Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #314 (26.08.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 26 sierpień 2013Numer 34/2013 (314)


W minionym tygodniu największym zainteresowaniem cieszyły się tie-iny do "Infinity" oraz mutanci.

Avengers Assemble #18
Gil: Pierwsze nawiązanie do Infinity zdołało się wybronić, więc wydawnictwo chytrze postanowiło zaserwować to samo po raz drugi, tylko pokazane pod innym kątem. Tutaj Avengers są w centrum numeru, co jest pewnym plusem, bo uzupełnia informacje. Na plus policzyłbym też stylizowany na wojskowy żargon z dialogów, który pasuje do sytuacji. Na minus... no, niestety większość pozostałych elementów. Nie wiem, czemu Jessica ma się czuć nieswojo wśród kosmitów, skoro pracowała dla SWORD? Niechęć do Skrullów rozumiem i akurat ten wątek (a właściwie główny temat numeru) mi nie przeszkadza. Natomiast szereg wydarzeń prowadzący do momentu, w którym musi zaakceptować pomoc wroga, to już zupełnie inna sprawa. Okoliczności są zupełnie przypadkowe, tak samo rozwój wypadków, które rozmijają się w szczegółach z pokazanymi w Avengers, a zagrożenie jest mało wiarygodne, choćby ze względu na zapowiedzi zdradzające, że nic jej się nie stanie. Aha, i jeszcze taki szczegół: dopiero co zakończony mini-cross z Captain Marvel najwyraźniej nie ma wymiernych efektów. POWIEDZIELI nam, że Carol straciła pamięć, a tymczasem NIC w jej zachowaniu na to nie wskazuje. Spójność? Obce słowo. Rysunki w większości są przyzwoite, chociaż na niektórych ujęciach pod kątem twarze wyglądają dziwacznie. Jest za to inny problem: kombinezon kosmiczny Spider-Woman jest zaprojektowany tak, żeby odsłonięte były piersi. PO CO, &^#@%?!? Nie jest to w żaden sposób praktyczne, odsłania przeciwnikowi najważniejsze organy, a do tego dochodzi jeszcze taka drobnostka, że w kosmicznej pustce panuje temperatura -270 stopni Celsjusza! Fantastyka fantastyką, ale głupoty to nie usprawiedliwia. Miałem dać szóstkę, ale jednak skończy się na 5/10.
Demogorgon: Nie, spokojnie, nie ma powodu aby się śmiać, z cała pewnością jest na to jakieś logiczne wytłumaczenie, postaraj się zachować powagę i nie śmiAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHA! Co to ma być? To jest ich zdaniem kombinezon kosmiczny? Jasne, pokażmy tors pokryty tylko cieńkim kostiumem, tylko po to, by fani mogli zobaczyć cycki, nieważne, że to kompletnie sprzeniewierza się celowi dla jakich ludzie w próżni noszą te skafandry. Jess i Natasha biegają ryzykując śmierć w próżni i to przez eksplozję. Ale gdzie tam by kogoś obchodziło trochę zdrowego rozsądku, ważne, byśmy mogli zobaczyć cycki, - tak nas widzicie Marvel? Jako bandę odmóżdżonych zboczeńców, którzy czytają jedną ręką komiks a drugą robią <pozostawmy to w sferze domysłów>? Co za kretyn to dopuścił do druku?!
Undercik: O! W końcu się z czymś zgodzę. Na początku stwierdziłem, że to Demogorgonowe pieklenie się, ale jak zajrzałem do komiksu... Ale te skafandry są głupie. Przecież to nawet wygląda głupio. No po prostu masakra. Nawet nie wiem, jak takie coś ktoś przepuścił, toż to kpina.
Albo, opcja druga, ktoś zapomniał dodać w obróbce rysunków, szklanych części. Nawet jestem w stanie to uwierzyć, bo kombinezony u każdego mają odkrytą twarz. Amatorka. A do tego jeszcze głupi projekt z wyeksponowanym biustem. Kitson ma już ode mnie nominację do tegorocznego Zvalona.
Krzycer: Kicha. Sensu w tym wszystkim wiele nie ma, nie bardzo gra z tym, jak te same wydarzenia pokazano w Avengers vol. 5 #18, a biorąc pod uwagę to, co właśnie przeszła Cap Marvel kuriozalne jest to, że pierwsze kroki po jej utracie pamięci oglądamy z perspektywy Spider-Woman. Może numer Captain Marvel będący tie-inem będzie temu poświęcony, ale w takim wypadku, czy nie powinien się ukazać pierwszy? Ot, rozważania bez podstaw. 3/10.

