Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #317 (16.09.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 16 wrzesień 2013Numer 37/2013 (317)


Wystartowały dwie nowe serie (obie powiązane z "Infinity"), u mutantów kolejna część "Battle of the Atom", a w Murder Worldzie dochodzi do kolejnych brutalnych walk.

Astonishing X-Men vol. 3 #67
Gil: Patrząc na ten zeszyt jako całość, mogę powiedzieć, że wyszła całkiem przyzwoita historyjka o dziewczynie z małego miasteczka, której marzenie spełnia się w nieoczekiwany sposób. Właśnie czegoś w tym stylu spodziewałem się po historiach Marjorie Liu w tej serii. Czegoś bardzej subtelnego, rzekłbym nawet - bardziej kobiecego. Szkoda tylko, że w szczegółach trochę się to rozłazi, bo motyw z mackowatym trąca naiwnością i za dużo jest zbiegów okoliczności. Nie jest to coś, co bardzo przeszkadza, ale nie pozwala wczuć się w pełni w historię, jak latająca nad nią mucha. Rysunki też nie do końca mnie przekonują, chociaż nie powiem, żeby były strasznie złe. Ogólnie mogło być lepiej, ale myślę, że całokształt zasługuje na słabsze 6/10.
Krzycer: Tego się nie spodziewałem. Zmiany klimatu, zmiany perspektywy... I dobrze, bo choć MLiu wciąż ma u mnie kopę kredytów za "X-23" (choć to też nierówna seria była, nie oszukujmy się), to jej AXM właściwie od początku było boleśnie przewidywalną serią. Więc jeśli nawet jedynym zaskoczeniem jest zmiana klimatu i perspektywy, to wciąż jest pozytywna zmiana.
Co by tu jeszcze? Małe miasteczko, wyobcowana dziewczyna, mutanci i kosmici. Standard. Chyba wolałbym, gdyby mackowaty kosmita nie był taki bezpośredni, żeby MLiu porwała się na jakąś metaforę, a nie tak dosłownie: "czas dorosnąć i takie tam".
Ale to i tak jeden z lepszych numerów jej runu.
Poza tym czekam aż kadr z Remym szantażującym Logana jego zdjęciem z kotkami trafi na Out of context.
grzgrzegorz: Nie jest dobrze. O ile ta historia z Bobbym była naprawdę super, o tyle ta obecna to po prostu duże meh, i to i tak za dużo. Trochę szkoda, że koniec tej wielce zasłużonej serii dla świata mutantów jest taki mdły. Pani Liu nie dość, że nie zaprezentowała nam żadnej porządnej historii, to jeszcze wcisnęła taka ilość głupich i nudnych dialogów, że odechciewa się nawet przeglądać ten komiks. Aż chce się podziękować Marvelowi, że po następnym numerze już koniec.
jdtennesse: Coraz bliżej końca serii. Nie jest wprawdzie źle, ale mogłoby być lepiej. Rysunki i kolory są naprawdę kiepskie, a to jest ważne przy medium jakim jest komiks. W historii przeszkadza mi trochę takie na siłę nawiązywanie do bycia innym, przynależności i wyobcowania, szczególnie męczące w syczących słowach obcego. Można takie kwestie przekazać nieco inaczej, między wierszami, dać czytelnikowi możliwość analizy i wyciągnięcia wniosków. Ale poza tym to historię czyta się przyjemnie, Wendy jest ciekawą postacią i jej przykład pokazuje, że rzeczywiście problemy zwykłych ludzi mogą przypominać problemy, z jakimi zmagają się mutanci. Chociaż pozostaje niedosyt.

