Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #313 (19.08.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 19 sierpień 2013Numer 33/2013 (313)


No i stało się. "Infinity" się rozpoczęło, a na naszym forum rozgorzała gorąca dyskusja na temat pierwszego numeru tego eventu oraz kolejnej odsłony Avengers Arena.

Astonishing X-Men vol. 3 #65
Krzycer: Oj, nie, Liu jednak zeszmaciła Mystique. Rzucanie się na Skittlesa Zła w zamian za wyrzeczenie się własnej osobowości nie pasuje do Raven. Przynajmniej jej późniejsza rozmowa z Bobbym była w porządku.
W ogóle rozmowy były w tym numerze dobre (poza przywoływaniem tego, jak Rogue zostawiła Gambita na lodzie <ojej, aż mnie boli ten dowcip>, bo co niby Karmie do tego? "Gdybym tylko wiedziała" - jakby była wtedy najlepszą psiapsiółą Remy'ego. Dziwne.). To dobrze, że rozmowy były dobre, bo numer w 95% opierał się tylko na nich. Pozostałe 5% to fajna scena, gdy Kitty grzebie w Mystique, i głupawa scena, gdy wewnętrzny konflikt Icemana przenosi się na walkę z lodoniedźwiedziem.
Ale za "nie sądzę, żebyś był aż tak głupi, by próbować mnie zabić" skierowane do Wolverine'a ten zeszyt i tak dostaje +1000 punktów i misia-przytulankę.
Gil: Finał historii znalazł się niestety oczko niżej niż jej początek. Bardzo dobrze budowane napięcie prysło, kiedy ujawniona została prawdziwa przyczyna wydarzeń, a fabuła wykonała skręt w stronę typowej superbohaterskiej bitki, która niewiele ma do zaoferowania. Mocno nadużywana ostatnio Mystique łyka pigułkę apokalipsy tylko po to, żeby pomachać trochę mackami i dostać baty. Chociaż scenka z Kitty wyciągającą ziarno wypadła nieźle – w przeciwieństwie do sposobu, w jaki rozwiązano jego problem. W tle tej kiepskiej bitki dostajemy wewnętrzne monologi Icemana, w których przyznaje się do daddy issues, a to przecież wszystko wyjaśnia. Potem walczy sam ze sobą, dobro zwycięża i bla, bla, bla… Fajne jest tylko to, że poczuł pałera i teraz tęskni za tym. Ale pewnie wątek obumrze wraz z zakończeniem serii, więc nie ma o czym mówić. No i rysunki zawodzą w scenach akcji, chociaż w tych bardziej statycznych dają radę. Można naciągnąć ocenę na 4/10, ale nie więcej.

Avengers Arena #13
Hotaru: Wiedziałem, że ten numer będzie oderwaniem od zwykłej narracji osadzonej w Murder World i wiedziałem, że wyjaśni czytelnikom jak na zniknięcie nastolatków zareagowali ich znajomi. I dokładnie to dostałem. Dlaczego więc czuję się oszukany? Wykoncypowana przez Christosa Gage'a nie jest może kompletnie niewiarygodna (nie, nie zapomniałem, że piszę o komiksie superhero), ale kompletnie rozmija się z moimi oczekiwaniami. Spodziewałem się czegoś... wartego zapamiętania. A dostałem coś, co musiałem sobie odświeżyć w dwa dni po pierwotnej lekturze, bo kompletnie wyleciało mi z głowy. To kiepski znak. Ale chociaż dobrze, że to tylko one-shot.
Demogorgon: LADIES AND GENTLEMEN! RUSTLEMANIA IS BACK!
<cenzura>
Wiecie, trzeba to przyznać Christosowi Gage'owi, facet jest profesjonalistą. Ja na jego miejscu, jakby mnie poprosili bym wyjaśnił jak w tak dużym shared universe może funkcjonować komiks, którego fabuła nie trzyma się kupy sama w sobie i który na dzień dobry zabił najlepszą rzecz jaką dałem wydawnictwu pewnie zrobiłbym to, co nasz dobry przyjaciel Taskmaster. Ale nie, Gage dzielnie podejmuje się zadania i nawet pamięta, że jako gościnnemu autorowi byłoby z jego strony niegrzecznie, gdyby pisał lepiej od głównego scenarzysty. Więc niestety, jest to na tym samym poziomie, co zwykle.
