Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #319 (30.09.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 30 wrzesień 2013Numer 39/2013 (319)


"Kto stoi w miejscu, ten się cofa." Taka prawda życiowa. Dlatego też Pulse, wraz z tym numerem, poszerza swoje ramy, zwiększając wasze opiniowanie o dodatkowe medium. Szczegóły w środku.

A+X #12
Gil: Tradycyjnie dwie historie, więc będą i dwie oceny. W pierwszej opowiastce możemy sobie popatrzeć jak Beast i Wonder Man nadrabiają stracone lata i dyskutują o ostatnich wydarzeniach. To taki nostalgiczny uśmiech w stronę czasów dawno minionych, kiedy McCoy był jeszcze członkiem Avengers i obaj panowie blisko się kumplowali. Od tego czasu sporo się zmieniło, ale nadal mogą się dogadać i świetnie razem bawić. Nawet jeśli niektóre okoliczności są mocno naciągane. Całkiem fajnie się to czytało i nawet nieźle wyglądało, więc mogę dać luźne 6/10. Opowiastka druga to dość egzotyczne połączenie: Captain America i Jubilee. Okoliczności również są egzotyczne, bo walczą z nazistowskimi wampirami w zatopionej łodzi podwodnej. A przy tym dużo gadają o sensie życia i przemijaniu i takich tam. Taki trochę film o facecie w łódce, tylko że z wampirami. Jak dla mnie za bardzo naciągane i przynudzające. Takie na 4/10. Czyli wypadkowa znów będzie pośrodku: 5/10.
Krzycer: Kto by się spodziewał, że Christos Gage potrafi jeszcze czymś zaskoczyć? Randka Beasta z Wonder Manem to chyba najlepsza historia, która pojawiła się dotąd na łamach A+X. Choć w gruncie rzeczy nie ma tam wiele historii, ot, zlepek coraz bardziej absurdalnych sytuacji. Ale nawet, jeśli nie wszystkie żarty są dobre, nawet, jeśli dialogi w paru miejscach trącą Gage'owską łopatą, to i tak wypada to fajnie.
Z kolei przygoda Capa i Jubilee... jest lepsza, niż się spodziewałem. Spodziewałem się bezwartościowego papieru, ale autor zapunktował, wyszukując podobieństwo między tymi dwoma postaciami (na zasadzie "wszyscy znajomi Capa z lat 40 nie żyją, a Jubilee jako wampirzyca przeżyje wszystkich swoich znajomych, więc jak ma sobie z tym poradzić"). Żeby nie było, to wciąż jest słaba historia, zalana masą tekstu (nawet - a raczej zwłaszcza - w czasie walki), łopatologii i zwykłych wpadek. W pewnym momencie Jubes mówi coś w rodzaju "jednak dobrze, że noszę ze sobą osinowy kołek", ale na rysunku nie wyjmuje niczego zza pazuchy, tylko rozwala jakąś przypadkową skrzynkę i jej drzazgami atakuje nazistowskie wampiry. Ktoś zmieniał dialogi po fakcie, czy rysownik nie czytał uważnie scenariusza?
jdtennesse: Pierwsza historia była bardzo dobra. I to nie ze względu na fabułę, tylko na lekkość, z jaką mamy do czynienia śledząc ten zlepek różnych wydarzeń, które dzieją się zresztą w ciągu jednej nocy. Prawdziwy bromance w wykonaniu Hanka i Simona, do tego w wydaniu nawiązującym do lat 80- lub 90-tych (jeśli się mylę o dychę to przepraszam). "Sceny z życia" różniły się oczywiście nieco poziomem, były fajne argumenty, na przykład o przeniesieniu młodych X-Men; były śmieszne sceny, np. karaoke czy Beast uciekający przed panią w skórze. Najlepsze było jednak to, że nie wymyślono sztucznego problemu na potrzeby kolejnego numeru serii, po prostu spotkanie dwóch starych kumpli, którzy mogli pogadać, pośmiać się, zabawić. Przyjemna, lekka i niezobowiązująca lektura.
Niestety, z drugą historią jest już gorzej. Jest chwila, gdzie pojawia się próba nawiązania jakiejś więzi, kiedy Jubire i Cap mówią o swoim życiu i poczuciu odosobnienia, jakie mogą odczuwać. A dalej? Widać, że historia jest "na siłę". Cap chciał z pomocą Jubire pokazać wampirom-nazistom, które "przeżyły" uwięzione w zatopionej łodzi podwodnej, że nie muszą być potworami, że można być lepszym. Tragedia! Kto to wymyślił? Bzdury totalne. Po co komu takie wapiry? I do tego naziści? Jasne, wyciągnijmy ich na powierzchnię, wyedukujmy, dajmy dach nad głową i… Nie dokończę tego zdania, tak jak sugeruję czytelnikom nie kończyć tego komiksu. Skończcie po pierwszej historyjce.
grzgrzegorz: Jak już ktoś wspomniał - najlepszy numer tej serii ever, historie są bardzo dobre (chyba nigdy nie czytałem nic lepszego o przyjaźni Beasta i WonderMana), rysunki powalają (w pozytywnym sensie- zwłaszcza druga historia, poza tym wreszcie podoba mi się nowa forma Hanka - artysta stworzył futrzaste Cudo), a dowcipy są naprawdę śmieszne (patrz 1-sza historia). Dlaczego na taki - pełen dobrych historii - numer trzeba było czekać tak długo?

Avengers Assemble #19 (Infinity Tie-In)
Gil: Po ostatnich dokonaniach pani Konikowej, ten numer zaskoczył mnie pozytywnie, mimo faktu, że znów zawiera sporo powtórzeń. Tym razem autorka dała więcej od siebie, niż pożyczyła i to jest plus. Czytało mi się to całkiem przyjemnie, dzięki skupieniu akcji wokół Spider-Woman, bo jakoś tak wyjątkowo przypadł mi do gustu sposób prowadzenia tej postaci przez scenarzystkę. Udało jej się przedstawić w wiarygodny sposób zarówno emocje Jess, jak i jej poczucie abstrakcyjności wydarzeń, a przy tym uchwycić parę wątków, które dyndały luźno po odejściu Bendisa. Sama akcja jest co prawda wtórna i w paru szczegółach mija się z innymi ujęciami tych samych scen, ale i tak wypada nieźle. I rysunki również mi podeszły, więc tym razem dam takie luźniejsze 6/10.
grzgrzegorz: Bardzo pozytywny numer. Numer w dużej części zyskuje dzięki Spider-Woman, zawsze lubiłem ta postać, a poza tym wydaje mi się, że ostatnio jest na nią pomysł (jak ja bym chciał serię z tą panią + Carolka lub ewent. Hawkeye'em). Rysunki też się udały (zresztą jak w każdym komiksie mającym do tej pory styczność z Infinity). Mocny plus.