avalonpulse0314a%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers vol. 5 #18
Gil: No i zaczynają się tie-iny do Infinity. A jak nauczyło nas doświadczenie lat poprzednich, tie-iny bywają różnie i zwykle nie najlepsze. Zwłaszcza jeśli chodzi o serie związane z Avengers, przywykliśmy do tego, że Bendis wypełniał je kilkoma wiadrami wody, służącymi tylko do olewki. Muszę więc nazwać niezwykle pozytywnym zaskoczeniem fakt, że w tym przypadku jest dobrze. Nawet bardzo... przynajmniej pod względem fabularnym. Cieszy mnie fakt, że pokazany jest większy obrazek, że Avengers są tylko jego częścią, że współpracują z innymi, nie wychylając się za bardzo i przede wszystkim, że ma to sens. W większości. Moje wątpliwości budzą tylko dwie osoby, które nie pasują do kosmicznej skali wydarzeń: Shang-Chi i Falcon. Pierwszego trudno mi zaakceptować w tym obrazku, bo wszystko, co wiem o nim do tej pory to, że zna kung-fu. Nie pamiętam, żeby był pilotem - tym bardziej statku kosmicznego - ani strzelcem wyborowym. Przyjąłbym go w roli konsultanta/stratega, ale w tym zestawieniu mi nie pasuje. Drugi z wymienionych został nagle postawiony obok Thora i Hyperiona, chociaż zupełnie do nich nie przystaje. To facet, który telepatycznie gada z ptakami i lata na sztucznych skrzydłach. A tu nagle ląduje w środku bitwy kosmicznych flot, mając tylko jakiś dodatkowy fancy hełm. Czemu się czepiam? Bo nie dali mu nawet przyzwoitego kombinezonu, nie wspominając już o zapasie tlenu, więc już sam nie wiem, czy powinien się udusić, czy zamarznąć. No ale dobra - to możemy uznać za niedopatrzenie ze strony rysownika. Na szczęście, poza tym mamy kawał dobrej kosmicznej rozwałki, której nie powstydziłyby się klasyki sci-fi. Jest wrażenie rozmiaru i napięcia oraz jednocześnie fajne i niepokojące uczucie, że najwięksi ziemscy herosi są tylko ziarenkiem pisaku w tej burzy. Wciąż jestem więc na tak. Aha, jeszcze dwa słowa o rysunkach: bywały lepsze. Yu mógł z jednakowym prawdopodobieństwem zrobić to lepiej, jak i gorzej, więc nie będę narzekał, ale faktem jest, że wychodziło mu już lepiej. A za ten pierwszy tie-in dam 7/10.
kuba g: To co najbardziej podoba mi się w tym numerze to powrót do przedstawiania Skrulli w komiksach z większą powagą. Tak samo plusem jest chociażby chwilowe uwiązanie w to Spider Woman (bo co jak co ale ja dalej nie mogę przeboleć, że Spider Woman od Bendisa i Maleeva skończyła się po 7 numerach). Odcinek w sumie jest dobry, podbija stawkę, pokazuje przygotowanie do samej batalii tak, że nie mogę nic skrytykować... aż do samej walki, która nie przekonuje mnie jednak za bardzo. Poczekam dalej.
wolvie111: Podobało mi się. W sumie jestem trochę zaskoczony, bo dość dużą uwagę przywiązuję zawsze do szaty graficznej, a Leinila prawie zawsze nominowałem w Zvalonach do najgorszych okładek. Po prostu nie znoszę jego kreski. Jednak w tym numerze wcale mnie nie drażnił. Może mam dobry dzień, albo po prostu lepiej mu wychodzą wnętrza zeszytów. Tak czy siak rysunki miały fajny charakter, nastrojowe barwy i same sceny batalistyczne wyszły porządnie. Co do wydarzeń, to coraz bardziej podoba mi się cały ten event. Świetnie, że dzieje się wreszcie coś poza Ziemią (ile razy można niszczyć Nowy Jork??) i że skala wydarzenia jest tak ogromna. W radzie zasiadają największe mózgi i osobistości, a nasi Mściciele są przy nich jedynie żołnierzykami.
Dodatkowo rozbawił mnie moment rywalizacji między Cannonballem i Sunspotem o pannę Smasher.
Na minus to, że do składu drużyny dodano cztery mocne postacie, które w tym numerze nie istnieją... a przecież taki Starbrand potrafi wiele. A i jeszcze nie wiem co tam robił Falcon, serio. To, że ma fajny hełm niespecjalnie może mu pomoc w walce ze statkiem kosmicznym nieprzyjaciela. Ogólnie dam 7+/10, bo lektura wciągająca.
Demogorgon: O! I to jest dobra śmierć! I teraz wreszcie czuć w tej historii klimat wojenny. To jest jak wygląda kosmiczna wojna i to jest jak powinni umierać na takiej wojnie bohaterowie. Porównajcie mi to z Infinity #1 i serio powiedzcie, że dalej chcecie bronić śmierci Spaceknights, kiedy nowo wymyślony Skrull przyćmiewa ich odejście swoim bohaterstwem. Spaceknights powinni zginąć tak jak zginął Dm'Yr.
Dobry komiks, czuć w nim wojnę, czego o głównej mini powiedzieć niestety na razie nie można. Obrady wojenne, pokazanie w całej okazałości sojuszu, całą sekwencja ze Skrullami, plany i strategie , które nie potrafią przetrwać kontaktu z przeciwnikiem, niełatwe sojusze, osobiste problemy w cieniu wojny (trójkąt miłosny), ciężar władzy - TO jest historia wojenna. TO jest wszystko, co powinno być w głównej mini. Która najwidoczniej będzie się sprowadzać tylko do walenia się po mordach, mam takie wrażenie.
Tylko kurde szkoda, że te DURNE SKAFANDRY TEŻ TU SĄ! Na szczęście tylko na jednym panelu. A tym czasem pancerz Capa też ma coś takiego, tylko u niego wygląda to jakby ktoś namalował jego symbol na zbroi. Marvel! Dom Podwójnych Standardów!
