Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #318 (23.09.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 23 wrzesień 2013Numer 38/2013 (318)


W najnowszym numerze Pulse'a króluje "Infinity". Nie dość, że dostaliśmy kolejną część głównej historii, to zaprezentowano również kilka tie-inów do tego eventu. Ukazała się również czwarta część "Battle of the Atom", która zebrała najwięcej waszych komentarzy.

Cable And X-Force #14
Gil: Gdy zacząłem czytać i zobaczyłem, że Nemesis cytuje Diunę, ujeżdżając wielkiego robaka podczas natarcia na posiadłość Avengers, pomyślałem sobie, że może wreszcie zdarzył się mały cud – ten jeden dobry numer, który może wyjść spod pióra kiepskiego skryby, zgodnie z prawem statystyki. Ale im dalej w las… Krótko mówiąc: nie tym razem. O ile sama bitka jeszcze nie jest zła (Hopeless przedstawia Uncanny Avengers równie beznadziejnie jak Remender, więc możemy mówić o równowadze) i jestem w stanie zrozumieć motywy Alexa, to cała głupota skupiła się wokół Cable'a i Hope. Znowu. Najpierw odsyłają ją z przyszłości – oczywiście w najgorszy czas i miejsce. Bo jak już się ma ten wehikuł czasu, to po co wykorzystywać go logicznie? Po co wysyłać dziewczę dzień/dwa/tydzień wcześniej, skoro można wszystko skomplikować i ryzykować, że nie zdąży powstrzymać tego, co ma powstrzymać? Jeśli tak rozumują w tej apokaliptycznej przyszłości, to ja się nie dziwię, że jest apokaliptyczna. Ale największą głupotę zostawili oczywiście na koniec. Moce Cable'a świrują, więc żeby łeb mu nie wybuchł, Hope używa Psimitara. Wbijając mu go w czaszkę. Taa… A on po tym wstał, wyciągnął ostrze i radośnie odmaszerowali w stronę zachodzącego słońca. Bo tak to właśnie działa, jak się komuś wbije na oko 5-centymetrowe ostrze w płat czołowy. Pogratulować. I tylko czekać, aż mało rozgarnięte amerykańskie dzieciaki postanowią spróbować. Cóż, najwyraźniej Cable ma łeb jak dzban – zrobisz dziurę, to się nadmiar telepatii wyleje. Zaklnę więc w myślach i kolejny raz wystawię 3/10.
jdtennesse: Jakby nie patrzeć, to pewien etap dobiegł końca. Ale czy zakończenie jest zadowalające? Hope wróciła do teraźniejszości, niestety nie wyjaśniono nam dlaczego w przyszłości będzie She-Stryfe. Może nie jest to istotne. A kwestie podróży w czasie załatwiono jednym zdaniem. Bo nie. Może brak wyjaśnienia jest lepszy od głupiego? No i fajnie, że Hope straciła tą szmatę z ramion. Ciekawe na jak długo. Jeśli chodzi o rysunki, to jest nierówno. Są bardzo dobre momenty – Hope wzlatująca ze sklepu, oraz bardzo złe – pierwsza scena walki w Avengers Mansion. W ogóle jeśli chodzi o walkę, to widać, że żadna drużyna nie jest zgrana, Avengers nadal się docierają (Rogue i Szkarłatna Litera, hehe), a drużyna Cable'a średnio ze sobą współpracuje. Hope (naturalnie) uratowała Cable'a w ostatniej chwili (kogo by wbicie psitara w mózg nie uratowało???). A Alex przypadkiem był świadkiem wizji Cable'a, więc "puścił" ich, aby mogli robić dalej to co robią. I niby ma to wszystko sens – Hope i E.T. z przyszłości chcieli zwiększyć moce Cable'a, żeby uratował przyszłość, ale im się nie udało. Na szczęście sytuacja została uratowana, tylko pytanie co teraz z drużyną Cable'a? Czy nadal będzie miał wizje, dzięki którym będzie działała drużyna, czy po prostu będą skakać i walczyć bez większego celu? I ważniejsze pytanie – po co? Po co tyle drużyn, każda robi niby co innego, a tak naprawdę to samo tylko w inny sposób.

Captain Marvel vol. 6 #16 (Infinity Tie-In)
Gil: Tia… Nie ma to jak przekleić po połowie z dwóch innych komiksów, dopchać watą i sprzedać jako swoje… Ten zeszyt to nic innego jak kopia wątku pojmanych Avengers z ostatniego numeru ich własnej serii i wychodzącego równolegle Infinity. A biorąc pod uwagę fakt, że poprzednio również autorka czerpała sporo z tych samych źródeł, możemy chyba przyjąć, że taki właśnie jest patent pani Konikowej na pisanie tie-inów. Zatem mam dla niej wiadomość taką: I say NO to copy/pasted comics! Gdyby chociaż wysilili się trochę razem z rysownikiem, żeby pokazać to z innej perspektywy, może byłbym łaskawszy, ale w tej sytuacji nie mam pola manewru. Już raz to oceniałem, więc nie ma sensu się powtarzać. Tym bardziej nie ma sensu zaliczać autorce cudzych zasług. A rysownikowi to już w ogóle nie ma co zaliczać. Za odtwórczość nie dam więcej niż 3/10.

Daredevil vol. 3 #31
Gil: Zabawny był ten numer. Nie dość, że ukradł go Pym - a raczej jego mrówki – to w dodatku Daredevil przegrał w starciu z tabletem. Podejrzewam, że nie takie było założenie. Główny wątek nie był specjalnie poruszający, bo powtarza sporo pomysłów z poprzedniej historii. Znów jakieś podszywacze w sądzie, wobec których wszyscy są całkowicie bezradni. A potem się okazuje, że za wszystkim stoi Jester. Niby drogą dedukcji, ale właściwie znikąd, bo sam się podłożył. A w ogóle, to wielkiej tajemnicy nie było, skoro znalazł się na okładce. I jeszcze na koniec próbują nas zaskoczyć wiszącym Foggym… Ciekawe, czy ktoś to kupi? Chociaż byłoby to odważne ze strony scenarzysty – odpalić go w taki sposób, po całym tym zamieszaniu z leczeniem. Niby wszystko fajnie i jak zwykle, ale jakoś tak zbyt wtórne i naciągnięte. Tym razem dam 4/10.
kuba g: Pastelowy komiks polityczny. Tak, wracamy do wątku z Serpent Society wrzucając w to jeszcze Jestera. Nie wiem jak to jest możliwe, ale Waid w sumie jest w stanie wrzucić w komiks poważny przekaz o rasistowskich i ksenofobicznych tendencjach w strukturach państwa z typowo trykociarskimi zagraniami i motywami... i dać przy tym radę.