Avengers vol. 5 #20 (Infinity Tie-In)
Gil: Zaczynamy od krótkiej powtórki z zeszłego tygodnia, która ponownie wprowadza nas w wydarzenia. Po sukcesie w ataku na flotę Builderów, nasi bohaterowie przegrupowują się i planują kolejny krok. Zdawałoby się, że będzie to punkt zwrotny i teraz to oni przejmą inicjatywę, dyktując warunki. Przez sporą część numeru, autor pozwala nam w to wierzyć i czekać na kolejne wielkie wydarzenie. Tymczasem, uchylony zostaje wątek tajemnicy Abyss i zapowiada się, że Ex Nihilo zapoczątkował bunt wśród sobie podobnych. I właściwie ten wątek jest dla mnie najbardziej interesujący, bo z wojnami to wiadomo jak bywa, a tutaj jest spore pole do zaskoczenia czytelnika. A kiedy już wydaje się, że wiemy, dokąd to wszystko zmierza, zaskoczenie przychodzi z innej strony – Captain America sugeruje kapitulację. I teraz pojawia się seria pytań: czy naprawdę się na to zdecydują? Czy może jednak działania Ex Nihilo i Abyss to zmienią? Jestem prawie pewien, że tak, ale jednak nadal pozostaje wiele niewiadomych, które sprawiają, że nadal czekam niecierpliwie na ciąg dalszy i jestem trochę podekscytowany. Innymi słowy: nadal jest to kawałek dobrej lektury, która trzyma w napięciu. Parę ciepłych słów skieruję też pod adresem rysownika, który tym razem zdusił swoją tendencję do nadużywania kresek, dzięki czemu dał nam parę naprawdę ładnych paneli z paniami w roli głównej. Kolejne solidne 7/10 wystawiam.avalonpulse0319a%20%5B1600x1200%5D.JPG
kuba g: Dla mnie to najlepszy numer Hickmanowego Avengers. To nie jest komiks o wojnie, a przynajmniej nie jest głównie o niej. To komiks o Kosmosie przez wielkie K, tak kreatywny jak prace Starlina, Kirby'ego, tak, nie boję się wagi tych słów, ale dawno nie widziałem, aby ktoś znów tak poetycko podszedł do kwestii komiksowego kosmosu jak wielcy sprzed lat, jednocześnie zostawiając swój ślad, a nie tylko powielając cudze pomysły. Kosmos Hickmana jest dla mnie pięknym i rozległym miejscem, które w świetle obecnych wydarzeń jest w stanie zmienić całą linię wydawnictwa. I nie, nie uważam, że ziemia stanowi zbędne centrum akcji skoro i tak każda siła dostaje swoje pięć minut. A tę krótką rozmowę a Annihilation wave stawiam jako mój ulubiony moment odcinka.
Wilsonon: Uf! Strasznie miło jest czytać Capa, który nie jest hipokrytą i bucem tylko świetnym taktykiem i racjonalnym dowódcą. Miła odmiana od tej, która jest nam serwowana od dłuższego czasu.
Builderzy to ciekawe typki. Mają wiele tysięcy lat, chłodno kalkulują i skrywają jakąś tajemnicę. Są intrygujący. Wszystko idzie po ich myśli. Czekam na kolejny numer z uciążliwą ciekawością.
Odkąd na kadrach tej serii przestały przelatywać rzesze statków kosmicznych to rysunki stały się czytelniejsze i nie ma już problemu z odbiorem historii. Rysownik nie radzi sobie z tłem. W scenie z Ronanem nie byłem w stanie powiedzieć czy ta kupka w dolinie to ludzie, łąka, jakiś las czy może jezioro rozpuszczonych żelków. Na minus jeszcze to, że przy każdym prezentowanym nam kontakcie fizycznym między kobietami autorowi włącza się tryb porno. Postacie wyglądają jakby były podczas gry wstępnej.
Nie jest to numer ggenialny, ale nie jest to numer średni czyli ocena: 4.5/6.
Demogorgon: Nudne to było. Zaczynamy od sceny akcji. Albo raczej od sceny w której wszyscy pozują jakby byli w środku walki, chociaż jedyny przeciwnik, jakiego dane nam zobaczyć w tej scenie, to ten, który dostaje od Carol w mordę. Potem mamy więcej gadania. Zaczyna mnie nudzić to, że Hickman używa Supreme Intelligence do wyliczania statystyk i prawdopodobieństwa, by nam narzucić słowami jacy to fajni są Builders, zamiast to pokazać. Apropo, jeden z nich pokazuje w tym numerze swoją osobowość. I powiem tak. Na litość boską koleś, zamknij się! Każde zdanie o tym jak nawija jacy to Builders są potężni i fajni i mądrzy i nic nie może im zagrozić, budzi we mnie nieprzyjemne skojarzenia z Apex. To ten sam wkurzający manieryzm, to to samo krzyczenie przez autora "patrzcie jaka moja postać jest fajna, jak ponad wszystkimi jest".
Są tu dwa ciekawe wątki, pierwszy to spotkanie Ex Nihilo z jego... rasą? Pobratymcami? Fandomem? Nieważne. A drugi to motyw, by Anihillus uwolnił na Builders nowy Annihilation Wave. Którego nie może kontrolować. Chociaż rój kontrolowały jego królowe, a on dzierżył władzę dzięki Cosmic Control Rod (czy jak to się tam nazywa), które przecież ma, bo odzyskał je w innym komiksie Hickmana. Obydwa są naiwne, ale mają potencjał.
Nie, żeby miało to jakieś znaczenie, Captain America prędzej się podda, zapewne w cudzysłowie, aby wprowadzić w życie jakiś wspaniały plan, niż pozwoli C-Listerom coś zrobić. Bo tylko "Murrica" może ratować Ziemię, prawda, Steve, ty egoistyczny gnojku?
Soundtrack: Capture Operation
grzgrzegorz: Najlepszy komiks Hickmana związany z "Infinity" jak do tej pory. Nie mogę wyjść z podziwu dla niego nad tym, że potrafi w jednym czasie tworzyć dwie nie związane ze sobą historię, w dwóch różnych wydawnictwach i obie zachowują swój odrębny klimat, "feeling", który zachwyca od pierwszej do ostatniej strony (drugi z tytułów to East of West z Image Comics). Bardzo na plus.
 
Deadpool vol. 3 #17
Gil: Hm… jakoś tak wrażenie osłabło. Poprzedni numer miał więcej ciężaru moralnego, natomiast ten – chociaż ceną jest życie więźniów koreańskiego obozu – za bardzo skupia się na bijatyce i gdzieś ten ciężar po drodze gubi. W ogóle to mam wrażenie, że w pewnym momencie scenarzyści zgubili klimat, bo próbowali na siłę wpleść gagi tam, gdzie nie bardzo było na to miejsce, jakby bali się, że spotka ich coś złego, jeśli napiszą Deadpoola bez dowcipów. Ale nadal jest przyzwoicie i historia pozostaje interesująca. Nadal, ale nie ma gwarancji, jak długo ten stan rzeczy się utrzyma. Tymczasem jeszcze dam 6/10.
Krzycer: Ta historia wciąż jest dobra - choć tutaj historia idzie odpocząć, a zamiast tego dostajemy akcję. Ale to jest dobra akcja. I trochę humoru, całkiem niezłego. I nawet znalazło się miejsce, by do koreańskich All-New All-Different Labour Camp X-Men dołączyło dwóch koreańskich... Rockslide'ów? Hm.
Cóż, skoro na inne występy Rockslide'a nie ma co liczyć...
Podsumowując - "Deadpool" pióra tych dwóch panów, których nazwisk nie chce mi się odszukać, miał swoje plusy i minusy, wzloty i upadki, ale "Dobry, zły i brzydki" póki co jest ich szczytowym osiągnięciem.
grzgrzegorz: Nie sądziłem, że da się coś pozytywnego zrobić z tą historią, jednak autorzy mnie zaskoczyli (jak najbardziej pozytywnie) i osiągnęli coś czego się po nich nie spodziewałem - zachęcili mnie do czytania następnych numerów - coś co sądziłem jeszcze numer temu, że jest niemożliwe. Jak najbardziej pozytywnie.

FF vol. 2 #12
grzgrzegorz: Doom, Doom, Doom- wydawać by się mogło, że tylko tyle wystarczy żeby komiks okazał się hitem, ale jeśli dodamy do tego bardzo klimatyczne rysunki, ostre jazdy Ant-Mana, Shojo anime z bohaterami Marvela - jako rozrywkę młodszych bohaterów, to okazuje się, że obecnie jest to tytuł obowiązkowy dla wszystkich fanów Pierwszej Rodziny Marvela.

Gambit vol. 5 #17 (Final Issue)
Gil: No to żegnamy się z solówką Gambita… po raz kolejny. I nie do końca jestem pewien, z czym nas tutaj zostawili, bo piszą jedno, a potem pokazują drugie. Jeśli było tu jakieś pole dla wieloznaczności, to chyba zostało zbyt dobrze zamaskowane. Ale zanim dojdziemy do tego nie całkiem jasnego finału, po drodze dostajemy perę niezłych momentów i kilka wątków się domyka. Najbardziej z tego wszystkiego cieszy mnie kolejny gościnny występ MI:13 zwłaszcza, że odegrali dość znaczącą rolę. Sytuacja, w której do tego doszło nie była jednak specjalnie potrzebna, a efekt znów pozostaje niejasny i nie wiadomo właściwie, czy w ogóle coś oznacza. Mamy też gościnny występ Uncanny Avengers, który sprawił, że przez chwilę zastanawiałem się, czy nasz anty-hiroł do nich dołączy. Ale nie – nie tym razem przynajmniej. Cóż, przynajmniej Clay Mann do końca spisywał się dobrze, chociaż nie zawsze tuszowanie mu sprzyjało. Na do widzenia wystawię więc ocenę, która może równie dobrze podsumować całą serię: trochę zbyt zagmatwane i nie całkiem trafione 4/10.

Guardians Of The Galaxy vol. 3 #6
Gil: Z podręcznika komiksów Marvela, zasada #114: jeśli na początku zeszytu pojawia się Watcher i przypomina wszystkim, że nie może interweniować, to na pewno to zrobi przed końcem tego samego zeszytu. No surprise here. Zresztą, w całym komiksie jedyną niespodzianką jest chyba występ Antosia w starym kostiumie Star-Lorda. Poza tym, trochę się biją z Angelą (co było do przewidzenia), a Peter ucina sobie pogawędkę z Thanosem, z której nic właściwie nie wynika (co również było do przewidzenia). Jedyny plus z tej pogadanki jest taki, że przynajmniej wydarzenia z Thanos Imperative nie zostały zamiecione pod dywan i nadal pozostaje cień nadziei, że kiedyś ktoś uzupełni tę lukę w historii. Jeśli o bitkę chodzi, to wygląda ona całkiem fajnie, ale jest trochę za bardzo rozciągnięta. I Drax wyskakuje zza krzaka właściwie bez powodu. I nie wiem dlaczego Gamora nagle potrzebuje kombinezonu kosmicznego… tym bardziej, że walczą w Błękitnej Strefie Księżyca. Jakoś to się wszystko nie klei. Ale przynajmniej wygląda naprawdę fajnie. Może w następnym numerze coś wreszcie się ruszy do przodu, skoro już się Uatu rozgadał, ale tymczasem ocena zatrzyma się na 5/10 i to w jej niższych rejonach.
kuba g: Pierwsza rzecz, zanim zacząłem czytać miałem wielką nadzieję, że Bendis wybrnie jakoś znośnie z tego obrzydliwie wyzutego motywu z walką wynikającą z nieporozumienia między bohaterem serii, a nową postacią w niej (tu chodzi o Angelę). Sram takimi motywami, choć nie przyłączę się tu do krytyków motywu catfight, bo jakoś nigdy nie widziałem seksistowskich pomysłów w twórczości Bendisa przez tyle już lat. Dobra, idziemy do treści właściwej. W sumie Bendis nie wybrnął z tego zagrania, bo cały numer praktycznie jest o tej walce, gdyby nie oprawa graficzna można było by znudzić się tym dość szybko i gdyby nie ciągłe powtarzanie nam, że dzieje się coś nowego, dziwnego, unikalnego. Numer trochę zbędny, bo zbyt przeciągnięty, ale jednak ładnie wpasowujący się w obraz "przed Infinity" nie gubiąc przy tym własnych nowych wątków.
grzgrzegorz: Nie jest tak źle jak u Novy w serii, ale i tak ta walka z Angelą była za długa. Sądzę, że dałoby się ja zamknąć w o połowę mniejszej liczbie stron, ale cóż... Poza tym całe to gadanie Watchera o wyjątkowości Angeli jest strasznie denerwujące. Rysunki są jedyną rzeczą do której nie mogę się przyczepić (za bardzo). Poza tym trochę mało tego "Infinity" w tej serii, ale nie będę w to za bardzo brnął. Można, ale bez fajerwerków.