Soundtrack: For the Emperor!
czarny_samael: Zawiodłem się. Rysunki pasowały do sceny ze Skrullami, ale autorzy muszą rozumieć, że będą porównywani do kosmosu od Annihilation do Thanos Imperative i bitwy między Negative Zone i Kree u Hickmana. To było słabe, kompletnie tego nie czułem, było to nieczytelne, a czarę goryczy przelał uderzający kogoś/coś Falcon. Mam rozumieć, że on z pięści potraktował statek kosmiczny czy co?
No i druga rzecz. Gdyby ktoś inny pisał wstęp, to mógłbym przyjąć,że autor wyżej ceni kwestie zbrojeniowe niż moc pojedynczych postaci. Tak jednak nie było, a Skrulle i Spaceknights tłukli Alephy (tak jak Surfer). Podkręcanie Hyperiona, czy robienie ze Starbranda nie wiadomo jakiego koksa kompletnie nie miało odzwierciedlenia w tym komiksie. Tak jak przyzywanie do Avengers Ex Nilho, Abyss i Nightmaska. Zespół złożony z powyższych, korzystając z samego tego co pokazał Hickman, powinien roznieść swoich wrogów. To była duża niekonsekwencja w kontekście tego co scenarzysta nam zapowiedział i za to ma duży minus. Czytając ten numer i pamiętając o strachu wielu osób przed obniżającym się poziomem (choć pierwsza część komiksu była ok), przypomniałem sobie walkę Avengers i X-Men na plaży i bicie na piąstki (Falcon!!).
Za rysunki: 5/10. Za scenariusz: 5 (7 za pierwszą i 3 za drugą część komiksu), czyli 5/10 za całość. Jestem zawiedziony.
Krzycer: Fajne. Jest bitwa z pomysłem, jest Kl'rt - najfajniejszy ze Skrulli (i jeden z najfajniejszych marvelowych kosmitów w ogóle), czuć skalę wydarzeń, Avengers pionkami w rozgrywce (przynajmniej na razie). Dobra rzecz. I zaczynam się zastanawiać, czy aby Hickman tego tak nie rozplanował, że trzeba czytać Avengers i New Avengers, i że sama główna mini nie wystarczy. W sumie to mam taką nadzieję, bo, ten, Hickman mistrzem krótkiej formy nie jest i potrzebuje miejsca, by zmieścić wszystkie swoje pomysły. 7/10.
 
Cable And X-Force #13
Gil: Heh, funny thing... Nie pamiętam już dokładnie, kto i kiedy to napisał, ale nie tak bardzo dawno temu w Fantastic Four uznano z prawo fakt, że podróże w czasie i zmiany w przeszłości nie zmieniają tak naprawdę przyszłości. Ma to sens, jeśli weźmie się pod uwagę rachunek prawdopodobieństwa i to, w jaki sposób wiąże się on z powstawaniem równoległych rzeczywistości. Jeśli zmiana jest niewielka, to w szerszym kontekście nie ma wpływu, jeśli jest znacząca - spowoduje wydzielenie nowej linii czasowej. A teraz zgadnijcie, kto zupełnie to wszystko olał? No właśnie. Nie dość, że tutaj zmiany w przeszłości zmieniają przyszłość na bieżąco, to w dodatku uskuteczniają się w najwygodniejszym dla fabuły momencie. I co jeszcze ciekawsze, starsza Hope dysponuje technologią, która w jakiś magiczny sposób chroni ją przed tymi zmianami. Po co? Nie wiem. To chyba jakaś odmiana masochizmu, ukrywana za pomysłem, że ktoś musi pamiętać, co poszło nie tak. Pytanie brzmi tylko: dlaczego, mając taką technologię i narzędzia do podróży w czasie, nie wzięła się za to sama? Czemu nie zostawiła w spokoju Cable'a i nie pozwoliła mu cieszyć się emeryturą, tylko ryzykuje jego życie i możliwość jeszcze większego spaprania linii czasowej? Nah, o tym nie będziemy mówić, bo jeszcze się wyda, że podstawy serii nie mają sensu. A w tle tego fajnego wątku, reszta ekipy tłucze się z cthulhu-dinozaurami, gadając o głupotach i udowadniając, że Forge z Nemessisem są w tej serii do bani. Stopień komplikacji tego wszystkiego niewątpliwie wymagał zaangażowania dwóch scenarzystów i dwóch rysowników. Szkoda tylko, że nie wzięli nikogo kompetentnego. Nadal jest to najwyżej poziom 3/10.
jdtennesse: Całkiem nieźle się to rozwija, w końcu ruszamy do przodu z każdym odcinkiem, chociaż nadal trochę za wolno. Forge i Nemezis biorą udział w kolejnej akcji ratunkowej, i byłaby to nieudana akcja gdyby nie ingerencja Colossusa i reszty drużyny. Ważniejsze wydarzenia mają miejsce w przyszłości, gdzie Hope poznaje sposób oraz powody, dla których Cable ma wizje. Wszystko ma na celu poprawę sytuacji, która istnieje w przyszłości. I która jest nieciekawa. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie proste pytanie nasuwające się w trakcie czytania – czemu zsyłać wizje, które go prawie zabijają, zamiast udać się do przeszłości i przekazać to w jakiś prostszy sposób. Wiemy, że future Hope i Blaqesmith nie mają problemów z podróżami w czasie. A w przeszłości (tudzież teraźniejszości) szykuje się konfrontacja Cable’a z Uncanny Avengers, którą zapewne powstrzyma Hope. Ogólnie nie jest źle, ale wszystko jest trochę sztucznie nakręcone, przynajmniej moim zdaniem. Larroca robi co może, a w drugiej części komiksu wspomaga go Sandoval. I nie jest to zmiana na gorsze, jego rysunki momentami są niedokładne, ale całkiem fajne. 6/10.