Infinity #3
Gil: Jest wyraźne przyspieszenie. Hickman bardzo sprytnie rozegrał przeniesienie ciężaru historii z podwórka galaktycznego na lokalne, pokazując najpierw skalę wydarzeń, a później zdejmując ze sceny tych, którzy nie są ważni lub swoje już zrobili. W ten sposób, bez szkody dla fabuły, wykonał założenie podstawowe, czyli umieścił Avengers w centrum akcji. Czy to już było? Owszem. Ale nigdy nie było rozgrywane w ten sposób. Czy jest powód do marudzenia? Tylko dla wiecznie niezadowolonych i wiedzących lepiej niż autor, jak powinna wyglądać ta historia. Bez sensu jest czepiać się tego, że na celowniku Builderów znalazła się Ziemia, nie znając nawet powodu dla takiego działania. Jak dla mnie, jest sporo przesłanek, że powód jest istotny dla fabuły i jestem autentycznie ciekaw, co się w tej kwestii okaże. (Podejrzewam, że ma to związek z kolizjami światów.) Przynajmniej mamy dobre usprawiedliwienie dla wzrostu zaangażowania naszych ludzi. W tej sytuacji również bez sensu jest narzekanie, że Avengers wychodzą na pierwszy plan i Captain America zaczyna wydawać rozkazy. Ci, którzy robili to wcześniej, zwinęli manatki i zaszyli się pod miotłą, więc zwolniło się miejsce. Takich buców jak J-Son nie obchodził los innych planet, więc teraz naturalna jest zmiana i celu i strategii. Wcześniej galaktyczne grube ryby stawiały na rozwiązania siłowe, teraz pozostała garstka musi się przegrupować i zdać na walki zaczepne albo dywersję. Wszystko to jest bardzo dobrze oddane w pierwszej połowie tego zeszytu i - co najważniejsze - dobrze uzasadnione. Jedyne, czego można się przyczepić, to łatwość, z jaką przypadkowy intruz może przejąć kontrolę nad niszczycielem planet, a potem wykorzystać go prawie niezauważalnie. No, ale cóż, w końcu to komiks superbohaterski... Mogło być gorzej. Tutaj przynajmniej zostało to jakoś w miarę logicznie wytłumaczone. Dalsza część popycha naprzód wątek Inhumans i wreszcie możemy zobaczyć, jak Thanos i Black Bolt stają oko w oko. I jest to genialna scena! Właśnie dla takich momentów warto czytać i robić eventy. A ponieważ przeczytałem tę część przed New Avengers, to naszła mnie taka myśl, że nikt nie nadawałby się lepiej na syna Szalonego Tytana, niż Maximus the Mad. No, trudno. Dostajemy też parę hintów na temat umiejscowienia niektórych tie-inów w continuity. Aha, zupełnie przy okazji: padło w tym numerze określenie "rogue planet", więc zastanawiam się, czy to sugestia, gdzie będzie się rozgrywać zapowiedziana historia pod takim właśnie tytułem? A podsumowując ten numer dorzucę jeszcze słowo o rysunkach: są w porządku, a nawet lepsze niż poprzedni występ Openy. Weaver również dobrze daje radę. Nadal jestem zadowolony z przebiegu historii i nie zamierzam szukać dziur w całym. Utrzymam więc ocenę na poziomie mocnego 7/10.avalonpulse0318a%20%5B1600x1200%5D.JPG
Demogorgon: O, sceny bezpośrednio po wydarzeniach z ostatniego numeru Avengers. Jak miło, że dramatyczna walka o przetrwanie po bezwzględnym ataku została nam opowiedziana, zamiast pokazana. A ja to widzę - cała scena jak Super Skrull ratuje Capa, jak Ex-Nihilo śpieszy na pomoc ludziom, którzy się go boją i nienawidzą jako dzieła Builderów, jak inni walczą o przetrwanie - potencja na cały numer spokojnie, albo chociaż pół, ale widać brakło miejsca. Podobnie jak na pokazanie nam oferty Builders (których mój przyjaciel określił swoją drogą jako wyglądających jak Nekroni dla ubogich) i tego, jak kolejne światy się im poddają w pełnoprawnych scenach, a nie pojedynczych panelach, na których narrator opowiada, co się stało. Szkoda, że nie było na to więcej miejsca, ale co miał pan Hickman zrobić? Poświecić te wszystkie strony z niczym, tylko podtytułami, które zaczynają brzmieć bardzo pretensjonalnie? To jakaś kpina z dobrego storytellingu.
Builders zostają wreszcie przechytrzeni i odparci, dzięki prawdopodobnie jednej z najstarszych sztuczek w Wielkiej Księdze Wojny. A Captain America radośnie poświęca setki istnień na statkach kosmicznych jako dywersję (nic nie wskazuje, by były zdalnie pilotowane, więc zakładam, że nie są). Fani postaci z którymi rozmawiałem mówią, że to dla niego bardzo out of character i czują się jakby czytali Ultimate Capa, który przestał być chamem. No i to podobno ten sam facet, który wyleciał z Illuminati za krytykowanie ich pomysłu poświecenia alternatywnej Ziemi dla ratowania naszej, a tutaj prowadzi na śmierć cała armię. Ale to kosmici, więc nikogo to nie obchodzi, wręcz przeciwnie, Rogers jest pokazywany jako doskonały przywódca. Który rzuca żołnierzy na bezsensowną śmierć. Our hero, ladies and gentlemen.
No, tym razem wreszcie nowa postać robi coś fajnego. Szkoda, że nie było do tego build-upu żadnego, nawet nie wiedziałbym, że Star-Brand tu w ogóle jest, gdyby nie spisy postaci na początku każdego numeru. Nie miał do tej pory ani żadnej roli, ani niczego do gadania, a teraz nagle odstawia broń masowego rażenia. Cieszę się, że dostał swój moment, szkoda tylko, że tak słabo zbudowany i sprowadzający się do "spójrzcie jaki on jest potężny" bez żadnego wkładu personalnego.
Thanos to kretyn. Skończony, absolutny kretyn. Jaki był jego plan? Dać Inhumans ultimatum, a potem poczekać aż się grzecznie podporządkują, kiedy mogli cały czas sę teleportować, o czym powinien wiedzieć? A potem przybywa do Attilanu sam i widząc pustą salę tronową, nie decyduje się natychmiast uciekać? Kiedy Black Bolt jest sam, to powinno być oczywiste, że zaraz przemówi, tylko dureń wlazłby w jego pułapkę, zastawioną w tak oczywisty sposób.A potem Thanos go jeszcze prowokuje by przemówił, bardzo mądre po raz kolejny. Co Black Bolt powinien powiedzieć to "I got Thanos thanks to his bottomless stupidity!" Nie, żeby było to ważne, wszyscy wiemy, że w Infinity #4...New Avengers #11....cokolwiek jest następne w kolejce, Thanos powstanie z ruin Attilanu, pokazując jaki jest silny i potężny, a Black Bolt zostanie zdegradowany do zostanie pobitym, by tę potęgę potwierdzić, jak każdy C-Lister w wielkim evencie. Inny wypadek oznaczałby koniec historii tu i teraz, a mamy jeszcze trzy komiksy do zapełnienia.
A tak w ogóle - zoczyńca nawija jak to zniszczy wszystko, co Black Bolt kocha, a ten krzyczy za Vaderem i go powala. Było. W ostatnim evencie skupionym wokół Black Bolta. O wiele lepiej zrobione niż tutaj, to po pierwsze. Spodziewałbym się więcej oryginalności po Hickmanie, to po drugie.
Soundtrack: Fight Against Destiny
wolvie111: Co za świetna lektura. Po skończeniu takiego numeru pozostaje we mnie wspaniałe uczucie, że to było naprawdę coś. Ostatnio eventy Marvela z kolejnymi numerami staczały się po równi pochyłej pod względem prezentowanego poziomu. "Infinity" nie ma z tym nic wspólnego. Epickie rozgrywki w kosmosie i genialne zagrania na Ziemii. Aż cieszę, że na nową serię Inhuman, bo nie wyobrażam sobie, żeby Black Bolt i jego ludzie mogli po tym evencie pójść w odstawkę.
Pierwsza część to kosmos, w sumie jeśli chodzi o poziom to jest to kosmos dosłownie. Odpadają najsłabsze ogniwa i pozostają prawdziwi herosi. A wśród nich oczywiście nasi Avengers. Dobrze rozegrany ruch Captaina, udana akcja oraz genialny pokaz umiejętności Starbranda (no wreszcie!) i mamy pewne znaczące zmiany w tej wojnie. Budowniczy zostali ruszeni i to dość boleśnie. A całość zilustrowana przez mojego ulubionego Jerome Opene. Na prawdę wyglądało to epicko... kadr ze Starbrandem niezapomniany!
Następnie przenosimy się na Ziemię, gdzie jest nie mniej ciekawie. Herosi bronią Ziemi i powiem szczerze, choć wiem, że mutanci mają teraz swój event, to mimo to zabrakło mi ich. Jednak stawka jest dość wysoka. Był fragment ze szkoły, ale to tak jakby światow inwazja. Tak czy siak, tu wreszcie dowiadujemy się mniej więcej do czego przeznaczona była maszyna Maximusa i co planował Black Bolt. Tak jak wcześniej Starbrand, tu dostajemy popisówkę Black Bolta. Widząc go samotnego na tronie, naprzeciw Thanosa, można było domyśleć się jak będzie chciał zakończyć tę konfrontację (właściwie to zacząć), jednak mimo to zrobił wrażenie. Attilan zniszczone, Thanos uszkodzony i znów sytuacja delikatnie się odmienia. Tyle, że wszystko może i tak pójść na marne, bo jak wiemy jeden z Black Order już znalazł syna Thanosa, teraz powinna mu pozostać kwestia dostarczenia go.
Z niecierpliwością czekam na kolejny numer i rozwiąznie konfrontacji BB z Thanosem. Rysunki w drugiej części też na dobrym poziomie.
Całość oceniam bardzo dobrze, za taką lekturę daję 9/10.
kuba g: Patetyczny tom zeszytu dalej daje radę. Podobnie jak kadr ze Skrullem ratującym Kapitana Amerykę i przemowa Ronana. Jesteśmy w połowie eventu a ja dalej nie narzekam, wow. Nie narzekam nawet na chyba zbyt szybkie odwrócenie szali w konflikcie z Builders, choć to uznam za najsłabszy moment w zeszycie. Teraz czekam tylko na to, co wyniknie z ostatnich stron między Thanosem, Boltem i pewnym dużym wybuchem.
Undercik: Najlepszy event od czasu "Annihilation" i "Civil War". Tak, wiem, to dopiero połowa, ale ten numer mnie kupił całkowicie. Masa świetnych scen. Czy to Skrull ratujący Capa, czy przemowa Ronana, czy Hulk za sterami World Killera, czy Starbrand dający popis swoich umiejętności, czy Black Bolt wrzeszczący "NOOOO!". Do tego warstwa graficzna rewelacyjna, szczególnie ta z kosmosu. Captain America w końcu robi to co robić powinien. Daje czadu jako przywódca i podejmuje słuszne decyzje. Podczas Avengers vs. X-Men był bucem, który twierdził, że tylko on ma racje, nawet jak robił głupoty. Tutaj Hickman czuje go rewelacyjne i wyśmienicie prowadzi. To jest taki Rogers jakiego chce się czytać - świetny strateg, który w beznadziejnym momencie przejmie stery, tchnie ducha i obróci szale na swoją stronę. Kurdę, Cap ma szczęście do dobrych scenarzystów. Co prawda to nie jego solowa seria, ale dobrze wiedzieć, że jest ktoś, kto wie jak go pisać. Przy pierwszym numerze Avengers mówiło się, że jak dojdzie co do czego to będzie epicko i rzeczywiście jest. Tego właśnie oczekiwałem po lekturze Forever, jak Hickman obejmował Mścicieli. Pod koniec będę musiał całość przeczytać na raz. Na pewno klimat będzie jeszcze bardziej spotęgowany dzięki stronom z podtytułami. Może to nawet sobie oprawię?

