Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #184 - Runaways Deluxe vol.2 HC

lt184
Runaways Deluxe HC 2
Scenariusz: Brian K. Vaughan
Rysunki: Adrian Alphona, Takeshi Miyazawa, Skottie Young
Okładka: Adrian Alphona
Data wydania: 22.06.2011
Liczba stron: 312
Cena: 24.99$
Zawiera: Runaways vol.2 #1-12, X-Men/Runaways Free Comic Book Day

Demogorgon: Są takie tytuły, które przeżywają swój czas. Zagrożenie zostało pokonane, para się pocałowała, świat został ocalony, chciwy magnat prasowy poszedł do więzienia, moment w którym powinna się seria zakończyć przyszedł i odszedł, a mimo to autor ciągnie dalej, chociaż nie ma dłużej w ogóle pomysłu, co robić. Więc przedłuża wątki na siłę i unika ryzyka, byle utrzymać status quo, albo nawet otwiera ponownie te już zamknięte, posuwając się nawet do wykopywania trupów. Wprowadza nowych, coraz dziwniejszych wrogów oraz coraz bardziej bezsensowne sposoby pokonania ich. A nawet jeśli ma pomysł, to nie potrafi uciec z cienia czasów, gdy jego tytuł był u szczytu formy, nieudolnie próbuje więc podpiąć się pod nie i to, co miał wtedy, ale nie ma teraz (taki los spotkał, świetną poniekąd, mangę "Fist of the North Star", której nawet setki rozdziałów po śmierci najpopularniejszego antagonisty, nie udało się uwolnić od jego reputacji). Tytuł taki staje się cieniem samego siebie, żyjącym tylko na oddaniu fanów i nostalgii do czasów, które dawno przeminęły.

Runaways vol. 2 nie jest takim komiksem. Pierwsza seria autorstwa Briana K. Vaughana, Adriana Alphony i Takeshiego Miyazawy (recenzowana tu) zakończyła się definitywnym rozwiązaniem głównego wątku. Nie oznacza to jednak, że skończyły się pomysły na bohaterów. Początek nowej serii zastaje ich, gdy zwracają się ku bardziej tradycyjnemu suerbohaterstwu, w próbie zadośćuczynienia za zło, jakiego dokonali ich rodzice. Co prawda nasze dzielne dzieciaki nie zaczną nagle nosić kostiumów, ale częściej zobaczymy ich, próbujących swoich sił w typowej walce superprzestępcami. A ci zaczęli napływać masowo z Nowego Yorku do Los Angeles, coś, za co nasi uciekinierzy czują się odpowiedzialni. W końcu jedynym, co powstrzymywało gości takich jak Swarm czy Wrecking Crew przed przeprowadzką na mniej zatłoczone superbohaterami wybrzeże Ameryki było the Pride - pokonując swych rodziców, młodzi herosi stworzyli próżnię, która czeka na wypełnienie. A gdzie są superzłoczyńcy, tam też nie braknie superbohaterów. W tym tomie udało się przekuć w siłę problem Elminstlera, ten sam, za którego uniknięcie chwaliłem poprzedni tom oraz na którym rozłożyła się w wyjątkowo żałosny sposób Avengers Arena. Tytuł wykorzystuje w pełni, że Runaways istnieją w shered universe, jednak robi to rozsądnie, nie sprowadzając tego do wymachiwania mordami wielkich gwiazd, czy bezmyślnych crossoverów. Zderzenie Runaways z resztą Marvel Universe jest przemyślane i nie służy podniesieniu wyników sprzedaży, ale wzbogaceniu opowiadanej historii. Przez większość czas Runaways zadają się z bohaterami, którzy sami debiutowali jako nastolatki. Powracają Cloak i Dagger, ale pojawią się również tacy bohaterowie jak Phil Urich (heroiczny Green Goblin), Chamber z Generation X, Julie Power z Power Pack czy Darkhawk, a nawet Rick Jones. Część z nich zjednoczy siły, próbując zabrać naszych bohaterów z ulic. Walka z przestępczością ukradła im najlepsze lata życia i odcisnęła piętno, którego chcą oszczędzić Runaway. Niestety, są aż nazbyt świadomi, jakich hipokrytów z siebie robią, wciskając dzieciom Pride gadkę o złych stronach superbohaterstwa, gdy sami mają na sobie kostiumy.

