie dobrze mogłoby to być cokolwiek innego. Innymi słowy dla mnie główne wątki ani zostały rozszerzone względem filmów, ani nie zwiększyły naszego wyobrażenia o świecie ani na koniec nie pociągnęły fabuły do przodu. W "Sleepy Hollow" jest to znacznie lepiej prowadzone. Może się nauczą. Brak Marvela w Marvelu rekompensuje ostatnia scena, i w sumie jak by tak miało to wyglądać to nie można narzekać, ale chyba przede wszystkim oczekuje lepszego scenariusza. Obejrzałem "Arrow" to i to zapewne będę oglądał, ale niech się postarają.
avalonpulse0320c%20%5B1600x1200%5D.jpgBurzol: Zupełnie nie rozumiem tak wielu negatywnych opinii. Być może szukałem czegoś zupełnie innego w telewizji. Szczególnie nie rozumiem krytyki w przypadku tych, którym podobał się Arrow, bo to dopiero jest serial ciosany grubymi krechami (a mimo to również zdatny do oglądania).
Drugi odcinek SHIELDU przekonał mnie, że ten serial to coś czego mi naprawdę bardzo brakowało: lekki familijny serial przygodowy. Coś przy czym można jeść długie sobotnie śniadanie (nie żebym planował czekać do soboty). Lekki ton, widowiskowe gadżety, sporo humoru, pompatyczna symfoniczna muzyka, barwni charakterystyczni bohaterowie i górujący nad nimi charyzmatyczny Phil Coulson, który, jak każda postać tego typu, ma jaką tajemniczą przeszłość (i jedyna różnica jest taka, że jako widzowie prawie w całości ją znamy). No i bonusowo gościnne występy paru bohaterów, których znamy z kina. Ach i latający samochód, dowód, że to jednak jest serial na podstawie komiksów Marvela.
Po prostu nie rozumiem czego mogliście oczekiwać po serialu o kilku żądnych przygód agentach latających po świecie, którzy ścigających magiczne artefakty i złoczyńców o nadludzkich mocach. What's not to love?
Gibon: Obejrzane, aczkolwiek chyba nie wszystkie rozmowy zrozumiałem w 100%. I muszę się zgodzić z Burzolem. Nie rozumiem tych narzekań, bo serial jest zwyczajnie dobry, a podkreślanie na każdym kroku "Hej, to ten sam świat co filmy kinowe" byłoby wkurzające. A ostatnia scena miażdży. Mógł jeszcze powiedzieć "Say it again" i byłbym w niebie.
Sc0agar4k: Świeżo po seansie więc emocje nadal biorą górę, but what the hell.
Jestem nastawiony na ten serial jak na czystą rozrywkę i jest ona w pełni zapewniona.
Sceny walk są dobrze zrealizowane, podobają mi się dialogi. Jest akcja, jest zabawnie. Liczne smaczki i odniesienia (jak kod samolotu). I muszę przyznać, że dałem się zaskoczyć, ponieważ przez większość czasu, gdy byli zamknięci w samolocie spodziewałem się odniesienia do "Avengersów" i tego, jak wtedy wpłynęło berło Lokiego na drużynę (zwłaszcza, gdy zaczęli się ze sobą kłócić).
A końcowa scena? Cud, miód i orzeszki. Liczę na więcej takich.
Przyłączam się do opinii Burzola i Gibona. Ja jestem na tak i mam zamiar dalej dobrze się bawić przy kolejnych odcinkach.
Nadia: Eh, a ja się męczę. Oglądam no bo Marvel, Shield i w ogóle, ale się meczę.
Wszystkich poza Coulsonem mam ochotę powystrzelać.
Dlaczego oni brali Skye na akcję w Peru zamiast zostawiać ją w samolocie? By mogła po dwóch sekundach stwierdzić, że tego czegoś nie ma w internecie? Jak ona to właściwie zrobiła; wrzuciła zdjęcie w google image i stwierdziła, że ma zero wyników? Czy wpisała "Dziwne cuś, świątynia, Peru"? Ogólnie równie dobrze mogła robić to w samolocie i nie ryzykować.
Cała akcja z wydostawaniem się grupy z uwięzienia totalnie meh. Wyłamywane nadgarstki jak ktoś pisał bez mrugnięcia okiem, głupia akcja z pontonem. I po kiego Ward próbował ratować wrogiego żołnierza?
No i ostatnia scena (nie licząc Fury'ego) siedzą sobie z piwem, patrzą na zachód słońca i jak SHIELD wysyła w kosmos super przedmiot bo zbyt niebezpieczny (ta jasne) i kolektywnie stwierdzają, że działają razem bo ah i oh. Czułam się jakbym oglądała grupę młodych mutantów z jakiegoś PBF, a nie super agentów starannie wyselekcjonowanych.
Dlaczego w ogóle nikt nie przeszkolił Simmons i Fitza z podstaw zanim ich przyjęli? Chociażby używanie broni?
No i "potwór miesiąca" jest nudny, w poprzednim odcinku taki był i teraz też. I nie, technobełkot nie jest zabawny.
Inkwizytor: A mi w zasadzie to nawet podoba się fakt,że co odcinek nie wyskakuje nam super gość. Wtedy by dopiero zrobili "Smallvile".
A poza tym - cóż, na razie cienizna. Nadal mam nadzieje, że się rozkręci, a smaczki w postaci co i rusz wrzucanych tekstów z moviewersum i Fury na końcu - zachęcają do oglądania - oby takich więcej.
lastavenger: Wreszcie miałem możliwość obejrzenia najnowszego dziecka stajni Marvel i muszę przyznać że tak mi się oglądało. Gdyby nie to że jest powiązane z MCU to nawet nie obejrzałbym drugiego odcinka. Na razie brakuje mi tego czegoś co przyciągnęło by moją uwagę na dłużej. Nie mniej jednak dam serialowi szansę jeszcze kilka razy (W USM doszedłem do 8 odcinka więc tu będzie podobnie).

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie Agents of S.H.I.E.L.D. - 01x02 "0-8-4"
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.