New Avengers vol. 3 #10 (Infinity Tie-In)
Gil: Tutaj również sytuacja rozwija się interesująco. Skupiamy się głównie na motywie poszukiwania synalka i dostajemy trochę dyskusji w kółku wzajemnej adoracji. Jedno i drugie jest całkiem interesujące. Dowiadujemy się, że po ziemi pałęta się jeszcze parę zapomnianych plemion Inhumans, które nie potrafią utrzymać swoich chuci w ryzach. Może jest to trochę naciągnięte, bo nie raz już w momencie nagłego zapotrzebowania wyciągano z kapelusza jakiś odszczepieńców, ale przynajmniej tym razem pasuje to do wcześniej przedstawionej przez Hickmana koncepcji. I o dziwo, nawet dość szybko tego dzieciaka znaleźli, chociaż nie wiem, czy to takie do końca pewne... Podobało mi się za to, że akurat w tym momencie pojawia się zagrożenie kolizją z innym światem. Bo w końcu to jest główny problem tej serii, a problemy nie czekają w kolejce, by mogły być rozwiązywane pojedynczo, tylko lubią atakować stadami. Nie ma więc sztucznego odkładania na bok głównego tematu serii, by zająć się eventem, tylko dostajemy full serwis. A przy okazji także odpowiedź dla tych, którzy zastanawiali się, dlaczego numer następny na wykresie znalazł się z boku. Inną rzeczą, która budzi trochę wątpliwości jest fakt, że Ebony Maw tak po prostu zostawił Stefana w spokoju. Okay, miał inny cel, ale myślałby kto, że szanujący się i naprawdę groźny złoczyńca nie zostawia za sobą nikogo żywego... Chociaż z drugiej strony, zwykle to ta arogancja i pogarda dla przeciwnika jest ich zgubą, więc to nic szczególnie nowego. A jeśli chodzi o rysunki, to były trochę nierówne. Miejscami bardzo fajne - zwłaszcza tła - a miejscami dość niedbałe (na zbliżeniach wszyscy mają jakieś dziwne usta). Tutaj również mogę dać 7/10, ale słabsze od tego w głównej mini.avalonpulse0318b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Demogorgon: Aha, czyli Corvus Glaive i Proxima Midnight są małżeństwem. Ciekaw jestem, czy Marvel nie boi się, że czytelnik nie będzie się w stanie z nimi utożsamiać, bo to ich za bardzo postarza...
W sumie niewiele można o tym komiksie powiedzieć. Rysunki Deodato doprowadzają mnie do szału, Beast jest absolutnie bezużyteczny i niepotrzebny w tym zespole, podobnie jak się okazuje Black Dwarf w Black Order, którego zresztą właśnie pożegnaliśmy z eventu. Po za tym nie ma tu jednak wiele więcej - jest dobra scena, która pozwala nakreślić relacje między członkami Illiminatti, które pokazują ich bardziej jako sojuszników, niż przyjaciół, co nie znaczy, że nie są zdolni do wzajemnej pomocy.
Jak zawsze, robotą użytkownika magii jest, jakby to powiedzieli w wrestlingu, doing the job - zostania łatwo zdominowanymi przez nową postać, aby pokazać, jaka ta jest groźna. Mainstreamowi pisarze komiksów nie potrafią pisać czarodziejów, to jak robią z nich słabeuszy jest zwyczajnie żałosne. Po Hickmanie spodziewałbym się więcej w jego stosunku do Strange'a, niż bycie bezbronną ofiarą Ebony Maw, coś na poziomie niewiele lepszym od tego, jak Dennis Hopeless traktuje Nico Minoru. A wybici się wyżej wcale nie jest takie trudne, ponieważ jego podejście można określić mianem dna absolutnego.
I nagle pojawia się trzecie zagrożenie, bo ten event widać nie był już przepełniony wydarzeniami do tego stopnia, że muszą być nam streszczane, zamiast pokazywane.
Infinity niestety dalej rozczarowuje. Wielka szkoda, miałem wobec niego spore oczekiwania.
Ocena: Wyobraziłem sobie Corvusa i Proximę w łóżku. Idę wypalić sobie oczy kwasem siarkowym.
Soundtrack: Patriot
wolvie111: Choć nie ma tu dużo akcji, co jest typowe dla tej serii, to numer mi się podobał. Przede wszystkim przez dużą dawkę inteligencji w zagraniach, poczynaniach i zachowaniu bohaterów, co nie jest niczym niezwykłym przy obsadzie pełnej największych mózgów na Ziemi. Wiemy już co oznacza zawieść Thanosa i jakie są konsekwencje. Przy okazji dobrze pokazane jest jak bezwzględne nawet względem siebie są charaktery z Black Order. Podobała mi się też dyskusja przy stole, zdawanie relacji z wydarzeń i to jak Namor mówił o totalnej klęsce swojego królestwa. Ogólnie to cicha wojna między Sub-Marinerem, a Black Pantherem jest dużym atutem dla rozgrywanych wydarzeń i dodaje niezwykłej pikanterii do Illuminati. Ruch tego pierwszego wydaje się genialny w obecnej sytuacji i może przynieść upragnioną zemstę. Z tego co widać Wakanda zdecydowanie za wcześnie świętowała swój triumf. Dobry był też wątek ze Strangem. Było do przewidzenia, że ulegnie Ebony Maw, dał ciała i wystawił właściwie dziecko Thanosa na tacy, ale nie traciłbym w niego do końca wiary. To wreszcie Sorcerer Supreme.
Rysunki ładne i dokładne. Numer czytałem z niesłabnącym zaciekawieniem, co jest już typowe dla wszystkich numerów eventu. Dam 8/10.
kuba g: Trzeci numer Infinity był spoko, ale tylko spoko. Ten numer New Avengers czytało sie lepiej. Może dlatego, że prezentuje głównie tę bardziej interesującą mnie część konfliktu, a może dlatego, że Hickman najlepiej czuje Illuminati, a nie cały ten przepakowany skład Avengers gdzie tylko Bruce Banner jest dla mnie autentycznie ciekawy. Szkoda tylko, że jakby Deadoato mniej postarał się w rysunkach tu.
Kminek: Od początku podobała mi się ta seria. Zarówno scenariusz, jak i kreska. Dobra, spójna fabuła, mocno zarysowani, oraz niejednoznaczni bohaterowie.
Ten numer również mnie nie zawiódł.
Event Infinity wyrasta na swoistą space-operę, a powyższa seria potęguje to wrażenie.
Podoba mi się ujęcie poszczególnych bohaterów, pokazanie, że muszą oni w jakiś sposób połączyć własne interesy z walką o dobro świata. I chociaż Illuminati są najpotężniejszymi umysłami na Ziemi, wcale nie oznacza to, że mają czyste sumienia. Mimowolnie zaczynają współpracować z wrogem, prowadząc grę na dwa fronty. Najpierw Namor, teraz Strange, ciekawe, kto będzie następny... Przypomina mi to trochę skrzyżowanie "Gwiezdnych Wojen" i "Gry o Tron".
Intrygujące.