Krzycer: Głupie. Z wielu powodów, których nawet nie chce mi się wymieniać, ale na górze listy znajduje się dorosła Hope. Czy naprawdę to wszystko służyło tylko temu, by niedorosła Hope dostała Excalibura, tfu, Pscimitar? Swoją drogą, gdzie się tenże Pscimitar podziewał? Mam wrażenie, że ostatni raz widziałem go, gdy Cable z mamą polowali na Cyclopocalypse'a. 4/10.

Daredevil vol. 3 #30
Gil: Już miałem powiedzieć, że wreszcie ktoś wpadł na zupełnie nowy pomysł, kiedy przypomniałem sobie, że już w latach osiemdziesiątych Daredevil przechodził taki dziwny okres konfrontacji z dziwacznymi istotami, nie tylko z kosmosu. Tak więc, blisko panie Waid, ale jednak powtórka. Mimo wszystko, było całkiem interesująco. Kosmita stworzył ciekawą sytuację, w której przynajmniej na początku nie bardzo wiedziałem, czego się spodziewać. Kiedy już się dowiedziałem, przestało być tak fajnie, ale nadal ciekaw byłem rozwiązania. A przestało być fajnie, bo się okazało, że to wszystko było pretekstem, żeby Matt mógł się przelecieć na desce Surfera. Aha, właśnie tak. To jest centralny punkt historii, a sposób wykonania sprawia, że wygląda to strasznie campowo. Może kogoś to rozbawiło, ale nie mnie, sorry. Byłoby lepiej, ale odejmę punkt za ten nietrafiony pomysł i skończymy na ocenie 5/10.
kuba g: Superlatywów nad Waidem i jego DD ciąg dalszy. Jako psychofan street levelu wolnego od absurdów świata wielkich postaci o międzygwiezdnych i międzywymiarowych przygodach zawsze dziwnie się czułem gdy wyłączano Murdocka z naturalności kamienic i wieżowców NYC i wciskano go okazyjnie w rozbuchane akcje z piekłem czy całą galaktyką. Tak i tu zostałem poddany próbie jak podejdę do komiksu gdzie DD i Silver Surfer zostaną sparowani. Może i Surfer jest moim faworytem gdy chodzi o kosmos Marvela, ale czy serio chciałem go widzieć w tej serii... chciałem, po prostu nie wiedziałem o tym. Waid znów pozwala skakać serii od powagi po zabawę, zamykając wszystko w jednym odcinku. Gdybym miał się czegoś czepić to sceny gdy Matt wypycha Surfera przez okno (serio? Surfera, krzepa krzepą, ale... serio?) i powrotu do sercowych rozterek przez nagabywania tańszej kosmicznej wersji Lokiego. Dobra mała historia z lekkimi metaforami.

Indestructible Hulk #12
Gil: Jeszcze jedna historia, która bazuje na podróżach w czasie, a przy tym pokazuje, jak zrobić to z sensem. Pomysł tutaj pasuje do przyjętych praw, a przynajmniej nie miesza w nich, bo umieszcza akcję w przeszłości, którą ktoś próbuje odkształcić. Mieścimy się więc w obszarze niewielkich zmian, które nie mają wpływu na większy obrazek, chociaż teoretycznie mogą mieć i właśnie temu próbuje się zapobiec. Z drugiej strony, takich historii było już wiele i ta nie wnosi wiele nowego. Łotr z odległej przyszłości instaluje się na dzikim zachodzie ze swoim diabolicznym planem i dostaje łomot. To właściwie tyle. Bez rewelacji, z obowiązkowym cameo postaci z epoki i dodatkiem dinozaurów, bo są osom. Czyta się to całkiem fajnie, wygląda też w miarę przyzwoicie (chociaż akurat Scalera bardziej mi odpowiadał w klimatach noir X-Factor), czyli można polecić jako niezobowiązujące czytadło na kilka wolnych chwil. Takie na 6/10.
kuba g: Czytając ten numer mam wrażenie, że Waid robi sequel do Superman: Time And Time Again, tylko wsadza w to inną postać i inne uniwersum. Serio. Skojarzenie to nasiliło się wraz z ostatnią stroną i rycerzami Zaginionego Camelot. I żeby było jasne, ja nie narzekam. Podoba mi się równoległe przedstawienie Hulka, zabawa w podróże w czasie (mimo, że na ogół jestem do tego sceptyczny) i wsadzanie w to tony gościnnych występów. Jeżeli zakończenie nie będzie zbyt łopatologiczne to Waid zaserwował mi najlepszą przygodę Hulka.