Avengers Arena #15
Gil: Dobra, kto obstawiał trupa? Nagroda do odebrania w kostnicy. Ja tam nawet nie będę udawał, że zrobiło to na mnie jakiekolwiek wrażenie. Co najwyżej lekko zaskoczyło, że nie wyeliminowali Bloodstone'a, który był tu najbardziej oczywistym celem. Ale przynajmniej rozwiązali inny problem: jak taki ewidentny redshirt jak Nara mógł przetrwać tak długo? Yeah, whatever... nara, Nara. Sam pojedynek wypadł nienajgorzej, chociaż było tu parę głupich momentów. Jedni wyparowują, kiedy nie są potrzebni (X-23), a inni wyskakują zza krzaka (Reptil). Jeszcze inni zresztą wyparowali parę numerów wstecz i nikt nie zauważył (Deathlokówka). Sposób na pokonanie monstera jest delikatnie mówiąc, śmieszny. "Musimy zabić dzieciaka, albo dotknąć żaby magicznym pierścionkiem"? Talk about extremes... Głupie jest to, że dziewczę z Atlantydy nurkuje w masce, ale wiecie co jest najgłupsze? Chasehawk! Nosz kurde... już lepiej nazwaliby go Dorkhawk, to przynajmniej odpowiadałoby jego ostatnim zachowaniom. Ale przynajmniej wygląda to dobrze. Walker nieźle się sprawił i po chwili nawet tak przerośnięta żaba z zębami jak kołki przypadła mi do gustu w swej groteskowości. Myślę, że sprawiedliwe będzie umieszczenie tego zeszytu gdzieś w dolnych rejonach 4/10.
Demogorgon: Najgorsze jest chyba to, że jak się zastanowić, Hopeless żyje moim snem. Może pisać o postaciach które, jakoby, uwielbia i ma pełną swobodę, tak przynajmniej sądzę, robić z nim ico zechce, zabrać je w interesujące miejsca. Co gorsza, jest miłośnikiem historii w podobnym tonie, ja przecież uwielbiam Władcę Much i Battle Royale. Problem w tym, że on wykorzystuje to by stworzyć historię opartą na skradzionych motywach, nie dodając od siebie niczego oryginalnego i nie zadaje sobie trudu, aby zrozumieć postaci, które pisze, redukując je do roli tła dla jego nowych bohaterów, czego ja znieść nie potrafię. Przykładem tego jest doskonale numer piętnasty.avalonpulse0317a%20%5B1600x1200%5D.JPG
LADIES AND GENTLEMEN, RUSTLEMANIA IS BACK!
Podobno ludziom nie podoba się, że przybieram w swoich wypowiedziach ton agresywny i ostry, że mówię bezpośrednio co myślę i nie chucham ani dmucham na ludzi, którzy mogą mieć inną opinię. Jaka szkoda, że nie wymagają tego od nikogo innego udzielającego opinii, ale dobrze, zagram w waszą grę. Zrobimy to grzecznie i by the book. We can play by the book.
Jestem niestety zmuszony z przykrością poinformować, że w tym komiksie padła kolejna ofiara, którą fani uwielbiali i kochali. Jego strata boli mnie prosto w serce i zawsze będę go wspominać jako dobrego przyjaciela i kompana, którego towarzyszem byłem przy wspaniałych historiach, jak niewiele ich było. Spoczywaj w spokoju, talencie Kevina Walkera, byłeś zbyt dobry na ten grzeszny padół. Niestety, twój autor pękł, czy to pod presją terminów, czy też świadomości, jak beznadziejny komiks przyszło mu rysować. O ile zdarza mu się czasem zrobić jeszcze dobry panel, skazani jesteśmy na bycie straszonymi szkaradnymi potworkami wynikłymi z kompletnego zaniedbania rysunków wielu postaci. Nawet jeden panel z Nico nie jest narysowany tak, by była ona czymś więcej, niż jakąś koślawą karykaturą. Postacie, którym poświęca więcej uwagi, mają niestety smutną tendencję do posiadania jednej tylko twarzy. I jest to twarz z której bije wspaniała gama emocji w liczbie jednej - Dull Suprise. Sceny akcji w jego wykonaniu są nudne i statyczne, ale temu nietrudno się dziwić, kiedy zajmująca większość numeru walka jest tak słabo napisana.
Jak się okazuje, Dennis Hopeless ma tylko jedną sztuczkę w swoim arsenale pisania interesujących i groźnych antagonistów. Mianowicie, antagonista pokazuje jaki jest groźny, spuszczając lanie wszystkim najsilniejszym postaciom. Niestety, podobnie jak w przypadku Apex, Cullen a.k.a. Jack Kirby's Monstey Boy, wygrywa ze wszystkimi tylko dlatego, że ci wykazują się absolutnym brakiem kompetencji w dziedzinach, w których powinni być groźni. Reptil, który dinozaury powinien mieć w małym palcu, zmienia się w Spinozaura, gada, który żywił się rybami i nawet nie ma na tyle silnych szczek, aby stanowić jakiekolwiek zagrożenie, o czym powinien wiedzieć każdy, kto wie o nim cokolwiek prócz tego, że był w Parku Jurajskim 3. X-23, po raz kolejny, po tym jak Dennis Hopeless sam ustanowił jako fakt (czy też raczej powiedział nam o) jej niesamowite zdolności analizowania otoczenia w celu znalezienia najlepszego sposobu zabicia każdej osoby w nim, nie potrafi znaleźć sposobu na zabicie tego potwora. Chociaż tnie przez jego ciało jak papier, bez większych przeszkód. I chociaż, jak się okazuje, ma on swojego nosiciela na plecach, niczym wielki, pomarańczowy przycisk samozniszczenia. Darkhawk nie robi absolutnie nic, a przypominam, że to teraz najpotężniejsza osoba na wyspie. Naprawdę warto było zabijać Chrisa i dawać pancerz Chase'owi, który zupełnie takiego dodatku nie potrzebował, że o tym jak kłóci się to ze specyfiką Runaways nie wspomnę. Nico, po tym jak Dennis Hopeless robił tyle afery co do jej nowej, większej mocy, jest kompletnie bezużyteczna, a prócz jednej próby, której cel jest dosyć niejasny, jedyne co potrafi to strzelanie magicznymi pociskami i kulami ognia. Jest wielkim problemem gdy ktoś, piszący postać czarodziejki, nie potrafi wymyślić dla niej innego zastosowania, niż, jak to mówią w kręgach graczy D&D, blasting. Czarodzieje to postacie trudne, ze względu na wielką potęgę, jaką dysponują i wszechstronność - w momencie, gdy potrafisz wszystko, co tylko zechcesz, a tak ma się sprawa z rodzajem magii, jaki uprawia Nico, fakt, że nie potrafisz tego wykorzystać w kreatywny sposób czyni cię osobą niekompetentną. Zdaniem pana Hopelessa jedyne, do czego Nico się nadaje to strzelanie zaklęciami zadającymi obrażenia, co jest o tyle smutne, że ona zawsze charakteryzowała się pomysłowością w używaniu czarów i używała ich właśnie do innych celów, niż miotanie kulami ognia. Co zresztą nie powinno być dla niej możliwe, bo jej laska potrafi każde zaklęcie rzucić tylko jeden raz. Jej postać została ogłupiona i pozbawiona sporej części swego charakteru, aby Jack Kirby's Monster Boy mógł wypaść na groźnego i niepokonanego. Co jest tanią sztuczką, przez którą każdy mający chociaż niewielkie pojęcie o storytellingu, potrafi przejrzeć.
Koniec końców dostajemy słabą i przewidywalną, nudną walkę, w której antagonista jest lepszy od wszystkich innych, bo tak mówi autor. W smutny sposób przypomina to nie tylko takich antagonistów jak Red Hulk Jepha Loeba czy Harvest z the Culling od DC, ale też jest powtórką z poprzedneigo story arcu z Apex, skondensowaną w jednym numerze. Antagonista, aby działać, musi mieć coś więcej, niż kopać lokalnych twardzieli na prawo i lewo. Przynajmniej Corvus Glaive ma przyjemną w czytaniu osobowość, czego o wielkim, głupim potworze, jakiego dostajemy tutaj, nie da się powiedzieć.
Kolejny schemat, jaki się wyczerpał, to sposób, w jaki pan Hopeless ubija postaci. Przed śmiercią Nara dostaje flashback. Który zajmuje dwie strony. I nie mówi nam o niej absolutnie nic, prócz tego, że Namor ją wygnał za zdradę jej rodziców. Byłoby lepiej, jakby więcej uwagi poświecono jej historii, aniżeli nudnemu i nieciekawemu starciu. Warte zaznaczenia jest, że Nara zyskała osobowość teraz, po czternastu numerach. Wcześniej była płaska i szablonowa, a jej charakter nie sprowadzał się do niczego, tylko bycia w złym humorze i całowania Slaine'a Jurniora. Metoda polegająca na daniu postaci nagłego charakteru i backstory na chwile przed jej śmiercią to niestety kolejna zużyta i nudna klisza, która może zadziałać, w rękach sprawnego autora, jak udowodniła manga Battle Royale, ale niestety, Dennisowi Hopelessowi brakuje ku temu talentu i umiejętności. W wyniku tego dostajemy tanią sztuczkę, która nie działa. Śmierć Nary jest może i bohaterska, o ile zignorujemy kompletną głupotę, jaką z jej strony był brak próby uniknięcia pazurów Jack Kirby's Monster Boy'a, i chociaż wywołuje ona dramat i łzy, są to łzy puste, ponieważ nie wzbudzają emocji w czytelniku, który nie potrafił jej polubić. Co każdy, kto posiada chociaż niewielką znajomość komiksowych schematów, powinien tu zobaczyć to Upychanie Do Lodówki - zabijanie postaci tylko po to, aby pchnąć charakter innej w pożądanym kierunku. To metoda, która w dzisiejszych czasach świadczy tylko i wyłącznie o lenistwie i braku kompetencji autora, który nie potrafił napisać historii bez uciekania się do ogranych motywów. Samo w sobie nie byłoby to złe, ale niestety, tutaj brakło też osobistego wkładu w te motywy, uczynienia ich własnymi i oryginalnymi. Pozostała tylko taśmowa robota jakich wiele, pusta wydmuszka.
Co gorsza, charakteryzacja Nary w tym komiksie mówi nam wiele przerażających rzeczy o tym, jak Dennis Hopeless rozumie miłość. Powtórze za osobą mądrzejszą ode mnie, jeśli pozwolicie - zachowanie Nary nie było nigdy przejawami miłości, to było klasyczne zachowanie wampa, pełna manipulacji próba przetrwania gdy nikt cię nie lubi. A teraz, nagle, autor próbuje nas przekonać jak to ona bardzo kocha Slaine'a Jr. Ha przecinek ha przecinek ha. Nie, to nie przejdzie, ktokolwiek uważał przy lekturze potrafi przejrzeć te grubymi nićmi szyte kłamstwa autora na wylot. o nie jest rozwijanie charakteru postaci, to próba zamydlenia oczu odbiorcy, by myślał, że to ma miejsce, chociaż nie ma żadnego związku przyczynowo-skutkowego między stanem wyjściowym a końcowym. Tylko dym i lustra.
A tak przy okazji - kryptologia to, jak podaje wikipedia, "dziedzina wiedzy o przekazywaniu informacji w sposób zabezpieczony przed niepowołanym dostępem." Ciekaw jestem jakim cudem w książce o kryptologii Slaine Jr. i Jack Kirby's Monster Boy znaleźli informacje o potworze. Zapewne chodziło o kryptozoologię - taka pomyłka to kolejny dowód rażącej niekompetencji ze strony zarówno autora, jak i jego edytora, który powinien to wyłapać.
I jeszcze jedno. Oto schemat tego numeru - jedna z nowych postaci Hopelessa próbuje wszystkich zabić i przechodzi przez najniebezpieczniejsze postacie w serii jak nóż przez masło. Darkhawk jest kompletnie bezużyteczny, X-23 zapomina swoich umiejętności a Nico zostaje drastycznie osłabiona, aby pokazać jaki ów Original Character jest groźny. Koniec końców postać żeńska poświęca się, ratując pozostałych, ale tragedia jej śmierci jest unieważnione przez fakt, że zginęła ze swojej własnej, bezdennej głupoty. To numer dziesiąty. Autor zaczął kraść od samego siebie, na tym etapie ten komiks dokonuje aktu intelektualnego samozjedzenia. Prawdziwie, jest to zasłużony laurerat nagrody Haveya, panie i panowie.
Na plus mogę zaliczyć, że po pierwsze, jest to kolejny numer bez udziału Kathy, a po drugie, obietnice Dennisa Hopelesa jakoby to zamierza uczynić Nico "mroczną" i "bardziej bezwzględną" póki co pozostają w strefie obietnic i mam nadzieję, że jej nigdy nie opuszczą. Poczynił już dość zniszczeń w tej postaci.
Tak na marginesie - wiem, że jestem jedyny, ale uważam, że wydawanie komiksu o niczym, tylko bezsensownym mordowaniu dzieci, w rocznicę zamachów z 11 września jest w złym smaku.
Soundtrack: I can't defeat Air Man
RUSTLEMANIA SHALL RETURN!
Krzycer: Szkoda Nary, była najfajniejsza z nowej bandy. Ogólnie... podobał mi się ten numer. Hopeless ładnie wyczuł Namora w retrospekcji. Poświęcenie niebieskiej było przewidywalne, ale foreshadowing (krew na owiewce kasku) ładnie wypadł. Mówi się trudno. Tymczasem czekam na powrót Laury do gry.
Detal, o którym kompletnie zapomniałem - potworną wersję Cullena widzieliśmy po raz pierwszy dawno temu, w numerze o Kid Britonie, w retrospekcji z Braddock Academy.
wolvie111: No nie! Nara była moją ulubioną nową postacią! Lubiłem ją właśnie za te wszystkie negatywne cechy, których wyzbyła się w tym numerze i przez to zginęła. W Murder World nie ma miejsca dla bohaterów, liczyłem na to, że ona będzie wiedziała o tym najlepiej. Choć to przeczuwałem, to szkoda mi bardzo. Sam numer mi się podobał, historia Nary z Namorem ciekawa, przy okazji samo jej pokazanie tylko mnie utwierdziło w przekonaniu, że to ona będzie trupem. Tak czy siak, finał się zbliża, więc i ofiar powinno przybyć. Poleciała jedna z nowych postaci, to teraz może kolej na kogoś z Avengers Academy? Gdybym miał strzelać to w Reptila. bang! bang!
grzgrzegorz: Co to była za walka mój panie...meh. No właśnie. Głupia, zbędna, naiwna. Te przymiotniki według mnie trafiają w samo sedno tego numeru. Już tuż, tuż koniec serii a tu jak nie było żadnych przejawów fabuły, tak nadal nie ma. na początku tej serii byłem bardzo pozytywnie nastawiony, lecz życie (i autor tego "arcydzieła") ostro to skorygowało. Cieszę się, że niedługo koniec.
 