Infinity: Heist #1 (Infinity Tie-In)
Gil: Po starciu z pierwszym numerem Hunt byłem przygotowany na najgorsze. Na szczęście, aż tak źle nie jest, chociaż rewelacji też nie ma. To, co tutaj dostajemy, jest kolejną komiksową wariacją na temat Ocean’s Eleven, ale tym razem z udziałem łotrzyków z galerii Iron Mana, którzy postanawiają poharcować, gdy kota nie ma. W tym momencie, wszystko wydaje się być ułożone według schematu – nadarza się okazja, ktoś zbiera grupę przestępców, którzy okazują się być całkiem sympatyczną zbieraniną, żeby czytelnik mógł nawiązać empatyczne połączenie. No i tutaj trzeba przyznać, że Frank Tieri dobrze wykonał zadanie. Wszystko ładnie się w ten schemat wpisuje, a „bohaterowie” są pokazani w sposób na tyle fajny, że można ich polubić. Aczkolwiek, nie da się też zaprzeczyć, że dokładnie w taki sam sposób są prezentowane główne postacie z ekipy Superior Foes of Spider-Man i można wiele podobieństw w obu komiksach wskazać. Drugi plus pójdzie na konto scenarzysty za łączenie elementów continuity. Trochę tej ekspozycji w rozmowach było, ale też zawarła wszystkie elementy, które powinny zostać zaadresowane, by nie budzić wątpliwości. Wszystkie, poza jednym: udziałem większości tej ekipy w ostatnim stuncie Mandarina i upgredach, jakie wtedy dostali. Ja wiem, że ignorowanie Fractiona to trend w większości pozytywny, ale to było trochę zbyt świeże, żeby pominąć bez wyjaśnienia. Ale to nie jedyny minus. Kolejnym jest Constrictor – postać, która od dłuższego czasu była powoli oswajana i przeciągana na stronę aniołków, a tutaj została cofnięta do roli agresywnego gbura. I najwyraźniej ktoś zapomniał, że powinien mieć bioniczne ręce. Na minus zaliczę również wielką knajpę dla super-łotrów – coś, co nie powinno mieć racji bytu, bo z miejsca stałoby się celem ataku, jeśli wziąć pod uwagę ilość nawróceń w tym środowisku. No, ale nie od dziś wiadomo, że Marvel dziwnie traktuje swoich łotrzyków i często skupia ich wokół czegoś, zupełnie bez przyczyny. Tak więc, moja ostateczna ocena będzie wyśrodkowana. Parę rzeczy mi się nie podobało, parę już widziałem, ale też nie mogę powiedzieć, żeby był to kiepski komiks, bo chętnie zobaczę ciąg dalszy. Wystawię więc 5/10 z lekkim wskazaniem ku górze.
grzgrzegorz: Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. O ile nie za bardzo wiem kto i co ("bohaterzy" tej serii są mi bardzo słabo znani - kojarzą mi się chyba ze swoich potyczek z Iron Manem i Pająkiem[?], ale głowy nie dam sobie za to obciąć), to sama historia jest naprawdę ciekawa, a rysunki wprost genialne, i chyba nie znalazłem postaci która by mi wizualnie nie przypasowała. bardzo mocny plus i czekam na więcej. Aha, nie przeszkadza mi nawet brak eventu w "eventowym" tie-inie.

Nova vol. 5 #8
Gil: To w pewnym sensie historyczna chwila, bo po raz pierwszy zdarzy mi się zjechać komiks, który napisał Zeb Wells. Dlaczego? Otóż dlatego, że wydarzył się tu jakiś paradoks czasoprzestrzenny, który sprawił, że świat tego komiksu został wyrwany z regularnego uniwersum Marvela i wraz ze wszystkimi postaciami trafił do równoległego świata disnejowskich nastoletnich zdzir i chłoptasiów z musicali. Inaczej nie potrafię wytłumaczyć faktu, że trafiając na jego strony, wszyscy bohaterowie stają się dziecinni i wprost młodnieją w oczach. Sprawdziłem i w tej chwili Justice powinien mieć około 25 lat (tuż przed Civil War podano w komiksie, że ma 22 lata), a Speedball może z rok mniej. Tutaj wyglądają i zachowują się jakby mieli może z 16 (a Baldwin to już w ogóle jak 12-latek z ADHD). Jak? Dlaczego? Zero wyjaśnienia! Druga rzecz, która mnie wkurzyła to nowa przeciwniczka. Otóż wyobraźcie sobie, że groźny Zakon Thanosa nie tylko trzyma na swoich statkach łyse Ewoki jako sługusów, ale też ma w swoich szeregach jakąś nieletnią psychopatyczną wersję Miley Cyrus. Nie wiem – może to nagromadzenie zdjęć jej gołej dupy w Internecie spowodowało takie skojarzenie, ale było to pierwsze, o czym pomyślałem, jak ją zobaczyłem i natychmiast byłem na nie. Tak, wiem, że to komiks dla nastolatków, a ja już powoli wchodzę w wiek, kiedy narzeka się na tę dzisiejszą młodzież, ale święcie wierzyłem, że akurat ten scenarzysta zdoła wymyślić coś lepszego i trzymającego się kupy. Szkoda tylko, że myśleliśmy o różnych znaczeniach słowa kupa. Tymczasem dostajemy sztucznie odmłodzone postacie, przeciwnika bez sensu wykreowanego tak, by pasował do grupy docelowej i fabułę, która jest właściwie o niczym. Jedyny malutki plusik jest taki, że ktoś jeszcze pamięta o Richardzie. A ja im dłużej to czytam, tym bardziej za Ryśkiem tęsknię. Natomiast za to coś nie dam więcej niż 2/10.
Demogorgon: Lubię sposób w jaki traktują tu dziedzictwo Richarda Ridera, to, że nie jest on olewany, ale mówi się o nim z szacunkiem, do tego Thanos wspomina "Thanos Imperative". Richard musiał naprawdę zaleźć za skórę Thanosowi, jeśli ten wysyła zabójczynię za dzieciakiem tylko dlatego, że nosi to samo miano. Podoba mi się to, komiks zyskał u mnie plusa zdecydowanego za to, że nie próbują nam wmówić, jak to stary Nova ssał i powinniśmy lubić Sama, ale chce, abyśmy zaakceptowali ich obydwu na ich własnych warunkach.
A po za tym w sumie takie sobie - niegroźne, może nawet sympatyczne. Niestety, niezbyt odkrywcze, nie licząc sceny z Love Interest jest to jednak pokaz znanych i zużytych momentów, bez większego wkładu własnego.
Dostajemy córkę Proximy Midnight. Zainteresowało mnie to tylko dlatego, że powoli powstaje nam cała kochająca się rodzinka psychopatów, co w sumie jest interesujące. Jaka szkoda, że albo zginą, albo zostaną zepchnięci do komiksowego limbo gdy tylko event się zakończy. Chciałbym zobaczyć komiks o ich życiu, wiecie, jak latają sobie po kosmosie i mordują tysiące istnień, kłócąc się, flirtując, dogryzając sobie nawzajem, wychowując dziecko - rozumiecie o co mi chodzi, nie?
Soundtrack: Enemy Unseen, violin version
grzgrzegorz: Głupie, niepotrzebne i jeszcze Watcher wygląda jakby się urwał z anime dla 5-cio letnich dzieci. Rezygnuję z czytania tej serii, chyba, że autorzy zaczną tworzyć to czym ta seria powinna być od początku - serią o Novie i jego przygodach w kosmosie. Aha, kid Speedball? Czyżby szykowała się seria o Young (New)Warriors?