Już po pierwszej stronie musiałem przerwać i dostać ataku szału. Przez jeden głupi krzyżyk na fotce Chrisa Powella. Dziewięć numerów zwodziliście fanów za nos, że może jeszcze żyje, że może pojawi się nagle i zrobi coś zajebistego. DZIEWIĘĆ! I to wszystko? Jego śmierć jest ujawniona na RECAP PAGE?! Gratulacje, po raz kolejny wbiliście się na wyżyny drwienia sobie z fanów. Hej, moi przyjaciele z fandomu Cosmic Mavela, chcieliście kiedyś zobaczyć, jak potoczy się sprawa Chrisa wrobionego w morderstwo Lilandry albo zobaczyć jak walczy z Fraternity of Raptors? A wała! Chris nie ma filmu w produkcji, więc dla Marvela można go ot tak zabić i zapomnieć o jego przygodach. Nie wiem po co się w ogóle w takim razie przejmować mamy czymkolwiek, co to wydawnictwo publikuje? Wielkie imiona nigdy nie zaznają trwałej zmiany a C-Listerzy zostaną zabici, gdy tylko Marvel będzie chciał napchać sobie kabzę shock money! Marvel! House of KILLING Ideas!
Hej, patrzcie, następne strony. To zobaczmy co tam Gage wymyślił.
Arcade utrzymuje to wszystko w tajemnicy przed całym światem przy pomocy...... smsów, updejtów na fecebooku i photoshopa.
Co za stek bzdur. Arcade i jego asystentka od tak oszukują wszystkich zainteresowanych? Tego się nie da zrobić, to wymaga zbytnich środków, niemal dwudziestoczterogodzinnego pilnowania wszystkich. Jeden przypadkowy telefon Tigry do rodziców Hazmat w sprawie całej "ucieczki" i wszystko się sypie. Każde śledztwo powinno od razu ujawnić, że prócz tych drobiazgów nie ma żadnego prawdziwego dowodu, że te dzieciaki choćby nawet dalej istnieją. Nie chcąc zrobić ze wszystkich dupków Marvel zrobił z nich dupków i idiotów za jednym zamachem.
avalonpulse0313c%20%5B1600x1200%5D.JPG Po za tym, jedno pytanie dla Tigry, która tak uparcie nie wierzy w to, że to nie jest zbieg okoliczności. Na jakim ty świecie żyjesz? To jest Mavel Universe, tu takie rzeczy zdarzają cały czas.
I pytanie do karoliny - jak to jest, że jeśli Chase i Nico się zeszli, to dowiedziałaś się o tym od nich dopiero z listu, a nie z faktu, że powinnaś coś zauważyć, że miedzy nimi iskrzy, bo MIESZKASZ Z NIMI POD JEDNYM DACHEM! To nei ejst coś co siędzieje z dnia na dzień, zwłaszcza jeśli was zostawili, by rozwikłać tę sytuację. A po za tym, czy to nie dziwne, że ludzie, któzy są z resztą tej grupy bliżej niż rodzina nie pożegnali się w cztery oczy? O i gdyby Chase miał kłopoty, Old Lace by do niego poszła? O ile, nie wiem, jest gdzieś gdzie LĄDOWY DINOZAUR nie zdoła się dostać. JAK NA WYSPIE NA ŚRODKU MORZA!
A tak w ogóle to gdzie, do jasnej cholery, jest S.W.O.R.D.?! Wiecie, ludzie, którzy powinni to rozwiązać w pięć minut bo mają bardziej zaawansowaną technologię niż ktokolwiek na planecie? Ja rozumiem, że Hopeless ich nienawidzi jak wszystkiego w Marvelu co jest warte funta kłaków, ale do diabła, po Gage'u bym się więcej spodziewał.
No ale hej to komiks w którym Pym ignoruje, że wszyscy zaginieni zostali TELEPORTOWANI, co JEST dowodem, że coś jest nie tak, bo pojawia się Mettle by powiedzieć, że wszystko jest ok a on wcale nie jest robotem. A Hank go skanuje i to wystarczy? Do tego skanerem, któy nie potrafi się przebić przez ego skórę? Bullshit. Zwłaszcza w wykonaniu kogoś, kto był ofiarą porwania przez niewykrywalne, analne Skrulle.
W ogóle to robot zombie Mettle to doskonałą metafora na to, co ta seria zrobiła z Runaways i Avengers Academy. Zabiła, wypatroszyła, przypięła na sznurkach jak kukiełkę i wprawiła w ruch, jako pustą karykaturę tego czy kiedyś były i pokazuje je na około, by się pochwalić.