Avengers vol. 5 #19 (Infinity Tie-In)
Gil: No dobra, Avengers powoli zaczynają wychodzić z tła i odgrywać większą rolę. W sumie to prawidłowo, bo w końcu to ich własny tytuł i cały event wokół nich się rozgrywa. No i z punktu widzenia fabuły również jest to logiczne, bo mają asa w rękawie w postaci Ex Nihilo. Tylko trochę dziwne, że nikt wcześniej go nie zauważył... ale dobra, można przyjąć, że siedział w Quinjecie i się nie wychylał. To w sumie też nic bardzo dziwnego, jeśli zauważymy, że jego rasa sieje rozpierduchę i nie wiadomo, jak zareagują potencjalni sojusznicy (czy na przykład nie zechcą go wypatroszyć, żeby zobaczyć z czym mają do czynienia). Hickman świetnie radzi sobie z pokazywaniem, jak duża jest stawka w grze, za pomocą faktów podawanych niby przypadkowo. I w tej roli bardzo fajnie wypada Supereme Intelligence. Podoba mi się też, że w sojuszu pojawiają się rozłamy oraz, że w tym numerze większy nacisk położony został na samych Builderów. Jestem autentycznie ciekaw, co nimi kieruje i dlaczego tak drastycznie zmieniła się ich filozofia? No i dlaczego nie produkują już Abyssów? I jeszcze, co tam nasi Earth's Mightiest zaplanowali? Natomiast jeśli chodzi o stronę graficzną, to jak dla mnie, wygląda ten zeszyt nawet lepiej niż otwarcie Infinity. Wciąż jest to mocarne 7/10.
kuba g: Po pierwsze, scena między Supreme Inteligence, J'sonem Spartaxem, a Capem jest najlepszym środkowym palcem dla wszystkich płaczków, których wkurza istotność ziemi w Marvelowym kosmosie. Po drugie, definitywnie w tym momencie jestem w stanie powiedzieć, że czyta mi się to lepiej niż Annihilation, tak, powiedziałem to. Choć może za miesiąc będę to odszczekiwał.
Krzycer: ...czemu Yu rysuje Ex Nihilę tak, jakby przy każdej możliwej okazji obmacywała Captain Marvel?
Poza tym drobnym detalem - dobry numer. Może trochę szkoda, że Builderzy tak szybko wypięli się na ofertę J-Sona... ha. Właśnie się zorientowałem, że kolejny raz narzekam, że Hickman bardzo szybko rozgrywa wątki. Biorąc pod uwagę, że zazwyczaj zajmuje mu to parę lat... to chyba dobrze? Bo zgaduję, że to oznacza, że ma dla nas jeszcze dużo niespodzianek.
Nie mogę się doczekać.
Demogorgon: Nie, ja mam dość, im dalej z tym kosmicznym plotem tym ssanie jest mocniejsze. Teraz Hickman wyciąga najgorszy i najgłupszy plot device w historii science-fiction, którego nienawidzę z całego mojego przegniłego serca. Builders chcą zniszczyć Ziemię. Specyficznie i konkretnie chcą zniszczyć Ziemię. No oczywiście. Ziemia musi zawsze być wyjątkowa i specjalna, najważniejsze miejsce w kosmosie. Wkurzało mnie to w Chaos War, które uwielbiam, rzuciłem czytanie Sinestro Corps War gdy nagle przerzucili akcję na Ziemię. Tu mnie doprowadza do wrzenia. Wybaczcie, ale ja wolę jak kosmiczne historie i kosmiczne wojny są, wiecie kosmiczne. To znaczy "jak najdalej od Ziemi".
grzgrzegorz: Nadal jest dobrze. Jeśli spojrzymy na ten komiks od strony graficznej - widzimy miodność. Jeśli spojrzymy na historię - jest lekkie zwolnienie fabuły, jednakże bardzo spodobało mi się bliższe spojrzenie na Karolkę, co moim zdaniem bardziej rozbudowuje historie i pogłębia postaci biorące w niej udział. Nie mam jakichś większych zastrzeżeń, co świadczy samo za siebie i czekam na więcej.