Punisher: Trial Of The Punisher #1
kuba g: W sumie miałem nie sprawdzać tego komiksu, zbytnio pamiętam jak rozczarowała mnie ostatnia miniseria z Punisherem czy jego występy w Thunderbolts. Bałem się scenariuszowych dziur, naciąganych pomysłów, które są nagminne w komiksowych zabawach w sądy, ale... całe szczęście przypomniałem sobie, że Marc Guggenheim jest nie tylko scenarzystą i producentem, to człowiek, który jest (był)) adwokatem i będzie wiedział co pisze. I nie pomyliłem się. Pierwszy numer jest dobry, fakt, że nie ma go jak ustawić w kontinuum obecnym można zignorować, bo to w końcu Punisher, który nigdy nigdzie nie pasuje (choć komiks nawiązuje do momentu, gdy Punisher przebywał razem z DD w Rykers w serii Brubakera). Trochę boli mnie ta stylizowana narracja, która śmierdzi końcówką lat 80, ale to dalej całkiem sprawnie pisany Punisher, który pozostawia nadzieje na następny numer.
grzgrzegorz: Czy już kiedyś Frank nie dał się wsadzić do więzienia żeby dorwać jakichś bandziorów? czy może coś mylę? Czy autor nie idzie na łatwiznę i kopiuje pomysły innych? ( i to o wiele lepiej podane nam, czytelnikom?). Dobrze, że przynajmniej zamyka się to w dwóch numerach. Może i warto, ale jeśli nie chcecie to nie czytajcie.
Krzycer: Miałem tego nie czytać. Guggenheim mi się przejadł dawno, dawno temu, do tego Guggenheim piszący o rozprawie...
Ale przeczytałem.
Powiedzieć, że to najlepszy komiks Guggenheima, jaki czytałem, to mało, bo nie mam dobrego zdania o komiksach Guggiego. To po prostu fajny komiks jest. I pierwszy, jaki kojarzę, w którym wykształcenie i zawód Guggiego służą historii, zamiast ją kompletnie przyćmić, jak to miało dotąd miejsce, gdy akcja komiksu toczyła się w sądzie.
A do tego wydaje mi się, że Yu się bardziej przyłożył do tego komiksu niż - żeby daleko nie szukać - obecnych numerów Avengers.
Pozytywne zaskoczenie tygodnia. Ale jeszcze raz podkreślę, że miałem wyjątkowo niskie oczekiwania.

Scarlet Spider vol. 2 #22
Gil: Aha, inni już zaczynają kopiować od Hickmana pomysł z tytułami rozdziałów na całą stronę… Nie przejdzie! U niego to działa, wykresy i schematy są charakterystycznym elementem jego twórczości, ale tutaj… wygląda to po prostu jak pójście skrótem, żeby mieć dwie strony mniej do zapełnienia. Chociaż z drugiej strony, w tym rozdziale trochę był problem z zapełnieniem. Przejście od ujawnienia, że przeciwnikiem jest Kraven do właściwej walki z nim jest przydługie. Za dużo gada, podczas gdy jego córeczka bawi się z Pajęczakiem. A cała ta retrospekcja nie była specjalnie potrzebna, bo służy przede wszystkim zdefiniowaniu Kravena, jako postaci mającej poważne death wish. Podpowiedź dla scenarzystów mam więc taką: jeśli postać sama żałuje, że nie została w grobie, to trzeba było ja tam zostawić. Teraz wszystko wygląda na strasznie wymuszone: walki ze zwierzętami, a Anną i następna w kolejności, z bossem tej planszy. Można by sobie ten zeszyt odpuścić i wrócić do lektury w następnym tygodniu, kiedy może coś się wreszcie ruszy. Ale przynajmniej wygląda nieźle (no, może poza twarzą Anny), więc może dostać słabsze 5/10.

Superior Spider-Man Team-Up #3 (Infinity Tie-In)
Gil: Mam wrażenie, że wybiegliśmy tutaj nieco w przyszłość i elektryczna dziewoja jest pierwszą przedstawicielką nowej fali Inhumanity. Jeśli dobrze rozumiem, to właśnie wysadzenie Attilanu przez Black Bolta uwolniło mgły terrigenowe i one spowodowały przemianę Sylvii. No i dobra, wyszło to nawet interesująco. Chociaż wielkiego zaskoczenia w końcówce nie było, bo bardzo wcześnie zasugerowano, że coś z nią jest nie tak. Ale pierwszy kontakt z Superiorem wyszedł bardzo fajnie i może zapowiadać jakąś tendencję w przyszłości. Mam jednak nadzieje, że twórcy wysilą się na trochę więcej oryginalności, jeśli chodzi o nowe postacie. Nieźle wyszły również nawiązania do Mighty Avengers. Tylko nie wiem, skąd na okładce wziął się Beast? Pewnym plusem są też oryginalne rysunki. Może nie są zbyt śliczne, ale dawno nie widziałem podobnego stylu, więc odbieram je jako pozytywne urozmaicenie, nawet jeśli nie do końca są z mojej bajki. A za całokształt dam 6/10.
grzgrzegorz: Taki sobie tie-in. Trochę przeszkadzają mi rysunki które- jak dla mnie - nie pasują do historii. Na tym numerze kończy się moja przygoda z Superiorem i jakoś nie jest mi przykro. Jeśli nie czytałeś tej serii do tej pory, to nie warto sobie głowy zawracać.

Ultimate Comics: Spider-Man vol. 2 #27
Krzycer: A to był dziwny numer. W 3/4 wypełniony walką z Taskmasterem, która... Ma fajne momenty, ale ma i momenty bardzo dziwne (jak ten niby-klincz, w którym nagle dwójka Pająków i Taskmaster nieruchomieją... bo wymaga tego skrypt, żeby Bombshell mogła pohamletyzować).
Plus, dialogi Bendisa najnaturalniej brzmią, gdy są wygłaszane przez nastolatków, i w ustach Taskmastera zaczynają brzmieć dziwnie.
Poza tym... Bendis już raz nam zaserwował niemal dokładnie taką samą historię z poprzednim Ultimate Pająkiem - "Marvel Knights", z team-upem... Ult. Daredevila, Ult. Shang-Chi, Ult. Iron Fista i chyba jeszcze kogoś. Co właściwie stało się z tamtymi ludźmi? Na Daredevila spała tona Ultimatum, a reszta?

Uncanny Avengers #12
Gil: Nie sądziłem, że jeszcze kiedyś z radością przyjmę rysunki Larroci, ale jednak w tym zeszycie właśnie taki efekt przyniosły. Lubię styl Acuny, ale ostatnio był wyjątkowo mało czytelny, więc tym razem przydało się coś bardziej przejrzystego, chociaż może bardziej plastikowego. Co zaś się tyczy fabuły… cóż, nadal nie ruszyła z miejsca. Wciąż dużo gadają i dyskutują o tym, co powinni zrobić lub co ktoś może zrobić, ale właściwie nikt nic nie robi. Zupełnie jak przez ostatnie… ile? 6 zeszytów? Ciągle tylko straszą Apokaliptycznymi Bliźniakami i ich jeźdźcami, a tak naprawdę nic jeszcze się nie wydarzyło. Ale może w końcu zacznie, bo zwrócili uwagę Kanga. Oby, bo Remender rozwleka już te historię niemiłosiernie… Nawet za bardzo nie mam o czym się rozpisywać, bo niewiele się dzieje. Najwyżej jeszcze mogę wspomnieć, że okładka jest wyjątkowo mało zachęcająca i wystawić 4/10.
jdtennesse: Ten numer podobał mi się bardziej niż kilka ostatnich. Przede wszystkim dlatego, że łatwiej się go czytało. Nie było zbyt wielu skomplikowanych wyjaśnień, zbyt wielu miejsc akcji. Co nie znaczy, że fabuła uległa uproszczeniu. Nadal jest dużo wątków i motywów do ogarnięcia. Bardzo fajny początek, gdzie poznajemy fakty z przeszłości ApoTwins. Potem też nie jest źle, ale nieco trudniej. Wanda rozmawia z Simonem, o tym czy zrobić to, co ma zrobić, ale to akurat jest trochę wydumane. Co więcej, reakcje różnych X-drużyn są jakby na siłę w ostatniej chwili dodane, żeby się nikt nie uczepił, że nikt niczego nie zauważył. Ale podoba mi się chwilowa skrucha Wandy. Zaczynam być skłonny uwierzyć, że jednak podejmie się swojego zadania, tylko czuję, że to nie nastąpi, prawdopodobnie przez ingerencję jakiejś trzeciej strony. Bo tak, jak w podjęcie działań przez Wandę jeszcze mogę uwierzyć, tak w usunięcie wszystkich mutantów z Ziemi i przeniesienie ich na Saturna już nie wierzę. Podobały mi się zarzuty Seana wobec Capa, walka też fajna. Zakończenie oczywiście znowu nieco komplikuje sprawy, ale już mnie to ani nie dziwi, ani nie męczy. A rysownik może być, już w drugiej serii pan L. pokazuje swój (czasem lepszy, a czasem gorszy) talent. Podsumowując, jest nieźle. Zobaczymy jak się to wszystko skończy.
grzgrzegorz: Nadal mi się podoba. Fabuła posuwa się w interesującym kierunku, Kang traci kontrolę, Wanda nadal mnie denerwuje, a Wonder Man ma drugi udany występ w tym tygodniu. Trochę denerwuje mnie nic-nie-robienie Avengerów, ale pewnie dostaniemy trochę akcji z ich strony w następnym numerze. Można.