Savage Wolverine #8
Gil: Jak się tak zastanowić, to trzeba przyznać, że przynajmniej w pewnym momencie fabuła dała jakieś uzasadnienie cząstce "savage" w tytule. Sama walka z arbitrami Hand też była całkiem niezła i przynajmniej dla mnie, wizualnie atrakcyjna. Madureira dał radę uchwycić ich upiorność i zbudować odpowiedni klimat. Ciężko mi jednak zachwycić się tą historią, bo przed przeczytaniem tego zeszytu ledwie pamiętałem, co się wydarzyło w poprzednim, za to po lekturze szybko uleciał mi z pamięci także i ten. No i mam jakieś dziwne wrażenie, że nie będzie ona miała żadnych konsekwencji. Ale ponieważ czytało się fajnie, wykrzesam jeszcze słabsze 6/10.
kuba g: Koniec. Może to nie była zbytnio ambitna historia. Może nie dostaliśmy żadnych wątków procentujących w przyszłość, ale nie da odmówić się tej historii bycia dobrą rozrywką. A to przecież w cale nie jest tak oczywiste w przypadku obecnych komiksów z Wolverine... Choć to nie jego zasługa. The Hand, Kingpin, Elektra, do wszystkich mam wielki sentyment i cieszę się zawsze gdy pojawiają się poza Daredevilem/Spider-Manem (choć nie ma co ukrywać, że The Hand jest od zawsze dość istotnym czynnikiem w życiu Logana). Więc mogę tylko dodać, że jestem zadowolony z tej historii, nawet jeżeli wątek Fiska i jego próby został poprowadzony tak prostacko.

Secret Avengers vol. 2 #9
Gil: Okay, znów dostajemy numer, który dobrą grafiką próbuje zamaskować fabularną kaszankę. Gdy zobaczyłem, że zaczyna się od kolejnych przepychanek między Hill i Johnson, już miałem rzucić to w czorty i zapomnieć o istnieniu tej serii. Przez straszliwie chaotyczną chronologię, jaką nam tu zapodają, już dawno zgubiłem się w relacjach między nimi i tych wszystkich konfliktach, a nie chce mi się wracać, żeby to uporządkować. Ale później pojawił się Eden, a na końcu również Winter Soldier. To było trochę jak światełko w tunelu, bo akurat to są postacie, które moim zdaniem do koncepcji serii pasują idealnie. Dam jej zatem jeszcze jedną szansą i podkarmię jeszcze trochę nadzieję, że wspomniane światełko nie oznacza zwieracza, za którym czeka już tylko kanał. Tym razem będzie to 3/10 i to z plusem za grafikę.