Kiedy na scenę wkraczają wielkie imiona, Captain America, Wolverine, Spider-Man i Iron Man, odgrywają oni marginalną rolę, w żaden sposób nie kradnąc blasku reflektorów, jak zazwyczaj się zdarza, gdy gdzieś występują. Z tych czterech zresztą tylko ze Spider-Manem Runaways mają jakieś ważniejsze interakcje i ku mojemu zdziwieniu okazuje się on być jedynym członkiem Avengers, który nie traktuje ich z góry, pamiętając o własnych początkach. Nie lubię Spider-Mana, ale miło wiedzieć, że nie zapomniał wół, jak cielęciem był. Pan Vaughan zresztą, zapytany jaki jest jego ulubiony nastoletni superbhater, przyznał, że zawsze był zauroczony Amazing Fantasy #15, które uważa za jedną z najlepszych historii o nastolatkach, nie tylko w komiksie*. I myśląc nad tym, nie można zauważyć, że jest pewien motyw w Runaways vol. 2, którego korzeni można szukać w tragedii Petera Parkera. Motyw, którego ziarno zostało zasiane w tym tomie, aby wydać owoce w następnym, pozwalając panu Vaughanowi uhonorować historię, która spoczywa tak blisko jego serca. Ale to opowieść na następny raz.

Nieco inaczej wygląda sprawa w specjalnym numerze z okazji Free Comic Book Day, w którym Runaways walczą z X-Men. Bijatyka zajmuje tam centrum numeru, ale nieco rozczarowuje, bo, paradoksalnie, jest za krótka i kończy się zbyt szybko. Nie znaczy to, że numer jest zły, ale żal mi, że nawet ciekawe interakcje na liniach Chase-Beast, Molly-Colossus czy Gret-Kitty nie miały szans być bardzie rozwinięte. Ale hej, Nico zdzieliła Cyclopsa w łeb, warto to przeczytać choćby dla tej ceny.

Strata Alexa wywołała spore zmiany w strukturze grupy, idąc w parze z rozwojem i dorastaniem naszych bohaterów. Tak naprawdę tylko Molly pozostała taka sama. W sumie dobrze, Molly jest z nich wszystkich najmłodsza i najbardziej idealistyczna, mimo wszystkich trudności i problemów, udało jej sie zachować najwięcej ze swojej niewinności. Jest światełkiem, które rozjaśnia życie zespołu. Gdy w poprzedniej recenzji pisałem, że gdy Runaways wychodzili, trudno by mi było się z nimi utożsamiać, bo miałem tylko trzynaście lat, a oni od piętnastu w górę, zapomniałem, albo raczej nie doceniłem jak łatwo nawet młodsze osoby mogą utożsamiać się z Molly. Z drugiej strony może nie doceniłem w ogóle, jak łatwo można się utożsamiać z tymi bohaterami – ostatnio spotkałem coraz więcej ludzi w różnym wieku, którzy polubili tę bandę z tego, bądź innego powodu. Szczególnie rozgrzewa moje serce myśl o pewnym kolesiu, którego jedenastoletnia siostrzenica pokochała Nico.

Panna Minoru musiała wziąć na siebie przywództwo w grupie, ale sama przyznaje, że nie widzi siebie jako typowego lidera, który motywuje przemowami i tworzy strategie. Jest raczej, jak sama to stwierdza, drużynową matką, kimś, kto wnosi do ekipy głos autorytetu oraz zapewnia oparcie i ciepło, kiedy tego potrzebują, utrzymując ją samą siła charakteru. Dziewczyna dźwiga ciężkie brzemię i nie można nie zauważyć, jak koresponduje to z jej mocami, które w końcu bazują na samookaleczeniu, czymś, czego nienawidzi. Trudno nie podziwiać poświecenia, na jakie jest gotowa, na wielu poziomach, aby chronić swoją nową rodzinę.