Captain America vol. 7 #11
Gil: Swego czasu Ed Brubaker przekonał mnie, że za tarczą i flagą kryje się fajny facet, ludzki człowiek, taki sobie zwykły Steve. I polubiłem tego gościa, chociaż wcześniej drażnił mnie straszliwie. A teraz znów los się odwrócił i jakby wszyscy sprzysięgli się, żeby mi tę postać obrzydzić. Na czele tej parady stoi zaś Remender. Jeśli kojarzycie ten odcinek South Parku, w którym chłopaki rozpaczają nad tym jak Lucas ze Spilbergiem zgwałcili Indianę Jonesa, to jest to właśnie tego typu uczucie. Jeśli pamiętacie FrankenCastle, to wiecie, czego się obawiam. Jakby nie wystarczył ten durny pomysł z wciśnięciem Capa na 12 lat do Dimension Z, to teraz jeszcze zanosi się na jakąś amatorską rewoluszyn pod wpływem panny Zolównej. Yeah, because that’s what you do, when your girlfriend gets blown up… Już nie wiem, co jest gorsze: to że w tej wersji Cap ma ściany obwieszone własnymi zdjęciami i swastykami, czy to, że wywala to wszystko na zawołanie. Przy okazji: rozpalanie ogniska na dachu nie jest dobrym pomysłem, nawet w deszczu. Smokey The Bear is disappointed with you, Captain! Z innych ciekawostek: Fury junior ma ciągoty do BDSM, a Banner jest teraz neurochirurgiem. Aha, i nikt wcześniej nie zauważył, że Steve starzeje się wolniej. Nikt w całym cholernym uniwersum! Niech im ktoś wstawi palmę na fejsa … A na koniec jeszcze słówko o grafice: to, że nie bazgroli tu Romita, wcale nie oznacza, że jest lepiej. Ta seria to crap i pewnie wkrótce się z nią rozstanę. A tymczasem dam 2/10.

Deadpool vol. 3 #16
Gil: Poprzedni numer nadrobiłem po zachęcających recenzjach, a po ten sięgnąłem już bez wahania. Wreszcie jest naprawdę dobrze! Kolektyw przypomniał sobie, że Deadpool jest w gruncie rzeczy postacią tragiczną i postanowił opowiedzieć historię, która przypomni o tym reszcie świata. No, i trzeba przyznać, że jest to dość mocna historia, zahaczająca o obszary politycznych i moralnych komentarzy. Za tą ciemną stroną Deadpoola tęskniłem, odkąd inny kolektyw zafundował mu lobotomię charakteru, więc obejmuję ten ociekający deszczem i umazany błotem dramat, jak zagubionego szczeniaka. Tak, tak, podoba mi się i to bardzo. Zastanowiłbym się najwyżej, dlaczego akurat takie obiekty testowe wybrano, ale może twórcy zdecydują się to wyjaśnić w ciągu dalszym, więc się nie czepiam. Nawet rysunki mi się podobają, chociaż zwykle nie jest to moja bajka. Tym razem wystawiam solidne 7/10.
grzgrzegorz: Komiks po który sięgnąłem, chociaż miałem już tego nie robić. I to był błąd. Nie chce mi się nawet rozwodzić nad tym co jest złe w tym komiksie, ale chciałbym zwrócić uwagę, że dużymi krokami zbliża się powrót naszego ulubionego elfa do żywych, i jego cameo z Poolem nie powinno dziwić. Aha, strasznie wkurzyła mnie ostatnia strona i to co sobą zapowiada.

Fantastic Four vol. 4 #12
Gil: Mam taką sugestię dla tych, którzy jeszcze nie czytali: zajrzyjcie na ostatnią stronę, a resztę olejcie sikiem koszącym. Dlaczego tak? Dlatego, że jedynym wartym wspomnienia elementem tego zeszytu jest fakt, że ruszył trochę z miejsca wątek „coś się dzieje z Thingiem”. A, przy okazji można potraktować to edukacyjnie, jeśli kogoś nurtuje pytanie: co on ma pod kamieniem? Podpowiadam: nie chodzi o robaka. Cała reszta? Rozdrobnić, namoczyć i pociągnąć za spłuczkę. Na nic nie wpływa, niczego nie wnosi, nie jest ani trochę ciekawa, a wręcz nudzi niemiłosiernie. Dobrze, że skryba się wkrótce zmieni. Przy okazji powinni wymienić też rysownika, bo Bagley nie potrafi dziecka narysować. Powiedziałbym, że więcej nie ruszę, ale skoro zmiana jest zapowiedziana, to jakoś do niej dotrwam. A tymczasem 2/10.

Fearless Defenders #9
Gil: Domyślam się, że celem tego numeru było dostarczenie comic refief. Pedkreślę tu sformułowanie "domyślam się", bo nie rozbawiła mnie specjalnie żadna z tych prób. Ot, kobitki się tłuką, a faceci siedzą w barze i gadają o dupie Maryni. Prawie dosłownie. Wygląda to tak, jakby Bunn przeczytał dyskusję o związkach z Illuminati i stwierdził, że też by tak chciał, Tylko, że mu nie wyszło. Właściwie to jakoś tak zamiast na tych dyskusjach, skupiłem się na wyszukiwaniu niewygodnych pytań w rodzaju: "czy aby ta wersja Enchantress nie była sepleniącą nastolatką?", albo: "gdzie się podziewał Nate przez cały ten czas?". O dziwo, sztuczka, która podobała mi się poprzednio - czyli Annabelle na chwilę przejmująca kontrolę nad Val - w tym przypadku wyszła irytująco. I obawiam się, że tak już zostanie. Będą ja wciskać w najmniej odpowiednich momentach myśląc, że to zabawne. W dodatku rysunki były tutaj jakieś strasznie plaskikowe, a tuszowanie wyglądało miejscami dziwacznie. To również wyląduje na pozycji 3/10.
Krzycer: Porzuciłem tę serię parę numerów temu, tu zajrzałem, bo usłyszałem, że Nate się pojawia.
No i się pojawił. A Cannonballs wyszedł na dupka ("a bawcie się, ja jestę Avengerę"). A Elsa chodzi z wilkołakiem, a Bella z wampirem i co ja czytam i po co?
Wracamy do ignorowania FD i wszystkiego co z Bunnem związane.