Superior Carnage #3
Gil: Aha, więc ich patent na ulepszenie Carnage’a to skrzyżowanie go z Deadpoolem… No to się zawiodłem. Miałem nadzieje, że po połączeniu z szalonym i zgorzkniałym naukowcem naprawdę dostaniemy jakiś nowy poziom przerażającego psychopaty. A dostaliśmy… kolejnego wariata ze spluwami, który próbuje być zabawny. Całe szczęście, że są jeszcze Wizard i Klaw, którzy ratują ten numer swoją dziwną relacją. Domyślam się już, jak to się może skończyć, ale może jeszcze czymś nas zdołają zaskoczyć. Albo chociaż starcie z OctoPająkiem będzie ciekawe… Póki co, dam 5/10 i zastanowię się jeszcze, co z tą zmianą zrobić.

Superior Spider-Man #18
Gil: Wszystko byłoby fajnie, gdyby po raz kolejny nie skaszanili zasady działania podróży w czasie. Ja wiem, że z punktu widzenia przekazu jest to może wygodniejsze dla scenarzysty i właściwie jest jedynym usprawiedliwieniem dla istnienia tego typu historii, ale jak się trochę nad tym zastanowić, to zupełnie nie ma sensu. Dlaczego powoli rozpada się tylko Stone z przyszłości? Dlaczego nie sam Miguel, jeśli rzeczywiście jest jego synem? Dlaczego nie wszystko w tej przyszłości? Dlaczego właśnie w roku 2099, a nie na przykład 2020? Dlaczego jedne drobne zmiany w teraźniejszości mają wpływ na przyszłość, a inne nie? Dlaczego do przesyłania ludzi w czasie potrzebny jest wehikuł, a do przesyłania danych nie? Dlaaaaargh! Screw it! To była całkiem fajna historia, gdybym mógł wyłączyć w mózgu pewne funkcje i patrzeć na nią jak dziesięciolatek. Wtedy bym się cieszył z pojedynku dwóch Spider-Manów i nie zaprzątał sobie głowy całą resztą. Bo w tej kwestii było całkiem fajnie. Podchwyciłem też sugestię, że czas odrzwi tego pączka (nie zapamiętałem imion ludków z Horizona, so sue me) mogą być narzędziem do odkrycia, co naprawdę stało się z Perkerem. Jest to jakiś plus. Rysunki są generalnie w porządku, chociaż Miguel w wersji Stegmana podoba mi się dużo bardziej niż Potter. Ze względu na dylemat, zdecyduję się na wystawienie neutralnego 5/10.
Katet19: A to już dla mnie jest zupełnie nie ciekawy przerywnik u Pajączka. Co mnie obchodzi co będzie się działo w przyszłości? NIC. I właśnie dlatego zupełnie nie obchodzą mnie te numery i czytam je dlatego bo są. Ale dziwi mnie różnica działań czasowych w Marvelu. W "Battle of the Atom", kiedy Scott z przeszłości umierał, teraźniejszy Cyklops zniknął, a tutaj Stone z przyszłości sobie po prostu powoli zanika. Totalnie głupie to dla mnie, oby szybko się skończyło.
 
Thor: God Of Thunder #13
Gil: Uwaga, pora na wyznanie: zawsze uważałem Malekhita za najbardziej irytującego z przeciwników Thora. Nie byłem więc zachwycony, gdy trafił do filmu, ani tym bardziej, gdy - oczywistym zabiegiem przedpremierowej promocji - został głównym łotrem tutaj. Patrzyłem więc jak grupa Nightcrawlerów walczy z Shelobami, żeby odbić go z Azkabanu i po raz któryś z kolei zastanawiałem się, co może być fajnego w tej nifelhaimskiej krzyżówce Jokera z Two-Facem, podlanej goblinem? I pewnie w tej chwili czekacie, aż powiem, że coś nagle mnie olśniło, co? Otóż. nie. Nic z tego. Nic się nie zmieniło. Nadal widzę tylko kozaka i popaprańca, który powinien zostać na dzień dobry potraktowany młotem jak gwóźdź i nigdy więcej nie powrócić. Nie jestem więc zachwycony, po raz kolejny. Za to mogę powiedzieć, że rzadko podobają mi się rysunki Garneya, ale tutaj dają radę. A może to za sprawą niestandardowych jak na komiks kolorów? W każdym razie, graficznie jest całkiem fajnie. A fabule dam jeszcze szanse. Tymczasem wystawię 6/10.
Katet19: Niby zaczyna się fajnie, pewnie jest to zapowiedź tego, że będzie się sporo działo, będzie Thor i przydupasy, ale... to już nie to samo co poprzednie 12 numerów. Tamte części już po pierwszym zeszycie potrafiły wprowadzić w ogrom historii tutaj tego nie czuję, ale jestem ciekaw co będzie dalej, bo ten Thor to jeden z ciekawszych Thorów od dawna.
Kminek: Pierwsze dwanaście numerów niesamowite - mitologizacja postaci Thora, epicka walka dobra ze złem, przeszłość, teraźniejszość i przyszłość ramię w ramię, bez tego całego bredzenia o zaginaniu czasoprzestrzennego kontinuum, nie mówiąc o cudownej kresce. Niestety, wszystko się kończy, bohaterowie rozpoczynają zaś inne przygody, natrafiają na nowych/starych przeciwników.
Trzynasty numer Thor: God of Thunder okazał się średni. Ani specjalnie pechowy, ani fartowny. Średni, to chyba najlepsze słowo.
A więc Malekith... Chyba nikt z czytelników nie ma złudzeń, po co uwolniono Mrocznego Elfa z czeluści lodowych piekieł. Oto za 49 dni pojawi się na ekranie i wypadałoby go przypomnieć wiernym czytelników, a raczkującym w świecie Marvela dać swoiste preludium do tego, co czeka ich na ekranie. Ale, właśnie, czy jedno z drugim się pokrywa?
Dla mnie, Malekith to połączenie Jokera i Two-face'a z Batmana. Może się mylę, ale sami powiedzcie, czy on, z tym swoim uśmieszkiem, nie przypomina trochę nemezis Mrocznego Rycerza? Z tymże Joker to wariat i psychopata chcący bezcelowej katastrofy, a Malekith, pragnie odzyskać tron (choć prawdopodobnie na tym nie skończy) i z zemsty za to, że Mroczne Elfy porzuciły swoje ideały rozpoczyna eksterminację swojego ludu. Wszystko fajnie, nawet ciekawie, ale trochę mi tu zalatuje Gorr'em. Podobny schemat, skrzywdzony, opuszczony wojownik pragnący zemsty.
Gdzieś już to chyba było, no nie? [i to nie raz]
Liczę jednak, że to dopiero początek oraz, że Malekith planuje coś bardziej skomplikowanego niż zniszczenie dziewięciu królestw i zabicie Thora.