Wolverine And The X-Men #36 (BotA Part 5)
Gil: Piąta odsłona Bitwy Atomów i wreszcie doczekaliśmy się jakiejś realnej bitwy. Pewnie właśnie dlatego odebrałem ten numer lepiej od poprzednich, bo oprócz przerzucania się tekstami „powinni wrócić”, „powinni zostać”, bohaterowie wreszcie robią coś konkretnego. No, poza tym, że wcisnęli tu też oklepana już przekomarzankę „you’re an asshole, Summers!”, „no, you’re an asshole, Logan!” To akurat nie było potrzebne. Ale, jak już mówiłem, w końcu coś się zaczęło dziać! Po pojedynku z samą sobą, Jean dała się przekonać do powrotu, a tymczasem trójka innych bohaterów postanowiła sprawdzić, co takiego wydarzyło się w tej strasznej przyszłości. I… nie dowiemy się tego, bo najwyraźniej przyszłość już się zmieniła. W dodatku wygląda na to, że sposobem na popchnięcie fabuły naprzód będzie dorzucenie do tego młyna jeszcze jednej grupy X-Men z przyszłości. Niech zgadnę: oni również będą niezadowoleni z obrotu spraw? Czyżby mottem całego wydarzenia miało być to, że cokolwiek zrobią, przyszłość i tak będzie do dupy? I czy przypadkiem mottem ostatniego wielkiego eventu Bendisa nie było: don’t fuck with the timestream? Taa… Ale hej – Phoenix Quire! Przynajmniej dla tego pomysłu warto spojrzeć na ciąg dalszy. Tymczasem ponownie skrytykuję okładkę, a za całość wystawię 5/10.avalonpulse0319b%20%5B1600x1200%5D.JPG
kuba g: Wszyscy zachwalają ten numer, ja niestety się do tego nie przyłącze. Cały problem w akcji i gadaniu w wykonaniu Aarona jest dla mnie absurdalność tegoż. Dialogi są bez poloty, a dialogi bez polotu w trakcie, gdy część obsady się tłucze, a część grzecznie spaceruje w około tylko te absurdy potęguje. Ten numer broni się tylko ostatnimi scenami, od momentu gdy Magik chce zabrać młodego Beasta w przyszłość i mimo wszystko przemową smutnego Deadpoola i tym, że okazała się ściemą. Pierwsza połowa numeru to totalne gówno, końcówka jako tako go broni.
Undercik: Aaron napisał najlepszą część crossa jak do tej pory. To było rewelacyjne. Wszystkie postacie zachowują się tak jak powinny się zachowywać, akcja idzie do przodu, kilka świetnych scen (Cyclops o śmierciach Jean, Right-Man o hipokryzji Wolverine'a, Broo z dzieciakiem). Co najważniejsze - znów świetne dialogi! Tak, znów mamy masę tekstu, ale w końcu coś się dzieje. Trzeba przywyknąć do tego, że Battle of the Atom będzie przegadane. Tylko, że oprócz tego oferuje przyjemną lekturę.
Kminek: Nie cofam tego, co powiedziałem o poprzedniej części. Dalej nie mam żadnych oczekiwań co do eventu, ale przynajmniej po raz pierwszy rozczarował mnie pozytywnie (chociaż raz). Walka Emma vs Jean bardzo fajna, wzajemne wyzywanie się X-Menów też, tylko Hank, który zaczyna rozumieć co zrobił, wypowiadający się w jednej, małej klatce, jakoś mi nie pasuje.
Plusem jest oczywiście nowa gamma postaci (dziadzia Rasputin-Magik, nastoletni dr Strange, Ice-Gandalf-man, ktoś, kto wygląda jak skrzyżowanie Iron Mana i Sentinela, dziecko Jubilee, Phoenix Kid Omega oraz stawiam, że ta ostatnia dziewczyna to córka Storm i Black Panthera). Tylko ciekawe, czy z kolei ta grupa X-Menów będzie chciała, by oryginalna piątka pozostała w "teraźniejszości"?
Może w przyszłym tygodniu przekonamy się, kto jest kim. Tak naprawdę.
Lotar: Chyba najlepszy numer z dotychczasowych, ale co z tego skoro cały cross jest debilny i jego głupota w tym numerze także daje o sobie znać. W sumie powinienem wystawić 2/6, ale chcę naiwnie wierzyć, że zwycięstwo młodej Jean było zaplanowane przez starą Jean, żeby zrobić smarkulę w bambuko. Dlatego ostateczny werdykt będzie troszkę zawyżony.
Ocena: 3/6.
jdtennesse: Hell no! Jeszcze więcej przyszłych X-Men? To już chyba lekka przesada. Wprawdzie połowa numeru to znowu pogadanki, ale przynajmniej druga połowa to w końcu jakaś akcja. W pierwszej chwili pomyślałem, że pogaduchy skończą się znowu jakąś ucieczką czy innym fortelem mającym na celu przedłużyć akcję, ale na szczęście się pomyliłem. Dlatego pominę chwile, gdy nic się nie dzieje a drużyny stoją i gadają. Podobała mi się walka psychiczna na planie astralnym, ale nie mogę uwierzyć (a właściwie początkowo nie mogłem), że młoda Jean pokonała swoją straszą, bardziej doświadczoną, silniejszą wersję. To akurat było słabe, chociaż można zaryzykować stwierdzenia, że tylko dzięki temu, co sama zobaczyła, mogła podjąć decyzję o powrocie. I tu pojawia się drugie dno. Silne wątpliwości w prawdomówność przyszłych X-Men zostają praktycznie potwierdzone. Dlaczego starsza Jean przegrała? Bo chciała młodszej pokazać cokolwiek jej pokazała, nakłaniając ją tym samym do decyzji o powrocie. Zapewne było to jakieś kłamstwo. Zniknięcie Magik na szczęście nie było tylko dywersją. Zapowiada się (w końcu!!) ciekawa rozgrywka. Kim są "drudzy" przyszli X-Men? I kim tak naprawdę są ci "pierwsi"? W sumie – nareszcie się czegoś doczekaliśmy i to na pewno jest ogromnym plusem tego numeru. Rysunki są bardzo nierówne i to chyba największy do nich zarzut.
Demogorgon: X-Men z przyszłości są źli i manipulują naszą bandą głupców. Oczywiście. Oczywiście, że zrobią przyszłą wersję Molly złą, gdzie tam, by mogli wypromować postać przy okazji eventu, aby rzucić jakiś ochłap fanom Ruanways, może nawet zbadać grunt pod ich nowe przygody, jak kilka osób, nawet na tym forum ("Myślałby kto, że ktoś w Marvelu mógł pomyśleć, że fanów to ucieszy" czy nie tak mówiłeś, Krzycer), mnie zapewniało, że planują. Nie, future Molly jest zła, tak jak cała reszta tej bandy. Ale nie martwcie się, bo na miejscu ą już prawdziwi X-Men, z bohaterami, których powinieneś podziwiać, jak Quentin Quire. Pokazywanie środkowego palca fanom Runaways przez poprzednie trzy numery widać Marvelowi nie wystarczyło, musiał pójść na całego. W takich chwilach naprawdę trudno mieć jakąkolwiek wiarę w tę wydawnictwo, gdy widzisz jak autorzy jeden za drugim drwią z ciebie, bo wolisz grupę interesujących, złożonych bohaterów, od płaskich i nieciekawych nudziarzy, jakimi jest "Oryginalna Piątka X-Men".
Co dostajemy po za tym to dalej stos nieciekawych klisz i wyświechtanych motywów, podanych w sposób trącający melodramatyzmem tak bardzo, że się to aż nie mieści w głowie. Oczywiście, że dostajemy przedramatyzowany pojedynek telepatów, który sprowadza się do walenia się po astralnych twarzach, bez jakiejkolwiek kreatywności. Ostatni raz kiedy czytałem komiks z udziałem Jean Grey i Emmy Frost była to fascynująca podróż do umysłu Xaviera, pełna wizualnego spektaklu popisów zrodzonych w wyobraźni scenarzysty. Szkoda, że Jason Aaron, który wydaje się być fanem tamtego runu, skoro przywrócił do życia Quentine Quire, nie nauczył się niczego od Granta Morissona. Oczywiście, że w rok po evencie o tym jak to Phoenix Force jest złe i nie można go kontrolować Quentin Quire dostaje je jako power-upa. Oczywiście, że Rachel Summers stoi i nic nie robi, w końcu nie jest ulubienicą scenarzysty. Oczywiście, że nie ma z kim innym zostawić dziecka, niż Broo, bo na pewno ten go nie przeraża samą swoją obecnością, to nie tak, by był ktoś iny w szkole pełnej mutantów, nie, to musi być ulubieniec scenarzysty. Oczywiście, że dostajemy więcej nawijania jak to zła i straszna jest przyszłość, bez jakiegokolwiek pokazania nam, co właściwie jest w niej jakoby nie tak, bo to nie w stylu X-Men, by ktoś zachował się jak rozsądny człowiek i wyjaśnił o co chodzi. Nie, ważne, by wszyscy zachowywali się jak buce względem siebie nawzajem i pobili się. Oczywiście, że osobowości postaci pobocznych i ciekawy potencjał dla ich rozwoju zostaje sprowadzony do pojedynczego dymku myślowego Icemana, jednego na cały numer. Oczywiście, że Henry McCoy wygłasza pompatyczną przemowę o tym, jak to nie powinien się bawić w boga, która nie brzmi jak szczerze wyrażenie poczucia winy (bo niby jak, skoro jest upchnięta na jednym panelu), ale jak zbiór klisz na temat tego jak zła jest nauka, które przypominają mi niebezpiecznie to. Oczywiście, że wszystko zostaje zakończone pompatyczną przemowa, w wykonaniu Deadpoola ze wszystkich ludzi, bo akurat on ma największy autorytet i siłę przekonywania, o tym jak straszna jest przyszłość, która nie mówi nam nic o tym, dlaczego jest taka straszna, co poszło źle, ani cokolwiek, co by mogło sprawić, że przyszłość przestanie być enigmatyczna i tajemnicza.
Wiecie co? Mam to gdzieś. Kończę z tym eventem, przez pięć numerów dał mi tylko pustą fabułe z nieciekawymi bohaterami, a scenarzyści wykazują zapał do pracy tylko, kiedy mają wymyślić jak jeszcze mogą zakpić z fanów Runaways. Zazdrość to straszna rzecz, ale cóż poradzić, gdy jest jasne, że żaden z architektów tego badziewia nie będzie nigdy w stanie równać się z Brianem K. Vaughanem? Pozostaje tylko być pasywno-agresywnym łobuzem i rzucać obelgami w stronę ludzi, którzy swoim istnieniem ci przypominają o tym fakcie, jak widać. Albo zachować się dojrzale, a dobrze wiemy, że tego drugiego w Marvelu się nie robi. Dajcie mi znać kiedy ten event przestanie mi mówić, że popełniam ciężki grzech, bo moimi ulubionymi postaciami nie są Wolverine, Jean Grey i Quentin "Should Have Stayed Dead" Quire.
Soundtrack: Eveything You Know Is Wrong
grzgrzegorz: Obecnie w Marvelu mamy dwa duże wydarzenia i niestety zasada równowagi sprawdza się w ich wypadku w 100%. Infinity prezentuje bardzo wysoki poziom i ogólnie radzi sobie wyśmienicie. W tym samym czasie BotA pikuje w dół na łeb i szyję i wprowadza coraz bardziej karkołomne wątki i postaci w fabułę (myśląc o tylu alternatywnych, przyszło-, przeszłościowych wersjach mutantów nie może nie przyjść do głowy Claremont i jego Exiles). Nie warto, chyba, że logika w komiksach nie jest dla was ważnym elementem tegoż.