Indestructible Hulk #13
Gil: Zastanawiam się, czy numer ten miał służyć czemuś więcej niż odfajkowaniu obowiązkowego przystanku we wszystkich marvelowych historiach o podróżach w czasie? Swoją drogą, to w tym Camelot musiał być straszny ruch... Pewnie kręciło się tam więcej przybyszów z innych czasów, niż tubylców, więc aż dziwi fakt, że nie potykają się tam o siebie nawzajem. Ale wróćmy do tematu... Chronopunki przejęły zamek i Hulk spuszcza im łomot. Koniec tematu. Serio. Miałem nadzieje, że ta historia będzie miała do zaoferowania coś więcej niż tylko bitkę z gościnnymi występami postaci z epoki (czy ja nie pisałem tego ostatnio?), ale jak na razie chyba nie ma na co liczyć. Może zrobi się ciekawiej, kiedy spróbują wyeliminować Sałatę? Albo jeśli ta inteligencja zostanie mu na dłużej. Aha, na minus zaliczę też brak zgrania u obu rysowników i znikającą brodę Hulka. I skończymy na słabszym 6/10.
kuba g: Superman Time And Time Again część druga... Deja vu z tą serią mi nie mija i dalej nie wpływa na niekorzyść samej lektury, mimo, że ten numer jest już słabszy od poprzedniego. Nie dlatego, że nagle Waid strzelił chałturę, po prostu w tym numerze nie dostajemy praktycznie nic poza rozwałką i szczątkowym (i przewidywalnym) twistem na koniec. Może następny numer będzie miał więcej do przekazania.
grzgrzegorz: Bardzo lubię takiego Hulka. Bardzo fajnie prezentuje się też strona graficzna numeru- kadr na którym widzimy wojowników z różnych czasów jest miodny i chętnie wydrukowałbym sobie coś takiego jako plakat na moją słomiankę w pokoju. Drugim smaczkiem jest Black Knight wyglądający na jednym z kadrów jak Daredevil (a może to tylko brak umiejętności u rysownika, lub jego niedopatrzenia? Nieee). Fabuła nam się ślicznie rozwija, czekam na więcej.

avalonpulse0317b%20%5B1600x1200%5D.JPG Infinity: The Hunt #1 (Infinity Tie-In)
Gil:
Taaa... za dobrze było i trzeba dorzucić parę z dupy wyjętych tie-inów w miniseriach ani trochę nie związanych z głównymi wydarzeniami, poza jakimiś bzdurnymi nawiązaniami, zrobionymi na okrętkę. Koncept, który seria prezentuje na samym początku wygląda jak wykastrowana wersja Avengers Areny... to znaczy, Hunger Games... to znaczy, Battle Royale... skrzyżowaną z Turniejem Trójmagicznym, a prowadzona pod szyldem Contest Of Champions tylko dlatego, że akurat do tego szyldu Marvel wciąż ma prawa (a może postanowił je odświeżyć przed jakimś większym nadchodzącym projektem?). Może komuś spodoba się opcja, która wykorzystuje postacie z młodszego pokolenia bohaterów, nie próbując ich przy tym wymordować... a przynajmniej nie wprost. Niestety, to wcale nie jest takie pewne, bo sytuacja sprzyja gęstemu ścieleniu się trupa: dużo mamy tu no-nejmów i wszyscy wiemy, jakie są trendy. Zwłaszcza niepokoi mnie obecność wielu postaci znikąd, które są przedstawiane w bardzo toporny sposób i ogólnie słabo pomyślane (bo wiadomo: jak ktoś się nazywa Bull, to ma zdolności lwa, a jak dziewucha jest z Japonii, to musi mieć tentacle-based pawahs...). Jedyna postać, z miejsca robiąca lepsze wrażenie, to Kid Cthulhu. Aha, no i oczywiście szkoły są wszędzie: na Atlantydzie (która praktycznie nie istniała od roku), w Wakandzie (która jakoś wcześniej tych dzieciaków nie pokazywała), w Latverii (bo batiuszka Doom kocha dzieci) oraz w Azji (bo tak duży kraj jak Ejszja musi mieć swoją szkołę, rajt?). Szkoda, że najdziwniejszym, kosmicznym wprost zbiegiem okoliczności, Thanos postanawia zaatakować akurat podczas inauguracji ich olimpiady specjalnej. To wszystko jest tak cholernie ponaciągane i grubymi nićmi szyte, że rozleci się przy pierwszym pierdnięciu. Nie spodziewam się, żeby po takiej dawce sucharów, ta seria mogła jeszcze czymkolwiek pozytywnym mnie zaskoczyć. Rysunki również odebrałem jako mało natchnione, więc niewiele jest powodów, by jeszcze tu wrócić. Za ten pierwszy kontakt dam 3/10, a nad drugim jeszcze się zastanowię.
Demogorgon: Czekaj, chcecie mi powiedzieć, że Avengers Arena dzieje się w tym samym czasie co ten komiks, może nawet przed numerem #13? Chcecie mi powiedzieć, że Avengers Arena, komiks o górze dzieciaków na wyspie, bezbronnych wobec ataku, ma miejsce w tym samym czasie co atak na ziemię szalonego, kosmicznego kultu, który chce pozabijać wszystkie dzieciaki jako trybut dla Thanosa? Chcecie mi powiedzieć, że Corvus Glaive i jego ekipa nie wpadną do Arcade'a jak powinni, bo....bo co? Niech zgadnę, zdołał ukryć swoja obecność nawet przed nimi? Gratulacje, Avengers Arena własnie uczyniła całą bandę Thanosa niekompetentnymi idiotami i zarazem sprawiła, że cała ta inwazja nie wydaje się taka straszna, rujnując zarazem koncept eventu, samym swoim istnieniem. Oto jak bardzo ten komiks ssie, cały event został zakażony jego ssaniem!
A po za tym - nic się nie dzieje. Przynajmniej mam wrażenie, że autor czuje postaci, mniej-więcej. Czy możemy zabić Quentina?
W tym samym dniu w którym nara ginie, dostajemy kolejną uczennicę Braddock Academy, która jest wodną istotą, tyle tylko, że wygląda jak Cthulhu. To właściwie zabawne nawet.
Nowe postacie mnie póki co nie kupiły, ale też nie miały za bardzo jak. Bo niby czym, tymi dymkami z myślami? ten schemat szybko się zrobił nudny i zlały mi się te patałachy w jedno, ale hej, dobrze im życzę, niektórzy z nich mają potencjał i chciałbym, aby przeżyły.
Czy to coś na okładce to ma byc Corvus? I jak się ta seria ma do continuity całego eventu?
odwieczny: Eeee... nie bardzo wiem jak to ująć... czytając Infinity odniosłem wrażenie że Logan podczas ataku na Ziemię został przebity włócznią (czy coś w tym rodzaju) w swojej szkole... natomiast tutaj widzimy jak "atak" obserwuje z innego miejsca... nawet jest na okładce następnego numeru jak prowadzi bitkę z wrogiem... eeee... czyli że co? walczy na dwa fronty jednocześnie?
Krzycer: Olaboga, ależ to było słabe. X-Men vol. 3 #5 przynajmniej ma parę zalet i ogólnie sprawdza się jako komiks. "InfHunt#1" to nie komiks, to powinno się ukazać jako ciekawostka dla kolekcjonerów - errata do handbooka albo coś w rodzaju "From the files of Nick Fury". Ot, stoją i pokazują: budynek (z przekrojem!), inne szkoły i piętnaście postaci z krótkim podsumowaniem.
To. Nie. Jest. Komiks.
To jest reklama komiksu.
A jak dodamy do tego jeszcze problemy z bilokacją Wolverine'a i statusem Atlantydy to wyjdzie naprawdę niezła kaszanka. Zdecydowany gniot tygodnia, a jeśli nie wyleci mi z głowy, to będę go przypominał przy okazji tegorocznych Zvalonów.
grzgrzegorz: Podoba mi się. Nie wiem dlaczego ale właśnie tak jest. Postanowiłem podejść do tego komiksu na luzie i uznać go za żart i dzięki temu mogę się cieszyć tym natłokiem postaci które nic nie robią. Tylko tak jakby...nigdzie to nie pasuje i gryzie się z reszta crossa, ale co tam. Czekam na numer #2.