Nova vol. 5 #7
Gil: Mam mieszane uczucia względem tego numeru. Z jednej strony, fajnie wygląda pomysł początkującego bohatera, szukającego swojego miejsca w świecie i dochodzącego do wniosku, że jest ono właśnie tam, skąd pochodzi. Z drugiej jednak strony, Wells za bardzo stara się wejść w buty Loeba i ten "młodzieżowy" charakter historii szybko staje się zbyt infantylny. Obowiązkowe cameo Spider-Mana wychodzi śmiesznie, ale nie w takim sensie, jak być powinno. Tutaj zwłaszcza jedna scena wybija się negatywnie: kawałki gruzu spadają na przypadkowych przechodniów, więc SS-Man rusza na ratunek. Wcześniej jednak zdążą zamienić cztery zdania. Cztery! W rzeczywistości nie zdążyliby wypowiedzieć tylu słów. Pomijając już fakt, że nikt nie próbowałby gadać, tylko instynktownie odskoczył. Zresztą, całe to spotkanie wygląda tym gorzej, że Pająk sam debiutował w tym wieku, więc tym bardziej wychodzi na dupka. Tak, tak, wiem, że to Otton. Ale spójrzcie na to symbolicznie: oryginalna ikona nastoletnich bohaterów mówi przedstawicielowi nowego pokolenia, żeby spadał na szczaw. Przez ten kontrast i formę całego zeszytu, odebrałem to trochę jak przekaz podprogowy, że komiksy nie są już dla dzieciaków, ale dla starych wyjadaczy właśnie. Może nie było to zamierzone, ale jednak… Co zaś się tyczy rysunków – cóż, taki już jest ten Medina. Nie całkiem w moim guście, ale może być. Dam takie niezdecydowane i lekko zaniepokojone 5/10.

Superior Spider-Man #16
Gil: Powiedziałbym, że było to całkiem oryginalne rozwiązanie, gdyby nie jeden drobny szczegół: nanity. Jeśli SS-Man w trakcie poprzedniej walki wstrzyknął Urichowi mikro-roboty, dzięki którym mógł go namierzyć, to jak do stu diabłów mógł go po tej walce zgubić i po co był ten publiczny pokaz? Wcześniej o żadnych namierzających nanitach mowy nie było, a teraz nagle "Ha! Ha! I tak mogłem cię namierzyć w każdej chwili!" Czemu więc tego nie zrobiłeś, panie Superior? Czemu pozwoliłeś mu zaszyć się w miejscu pełnym potencjalnych zakładników i sprowokowałeś sytuację, w której mogli zginąć? Po co kazałeś ludziom dzwonić na swoją infolinię, skoro cały czas wiedziałeś, gdzie jest? Absolutnie nie ma w tym logiki. I to jeszcze nie koniec problemu, bo trzeba zapytać, skąd, jak i kiedy on wytrzasnął tę technologię? Deus ex machina much, eh? A i to nie koniec, bo w trakcie akcji nasz hiroł detonuje te robociki w organizmie przeciwnika. Po pierwsze: rysownik przedobrzył sprawę. Tekst mówi, że były to miniaturewe eksplozje, mające wywołać tylko wstrząs, a na rysunkach wygląda to jakby połknął granat - ogień, dym i w ogóle... Po czymś takim powinien paść martwy z wypaloną dziurą w korpusie. Po drugie: po jaką cholerę niszczyć coś, co daje ci przewagę? Tym bardziej, że dwie strony dalej on znów zwiał i zniknął z radaru. Pretty stupid for a superior intellect, yes? Na szczęście jest też parę niewielkich plusów: śledztwo robi krok naprzód, Goblin King też, wraca nawet Menace i teraz ma cycki. Ale to wszystko rodzynki w kaszance. Niestety, tym razem za brak logiki muszę wystawić 3/10.
Krzycer: Coś nie do końca tu klikało, jakiś fałsz był w przebiegu akcji. Ale upadek Hobgoblina i tak mi się podobał... tylko czemu był taki krótki? Nie można było go zostawić w kiciu na parę numerów? Bo jak od razu dostał level up i nowy sprzęt, to jakiś ten upadek niepełny jest.
A, no i Menace wróciła. Przeżyłbym bez odgrzebywania brandnewday'owych kotletów. 5/10.

Thunderbolts vol. 2 #14
Gil: Oto, czemu służył mój wcześniejszy wywód o poziomie tie-inów. Bywają dobre jak w Avengers i średnie jak w Assemble, a bywają też takie jak ten tutaj - tragiczne. Zacznijmy od tego, że z eventem nie ma on nic wspólnego, poza ostatnim kadrem, który z jednej strony sugeruje, że jakieś nawiązanie w następnym numerze może być, ale też ma przypisek "nas to nie dotyczy". Czyli jak znów nic się nie wydarzy, to mogą powiedzieć, że przecież uprzedzali. Drugi poziom tragedii to grafika. Dzięki niej lub raczej przez nią, Boltsi stali się parodią samych siebie. A właściwie parodią parodii, bo parodie bywają śmieszne, a to... szkoda słów. Jedyne, do czego może mi się przydać nazwisko tego rysownika, to nominacja do Zvalonów. Natomiast jeśli o fabułę chodzi, to mamy tragedii poziom trzeci. Zaczynamy bowiem od grupowej walki ze zmutowaną gamma-krową. Jak wszyscy wiemy, mutacje gamma są odbiciem podświadomości, więc najwyraźniej krowa chciała być sześcionogim dinozaurem. Sounds legit. No i wiadomo, że właśnie tego typu zagrożeniami będzie się z definicji zajmował oddział powstały na motywach politycznych. Bo krowy są ściśle z polityką związane. Potem dla odmiany postanawiają wylosować następny cel z kapelusza (SYMBOLISM!!!) i trafia im się rodzina mafijna, która jest tak głęboko zakonspirowana, że byle dresiarz może ot tak sobie pogadać z jej bossem. Litości... Nie sądziłem, że ktoś może pisać tę serię gorzej niż Way, ale akurat pod tym względem Marvel zawsze potrafi mnie zaskoczyć. Niestety. Podsumujmy więc krótko: jest to pod każdym względem największy gniot tygodnia i ocena 1/10 to dla niego zbytek łaski. Thorze, widzisz i nie grzmisz…

Venom vol. 2 #39
Gil: Albo przytrafił mi się jakiś tydzień dobroci dla Bunna, albo facet rzeczywiście poprawił warsztat. Po całkiem przyzwoitym numerze Defenders, również i tutaj pojawia się coś interesującego. I jak na ironię, dzień później pojawia się informacja o końcu serii… W każdym razie, nawet zainteresowała mnie postać Venomki i przeczytałem cały zeszyt, zainteresowany tym czy na początku przekroczy granicę, czy się opanuje. I nie było większą niespodzianką, że postawili na opcję drugą. A jednak wyszło nieźle, bo i trochę napięcia się znalazło, i historia fake-Jacka nienajgorsza. Paradoksalnie, to główny bohater jest najsłabszym punktem całości. No i nadal przyciąga mnie oryginalna grafika, chociaż pewnie nie dla wszystkich jest ona atrakcyjna. Dam mocne 4/10, a mogło być i więcej.