Ale miło, że ktoś wytknął jeszcze jedną dziurę w planie Arcade'a. Chociaż wiecie, szkoda, że jej nie załatali. To, że autorzy zdają sobie sprawę, że coś jest głupie nie znaczy, że to nagle przestaje być głupie.
Ten komiks, cała seria, opiera się na założeniach, że Arcade jest chodzącą zajebistością i może przechytrzyć każdego na ziemi, oraz, że Wolverine, Pym i Captain Britain to okropni nauczyciele i opiekunowie. I to wam się podoba? Serio twierdzicie, że to badziewie jest dobrze napisane? Co się z tobą stało Avalonie, co się z tobą stało? Gdzie twoi nieubłagani krytycy? Gdzie twe bystre oko do zauważania błędów?
Ocena: 6 na.... na Brystolskiej Skali Uformowania Stolca = kłaczaste kawałki z postrzępionymi krawędziami!
Czemu zamiast tego nie mogliśmy dostać komiksu o Union Jacku i Pete Wisdomie na pijackiej eskapadzie do Savage Land?
Soundtrack: I hate stupid people!
RUSTLEMANIA SHALL RETURN!
Krzycer: Z początku numer trąci Gage'ową łopatą, do której - niestety - przyzwyczaił nas w swoim "Academy" i po-trzykroć-przeklętym "Legacy", zwłaszcza w rozmowie Pyma z Molly. A potem... cóż, pamiętam z wywiadu z autorem, jak to się zarzekał, że jego gościnny występ ma być "organiczną częścią Areny, a nie 'Academy Reunion Special'". No, to kompletnie nie wyszło, nie licząc stron z Arcade'em byłem święcie przekonany, że mam przed sobą "Avengers Academy", ze wszystkimi wadami - drętwymi dialogami, nienatchnioną fabułą, prostacko prowadzonymi wątkami, itepe itede. Jakby tego było mało, wyjaśnienie, jakie otrzymujemy a propos iluzji roztoczonej przez Arcade'a, mającej przekonać świat, że wszystko jest w porządku, jest... Cóż, balansuje gdzieś na granicy między "do przyjęcia w ramach realiów świata przedstawionego i komiksowej logiki" a "totalną bzdurą". I choć ostatecznie nie spada w przepaść bzdur, to jest tego bliskie. Ale może nie doceniam znaczenia mediów społecznościowych na polu istnienia z dnia na dzień.
czarny_samael: Przeczytałem AA #13 i w większości kupuję te wyjaśnienia, poza trackiem teleportacyjnym.
Rodzice Hazmat i Meetle'a? Totalnie kupuję, w końcu Arcade ich też mógł oszukać.
Starhawk na 100% nie żyje? I chałwa Marvelowi, bo denerwowało mnie, że jego działania nie przynoszą żadnych efektów, są zlewane itd. A tak nie żyje i rzecz która mogła mieć wpływ na kosmiczne universum Marvela została sprawnie ucięta. Cały czas miałem w tyle głowy kwestię raptorów, a tak wszystko poszło zgodnie z myślą Talona.
Cap Britain nie może być odpowiedzialny za każdego jednego dzieciaka w swojej sytuacji. On tak naprawdę nie interweniuje, jeśli sprawa nie zagraża bezpośrednio jego universum, WB, albo multiversum. Facet nie ma czasu na bawienie się w niańkę i tylko własne ego zmuszało go do działania z Avengers.
Logan goniący z X-23 by mnie nie zaszokował, bo uważam go za hipokrytę, tym raczej u mnie zyskał.
Demo wychodzi z punktu widzenia, że wszyscy muszą założyć że te osoby zostały porwane. NIE, one nie będą sprawdzać czy tak było czy nie, bo oni odeszli i są w stałym kontakcie. Tym bardziej, że ojciec jednej z tych osób to potwierdził, a inna osoba sama do nich przyjechała. Pym nie uwierzył S.H.I.E.L.D. i dalej szukał info, jednak Mettle do nich przyjechał i z nimi rozmawiał. Na jakiej zasadzie Pym miał go zmusić żeby ten poddał się testom? Przecież oni nie mają żadnych info o działaniu USA, przez które trzeba by było ich non-stop kontrolować. Połowa Inicjatywy też odeszła i nikt za nimi nie panikuje. Jak i wiele mutantów, kosmicznych postaci, byłych Avengerów, etc.
Odchodzą i już. Jedni w mniej, inni w bardziej drastyczny sposób, jak np. Thor Girl, która stała się Designate.