Thunderbolts vol. 2 #15 (Infinity Tie-In)
Gil: No to mamy już zwycięzcę tytułu najgorszego rysownika roku. Nazywając rzecz po imieniu: bazgroły Jefte Palo zniechęciły mnie do lektury tak przerażająco skutecznie, że nie zatrzymałbym się dłużej nad żadnym dymkiem, choćby za skrypt odpowiadał kolektyw wszystkich moich ulubionych twórców, a od czytania rósł mózg. Po prostu nie da się patrzeć na te kombinacje figur ostrokątnych, które kłują w oczy. Nie żeby to wszystko było jakoś konkretnie związane z eventem, którego logo ma na okładce... Po przekartkowaniu widzę, że kręcą się wokół tematu, a dopiero na ostatniej stronie pojawiają się ziomale Thanosa. Znowu. Chociaż tym razem przynajmniej we własnej osobie. Reszta zeszytu to jakiś nawóz, w którym nie chce mi się nawet dłubać, żeby go skomentować. Powiem za to, że obecne wcielenie Thunderbolts to idealny przykład tego, jak można zarżnąć dobrze prosperujący tytuł. Wujek Dobra Rada radzi: trzymajcie się od tego z daleka. Ocena 1/10.

Ultimate Comics: X-Men #31
jdtennesse: Zastanawiam się, czy fakt że wszyscy się tu dziwnie zachowują to zaleta czy wada tego komiksu? Jest to wprawdzie osobne uniwersum, ale jednak… Rogue, Kitty, a przede wszystkim Jean są bardzo dziwnie pisane. No dobra, Jean po prostu sfiksowała i jest "zła". A Kitty w końcu zrozumiała, że była głupia i zdecydowała się na walkę. Po tak wielu zapewnieniach, że będzie unikać szeroko pojętej walki. Fajnie wypada współpraca Nomi i Shola, a także pomoc innych w ukrywaniu pozostałych mutantów. Peter nową twarzą Utopii? Nie wiem jeszcze, co o tym myśleć. Jedna duża wada – za wolno. Akcja się nie toczy, tylko wlecze. Mam nadzieję, że konfrontacja nastąpi już w następnym numerze. A to co Jean robi z Jamesem… Brak słów. Oby do końca.