X-Factor #261
Gil: Jesteśmy o krok od końca serii i mam coraz większe wrażenie, że aktualny poziom historii ma w jakiś sposób ułatwić nam pożegnanie z nią. Każdy kolejny numer odbieram jako słabszy. Tutaj na przykład sytuację odebrałem tak: nie wiemy co z nimi zrobić, więc skumamy ze sobą i zamieciemy pod dywan. Nawet nie pamiętałem, że wcześniej Darwin przejawiał jakieś zainteresowanie Monet, więc tym bardziej wydaje się to przypadkowe. Z jej strony natomiast: "Zginęłam i zostałam wskrzeszona w piekle. Mam dylemat. Hm, może kogoś bzyknę? O, już mi lepiej." Trochę to płytkie, zwłaszcza jak na tę serię, która bazowała na długo i starannie budowanych emocjach. Ale przynajmniej nie jest tak różowo i końcówka daje do zrozumienia, że ten ich związek do zdrowych nie należy. Niestety, obawiam się, że oboje znikną w limbo na dłuższy czas, a potem nikt nie będzie wspominał ani o zmartwychwstaniu, ani o wątku z Helą. Po prostu szkoda. Rysunki znów bardzo nierówne, ale parę kadrów mi się podobało. Wycisnę najwyżej 4/10.
wolvie111: Coraz smutniej. Coraz smutniej, bo wiem, że to wszystko się kończy. Nie wiem, czy w jakimkolwiek komiksie same dialogi, przy stosunkowo niedużej ilości akcji były tak zajmujące, by lektura nigdy mnie nie nudziła. Tak samo jest w tym numerze. Kolejny z tych, które przybliżają nas do zakończenia serii i tym samym zamykający kolejny wątek. Tym razem Monet i Darwina. I choć numer mi się podobał, to nie wiem czy połączenie tej dwójki to dobry pomysł. Może jako kompani, ale nothing more. Nawet sam Darwin, choć zakochany, wie, że nic z tego nie będzie :p Pozostaje poczekać na finalny numer...oj szkoda.
jdtennesse: Jestem po prostu rozczarowany. Nie powiem, żeby ta historyjka była głupia czy nielogiczna, po prostu była nijaka. Darwin, ni stąd ni zowąd wyznaje Monet, że ją kocha (odkąd ją poznał). Na początku uparcie szuka Heli za to, co mu uczyniła, ale na końcu uznaje, że wszystko jest w porządku, a Hela grzecznie się wycofuje. No może jednak było to nie tylko rozczarowujące, ale również głupie. Tak jak wiele ostatnich numerów. Rysunki są byle jakie, mają fajne momenty, ale to wszystko. Tak samo historia, na początku było nawet trochę śmiesznie, ale ogólnie to nijak. Nie warto. 3/10.
Krzycer: Cholera, w tym numerze PAD strasznie po łebkach leciał. Ot, byle odhaczyć wszystkie wątki i jak najszybciej mieć to już za sobą. Co powiedziawszy... lubię Monet i zdążyłem polubić Darwina zanim zwariował (swoją drogą jeśli teraz wyląduje w limbo, to za kilkanaście lat będziemy go wymieniać jednym tchem z Maggotem), więc ten słodko-gorzki happy end, nawet jeśli był po łebkach i trochę znikąd, i tak mi się podobał. 6/10.