I Marvel otrzymuje ode mnie pochwałę, że tak się tym przejął i utrzymał sensowność tej fabuły. Ja to rozwiązanie kupuję. 6/10.
Gil: Numer, w którym wreszcie podjęto problem zniknięcia ponad tuzina dzieciaków z różnych organizacji. Czy powinniśmy uznać za znamienny fakt, że napisanie go powierzono innemu scenarzyście? Czyżby Hopeless w ogóle się tym faktem nie przejmował? Nie zdziwiłbym się… No ale dobra, co nam zaserwował Gage? Kilka pomysłów było całkiem przyzwoitych: fragment o nowych metodach teleportacji i to, że Arcade w jakiś sposób podszywał się pod zaginionych, by wypełnić luki. Większość niestety dobra nie była. Wszyscy łykają blefy Arcade’a jak głodne pelikany, chociaż uczynienie ich wiarygodnymi wymagałoby ogromnego nakładu środków i czasu, o których już się nie mówi. Niektóre z tych blefów są strasznie naiwne. Odmowa współpracy ze strony Hill jest całkowicie bez sensu, a metody Pyma nie angażują nawet połowy dostępnych środków. No i wiele motywów zupełnie zignorowano lub zamieciono pod dywan jakimś zdawkowym tekstem. Jest też jeszcze jeden minus: rysunki. Bardziej przypominają te z Akademii pana Kleksa, którą uważam za mierną serię. Tak więc tym razem wystawie najwyżej 4/10.

Deadpool vol. 3 #14
Krzycer: Czy ja przegapiłem poprzedni numer, czy dowcip z Białym Człowiekiem polega właśnie na tym, że go nikt nie pamięta, bo tamtej historii nie było?
W każdym razie, ten numer był na porządną, zasłużoną szkolną trójkę. W sumie w porządku, parę razy się uśmiechnąłem, zapomnę o nim do najbliższej środy.
Gil: Nie wiem, czy ja już straciłem cierpliwość do Deadpoola, czy po prostu po krótkim powiewie świeżości okazało się, że ta jego wersja również niewiele ma do zaoferowania? W każdym bądź razie, nie znalazłem tutaj tego funu, którym powinna odznaczać się seria. I to już któryś numer z rzędu. Przebrnąłem ledwie przez parę pierwszych stron, po czym stwierdziłem, że nie chce mi się czytać dalej. Oceniać więc nie będę, tylko podzielę się tą informacją.

Fantastic Four vol. 4 #11
Gil: Coraz mniej podobają mi się Fantastyczni w wykonaniu Fractiona (z przystawkami czy bez). Na początku sporo naobiecywał, a zamiast spójnej historii, stworzonej wokół centralnego wątku, serwuje co i rusz miniaturowe historyjki o niczym. Tym razem trafiamy w jakąś odległą utopijną przyszłość, która oczywiście wcale utopijna nie jest, bo nęka ją jedna banda vintage hipsterów. Jedna, pięcioosobowa banda. Seriously… Jeśli było to nawiązanie do Mechanicznej Pomarańczy, to wyjątkowo marne. A jej bronią są bomby, które robią copy-paste wyrywków czasu. Coś, co mogłoby być niezłym pomysłem… gdyby nie było pomysłem Fractiona, bo potraktowane jest głupio. Tak więc, nasza familia zostaje rozdzielona i mniej więcej od tego momentu, nie wiadomo, co właściwie się dzieje, bo wszystko tonie w morzu pseudo-science babble. I jeszcze dokładają tutaj Future-Torcha, który występuje w FF, bo… bo potrzebują ich dwóch do czegoś tam. Nie wiem, za bardzo to pogmatwane. No i rysunki nadal obniżają poziom do tego stopnia, że nie wiem już czy patrzę na Sue, czy na Val. Równia pochyła tym razem zatrzymuje się na poziomie 3/10.