Young Avengers vol. 2 #10
Gil: Okej, chociaż postać Mamuśki nadal mnie drażni, muszę przyznać, że ten numer był cholernie dobry. Kupił mnie już tym abstrakcyjnym motywem pożerania captionów, a potem było już tylko lepiej. Ujawnienie prawdziwej roli Lokiego w tym wszystkim to duża rzecz, która jest jednocześnie super awesome i stawia wiele innych spraw pod znakiem zapytania. Druga duża rzecz, to plany Leah, która jak zwykle jest genialna. I tak właściwie, to ten zeszyt sprawił, że wszystko, co do tej pory wydarzyło się w serii nabrało jednocześnie więcej sensu i stało się bardziej skomplikowane. A to z kolei z jednej strony mnie cieszy, a z drugiej martwi. Ja tam lubię skomplikowane i dziwne historie. Wiem też, że mogę zaufać Gillenowi jeśli chodzi o ich prowadzenie. Ale pytanie brzmi: ile znajdzie się podobnych wariatów? Czy to wszystko nie okaże się zbyt pokręcone dla przeciętnego amerykańskiego zjadacza dymków, który schowa portfel do kieszeni i nie pozwoli nam ujrzeć końca tego szaleństwa? Ach, cóż za Weltschmerz! No, ale przynajmniej dostaliśmy ten kawał świetnego, objechanego komiksu z dobrymi rysunkami, któremu należy się mocne 7/10.
Demogorgon: Ałć, numer trudny do recenzowania, bo nie chcę nic spoilerować. Może więc tak - zaadresowano pewien problem z przejściem między końcem Children's Crusade a początkiem tej serii i jego rozwiązanie przywodzi na myśl pewną scenę z Siege: Loki...i powiedziałem za dużo.
Mamy trochę continuity, zwłaszcza Noh-Varrowego, w tym zajęcie się czymś, co martwiło Archiego, a we wszystkim nawiązanie do Scota Pilgrima....i powiedziałem za dużo.
Pewien mądrala sprawił, że przypomniał mi się Alex Wilder...DAMMIT!
Nie, sorry ludzie nie mogę recenzować tego numeru, nie jeśli chce uniknąć spoilerów. Powiem tak - to dobry komiks, warto go przeczytać i samemu ocenić, ma bardzo odmienny klimat od poprzedniego, a jednocześnie taki sam. Trudno to wyjaśnić. To bardzo horrorowy numer, pełen klimatu grozy, który pozostaje nawet, gdy przestajemy zajmować się mamuśką. Jest kilka odpowiedzi, jest kilka pytań, jest przecudna scena z Mother i Patriotem, ale może ja się zamknę, nim powiem za dużo. To klimatyczny numer.
Soundtrack: Spiders In The Attic
grzgrzegorz: Najlepszy komiks w Marvelu obecnie. Loki wymiata (a jakże), i to by pewnie wystarczyło, ale na scenę wchodzi dziewczyna Boga Kłamstw i wszystko inne blednie i nabiera innego znaczenia. Chyba nigdy Leah nie była tak... interesująco rysowana. Polecam 10/10 i numer tygodnia.
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.09.25
AgentsOfShieldBanner.jpg

Od tego wydania, druga część Pulse'a będzie poświęcona na przedstawienie waszych opinii na temat kolejnych odcinków serialu "Agents of S.H.I.E.L.D."

Agents of S.H.I.E.L.D. - 1x01 "Pilot"