avalonpulse0314b%20%5B1600x1200%5D.JPG X-Men vol. 3 #4
Gil: Hehe, a to ci psikus! Okazało się, że to co uważaliśmy za volume 4 serii X-Men jest tak naprawdę zombie volumu 3. Na pierwsze numery trochę go upudrowali, ale jednak wyszło szydło z worka... czy tam żuchwa spod skóry - whatever... Jak by tego nie nazwać, jest to ponad wszelką wątpliwość ta sama seria z chytrze zresetowaną numeracją dla zmylenia czytelnika. Prawie się nabrałem, ale zacząłem mieć podejrzenia, jak pojawiły się lopezowe nazwiska w zapowiedziach. I okazało się, że wróciły te numery, w których X-Men cały czas siedzą w samolocie i dużo - naprawdę duuuużo - rozmawiają o niczym. A skoro mowa o samolotach - to właśnie jeden z nich był bohaterem tego numeru. W normalnym świecie, jeśli samolot traci jeden z silników, kierowany jest na najbliższe lotnisko, gdzie w 98% przypadków ląduje bezproblemowo. Ale tu mamy świat ludzi w rajtuzach, w którym taki przypadek wymaga heroicznej ingerencji z popisami akrobatycznymi i całą masą głupoty. Gdyby przedstawione tu okoliczności mogły zaistnieć rzeczywiście, wystarczyłoby, żeby Storm zapewniła odpowiednią siłę nośną i nie byłoby najmniejszego problemu. Ale to oczywiście nie byłoby dość dramatyczne. Tak więc, niczym Fakt lub Antonio Macierewicz, autor scenariusza chwyta się najbardziej nielogicznego rozwiązania. Jedyna osoba, która mogłaby coś zdziałać angażuje się w kłótnię o pierdoły z drugą osobą, która mogłaby coś zdziałać, podczas gdy reszta wymyśla i wciela w życie plan, który z punktu widzenia fizyki można nazwać tylko jednym słowem: debilny. Bo najlepiej przy pełnej prędkości wyrwać samolotowi skrzydła, żeby przestał szybować i runął na glebę (jaki byłby skutek takiej akcji w świecie rzeczywistym). A jeszcze lepiej zastosować całą masę przekombinowanych i pokrętnie wyjaśnionych sztuczek, żeby skomplikować coś prostego. Przez to mam wrażenie, że Wood należy do ludzi, którzy butelkę piwa otwierają przy pomocy żurawia budowlanego, szczęki teściowej i kleju z wydzieliny śluzowców. Co zaś się tyczy grafiki - typowy Lopez, specyficzny, mało dynamiczny, nie do każdego trafiający. Ogółem 3/10.
Demogorgon: Wolveirne przychodzi, postacie z New X-Men wychodzą, więc jakość numeru podwójnie leci w dół. Na szczęście ratują ją fajnie interakcje między X-Menkami, które doceniam, nawet jeśli mam praktycznie wszystkie postaci z tego numeru gdzieś. Fajnie, że mieliśmy nieco bardziej szare spojrzenie na superbohaterstwo, zamiast jakiego czarno-białego kazania. Avengers Arena powinna się od tej serii uczyć, biorąc pod uwagę jak cholernie głupio wypadła tam podobna w sumie dyskusja. Tylko dziwi mnie jedna rzecz - oni serio parują Rachel z Johnem Sublimem? Najpierw zabija matkę, potem uwodzi jej córkę - facet jest zły, nie ma co.
Soundtrack: Euterpe.
wolvie111: Lubię x-kobiety, lubię tę serię, więc i sam numer, choć nie był nadzwyczajny to mi się podobał. Pierwsze co rzuca się w oczy to zmiana rysownika, która niestety trochę obniża poziom numeru. Mimo to grafika jest w porządku (tylko ta czupryna Rogue niezrozumiała). Mamy tu przedstawioną typową akcję ewakuacyjną, gdzie znów pierwsze skrzypce gra Rogue, za co plus. Pomysł z wykorzystaniem mocy Psylocke bardzo fajny. Podobały mi się też oba główne dialogi, czyli dyskusja Storm z Rachel i sentymentalna podróż przez wspomnienia Jubilee i Logana. Swoją drogą wspomniany przez narratora numer Uncanny X-Men z pierwszym pojawieniem się panny Lee to jeden z moich ulubionych x-zeszytów ever.
Liczę, że po całym Battle of the Atom zobaczymy Jubilee w prawdziwej akcji z koleżnkami, bo jak na razie jej wątek jest prowadzony na boku. Numer oceniam pozytywnie 7/10.
jdtennesse: Bardzo fajny numer, dający trochę wytchnienia od wydarzeń, które mogą zmienić świat/bieg historii/etc… Dostajemy to, co zawsze było najlepsze u mutantów, czyli ludzkie interakcje (w nieco przerysowanym wydaniu). Zespół próbuje się zgrać, co nie jest łatwe, zważywszy na to, że od dawna zespołem nie był. Dziewczyny występują w różnych seriach i układach, jeśli można tak rzec, a tutaj mogą polegać tylko i wyłącznie na sobie nawzajem. To, że nie ma historycznych wydarzeń, nie oznacza, że nie ma akcji, bo tej jest wiele. Świetnie jest poczytać historię, gdzie praca zespołowa i wzajemne zaufanie mogą uratować życie ludzi w obliczu całkiem pospolitej katastrofy, jaką jest awaria samolotu (czy też jego silnika). Relacje między Ororo i Rachel są bardzo intensywne, co zrozumiałe. Czasem stajemy przed wyborami, które mogą nie spodobać się innym. Kto ma rację? Pewnie prawda leży gdzieś pośrodku. Co cieszy bardziej, Storm w końcu jest "jakaś" i broni swoich decyzji i przekonań. Kto uczynił ją szefem X-Men? Myślę, że nie ktoś o tym decyduje, tylko działania i decyzje, które podejmuje. Mamy jeszcze drugą stronę medalu, czyli spotkanie Jubilee i Logana. Z Shogo naturalnie. I to też się przyjemnie czyta, pamiętając początki Jubes w X-Men. Jeśli chodzi o rysunki, to są znośne, przyjemnie się czyta, a od patrzenia oczy nie bolą. 8/10.