Mighty Avengers vol. 2 #1 (Infinity Tie-In)
Gil: Zacznijmy od zadania jednego pytania podstawowego: CO TO %^&#@ JEST?!? Gdybym na okładce widział logo Heroes For Hire, jeszcze może bym to kupił, chociaż to i tak bardziej przypomina Mighty Minority Mutates... Pod szyldem Avengers? Chyba tylko jako Avengers Rejects. No bo powiedzmy sobie szczerze: wbrew złudzeniom co poniektórych, są tylko dwa motory ciągnące tę serię - Spider-Man i Cage. Przy czym spodziewam się, że pierwszy zawita tu na kilka pierwszych numerów, tylko po to, żeby seria nie zdechła od razu, a drugi... Drugi to początek serii nielogicznych wpadek. Cage opuścił Avengers, żeby zająć się rodziną, rezygnując przy tym z wygodnego kąta i dobrze płatnej posadki. Po jaką cholerę więc znów bawi się w Heroes For Hire? W każdej chwili mógł wrócić do starego teamu, jeśli brakowało mu kasy lub wrażeń, więc ten pomysł jest absolutnie od czapy. Podobnie Monica Rambeau - opuściła Avengers z powodów osobistych i zaszyła się na kutrze w Nowym Orleanie. A tu nagle pojawia się w NiuJorku, aspirując do roli celebrytki... Uderzyła się w głowę kotwicą, czy co? Bo zupełnie to nie pasuje do wielu lat jej historii. No i jeszcze mamy tajemniczego osobnika w różowych rajtuzach... Monica go zna i trochę przebywał poza Hameryką... czyżby Black Knight? W sumie, z tego co kojarzę, to mógł on być na tyle przymulony, żeby ze sklepu pełnego kostiumów dla profesjonalnych hirołów wybrać sobie różową pidżamę... Ech... im bardziej wczytuję się w ten komiks, tym bardziej mnie irytuje. Jest nieprzemyślaną próbą podpięcia pod logo Avengers bandy przypadkowych frajerów, wykorzystując okazję, jaką daje wielki event. I nawet tego nie potrafi wykorzystać, bo podpina się do niego całkowicie nieporadnie, nie zachowując podstawowej logiki. Jasne, fajnie, że postacie z ligi podwórkowej dostają szansę, ale coś za tym musi iść, bo inaczej będzie to kolejny kapiszon, który sprawi, że kolejnej szansy mogą nie dostać. Jak dla mnie, ten pierwszy numer jest kompletną porażką, ale przynajmniej do końca eventu dam serii kredyt. Mimo to, wystawię nie więcej niż 3/10.
Demogorgon: Jest ok. Lubię Spocka, więc jego rola jako jedynej rozpoznawalnej dla szerokiej publiczności twarzy mi nie przeszkadza. Jest zabawny i ciekawy, traktuję go jako osobną postać od Spider-Mana i Octopusa.
Lubię resztę zespołu. Luke Cage, Monica Rembeau, Power Man, nawet White Tiger jest fajna - chyba wolę ją od tej z Academy, jej charakter jest ciekawy, a, że wpada w łapy Otta...Wyczuwam tu potencjał.
Kogo obstawiacie jako Spider-Hero? Mam pustkę w głowie jeśli o niego chodzi. Może dlatego, że nie zrozumiałem co mówi ten stereotypowy francuz.
Zabawny nowy złoczyńca, BLUE STREAK! Chcę go więcej.
Na minus oczywiście rysunki Landa.
nie chce mi się rozpisywać. Jest ok, miłe czytadło, wszyscy są in-character, dam temu szansę. Jeśli to najbliższe co mam szansę dostać w kategorii teamu prawdziwych C-Listerów, a nie tapety dla Rogersa (hello Havok, Smasher, Cannoball & Sunsprot), to może nawet przecierpię słowo Avengers w tytule.
kuba g: To... nie było takie złe. Trochę pogadamy, trochę poniszczymy, ot tak, że trochę czuć w tym ducha starych New Avengers. W zestawieniu z resztą ekipy nawet mogę tolerować Superiora choć nie rozumiem braku Iron Fista w niej. Nie mam nic więcej do dodania o tym numerze (bo aż tak wiele to w nim się nie wydarzyło) ale chyba dam tej serii szansę na dłużej. Szkoda tylko, że jej start jest powiązany z eventem i zaprzepaszcza mi to na razie szanse powrotu regularnej serii o Heroes For Hire.
Krzycer: A to, dla odmiany, było całkiem przyjemne. Nawet pomimo Landa. Ot, dobre wprowadzenie, zobaczymy, jak to się potoczy dalej... A tymczasem nie pozostaje nic innego, jak obstawiać, kto jest tajemniczym Spider Hero. I got nothing bo nie wiem, z kim Monica może się kumplować.
Swoją drogą, Ewing dostanie ode mnie ciasteczko, jeśli kiedyś wyjaśni, co się stało z Angelą... Tak a propos biednych niekochanych z-listerów. Pamiętamy!
grzgrzegorz: Czytając ten komiks strasznie zaleciało mi animowanym Ultimate Spider-Manem. Poza tym +100 za The Splendiferous Spider Hero i jego kostium. Drugi fajny debiut w tym tygodniu. Jeśli lubicie nie zobowiązującą nawalankę to zachęcam do zapoznania się z tym komiksem.

Ultimate Comics: Ultimates #30
grzgrzegorz:
Nie spodziewałem się, że ten komiks może mi się tak spodobać. Większość rzeczy została w miarę dobrze wytłumaczona i nie za bardzo jest się do czegoś przyczepić. Podobało mi się zakończenie i zapowiedź nadchodzących wydarzeń. Podoba mi się, czekam na Cataclysm.
Spartan: Świetny ostatni numer. Fialkov w idealny sposób połączył wszystkie wątki z wcześniejszych wydarzeń. Nawiązania do trylogii "Ultimate Doomsday", do wydarzeń zaprezentowanych w Ultimates Hickmana, a także "Age of Ultron". Jest to również wstęp do Cataclysmu i jest to wstęp robiący dużą chęć na tą historię. Rysunki również bardzo mi się podobały. Żałuję tylko że Fialkov nie dorwał Ultimates wcześniej bo wiedział jak ich pisać. Ale ostatni numer i cały jego run polecam. No i nie mogę się doczekać Cataclysmu.
 