Uncanny X-Men vol. 3 #12 (BotA Part 4)
Gil: Battle for Nothing odsłowa czwarta. Tym razem dwójka uciekinierów przed niczym przybywa do miejsca, które powinno być niedostępne, żeby pogawędzić z drugą stroną barykady i poszukać u nich pomocy. A teraz niech mi ktoś powie, dlaczego A) osobnicy pierwsi chcieliby prosić o pomoc tych drugich, skoro są przekonani, że tamci są niebezpieczni i B) osobnicy drudzy chcieliby pomagać tym pierwszym wiedząc, że zostali sprowadzeni w ramach planu wymierzonego przeciwko nim, w związku z czym jest spora szansa, że to pułapka? Nie wiecie? Ja też nie. I Bendis chyba też nie. W każdym razie, następuje wymiana zdań, w której po raz czwarty dowiadujemy się, kto, z kim i w którym łóżku oraz o co teoretycznie chodzi w całej tej historii. Bo o co chodzi w praktyce, dowiadujemy się od Emmy na samym końcu: THE HYPE! Fabuła nie jest ważna, liczy się szum. Tak więc, po czterech zeszytach pogawędek, stajemy w końcu u progu tytułowej Bitwy. Może w końcu coś się wydarzy. Albo nie... Ale przynajmniej była tutaj całkiem niezła scena, w której Emma wyłożyła Summersowi jego niskie powódki. I ta zabawna - choć może niezamierzenia - scenka, w której Maryśka Hill zaczyna się zachowywać jak Dirk Anger. I wygląda na to, że zatrudnienie pięciu inkerów pomogło w końcu zapanować trochę nad chaosem w rysunkach pana Bachalo. Co nie zmienia faktu, że hełm Magneto zjawia się i znika z kadru na kadr... Szkoda, że nic nie było w stanie pomóc tej koszmarnej okładce. Tutaj dam 4/10.
Krzycer: Ojej. Czyżby? Czyżby ta historia miała się wreszcie zacząć? W przyszłym numerze, oczywiście, bo w tym wciąż nic się nie wydarzyło. Postali, pogadali, podowcipkowali, pokłócili się. Parę uwag było słusznych, ale w dialogach podlanych realizmem bendisowskim (ktoś się jąka, powtarza, krzyczy, przerywa, gubi wątek...) miejscami trudno się połapać, o co konkretnej postaci chodzi.
No, ale w końcu się porozumieli... a nie, każdy dalej swoje. Ok.
No, ale przynajmniej Maria Hill, Dazzler i agent Coulson zaliczyli występ, żebyśmy nie zapomnieli, że czytamy Uncanny!
Czytamy, bo oglądać nie ma czego, Bachalo wciąż się nie stara.
I tak przecierpieliśmy lekturę aż do ostatnich stron, a tam... no, tam autentycznie zaczyna się coś dziać. Oby następny numer nie zaczął się od kogoś przerywającego konfrontację i kolejnych dwunastu stron dialogów.
Demogorgon: Jedyni ludzie których obchodzą Runaways to Scott Summers i Emma Frost. Których Marvel cały czas próbuje przedstawiać jako złoczyńców, morderców i terrorystów w opozycji do dobrego i prawego Wolverine'a, który Runaways ma tak głęboko gdzieś jak ja mam jego. Powiedzcie mi proszę, jak ja w takiej sytuacji mam nie uważać, że oni robią wszystko, aby wkurzyć fanów Runaways? Wiecie co? To działa, jestem bardzo wkurzony.
I wiecie co jeszcze? To nie by zły komiks prócz tego przytyku. Nie, poważnie. Podobała mi się scena z Marią Hill, była zabawna. Podobały mi się dialogi między nowymi postaciami. Rysunki były paskudne a kostium Emmy to jakiś żart. Ale po za tym? Miły, spokojny character piece, który pozwala ustalić parę rzeczy co do tego jak ludzie się czują względem całego zamieszania, konflikty które się pojawiają w grupach są zbudowane na emocjach, które nawet rozumiem, zwłaszcza u teraźniejszego Scotta, tylko to ciągłe "obwiniasz się o śmierć Xaviera" się szybko przejadło.
Emma mnie rozbawiła. Nieważne jakie są moje poglądy na sytuację, nieważne, że uważam, że Scott popełnia błąd i X-Men z przyszłości mają rację, jeśli mam szansę skopać Jean Grey tyłek, to skopię Jean Grey tyłek. Potrafię ją zrozumieć.
Soundtrack: Yami Guild
wolvie111: Gdyby nie rysunki Bachalo to byłby na prawdę niezły numer. Byłby, ale kreska artysty w tym akurat numerze wydawała mi się wyjątkowo drażniąca. Z pewnością jednak jest już lepiej niż w ostatnim numerze BotA, tu coś się dzieje. Mówię oczywiście o wątku wokół drużyny Scotta, bo po drugiej stronie mamy cały monolog Kitty Pryde, która powtarza się z poprzedniego numeru, niestety dając nam kiepskie argumenty na obronę swojej tezy. Mogą decydować o swoim losie? Nie i to zdecydowanie. Nie należą tu, a poza tym ryzykują nie tylko swoim życiem, ale i ich starszych wersji, więc dla mnie dyskusja kończy się już tutaj. To co mnie jeszcze drażni to reakcja dzieciaków ze szkoły Cyckopsa na przybyłych Jean i młodego Cyke'a. Zupełnie jakby się nie spotkali już wiele razy, a przecież dopiero co rozwalali razem Sentinele w Battle of the Atom #1. Hmmm... Najlepsze przychodzi niestety dopiero pod koniec, czyli coś co nigdy się nie znudzi- Emma vs. Redhead. Niestety na pojedynek poczekamy jeszcze do następnego numeru. Sam chętni bym zobaczył jak przyłączają się do niego np. Xavier po jednej stronie i Rachel po drugiej, ale to raczej moje niedoczekanie.
Tak, więc wciąż na coś poważniejszego musimy czekać do następnego numeru. Mam nadzieję, że ta rutyna wreszcie się skończy, bo zabraknie nam eventa. Poza tym do akcji wreszcie wkroczy Magik.
Numer oceniłbym wyżej, gdyby nie okropne rysunki. Tak dam 4+/10.
Undercik: Nadal czyta mi się to przyjemnie, ale te dialogi zaczynają już nużyć. O wiele lepiej wypadają sceny na Utopi, ale to pewnie ze względu na obecność postaci z przeszłości i po raz kolejny dobrych interakcji przedstawionych przez Bendisa. Co jeszcze było dobrego? Maria Hill wkurzona na Beasta wypada rewelacyjnie. Uśmiechnąłem się pod nosem czytając początek zeszytu. Do tego kontratak Emmy wypada dosyć interesująco. Pytanie tylko jak to pociągnie Aaron w następnym numerze. Pytanie numeru to przede wszystkim te o intencje przyszłych X-Men. Wszystko wskazuje na złe intencje, ale jeśli rzeczywiście mają dobre, to bez sensu rozgrywają teraz sytuacje. Rysunki Bachalo jakby się poprawiły. Ale to może dlatego, że rysował statyczne sceny, dzięki czemu chaos walki nie przeszkadzał w czytelności rysunków. No cóż. Jest przyjemnie. Zawsze mogło być lepiej, ale nie narzekam. Najważniejsze to dobrze spędzić czas, a póki co "Battle of the Atom" spełnia tą role.
Katet19: Po poprzednim dość średnim, żeby nie powiedzieć słabym numerze, kolejna część Battle of the Atom wciąga jeszcze bardziej w crossa. Jest niezwykle ciekawie, coś zaczyna się dziać, niby tylko gadają, ale relacje się zazębiają, mutanci coraz bardziej się wkurzają na siebie. X-meni z przyszłości skrywają jakąś tajemnice, co trochę denerwuje, dziwię się teraźniejszym X-menom, że nie chcą z nich wyciągnąć co i jak. Magik znika, też pewnie skrywa coś przykrego. Trochę burzy mi wyciągnięcie Angela hmm... z rękawa? Wcześniej prawie w ogóle nie ruszany tutaj nagle wyskakuje zmanipulowany przez Jean z przyszłości. Mam nadzieje, że kolejny zeszyt to będzie istna rozwałka, bo na taką się zapowiada. No chyba, że Bendis chce nas nauczyć, że wszystko można załatwić rozmową i gadką i wcale nie trzeba używać przemocy fizycznej.
Albo po prostu ma dość narzekania: w komiksach to tylko się nawalają, biją i mordują.
Mimo tego mam mieszane uczucia, spodziewałem się czegoś innego ale jestem usatysfakcjonowany jak na razie tym crossem. Jest zabawnie, Bendis zbudował ogromne zamieszanie i coraz bardziej wyczekuje zakończenia. Jestem tylko ciekaw co z tym, który kierował tym Sentinelem co pojawił się w poprzednim numerze Uncanny.
Lotar: Oni muszą wrócić! Nie, oni muszą zostać! Oni muszą wrócić! Nie, oni muszą zostać! Ile tak można? Kolejny denny numer. Bendis zrobił z Kitty totalną debilkę, ale nigdy nie była moją faworytką, więc mu daruję. Najprościej byłoby gdyby Kitty z przyszłości wytłumaczyła obecnej, że jest w błędzie, ale po co? Trzeba zmarnować numer na jałową gadkę. SHIELD robi za Strażników Czasu? To do tej pory zaliczyli same wtopy. Emma ratuje całą sytuację, ale walka zakończy się pewnie na jednej stronie. Jakie może mieć szanse nawet z pomocą Kukułek? Dla mnie żadnych. Rysunki Bachalo dziwnie strawne w tym numerze. Ale to pewnie przez to, że zabronili mu kolorować i dostał 50 inkerów do pomocy.
Ocena: -3/6.
Archie: Bolączką "Battle of the Atom" jest to, że się nic nie dzieje. Po obecnym tie-inie po prostu miałem dosyć (wcześniejsze numery były dla mnie znośne, ale miarka się przebrała). Mina mi zrzedła jak zobaczyłem checklistę na końcu zeszytu, bo pierwsze co pomyślałem to: "Jeszcze tak dużo zeszytów do końca? :-<". Jeśli do ostatniej części oni ciągle będą gadać na zasadzie "Powinniście wrócić!", "Dajcie nam robić co chcemy. #YOLO", "Zostawcie ich w spokoju. Nie ważne, że zniszczą rzeczywistość, niech sobie tu żyją!1!" to będzie najnudniejszy i najbardziej rozwleczony crossover ostatnich lat, który można byłoby zamknąć w 4 zeszytach. Te ich ciągłe rozmowy są rozwleczone do bólu, kulawe i przede wszystkim idiotyczne. To smędzenie o tym, że powinni im pozwolić robić co chcą jest NAJGORSZE. Mówią to osoby, które ratowały świat przed zniszczeniem, a teraz absolutnie mają gdzieś, że przez 2 nastolatków, która nie chce wracać do domu (boo-hoo) mogą zniszczyć obecną RZECZYWISTOŚĆ i zginą ludzie. DA FUCK IZ DIS?
avalonpulse0318c%20%5B1600x1200%5D.JPGKminek: Jeśli miałem jakiekolwiek oczekiwania względem tego eventu, to już nie mam żadnych. Oto najkrnąbrniejszym i najbardziej znienawidzonym mutantem nie jest już Cyclops, nie jest Wolverine, ale poczciwy, stary Hank McCoy. I to wcale nie dlatego, że niszczy kontinuum czasoprzestrzenne, łamiąc prawa natury, ale dlatego, że doprowadził do najdurniejszego rozłamu w szeregach X-Men. Pobił w tym nawet samobudującego się Sentinela ze Schizmy.
W tym evencie nic już nie jest pewne.
Co zrobić z oryginalnymi X-Men? Oto jest pytanie.
Teraźniejsi X-Men zmieniają zdanie częściej niż Iron Man kostiumy. MASAKRA.
X-Men z przyszłości nie robią nic, poza kolejnym stwierdzeniem, że dla dobra X-Men z teraźniejszości nie mogą nic powiedzieć. Grunt żeby oryginalni X-Men wrócili do przeszłości.
Najlepiej całą tą sieczkę skwitował Goldballs. Po prostu boli głowa.
W tym numerze każdy kłóci się z każdym. Niektórzy nawet (Kitty) kłócą się z samymi sobą. Wszyscy wspominają Charles'a Xaviera dywagując nad jego stratą. Ale poza tym... Nikt nic nie robi. Dosłownie. Dwie drużyny stoją w miejscu, bolejąc nad swoimi losami.
To, co jest jednak w tym wszystkim najsmutniejsze to postawy obu przywódców. Ani Wolvie, ani Cyclops nie mają krztyny posłuchu u swoich. Obaj wygłaszają jakieś moralizatorskie gadki, na czym to komu najbardziej zależy, ale nic więcej. Nie zwracają też specjalnej uwagi na to, że mimo ich decyzji, żeńskie części zespołu robią zupełnie inaczej. Kitty i Rachel pozwoliły uciec Scottowi i rudzielcowi - nie ma problemu, mogą. Emma wzywa drużynę Logana mimo decyzji Cyclops'a - ok, może być. Magik ucieka nie odpowiadając na pytania - spoko, może wróci, może nie.
Jedyny pozytyw - Emma Frost. Wkurzona laska ma gdzieś brednie o podróżach w czasie. Ważne, żeby dokopać byłej swojego faceta. I tak trzymać, może wreszcie coś się zadzieje.
kuba g: Poprzedni numer eventu był zupełnie zbędny. Tu jest tylko znów rozwleczone. Żeby była jasność podoba mi się cała gadka Hill o McCoyu, ale to tyle. Za długo już trwa gadanie o tym co postaci będą robić zamiast robienie tego. Cały numer czyta się dobrze (i o wiele lepiej niż poprzedni) ale dało by się go zmieścić na 6 stronach zamiast na 20. Ech.
jdtennesse: Ile można? Błagam, kolejny numer o niczym, pogadali, pogadali, pogadali. Pojawili się agenci SHIELD, dziwne, że dopiero teraz się dowiedzieli o tym, że młodzi są tu, a właściwie teraz. Trudno coś powiedzieć o tym komiksie poza tym, że jest przegadany i nie dzieje się praktycznie nic. I tak, jak lubię inteligentne rozmowy, które rozwijają postaci i przedstawiają mądre argumentacje kierujące ich działaniami, tu tego nie zaznałem. Aha – i jeszcze Magik gdzieś sobie „poszła’, a tak, żeby dać jeszcze jeden wątek poboczny, pewnie nic nie wnoszący do historii, a jednocześnie przeciągający ją o kolejne strony. Jestem coraz bardziej rozczarowany. Dopiero na ostatnich (dosłownie) stronach zaczyna się jakaś akcja, i to bardzo ciekawa – Black Queen versus White Queen, czyli stara kontra nowa. A rysunki są takie sobie, momentami Bachalo trochę się stara, ale chwilami wcale. Jak w kolejnym numerze akcja nie ruszy do przodu, to będzie klapa na całego.