Fearles Defenders #8
Gil: No, muszę przyznać, że seria właśnie zyskała na atrakcyjności. Nie za sprawą zmian u Val jednak, chociaż i one przyniosły co-nieco ciekawego. Tym, co przykuło moją uwagę jest obecność Elzy Bloodstone, którą pamiętamy z rewelacyjnego NEXTwave. I o dziwo, Bunnowi udało się zachować coś z jej uroczego charakteru, a nawet rysownik dał radę utrzymać ją w charakteryzacji Immonena. Tak więc, Elza wpadła porozstawiała samozwańcze Defenderki po kątach i pokazała im, jak zajmować się potworami. W tym przypadku Brood, co może nie do końca pokrywa się z jej mistycznymi kwalifikacjami, ale może być. Tylko niepotrzebnie wstawili od czapy tego Brood z Planet Hulk, sugerując, że coś z nim jeszcze będzie na rzeczy. No i znów wyparowała gdzieś większa część obsady, poza dwiema głównymi postaciami, co nie zostało w żaden sposób usprawiedliwione. Aha, i największy problem: chińscy ninja. Oczywisty błąd merytoryczny, bo wszyscy wiemy, że ninja nie występują w Chinach! Chociaż z drugiej strony, czego ci Chińczycy nie podrobią…? W każdym razie, czytało mi się to nawet przyjemnie i wyglądało nienajgorzej. Może jeszcze by coś z tej serii było, ale o ile się nie mylę, to wyrok na nią już zapadł. Whatever. Tym razem dam nawet 6/10.

Infinity #1
Hotaru: Wielokrotnie już dawałem wyraz mojemu uwielbieniu wobec talentu rysownika Jimmy'ego Cheunga. Ten komiks nie będzie wyjątkiem. Jego rysunki są przemyślane, kiedy trzeba - dynamiczne, zawsze budują klimat i opowiadają historię na równi ze skryptem. Wielokrotnie zatrzymywałem się podczas lektury przy jednym lub drugim kadrze, tylko po to, by podziwiać kunszt Cheunga i jego odpowiedzialnych za oprawę graficzną współpracowników. A co z samym scenariuszem? Cóż, jest... Hickmanowski. To znaczy poprawny, nie nużący, zadający o wiele więcej pytań, niż dający odpowiedzi. Ale to pierwszy numer, więc to zrozumiałem. Podsumowując, do dobry początek. Ale, znając Marvela, to jeszcze nic nie znaczy...
Undercik: Nie wytrzymałem i darowałem sobie czekanie, aż zeszyt przyjdzie od Lexa. Najlepszy #1 w evencie Marvela od czasu "Siege". Tyle, że zarówno "Shadowland", "Chaos War", "Age of Ultron" czy AvX, także zaczynało się na przynajmniej porządnym poziomie. Zobaczymy jak dalej. Nie chcę wyparowywać wymagań wobec Infinity, ale nic nie poradzę na to, że pisze to Hickman. Mam nadzieje że tego nie zaprzepaści. Age of Ultron czytało mi się dobrze, tylko dlatego, że nie miałem wobec historii Bendisa żadnych oczekiwań. Tutaj zwykła i porządna fabuła nie wystarczy aby mnie zadowolić.
A sam numer? Czuć stawkę. Z biegiem zeszytu widać, że zbliża się poważne zagrożenie, czyli coś czego (znów!) nie było w takim stopniu od Siege. Na razie mamy powolne rozstawianie pionków i chyba już wiem które wątki będą mnie bardziej interesować (Skrulle), a które mniej (Inhumans). Mam nadzieję, że ich ilość nie będzie oznaczać tego, że aby się z nimi dobrze zapoznać trzeba będzie sięgnąć po inne tie-iny niż Hickvengers. Na dobrą sprawę za wiele pobocznych serii mnie nie jakoś specjalnie nie interesuje. Co najwyżej Wolverine and the X-Men Annual, Guardians of the Galaxy i Heist.
Poza tym w końcu oś fabuły nie skupia się aż tak bardzo na popularnych postaciach. Przez większośc numeru dostajemy panele dziejące się w kosmosie, a nawet jeśli już coś się dzieje na Ziemie, to w połowie jest to akcja u Inhumans. Avengers na razie są zmarginalizowani i to może zadziałać. To znaczy nie to, że nie chciałbym widzieć Mścicieli Hickmana z większym "czasem antenowym", ale to taka przyjemna odskocznia. Nie ma przegięcia w jedną stronę, jak w Chaos War, gdzie A-listera się nie dało uświadczyć, ale tym razem jest to dobrze wyważone i mam nadzieję, że tak się utrzyma. Jeśli się uda to będę pełen podziwu wobec Marvela. No i ciekaw jestem jak będzie wyglądać przez to sprzedaż w porównaniu do innych eventów.