Krzycer: Kocie oczy u Storm? Storm rysowana tak, że widać, że jest Afrykanką, a nie pomalowaną na brązowo kaukaską? Gdzie ja jestem, co się dzieje? A poważnie, nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem, by ktoś rysując Storm tak się przykładał do detali. To samo można powiedzieć o Psylocke i Jubilee, obie są wyraźnie Azjatkami, a do tego rysownik nawet przyłożył się, by przy tym różniły się zasadniczo od siebie, jak to Japonka i Chinka powinny się różnić. Dobra robota.
Dla równowagi Wolverine wygląda... dziwnie. Bardzo dziwnie.
Nie pamiętam również, kiedy ostatni raz tyle miejsca poświęcałem w opinii rysunkom. Ale o scenariuszu nie bardzo jest co pisać. Ratowanie samolotu wypada strasznie pogmatwanie, wręcz głupio. Storm stwierdzająca, że to jest idealny moment na dyskusję z Rachel wypada jeszcze gorzej. A sama dyskusja... ja naprawdę już czytałem ten dialog w poprzednim vol. tej serii. "Mamy potencjał by być zespołem, ale..." To już było. Niecały rok temu? Jak można się aż tak powtarzać?
Ale i w tej warstwie występuje równowaga, bo wizyta Jubes z małym i z dzieckiem w LA wypada bardzo fajnie.
Ogółem... 6/10. A gdyby oceniać oba wątki osobno, to 3/10 za samolot i 7/10 za LA.
 
X-Men: Legacy vol. 2 #15
Gil: Kolejny bardzo fajny numer. Znów zakręcony, znów pełen niespodzianek, znów wyciskający ze wszystkich elementów więcej niż się na pozór wydaje. Spotkanie Davida z mamusią poszło w zupełnie innym kierunku niż nieśmiało raczyłem przewidywać. Jej wyjaśnienie odnośnie tego, dlaczego nie interesowała się synem, jest zaskakujące, ale w tym kontekście zaskakująco łatwe do zaakceptowania. Nie dziwię się zupełnie, że niektórzy mieszkańcy tego świata mają problem z zaakceptowaniem tych jego aspektów, które zwyczajnie ich przerastają. Pewnie traktują cały ten rajtuzowy światek podobnie jak my na przykład celebrytów - okej, istnieją, ale mają jakiś swój światek, w którym normalny człowiek by się tylko pogubił. Albo mówiąc jeszcze krócej: mnie to nie dotyczy. I pewnie ciężko im to przyjąć, gdy nagle ten świat ociera się o ich świat. Proste przesłanie, bez zbędnych komplikacji. Ciekawiej robi się w momencie konfrontacji z wnętrzem głowy Davida i wygląda na to, że wszystko zmierza ku lepszemu... aż tu nagle SRU! I pozorna chwila ciszy, w której słychać bębny nadchodzącej zawieruchy. Ciekawe jak to się teraz jeszcze bardziej skomplikuje? Rysunki niestety nadal nie zachęcają, ale już jestem ponad to, więc i tak wystawię zasłużone 7/10.
jdtennesse: I znowu podam ten sam powód, dla którego lubię komiksy o mutantach – ludzkie historie i emocje. I tym właśnie stoi ten numer. Nie do końca jestem przekonany tym, że David pozwolił Gabrielle zginąć, ale i tak był to świetny numer. Dlaczego pozwolił jej umrzeć? Bo tak jest w jej świecie? Bez mocy, uzdrawiania i wracania do życia? Zgoda, niech będzie po jej myśli, ale to z powodu jego świata została postrzelona. I tu mamy zawiązanie wątków z poprzednich numerów, gdyż mordercami są znane już nam postaci. Aha, moim zdaniem powinien uratować matkę. A poza tym to świetny komiks. Rozwiązywanie problemów osobistych, w szczególności z rodzicami, nie jest łatwe. A w przypadku Davida, porzuconego przez matkę, jest jeszcze trudniej. Co więcej, David ma zarówno daddy issues, jak i mummy issues. Sceny rozmowy Davida z matką są pełne emocji, po obu stronach. Jest też nawiązanie do "Age of X". A zakończenie sugeruje ciekawą konfrontację w następnym numerze. Rysunki, jak już nie raz pisałem, są znośne, przy dobrej historii. 8/10.
Krzycer: Spurrier rośnie w moich oczach mniej więcej z co drugim numerem tej serii. Wszystkie mi się podobają, ale są nierówne - to był jeden z tych lepszych.
I znowu - nie pamiętam, kiedy ostatnio czułem taki suspens czytając komiks, co gdy zobaczyłem tę czerwoną kropkę na głowie Legiona.
Rysunki to typowy Huat. Nawet obecnemu Uncanny X-Force nie życzyłbym Huata, ale... chyba zaczynam się przyzwyczajać.
Nie mogę się doczekać kolejnej historii. Jasne, Cyke'owi nic się nie stanie, ale i tak. Czuję, że to będzie coś godnego zapamiętania.
Tymczasem - 8/10 i tytuł tygodnia.
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.08.21
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.