Łukasz: No własnie podzielam zdanie przedmówcy, za dużo gadania, za mało akcji, bohaterowie prócz Coulsona i agentki Hill niezbyt ciekawi. Złe rozplanowanie akcentów w pilocie, brak odpowiedniego kadrowania? Sam nie wiem, ale mi czegoś brakowało, taka wersja Avengers bez mocy z 1/100 budżetu filmu, co widać mocno w sekwencji startu samolotu SHIELD. Smaczki takie jak w końcu działający samochód latający Howarda Starka, czy połączenie Extremis z technologią Chitauri ciekawe nie powiem, ale postawiłem zbyt duże wymagania pilotowi. Ciekaw jestem wyników oglądalności, jak pozostałe odcinki będą tak wyglądać to nie liczę na drugi sezon, mały zawód na razie. Mogło być dużo lepiej, a pamiętajmy, że to nei wszyscy agenci, dojdzie przynajmniej jeszcze jedna dwie osoby, a już w pilocie momentami było tłoczno, sceny gdy mamy wszystkich agentów na ekranie najmniej ciekawe. Jedyne zabawne momenty to jak dla mnie zawsze nie oceniony agent Coulson (jego obsesja na punkcie swojego samochodu). Momentami wiało taką nudą, że już miałem dać sobie spokój z oglądaniem, dopiero końcówka przynosi ze sobą akcję.No cóż takie naciągane 3.5/5.
rar: A mi się podobało. Wiedziałem, że serial będzie mniej więcej tak wyglądać, bo twórcy dawali to do zrozumienia od dawna. Jedyny minus to obsada - zupełnie bezpłciowa. Na szczęście Coulson ciągnie to wszystko w górę i to bardzo mocno. Liczę na jakieś fajne interakcje w kolejnych odcinkach, bo tutaj na szybko trzeba było zebrać skład i rozwiązać w 40 minut sprawę pierwszego "superbohatera". Dużo smaczków dla tych, co znają filmy kinowe i widać, że będzie tego jeszcze więcej.
Matt: Mnie się nawet podobało, sam odcinek nie był naprawdę dobry, ale myślę, że serial ma szansę się rozwinąć pod każdym względem i jeszcze będzie o wiele bardziej wyczuwalne, że rzecz się dzieje w świecie Marvela.
Precyzując, to scenariusz sam w sobie nie jest zbyt ciekawy i co najwyżej miło się ogląda.
S_O: Dzisiejszy odcinek był sponsorowany przez literki: S, O, A, N, L, M oraz D. Not that there's anything wrong with that. Ale zobaczymy, jak Whedon to rozwiąże w finale (pół?)sezonu.
Sam odcinek... Whedon-talk aplenty, ale tego akurat należy się spodziewać. Były fajne momenty, było kilka dowcipów, które wyłapie uważny fan... Sama fabuła jednak... mimo wszystko dosyć ograna. Jakby mocno uprościć, ścieśnić do dwóch, trzech zdań i usunąć imiona i inne konkretne nawiązania, streszczenie wyszłoby identyczne z tym pierwszego odcinka Alphas (a w każdym razie pierwszych czterdziestu minut). Z tym wyjątkiem, że sprawiający problemy super z pilota nie zostanie najwyraźniej stałym członkiem obsady (co jest dość zabawne, z pewnego punktu widzenia - tyle było spekulacji na temat tej nowej super-postaci, a okazuje się, że to tylko Monster of the Week).
No, ale przynajmniej pojawia się nam jakiś antagonista... I to jest dla mnie najciekawsze - a przez "to" mam na myśli spekulacje. Co to za tajemnicza organizacja? AIM? Odrodzona Hydra? Zodiak? Wykorzystanie technologii kosmitów i owadzi motyw przywodzi na myśl Leviathana... Ale czy Whedon czytał Secret Warriors?
Koniec końców - serial się jeszcze nie rozpędził. Zobaczymy, jak mu z tym pójdzie.
Badus: Spodziewałem się totalnej szmiry (seriale superhero generalnie mocno zasysają), ale wyszło przyzwoicie - i to już samo w sobie jest dużym sukcesem. Pilot ogląda się lekko, przyjemnie, cieszy kilka zapoczątkowanych wątków i jest to dokładnie to, czego oczekiwałem od pierwszych wiadomości o tej produkcji. Fakt, postaci na razie nie porywają, ale daję im czas na rozkręcenie się, bo nawet w takim "Firefly" nie w każdym odcinku wszystko trybiło. Cieszę się, że to show Coulsona, bo lubię tę postać i zawsze chciałem go więcej na srebrnym ekranie. Mocno ciągnie cały odcinek, no i ma kilka świetnych tekstów (żarówka, Lola).
Jest okej.
Venomus: Jakoś tak się zawiodłem na pilocie.
Z plusów jest Coulson, okazjonalnie niezłe żarty, smaczki z uniwersum, fajna postać weteranki azjatki i... to tyle.
Nie spodobała mi się obsada w wieku studenckim (Oni agentami? To szkolenie chyba w podstawówce robili) - wszyscy jacyś tacy wymuskani i spod igły - praktycznie żadnych szorstkich agentów po 40-stce. Gdzie Dum Dum? Gdzie ludzie pokroju Hasellhoffa- Fury'ego ja się pytam? Aktorzy do mnie nie przemawiają (zwłaszcza ta nawiedzona informatyczka i młody Bond).
Fabuła odcinka też ograna (tu akurat nie będę się czepiał mocno - jakoś zacząć musieli) Wciskanie na siłę przesłania ( biedny murzyn chce pracować ale mu nie dają bla bla). Za dużo tez żartów w stylu IM3 gdzie widać, że na planie się dobrze bawiono ale zatraca się esencja serialu.
Oceniałbym początek na jakieś 6/10 i zaczynam się martwic o przyszłość tego serialu. Z ostateczną oceną wypada się wstrzymać jeszcze kilka odcinków ale niepokój jest.
Gibon: Mnie się podobało(no może ewentualnie mogliby się w końcu zdecydować, czy Thor i reszta to bogowie, czy nie). Kilka świetnych nawiązań, humor i, oczywiście, Coulson. I zapowiedź, że powrót Coulsona to nie jest zwykły wkręt Fury'ego. Czekam na więcej.
avalonpulse0319c%20%5B1600x1200%5D.jpgKrzycer: No to obejrzałem pilota. Jestem ostrożnie na tak - zakładam, że po paru odcinkach albo aktorzy się rozkręcą, albo ja się przyzwyczaję, że Skye i Ward mają momenty, gdy są sztywno-drewniani.
Fabuła - no, jakoś musieli to zacząć. Można spekulować, czy nie byłoby ciekawiej, gdyby zrobili dwuodcinkową premierę, dali więcej czasu na... no, na wszystko. Tak, jak jest, jest ok - ani bardzo źle, ani bardzo dobrze.
Dialogi - spoko, whedonizmy działają, jak trzeba.
Stylistyka i ogólne wykonanie:
- Końcówka - po strzale - jest koszmarna, te wszystkie uśmiechy i zbliżenia po kolei na wszystkich.
- ...czemu Skye i Simmons są wyszminkowane jak aktorki z "Arrow" lub "Revolution"? Jedna ponoć mieszka w swoim samochodzie od jakiegoś czasu, druga jest laborantką babrzącą się w kosmicznych glutach. Biorąc pod uwagę to, że Hill i Melinda May wyglądają normalnie, to ewidentnie nie chodzi o skrzywienie całego działu charakteryzacji, tylko ktoś pomyślał... nie wiem... że te dwie będą wyglądały młodziej z make-upem prosto z wybiegu?
- Choreografia walk jest bardzo ładna. Starcie w kuchni na początku było super.
- ...kto by pomyślał, że ze wszystkich gadżetów z komiksów zobaczymy akurat latający samochód? Niby cały czas się tego spodziewałem, a jednak się nie spodziewałem. If that makes any sense.
- O, pastor Book w roli enigmatycznego naukowca. Się nagrał.
- Właściwie wszyscy obstawiają LMD od bardzo dawna, nie zdziwię się, jeśli twórcy postanowią nas zaskoczyć. Może klon? Klonów jeszcze chyba w filmowym uniwersum Marvela nie było...
Sc0agar4k: Oh man, oh man, oh man.
Obejrzałem i jestem zachwycony. Minusy, o których pisaliście są, ale ja nawet nie zwracam na to uwagi. Byłem nakręcony na ten serial ogromnie i mnie kupił. Od początku do końca. Te wszystkie wstawione smaczki, teksty Coulsona, duet nerdów.
Była akcja, było zabawnie, było rozrywkowo. Wszystko czego oczekiwałem. Jest zarysowana intryga i niech się rozwija. Najlepiej przez kilka sezonów.
strz1: Hmmm obejrzałem. Jest nieźle i mam tą niemal 100% pewność, że nie będzie jak w przypadku "Arrow", którego pierwsze kilka odcinków również było niezle/dobre. Ale... To, że agenci są dla mnie za młodzi pisałem już wcześniej. Trudno.. widocznie takie prawa rynku. Dialogi są fajne, czasami wpadnie coś niepotrzebnego. Tylko liczyłem na nieco lepsze wrażenia wizualne. Rozumiem, że to serial, ale "Sleepy Hollow" byl znacznie bardziej kinowy, a to faktycznie momentami wyglądało jak "Avengers" pozbawione budżetu i znanych twarzy i... epickosci. Chyba tego ostatniego najbardziej mi brakowało. Ale jest nieźle i liczę na więcej.
kuba g: Dobra. Napiszę na szybko co widzę:
Słaby casting... ale tylko gdy chodzi o młodzików. Są drętwi, nieprzekonywujący i trochę prezentują poziom drewna. No może oprócz dwójki nerdów, którzy pewnie szybko staną się faworytami internetu i bardziej socialy-awkward nerdów.
Gdy chodzi o starszą część obsady to mam mieszane uczucia, Coulson... nieważne. Ma swoich fanów i nie będę oceniał bo widać, że kwestia jego "powrotu" będzie kłaść się cieniem na całą serię. Reszta obsady sprawnie no i... Shepherd Book.
Co do samego odcinka. Dialogi są bardzo ok do momentu gdy nie wchodzą na patetyczne tony wtedy zaczyna być trochę mniej ok ale dalej da się oglądać. Wiele z gagów i kwestii kładą drewniaki grające główne role co wkurza i boli. Historia ma sens jeżeli chcemy pokazać faktyczne powiązania z filmami i nie wyciągać od razu wielkich dział. Więc na to narzekać nie będę choć mam nadzieję, że zobaczę tu mnóstwo zlewanych postaci komiksowych jak chociażby Cloack and Dagger zamiast wszystko na siłę wiązać z Hulkiem/Capem/IM.
Odcinek był znośny i dało się oglądać, ale ja zupełnie nie miałem oczekiwań względem tego serialu ani za bardzo go nie wyczekiwałem.
PS: Aha, nie podobają mi się zdjęcia w lokacjach. Zdjęcia plenerowe i e-shoty wyglądają sto razy lepiej...
GrayFox: Nie porwało mnie to widowisko. Totalnie bezpłciowa obsada, z tym gościem co gra agenta Warda na czele. Nigdy nie byłem fanem Coulsona, denerwuje mnie jego wyraz twarzy i przypomina mi jednego wykładowcę.Dialogi zostały fajnie skrojone, podobały mi się gadki o tej wielkiej odpowiedzialności, czy "Don't touch Lola".
Intryga mi się nie podobała. Proszę was...Extremis? Jestem rozczarowany. Chciałbym, żeby to był jednorazowy wyskok, ale póki co się nie zanosi. I popieram Kubę - byłoby super gdyby wykorzystali bogaty inwentarz drugo czy trzecioligowców. Dla przeciętnego widza to i tak bez różnicy, a fani będą mieli więcej frajdy.