Lubię rysunki Cheunga i w Infinity robią wrażenie i miło się je ogląda. Mimo to mam wrażenie, że ten artysta może lepiej. Do dużej części scen nie mogę się przyczepić, ale w niektórych widać, że Jimmy mógł się bardziej postarać. To wszystko jednak prowadzi do bardzo poważnej wady. Znów event Marvela nie będzie spójny stylistycznie. W AvX i AoU mieliśmy kilku rysowników na przestrzeni tych kilku numerów. O ile jeszcze byłym w stanie zaakceptować współpracę w każdym numerze dwóch artystów, ponieważ wygląd by został utrzymany, o tyle nie rozumiem, dlaczego #1 ma Cheunga, a kolejne zeszyty Opene i Weavera. Czyżby dlatego, że zdecydowano się na zmianę po publikacji Infinity FCBD? Nie wiem, ale jak dla mnie to strzał w stopę.
Kilka drobnostek: Skąd się wziął Skywalker w Infinity?
Ode mnie Infinity #1 dostaje niecałe siedem wyrwanych rąk przez Black Bolta na dziesięć.
Krzycer: Orzeszku. Pisałem przy okazji New Avengers, że Hickman jak nikt inny podbija stawkę. No to w tym komiksie zrobił to jeszcze raz, przebijając samego siebie. Niech o skali wydarzeń świadczy fakt, że INWAZJA THANOSA NA ZIEMIĘ będzie tu WĄTKIEM POBOCZNYM.
Co poza tym? Poza tym mamy tu dobre wprowadzenie - dostajemy zarys tego, co się dzieje (choć nie wiemy czemu), mamy pokazane zagrożenia, mamy jakieś tajemnice na przyszłość. Fajne tempo, niezłe rysunki (ale poniżej poziomy, którego oczekiwałem od Cheunga). I coś, co mnie zaskoczyło - dobra narracja. Nie lubię trzecioosobowej narracji w komiksach, ale tu nie tylko mi nie przeszkadzała, ale skłonny byłbym uznać, że coś wnosiła. Nie było jej za dużo, wprowadziła w klimat, parę informacji przekazała (nie dublując informacji przekazywanych przez rysunki).
Z drobiazgów - tradycjom eventowym stało się zadość, pożegnaliśmy już pierwszych C-Listerów. Pamiętacie, jak "Annihilators" mieli zostać "kosmicznymi Avengers"? Cóż, możemy pożegnać się z Ikon. We barely knew thee.
avalonpulse0313d%20%5B1600x1200%5D.JPGDemogorgon: "Marvel nie posiada wszystkich praw do ROM, ale ze Spaceknights może korzystać. Dlatego w Infinity #1 pojawili się ci bohaterowie. To też dowód na to, że event ma kosmiczne proporcje i dotyka nie tylko bohaterów związanych z Ziemią."
Co? Spaceknights gdzieś się pojawiają? Ktoś o nich pamięta? Yaay! Stęskniłem się za Ikon, wymiatała w Annihilators! A i chętnie poznam jej kumpli! Muszę to przeczytać! Jeśli będą dobrze pisani, to może dostaną własną serię po tym even...
LADIES AND GENTLEMEN! RUSTLEMANIA IS BACK! Szybciej, niż się spodziewaliśmy.
Nie no, to jest jakieś przegięcie! Wyciągacie postacie z Limbo TYLKO PO TO BY JE ZABIĆ?! A zabijacie tylko po to, by pokazać jacy silni są nowi wrogowie?! Który rok to jest waszym zdaniem? Bo ta strategia przestała działać gdzieś w okolicach Superboya Prime! No ale czego ja się spodziewam po ludziach, którzy wydają Avengers Arena! Do jasnej cholery, jeśli nie macie pomysłu na postać, ZOSTAWCIE JĄ W SPOKOJU! Kiedyś przyjdzie ktoś, kto może będzie jakiś miał. Ale nieee, lepiej ją zabić, by @#$% AVENGERS wypadli lepiej! Bo cały świat się musi kręcić wokół Avengers! Tego gloryfikowanego klubu dla wybranych! Kto nie jest w Avengers, ten jest do odstrzału, tak? To jest wasza polityka, Marvel? To powiem wam tyle - PIES TRĄCAŁ AVENGERS! Jeśli inne postacie was nie obchodzą, to mnie z całą pewnością nie będzie obchodzić ta banda egoistycznych dupków! Niech sobie lecą w kosmos, Kaptain America rzuci są tarczą, krzycząc "Murrica!", Thor strzeli piorunem, a Hulk zrobi "SMASH!" i będzie po kłopocie, bo Boże uchowaj, by coś się stało któremuś z tych pawianów! A tymczasem Iron Man zostanie na Ziemi, bo gdzie tam, żeby sobie C-Listerzy jak Black Bolt i Black Panther sami poradzili sami z Thanosem, nieee, oni potrzebują faceta z własnym filmem, którego mogą cmoknać w tyłek przed walką, bo bez jego wielkiej, wypchanej mamną marki nie byliby kompetentni! I czemu Illimunatti ciągną ze sobą na misje prostytutki?!