Pan Vaughan przyznał, że fascynuje go idea powiązania zmian zachodzących w ciele nastolatka z tymi, jakie wiążą się z odkryciem supermocy* i widać to nie tylko u Nico, ale też u Karoliny, która wreszcie pogodziła się z faktem, że jest kosmitką, a nawet pomogło jej to dokonać głębszego odkrycia co do własnej seksualności. Jest gotowa przyznać co czuje wobec pewnej dziewczyny (kto czytał poprzedni tom domyśla się pewnie, o kogo chodzi), jednak pytanie, czy znajdzie wzajemność? A co, gdy na horyzoncie pojawi się ktoś trzeci?

Chase i Gret są w związku, ale nie oznacza to, jak często to ma miejsce w fikcji, że pozwalają, aby to ich całkowicie definiowało. Gdzie wiele par praktycznie przeistacza się w dwugłowego potwora, oni pozostają niezależnymi osobami. Gret staje się praktycznie prawą ręką Nico, swoim inteligentnym i cynicznym podejściem stanowiąc równoważnię dla, polegającej bardziej na emocjach i własnym sumieniu, przywódczyni. Chase, chociaż utracił swoje rękawice, nie daje się zdegradować do roli szofera, ale udowadnia swoją użyteczność za pomocą znajomości ulicy, sprytu oraz absolutnej nieprzewidywalności. Co nie oznacza, że nie popełnia błędów, czasem naprawdę głupich, w końcu to dalej ten sam lekkomyślny kretyn, którego kochamy, to nie jego osobowość uległa zmianie, a pozycja w grupie i sytuacja, zmuszając go, do improwizacji.

Aby uniknąć sytuacji w której obsada wygląda niemal jak haremówka, to jest, jednego gościa otoczonego wianuszkiem dziewcząt, do ekipy dołącza Victor Mancha. Dzieciak w ich wieku, nieśmiały, raczej kujon, marzy by zostać superbohaterem. I tak się składa, że ma ku temu predyspozycje, gdyby nie pewien detal. A mianowicie, jego tata, jeden z największych złoczyńców świata Marvela, który ma wobec syna pewne plany. Nie zdradzę, o kogo chodzi, chociaż pokuszę się o podpowiedź, że ostatnimi czasy jest o nim całkiem głośno, w niektórych kręgach.

Victor jest ciekawym dodatkiem do ekipy. Z jednej strony zagubiony i niepewny siebie, z drugiej jednak dojrzały, sprytny i w sumie sympatyczny. Dodaje do ekipy sporego uroku, a do tego wypada bardzo naturalnie, szybko staje się głosem normalności w tej bandzie wyrzutków, często pełniąc funkcję kotwicy, łączącej ich z normalnym życiem, być może jedyną, jaka im pozostała.
Za warstwę graficzną dalej odpowiadają Adrian Alphona oraz, w jednej historii, Takeshi Miyazawa. Ich inspirowane mangą style są dalej dobrze zgrane i nadają wciąż unikalny klimat tytułowi, nawet jeśli trudno się na początku do nich przyzwyczaić. Słabiej spisał się ilustrujący starcie z X-men Skottie Young, ale mam wrażenie, że to wina kolorów, które zupełnie nie pasują do jego stylu i sprawiają, że rysunki wyglądają koślawo i karykaturalnie, zamiast klimatycznie, w sposób z pogranicza baśni i kreskówki, z którego jest znany.

Spotkałem się z głosami, że z pokonaniem Pride seria straciła kierunek i chociaż rozumiem taki punkt widzenia, nie potrafię się z nim zgodzić. Chociaż nie ma już ujednolicającej fabuły, tego wielkiego celu, wyznaczającego kierunek przygód, co dla niektórych może być wadą, pozwoliło to twórcom na większą swobodę, a zarazem uczynienie przygód bardzie nieprzewidywalnymi i spontanicznym, a do pewnego stopnia też bardziej personalnymi. Efekt końcowy jest wspaniały. Polecam ten tom każdemu, prócz tych, którzy posiadają już poprzedni – podejrzewam, że i tak już go mają w swojej kolekcji.

 * - Mutants And Mastemrinds: Hero High. Nie, nie żartuję.

lt_5pts
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.