Jakiś potencjał w tym jest, ale nie oszukujmy się, gdyby nie bazowano na popularności filmów kinowych i supermocach, ten serial byłby zwykłym przeciętniakiem o tajnych agentach, których na pęczki.
Póki co jestem rozczarowany, Arrow wszedł mi lepiej. Niemniej jednak, dalej będę oglądał, ciekawy jestem jak Marvel poradzi sobie na tym froncie.
ZERO: Mam mieszane uczucia. Pewnie gdybym nie był fanem Marvela, dałbym sobie spokój z oglądaniem po tym odcinku. Płaskie postaci, historia też jakoś nie wciąga. No ale jednak kupili mnie tymi smaczkami i nawiązaniami do komiksów. Podoba mi się ta atmosfera że gdzieś tam na świecie są superbohaterowie i skutki tego są odczuwalne w mniejszym lub większym stopniu. Daję szansę serialowi, myślę że akcja się jeszcze rozkręci a agenci dadzą się polubić. Parę wątków zostało niezamkniętych i jest potencjał na ich rozwinięcie.
Będę oglądał na pewno, wierzę w Whedona.
Ignis: Nie powaliło mnie może na kolana, niemniej jednak czekam na kolejny odcinek. Wiadomo pierwsze wrażenie najważniejsze, ale czasami warto dać drugą szansę. Być może za drugim razem coś przykuje uwagę i "wciągnie". Podobały mi się teksty Coulsona, Fitz i Simmons pozytywnie zakręceni jak dla mnie. Co do Warda fakt, że sztywny. Mam nadzieję, że się rozluźni w kolejnych odcinkach (może powinni mu częściej podawać to serum prawdy).
Arachnid: Obejrzane. Jest dobrze. Na razie może bez większych rewelacji i zachwytów, ale wierzę że z odcinka na odcinek będzie lepiej. Największy plus za świetne dialogi oraz liczne smaczki, które fanom Marvela z pewnością nie umkną. Co do obsady to poza drewnianym Wardem (no chyba że po serum prawdy) to nie mam większych zastrzeżeń. Coulson jest przezabawny. Duet Fitz - Simmons jest rewelacyjny. Melinda May jest bardzo ciekawą postacią, a Skye poza chwilami kiedy jest lekko irytująca, też ma swoje zabawne momenty. Na minus zaliczyłbym scenę po strzale, czyli zbliżenie na twarz każdej postaci. Nie dość że beznadziejne to strasznie wydłużone.
Ogólnie spodziewałem się czegoś lepszego, ale i tak podobało mi się. Zdecydowanie będę nadal śledził przygody agentów Tarczy.
Undercik: Tak na szybko po obejrzeniu - troszeczkę się zawiodłem. To nie był zły odcinek, ale pilot mnie nie przekonał.
Im dłużej myślę nad tym odcinkiem, tym bardziej mi się on nie podoba.
Dobra, ale odłóżmy na półkę fakt, że to Marvel i znane mi uniwersum. Gdyby to był pilot zwykłego serialu, to nie wiem czy sięgnął bym po drugi odcinek. Patrząc na inne producerale, to Agenci nie wyróżniają się niczym szczególnym. Czy to Castle, Mentalist, Lie To Me, Person of Interest, White Collar czy Suits, już na samym początku mieli przynajmniej jedną mocno zbudowaną postać, która może pociągnąć serial. W części tych przypadków było ich więcej (szczególnie w Suits). Kogo mamy w S.H.I.E.L.D.? Coulsona? Nie ukrywam, fajnie się go ogląda, ale nie wiem czy to jest postać która może pociągnąć serial. No bo kogo mamy oprócz? Robin będzie się pojawiać co najwyżej gościnnie, bo kręci HIMYM, Melinda May nic na razie nie pokazała. W sumie w tym odcinku było tylko dyktą. Tak, wiem, zapewne ją rozwiną, ale tajemnica z nią związana, mnie kompletnie nie zaintrygowała. Kto dalej? Agent Ward podobał mi się w zwiastunach, a tutaj mnie nie przekonał. Miał swoje momenty, ale w kilku przypadkach wychodził strasznie drewnienie. Skye mnie kompletnie nie zainteresowała. Tylko dwójka naukowców pokazuje jakiś potencjał, ale to bardziej ze wzgląd na relacje między nimi. Jeżeli dobrze się zgrają, to może to być najjaśniejszy element serialu. Co do wieku bohaterów. Nie przeszkadzało mi to do czasu obejrzenia odcinka. Przydałaby się chociaż jeden starszy agent więcej. Póki co wygląda to na drużynę tatusia Coulsona. Mimo, że akcja zawitała nawet do Francji, to nie wiem dlaczego mam wrażenie, że wszystko jest takie kameralne.
I teraz czas włączyć to, że to w sumie uniwersum Marvela i... też jestem rozczarowany. Rozumiem koncept nowych postaci - twórcy serialu dzięki temu nie mają komiksowych ograniczeń w ich rozwoju. Niestety boli fakt, że na dobrą sprawę do pilota wrzucono jakąś marną podróbę Cage'a. Jego wątek był tak tragiczny, że błagałem, aby to była sprawa tygodnia. Pomysł na pochodzenie mocy wypadł całkiem całkiem, ale podłoże osobowości to jedno wielkie meh. Nie mam pracy. Pójde do fabryki i pogadam ze złym szefem, hahaha, jestem superbohaterem bo szef jest zły. W tym momencie puszczanie do widza oka w stylu tekstów o odpowiedzialności czy latające samochody nie robi wrażenia, skoro nie czuje się, że to na dobrą sprawę to uniwersum które poznawałem z komiksów. No dobra. Samochód na końcu odcinka był przekozacki i się podjarałem. Szkoda, że tylko raz podczas całego seansu.
Tylko narzekam i narzekam, ale mimo wszystko widzę potencjał. Będę dalej oglądał. Mam nadzieje, że słabszy odcinek wynika z faktu, że było to w prowadzenie. Póki co ufam twórcom. Kredyt zaufania po Dr. Horrible pewnie trochę poprocentuje.
avalonpulse0319d%20%5B1600x1200%5D.jpgAnonimGrzybiarz: A mnie z kolei bardzo się podobało. Whedon dał radę! Naprawdę się obawiałem co wyjdzie z serialowej próby poszerzenia Marvel Cinematic Universe, ale jest bardzo fajnie. Świetnie od strony realizacyjnej (widać sprawną rękę Whedona), dobrze na poziomie scenariusza. I co najważniejsze, pierwszy epizod wprowadza wątki, które zostaną rozwinięte dopiero później, przez co chce się czekać na kolejne odcinki. Nie jest to może żadna rewolucja, ale jak na razie bardzo porządny serial.
Jackson: Szczerze mówiąc wyłączyć chciałem już w piątej minucie, kiedy z okna jakiejś rudery zeskakuje ten ichni Luke Cage dla ubogich (czaicie? tania imitacja bohatera, który z założenia był dla ubogich). Coś mnie jednak podkusiło, żeby oglądać dalej i... w zasadzie nie wiem co powiedzieć. To nawet nie zawód - to kompletny brak emocji i zainteresowania. Nie czuję złości, po prostu ten serial mnie już nie obchodzi. Tak liche, przegadane produkcje to ja widziałem 5 lat temu jak oglądałem fanfilmy. Bohaterowie są miałcy, przedstawieni w sztampowy i zarazem wyjątkowo mało emocjonujący sposów - słowem wieje nudą - czy to naprawdę zrobił Joss Whedon? I ciągle gadają. OK, nawet taka "Gra o Tron" to fabuła nakręcana dialogiem - ale tam to jakoś angażuje. SHIELD nie.
I gdzie jest cały, zajebisty, bogaty drugi plan? No to jest kurde Marvel, nie? Popatrzcie jak Kevin Smith pisał o Daredevilu, tam poza główną historią tło pękało od błyskotliwie umieszczonych smaczków - i taki powinien być ten serial. W ogóle ciężko mi było uwierzyć, że ta papka rozgrywa się w uniwersum marvela. Do tego ponoć to ostatni na razie wystep Marii Hill. Co nam zostanie? Coulson, który pewnie jest robotem i banda napisanych na kolanie.
Mistel: Co do odcinka - nie zawiodłem się. Spodziewałem się że będzie to coś w stylu Item 47 i takie coś dostaliśmy. Na plus obecność agentki Hill. Liczę że zobaczymy jeszcze Hawkeye'a i Black Widow.
A wracając do odcinka, to kto wpadł na pomysł "stonogi"? Połączyć technologię obcych, serum Erskine'a, promieniowanie gamma i do tego Extremis. Lekka przesada jak dla mnie.
Misiael: Obejrzałem i... meh. Nigdy nie jarałem się telewizyjną (ani jakąkolwiek) twórczością Whedona. Ot, rzemieślnik i tyle. Takich jak on jest (aż za) wielu. A ten kult, jaki narósł wokół jego osoby to już w ogóle skutecznie mnie do niego zniechęcił. No i wyszło na moje - whedonowy pilot SHILED-a ssie. Fabuła jest nudna i sztampowa, ekspozycja postaci po prostu koszmarna, efekty specjalne też mocno takie sobie. Nie wiem, jako że to Marvel i w ogóle chyba pierwszy serial z Domu Pomysłów, który ma szansę przetrwać dłużej, niż pilota to dam mu jeszcze szansę... ale furory to on na moim odtwarzaczu DVD nie zrobi.
jdtennesse: Tak sobie czytam te wasze komentarze i wydaje mi się, że to lekka przesada. Po pierwsze i ostatnie - to jest serial telewizyjny. Ograniczenia kasowe oraz czasowe, jakie nałożone są na produkcje telewizyjne bardzo zmniejszają możliwości twórców serialu. Jedno do czego naprawdę można się przyczepić to fabuła i gra aktorska (no dobra, to dwie rzeczy). Ale czego można się było spodziewać po pilocie serialu? Przedstawiono wielu bohaterów (zbyt wielu, to prawda) więc nie każdy miał szansę się wykazać. Jeśli chodzi o aktorów to naprawdę nie ma tragedii, po prostu jest średnio. Ale czy naprawdę było kiedy zabłysnąć? Być może, żaden ze mnie krytyk. Twórcy musieli przedstawić bohaterów, ideę Tarczy, każdy odcinek musi być w jakiś sposób self-contained, więc i ten był. Przedstawił jakąś odrębną historię, a jednocześnie cały zamysł serialu. Efekty specjalne? Może być. Były fajne smaczki, fajna Lola. Było kilka dobrych momentów, było też niestety trochę za dużo gadania. Ale to dopiero początek. Dajmy im szansę, serial jeszcze może się rozwinąć. I zamierzam obejrzeć kolejne, chociaż ten rzeczywiście był średni. Co nie znaczy że źle się go oglądało.
Komuch: Czytając niektóre negatywne opinie ze strachem podchodziłem do seansu. Jak dla mnie serial jest bardzo dobry, z ogromnym potencjałem by polepszyć tą ocenę.
Efekty jak na produkcję telewizyjną są zdumiewające i lepsze niż w niejednym filmie. Sceny walki (szczególnie w kuchni na początku) dynamiczne i jak na produkcję skierowaną do młodzieży całkiem brutalne. Dialogi mają swoje wzloty i upadki, ale wywołują uśmiech. Liczne nawiązania do uniwersum - plus. A bohaterom trzeba dać czas by nabrali głębi.
A wynik oglądalności to ogromny sukces (najlepszy dla stacji od 4 lat). Może ilościowo mniej od innych, ale współczynnik wieku, który jest najważniejszy był wyjątkowo wysoki. No i nie zapominajmy, że do tej liczby dojdą jeszcze powtórki nagrane przez dekodery.

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie Agents of S.H.I.E.L.D. - 01x01 "Pilot"
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.