Na plus: Lubię jak Hickman pisze Carol, plot z Thanosem jest toche nudny póki co, ale w sumie okej.
Soundtrack: Black Blade
RUSTLEMANIA SHALL RETURN! Może nie dwa razy w tym samym Pulsie następnym razem.
Gil: Początek tego eventu, który w przeciwieństwie do wielu poprzednich ośmielił się wzbudzić nadzieje czytelników. Czy ten zeszyt je podtrzymał? A owszem – przynajmniej u mnie. Po pierwsze dlatego, że jest naturalną kontynuacją dotychczasowych wydarzeń, z nie bierze się znikąd. Podstawy były kładzione konsekwentnie i umiejętnie od dłuższego czasu, chociaż pewnie wiele nawiązań jeszcze odkryjemy. Początek nie jest wybuchowy, chociaż nie brakuje w nim akcji, a to możemy potraktować jako obietnicę. Zwykle zaczyna się od trzęsienia ziemi, ale potem niestety napięcie już nie rośnie. Tutaj mamy rozstawienie pionków na szachownicy i uwerturę, która daje nadzieje na solidną partię. Thanos sam w sobie jest wytrawnym graczem, a jego generałowie zostali skutecznie wykreowani na istoty budzące grozę. Wprowadzenie do gry Inhumans sugeruje kontynuację wątków, które Hickman rozpoczął jeszcze w Fantastic Four, co również jest dużym plusem. Sam atak na Black Bolta jest świetnie wykonaną sceną i nie jedyną przy tym. Cieszy również fakt, że Avengers reagują z wyprzedzeniem – tak jak powinno być – i przyjmują aktywną rolę. Czas pokaże, czy ich plan się sprawdzi – na razie jedyne wątpliwości budzi dobór ekipy wysłanej w kosmos, chociaż z drugiej strony, jest usprawiedliwiony rozdziałem postaci w seriach (np. Iron Man został ze względu na swoją rolę w Illuminati). W tej chwili można nawet powiedzieć, że historia wykazuje cechy thrillera science-fiction, a nawet elementy horroru w budowie nastroju, więc będę się cieszył tym bardziej, jeśli ten stan rzeczy się utrzyma. Jim Cheung generalnie daje radę utrzymać nastrój – kosmici w jego wykonaniu wyglądają genialnie, otoczenie również świetnie i tylko mało zróżnicowane twarze policzyłbym na minus. Plusem jest też fakt, że do zeszytu dołączono wydany wcześniej prolog, dzięki czemu niczego się nie przegapi. Tak więc, póki co jestem zadowolony i pełen nadziei, że w końcu dostanę naprawdę porządny event. Na dobry początek wystawię nawet 8/10.
kuba g: Stało się. Wybrałem w tym tygodniu tylko jeden zeszyt z Marvela, który będzie wart wydania na niego pieniędzy i okazało się, że jest ich wart bardziej niż można się spodziewać. Nie będę rozkładał tego numeru na części pierwsze bo nie o to mi w tych wpisach chodzi. Co doceniam najbardziej? Hickman utrzymał tu swoje nieśpieszne tempo narracji jednocześnie dając nam całą masę wydarzeń narastających z każdą następną stroną. Wątek Budowniczych, Thanos, zbiórka Avengers i akcja w "domu Inhumans". Wszystko przedstawione na równi dobrze i równoważnie. Oczywiście wiem, że często eventy zaczynają się dobrymi zeszytami by spaść z poziomem naprawdę nisko z każdym następnym numerem. Ale ten numer tak mi się podobał, że będę trzymał się bardzo nadziei na utrzymanie tego poziomu. Aha, czytanie tego numeru z muzyką z Deus Ex: Human Revolution jako tło było bardzo dobrym pomysłem. Taki kosmos i taką ziemię w centrum jego chcę widzieć.
czarny_samael: Czuję to. Niestety AvX i "Siege" też czułem, a naprawianie tego co stało się w Siege trochę Marvelowi zajęło trochę czasu. Ciekawi mnie nowy cel Thanosa i cieszy, że Mad Titan nie wraca do starych koncepcji, bo ich cele już spełnił. Intryga na dodatek nie będzie się kręcić wokół niego, choć niestety zapowiada to jego porażkę z istotami niższego poziomu, ale zobaczymy. Hulk, Iron Man, Blue Marvel i Black Bolt wyglądają na tych którzy wezmą na siebie największy ciężar odparcia ataku. Hyperion i Thor w kosmosie? Jaram się. Zniszczenie Galadoru zrobiło na mnie wrażenie, nie spodziewałem się że Marvel się na to zdecyduje, nie zapomniano też o jego obrońcach, chociaż ich nazwa niewiele mi mówi. Atak na wszystkie imperia póki co wydaje mi się trochę naciągany, jednak wierzę w Hickmana.