Venom vol. 2 #41
Gil: Ech, niepotrzebnie wracałem do czytania tego, bo tylko ponownie się rozczarowałem. Grafika jest tak okropna, że może kandydować do drugiego miejsca w kategorii kaszanki roku. Powiedzieć, że zniechęca do czytania, to za mało. Ona wręcz odrzuca. Ale jakoś prześlizgnąłem się po dymkach, tylko po to, by dowiedzieć się, że Bunn nadal męczy czytelnika jakąś swoją wizją, która zaczęła się w Fearless i nadal nie wygląda, jakby dokądś zmierzała. Czas na kolejne rozstanie, a na pożegnanie zostawię ocenę 2/10.

X-Men: Legacy vol. 2 #17
Gil: Ten numer podobał mi się... trochę mniej niż poprzedni. Ale i tak podobał się bardzo. Sam pojedynek traci trochę na tym, że odbywa się na pięści, przez co brakuje mu widowiskowości, ale wyrównuje świetnymi komentarzami Davida. Ciekawiej robi się w momencie, gdy okazuje się, że jednak dziewczę sprawiające kłopoty w mieście w poprzednim numerze na coś się tu przyda. Called it! Natomiast nie przewidziałem tego, że będzie to miało związek z szerszym kontekstem serii i rozgrywanym od początku wątkiem brata Ruth. No i super! Bardzo się cieszę, że Spurrier zdecydował się na sięgnięcie po ten wątek teraz, niż gdyby miał go opóźniać, a gdzieś po drodze seria by się wyzipała (ciągle prześladuje mnie ta wizja...). W tej sytuacji może się okazać dużym plusem nieprzewidziana obecność osób trzecich, czyli Cyc-Menów. No to jestem teraz bardzo-bardzo ciekaw, do czego to wszystko zmierza. I mam nadzieje, że rozwiązanie jednego wątku przyniesie nam coś jeszcze ciekawszego w przyszłości. No i nadal należy się plus za nie-huatowe rysunki. Więc za całokształt dam mocne 7/10.
jdtennesse: Wprawdzie wiedzieliśmy, czego oczekiwać, bo nawet okładka sugerowała wynik walki pomiędzy Scottem a Davidem, ale zakończenia na pewno się nie spodziewałem. W czasie walki mamy okazję wysłuchać wielu uwag ze strony Davida, muszę przyznać, że całkiem trafnych, szczególnie odnośnie Scotta. Roześmiałem się nawet, mam takie samo zdanie na jego temat jak David. Jest to dobry numer, wszystko trzyma się razem; tak jak w głowie Davida, tak i w komiksie panuje niejaki chaos – raz sceny walki, raz relacje telewizyjne, a chwilami sceny z jego głowy. Ale jest to chaos kontrolowany. Krytyka ze strony Davida jest naprawdę celna, myślałem, że prawie cały numer poświęcony na walkę będzie nudny, ale nie jest, dzięki narracji Davida towarzyszącej walce. David jest również szczery do bólu w ocenie samego siebie, przyznaje się do zwykłej zazdrości, wątpi w siebie i to co mógłby zaoferować rasie mutantów. W zmianie rysunków nie podoba mi się zbyt napakowany Scott, zawsze był szczupły, co nie umniejszało jego siły. Nawet jego przydomek Slim sugerował jego budowę ciała. Ale ogólnie rysunki są lepsze niż to, do czego mogliśmy przywyknąć. Ogólnie jest to ciągle bardzo dobry komiks, wart przeczytania. Wszystko jest przemyślane, zaplanowane i logiczne. Wprawdzie zastanawia mnie zasadność powrotu Luki, ale to się dopiero rozwiąże w następnym numerze. Jeśli zamkną tą serię, to zamkną najlepszą serię o mutantach.
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.09.18

Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.