Uncanny X-Force vol. 2 #11
Gil: Gdybym kiedyś dostał możliwość zadania jednego pytania imć Humphriesowi zapytałbym, czy on w ogóle wie, o czym pisze? Bo mnie się wydaje, że chyba nie… W poprzednim numerze wyglądało to tak, jakby pod wpływem piekielnej berbeluchy Storm, Psylocke i Puck zmienili się w ywil-ywil wersję siebie samych. Tutaj okazuje się, że absolutnie nie – te stworki wyskoczyły im z głów i hasają sobie zupełnie osobno, w dodatku wiążąc oryginały i szydząc z nich okrutnie. Wcześniej to Betsy miała w głowie Demon Beara, a teraz znów jest z Bishopem i to w całkiem realnej formie. I nie każcie mi nawet zaczynać tyrady o tym, jak bardzo bez sensu jest wszystko, co związane z Bishopem… Ale jest światełko w tunelu, bo w tej idealnej, bajkowej wręcz wersji Los Angeles, gliniarz na widok czarnoskórego, uciekającego ze sklepu z koszykiem fantów, krzyczy „stój!”, a nie pakuje mu w plecy sześć kulek. Utopia! Potem oczywiście Bishop sam jeden odbija wszystkich, żeby nie było wątpliwości, jaki jest dobry. A na końcu pojawia się Spiral, żebyśmy wiedzieli, że pierwsze 6 numerów nie było na nic. Mnie tego nie trzeba tłumaczyć, ja doskonale widzę, że wszystkie 11 było z dupy wzięte. Zatem ocena będzie proporcjonalna: 2/10.
jdtennesse: No dobra, przyznam się, nie zrozumiałem tego tłumaczenia z Bishopem. Gdyby nie to, to jest średnio. Dziwne, że najpierw dają się złapać swoim "lepszym" wersjom, a potem z taką łatwością je pokonują. Storm nawet zabija swojego sobowtóra. I Bishop przyjmuje ją do Zakonu. Eh… Rysunki nawet nie są złe, wyglądają ciekawie i mogą się podobać. A Bishop najpierw wędruje i przypomina protokoły Zakonu, a potem "samodzielnie" ratuje pozostałych. I w końcu pojawia się Spiral, no bo w końcu musi kiedyś oficjalnie się przyłączyć do zespołu. Powtarzam, nie jest najgorzej, ale nie wszystko zrozumiałem. Dobre rysunki.

Wolverine vol. 5 #9
Gil: Muszę przyznać, że coraz bardziej lektura tej serii przypomina mi jazdę rollercoasterem: strasznie dużo nagłych skrętów i zmian poziomu. Na szczęście nie robi się niedobrze. W porównaniu z poprzednim numerem jest lepiej, chociaż pomiędzy zeszytami jest przeskok, który lekko wybił mnie z rytmu zanim przypomniałem sobie poprzednie zakończenie. Okazało się, że akcja Mystique nie jest tak zupełnie przypadkowa, a wręcz może wyrosnąć na drugą oś całej tej historii. Co byłoby fajne, gdyby nie fakt, że ta pierwsza oś ciągle spychana jest na bok. Sam pomysł z wyzwaniem jest całkiem fajny, chociaż nie koniecznie trzeba było wymyślać nową backstory, skoro jest już miecz Muramasa. Podoba mi się też powrót klasycznego duetu Logan & Kitty. Cornell bardzo dobrze czuje dynamikę między nimi i fajnie się ich razem czyta. Szkoda tylko, że rysunki Davisa nie mają wartości dodanej. Nic nie wnoszą do klimatu, a wręcz przeszkadzają w jego zawiązaniu. Może być 6/10.
Krzycer: Kolejny komiks, który w tym tygodniu skręcił w nieprzewidzianym kierunku. Fajnie, że Cornell nie wprowadził Batroca tylko dla zgrywy, ale pokazał go jako całkiem groźnego przeciwnika. Takiego Batroca lubię. Poza tym dobrze czuje Kitty.
Reszta - wirusy z innego wymiaru, pojawiająca się częściej od Wolverine'a Mystique i inne takie - w zasadzie nie grała roli w tym numerze, więc nie ma czego oceniać.
grzgrzegorz: Widać wyraźny spadek poziomu fabuły i rysunków. Zwłaszcza Beast wygląda jak Ogr i nie mogę na niego patrzyć bo mnie odrzuca. Względem fabuły to nuda, nuda, nuda. Dialogi są tak dziecinnie głupie, że odechciewa się je czytać (przykład- Beast do Logana: "Please don`t rush into the Valley of Death. Please stay there we can help you"). Ostatnio widać, że komiksy o mutantach są wyraźnie w odwrocie do reszty uniwersum (przynajmniej niektóre). Takie sobie.

X-Men vol. 3 #5 (BotA Part 3)
Gil: Potrzebowałem tego numeru, by potwierdzić podejrzenia, które wzbudziły dwie poprzednie części - ten cross jest właściwie o niczym. Jest niczym więcej jak zlepkiem powtarzających się wątków z poprzednich krzyżówek. Podróże w czasie? Było. X-Men walczący między sobą? Było na okrągło przez ostatnie lata... Ten zeszyt w całości poświęcony jest pościgowi za Jean i Scottem, który jest rozciągnięty do granic możliwości i ostatecznie nie prowadzi do niczego, bo i tak na końcu zwiali. Równie dobrze można było ostatnią stronę tego numeru umieścić na ostatniej stronie poprzedniej części i na to samo by wyszło. A nie - przepraszam! Wood nie miałby okazji wciskać wszędzie Jubilee z tym bachorem i skrejzowanej Rachel. Pierwsza pojawia się znikąd w kontynuacji sceny, w której wcześniej jej nie było, a potem wyskakuje wszędzie jak hiszpańska inkwizycja. Druga obnosi się z swoim grudgem wobec Storm, który tak naprawdę wynika tylko i wyłącznie z pomysłu skryby. W ogóle, wszystkie konflikty tutaj są wykreowane okropnie sztucznie. Przyszłościowcy wpadają, bo tak. Jean ucieka, bo tak. Pozostali próbują zatrzymać ich siłą, bo tak. Inni wchodzą im w drogę, bo tak. Prawie wszystko tutaj dzieje się bez wyraźnego powodu, tylko po to, by nakręcić akcję, a ponieważ brakuje zewnętrznego zagrożenia, wyciągają sytuacje z kapelusza. Przed spuszczeniem w toalecie ratują ten zeszyt tylko dwie rzeczy: kilka przyzwoitych dialogów i lepsze niż ostatnio rysunki. Inker i kolorysta naprawdę sporo wyciągnęli ze szkiców Lopeza (tzn. tam, gdzie nie zgubili twarzy), więc miejscami rysunki na pierwszym planie są autentycznie ładne. To trochę podniesie ocenę i sprawi, że całość wyląduje na miejscu dla komiksów niezbyt potrzebnych, ale nie złych - 4/10.
Undercik: Nadal czyta się to przyjemnie, chociaż nie jest idealnie. Po pierwsze rysunki. Lopez się nie starał na niektórych panelach. Po drugie Cyclops z przeszłości nie ukradł by od tak czyiś ubrań, a nawet jeśli na to by przymknąć oko, bo sytuacja kryzysowa, to za nic w świcie nie zakosił by motocykla (Blackbird i motor Logana to co innego, bo to X-Menowe).
Sama akcja wypada nieźle. Interakcje między postaciami inne niż w poprzednich numerach i tym razem bardziej skupione na tych o których pisze Wood. Tylko ta Jubilee wydaje się być wepchnięta na siłę. Za to Rachel i Kitty prowadzone są bardzo dobrze. Bym zapomniał. Nowa Jean (w sensie ta z przyszłości) już zaczyna mnie denerwować.avalonpulse0317c%20%5B1600x1200%5D.JPG
Krzycer: Ojej, ależ to ssało. Najgorsze cechy stylu Wooda (przegadanie ogólne i gadanie w sytuacji, gdy powinni działać... oraz: wszyscy się oburzają, gdy ktokolwiek próbuje wydawać rozkazy) nałożyły się na podstawowe błędy crossoverów (brak konsekwencji... no bo czy ktoś widział Psylocke, Jubilee i resztę pod koniec poprzedniego odcinka? Tutaj są. Oczywiście, że są.) Napięcie najlepiej widać w momencie, w którym scenarzystę bardziej interesuje rozmowa dwóch pań w kuchni od poszukiwania zbiegów. A X-Men - znowu! Znowu po AvX, znowu po... poprzednim numerze Wooda - wychodzą na bandę niekompetentnych frajerów. Moce? Jakie moce? Tylko, gdy autor sobie o nich przypomni. Serio nie potrafią zatrzymać dwojga nastolatków na motorze?
Nie, żeby komiks był kompletnie do bani, parę scen się udało (właściwie wszystko z młodym Scottem i Jean, Kitty wydzierająca się na Wolverine'a), ale ogólnie? Ogólnie to jak na razie jest beznadziejny materiał na crossover. To jest historia, która powinna się zamknąć w czterech numerach Astonishing X-Men w jego obecnej formie, a nie temat na crossover.
A może inaczej - temat nawet pasuje do crossoveru, wykonanie - ni cholery.
Kurczę, nawet rysunków nie mogę pochwalić z czystym sumieniem, bo zbyt wiele było kadrów, gdzie cały drugi plan nie ma twarzy.
Łojezu. Jak tak dalej pójdzie to będzie rozczarowanie roku.
wolvie111: Szamotanina i kłótnie. Hej to nie miało być kolejne beznadziejne Schizm! Liczyłem na więcej niż na kolejne podziały w zespole. W dodatku sam powód kłótni jest tak głupawy, że aż żal. Dzieciaki powinny wrócić i już (mimo całej sympatii dla młodej Jean). Po prostu mam wrażenie, że w tym numerze nic się nie wydarzyło poza pojawieniem się na sam koniec drużyny Scotta (o jakie zaskoczenie). Wkurza mnie też, że ograniczają rolę Jubilee w numerze do jednego komentarza i ciągłego zajmowania się dzieckiem. Co do postawy Rachel, to swoje zdanie broni dość racjonalnie, ale nie wiem skąd taka nagła zmiana u Kitty. Niby zżyła się z oryginalnymi x-men, ale jakoś tego nie kupuję. Swoją drogą rozbawiła mnie reakcja Wolverine'a na ochrzan jaki dostał od Kitty: "ME what?"
Jeśli chodzi o Jean i Scotta to sporo tu głupot. Sama szaleńcza jazda i akrobacje na motorze jakie wyczynia młody są dość śmieszne, o właśnie nie zdawałem sobie sprawy jak łatwo ukraść motor! Jean tak długo maskująca się przed dwójką telepatów też wypada mało autentycznie, to jednak potomek Xaviera i parę razy mocniejsza, starsza wersja jej samej.
Od strony graficznej bez zastrzeżeń, choć kreska Lopeza nie należy do moich ulubionych. Był to numer przejściowy między (mam nadzieję) większymi wydarzeniami jakie mają mieć miejsce. W końcu do gry wchodzi ekipa Scotta. Dam 5/10.
Lotar: Hm, o czym był ten numer? Aaa, złapali ich i uciekli. No i Scott prawie zobaczył cycuszki Jean. No cóż... może następnym razem będzie miał więcej szczęścia. A już tak całkiem poważnie. Zbieranina X-Men nie potrafi złapać smarkatych uciekinierów? Młoda Jean potrafi stworzyć blokady przeciwko potężnym telepatom? Eee, ale lipa. Rysownik pomyślał to samo kiedy dostał skrypt i odwalił niezłą fuszerkę. Kolejny numer o niczym. Czy przypadkiem resztki Utopii nie były pod nadzorem SHIELD? Świetne miejsce na tajemną schadzkę. Ocena: 1/6.
Demogorgon: Czy tylko mnie męczą te pasywno-agresywne przytyki do Runaways? Serio, Marvel się zachowuje jak dupki wobec fanów serii. Avengers Arena to jedno, ale kolejne serie drwiące sobie z Runaways (Avengers A.I., poprzednia I ta część crossa) to drugie. Bardzo dojrzałe z waszej strony Marvel, naprawdę, nawet ja nie jestem tak infantylny.
Na plus - dorosłą Molly zyskuje pewne ślady osobowości. W tym tempie do końca eventu da się opisać jej charakter jednym zdaniem.
A po za tym - czuje się to jak filler. Ot ścigają Scotta i Jean, potem się kłócą a ci uciekają do kolejnej serii. Można by spokojnie pominąć ten numer. Fajna scena z dzieciakiem Jubilee, wiem, jestem jedynym, który smarkacza lubi.
I jezcze jedno - jak to jest, że u Bendisa Rachel nie może patrzeć na maskę Xorna, bo Xorn zabił jej mamę, a u Wooda w poprzednich numerach hintowali jej romans z facetem, który kontrolował Xorna, gdy ten zabił jej mamę. I oczywiście tutaj Wood w ogóle o tym fakcie nie napomknie, nagle nabrał wody w ust co do Submile'a.
Wilsonon: Żenujące. Jedyne ciekawe rzeczy w całym numerze to rozmowa Cycke'a i Jean oraz komentarz Rachel odnosnie werbunku X-Menów z innych rzeczywistości/z innego czasu. Reszta była kompletnie zbędna. W tym zeszycie jedynie się złączyli ze starym Scottem. I tyle.
Jakoś mi sie nie widzi aby telepaci pokroju starszej Jean i chodzącego Cerebro nie byli w stanie pokonac dziecinnych blokad młodej.
Z rysunków pamiętam tylko ucieczkę młodych. Reszta była poprawna i nie zanieździła się w umyśle na długi czas.
Na minus też na siłe wpakowane sceny z wampirzycą i dzieckiem. Jakby autor przypominał sobie o tym w ostatnim momencie.
Ocena: 1/6.
grzgrzegorz: Najsłabsza część BotA jak do tej pory. Bezsensowna ucieczka Jean i Scotta i jeszcze gorszy pościg, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że ci pierwsi to jeszcze prawie-amatorzy z początków swojego bycia X-Menami. Mam nadzieję, że cala ta głupota fabularna jest tylo chwilowa i poziom eventu wzrośnie wraz z następnym numerem, w co jednak wątpię.
jdtennesse: To dopiero jest komiks o niczym. Jeśli chodzi o fabułę, to można ją streścić w jednym zdaniu – młodzi uciekli, i to dwa razy, a potem natknęli się na dorosłego Scotta. A po drodze miały miejsce jakieś nic nieznaczące epizody. Na przykład rozmowa Kitty i Rachel, w której Kitty czuje, że pobyt młodych w teraźniejszości sprawił, że coś się zmieniło na lesze. Ciekawe tylko co? No i dużo tu różnych postaci nieobecnych ostatnio, ale trudno się temu dziwić, w końcu to akurat seria o X-babkach, więc jest też miejsce na Jubilee i jej dziecko, na dziwne zachowania Rachel… Nie do wiary, że dwie drużyny dorosłych mutantów nie są w stanie zapanować nad dwójką nastolatków. Nie do wiary, że nie zauważyli, jak ci dwoje znowu się wymknęli. Jakie to głupie. Przykro mi, ale jestem coraz bardziej rozczarowany. No i pojawienie się na końcu Uncanny X-Men zwiastuje przeniesienie akcji na karty tego właśnie komiksu. Jeżeli będzie tak dalej, to nie będzie to event roku, ale rozczarowanie roku. Rysunki są takie sobie, nie są bardzo niestaranne (poza dwukrotnym zgubieniem twarzy przez postaci), ale do najładniejszych nie należą, mi się nie podobały. Trochę szkoda czasu na czytanie tego numeru.
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.09.11
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.