Miałem problem z rysunkami. Tzn. mają to czego od nich oczekuję - są przede wszystkim czytelne i nie przeszkadzają. Jednak też niczego nie dodają, bo każda twarz jest dokładnie taka sama. Szczególnie uderza to na stornie przedstawiającej bohaterów tej serii. To było gorsze niż u Landa. Za historię 8.5/10. Za rysunki 6.5/10, co daje nam 7.5/10 za ten numer.

Infinity: Against the Tide (one-shot)
Demogorgon: O, za to to było świetne. Przepiękne rysunki, bardzo klimatyczne , chociaż autor mógłby wpakować więcej różnorodności może, bo wszystkie Skrullice są rude.
Rozkoszuję się tym pięknym, apokaliptycznym klimatem, tą epickością wejścia d ogry Silver Surfera, jego potęgą, wręcz niemalże boskością, gdy staje naprzeciw niepowstrzymanych sił wroga, zdolnych przecież go zranić.
Na minus - trochę chaotyczna jest scena z parą Skrulli, nie wiem czy ta dziewczyna w końcu umarła czy nie (jeśli tak to sucks, bo była fajna, a na pewno lepsza od jej frajerowatego kumpla).
Z rozkoszą sięgnę po drugi numer. Nie miałbym też nic przeciwko animowanej adaptacji.
Soundtrack: Unleashed
czarny_samael: Czytając ten komiks przypomniał mi się Thor: God of Thunder. Te rysunki były majestatyczne - Surfer był po prostu bogiem, który zstąpił na planetę by ją uratować. O ile przez większość czasu mamy głównie walkę, scenariusz nie wypada źle, choć przyznaję że mam nadzieję na wyjaśnienie obecności Surfera (chyba że gdzieś mi umknęła). Może i jest to pewna klisza, ale naprawdę dobrze zrobiona. Za rysunki 10/10 (ciężko mi wyobrazić sobie lepsze), za scenariusz 6/10 i mamy średnią 8/10, ale numer tygodnia idzie jednak na konto Thora.

Scarlet Spider vol. 2 #20
Krzycer: Druga część crossovera. Gładko poszło. Zbyt gładko. Poza tym wprowadzenie klona Gwen Stacy (...który to już?) i usunięcie go numer później było tanią zagrywką. W sumie szkoda, klonoGwen mogłaby się przenieść do Huston... A tak w ogóle, czy ja dobrze pamiętam, że po poprzednich wyskokach Jackala zostały jakieś klony Gwen Stacy biegające po świecie? Mam wrażenie, że dawno temu natknąłem się gdzieś na taki wątek.
Wracając do tego numeru - interesujące rysunki. W pierwszej, bardzo krótkiej chwili pomyślałem, że to Clayton Crain.
Gil: Druga część historii o konfrontacji dwóch Pająków z Szakalem jest zarazem częścią ostatnią. I trochę szkoda, bo miałem nadzieje na bardziej rozbudowaną opowieść w co najmniej trzech aktach. A tak, wszystko rozwiązało się trochę zbyt szybko. Uwięzili ich, więc się oswobodzili, spuścili łomot tym złym i było wielkie bum, po którym rozeszli się w pokoju, chociaż z urażonymi uczuciami. Widać jednak, że w planach jest kontynuacja, bo pozostało parę elementów, które z pewnością powrócą, może nawet szybciej niż by się wydawało. Bo wiadomo - Jackal to świr. Natomiast Otto jest jak zwykle uroczy w kontaktach, a Kane wszystko dopasowuje do tej swojej wewnętrznej potworności i wyszedł z tego bardziej pokrzywdzony, więc efekty będą bardziej odczuwalne w jego serii. Czyli podobnie jak część pierwsza, była to całkiem niezła lektura. Zdecydowanie lepsze były za to rysunki. Nie wiem, skąd wytrzasnęli to studio, ale robi wrażenie. Tak więc i tutaj wystawię 7/10, ale mocniejsze niż w części pierwszej.

Secret Avengers vol. 2 #7
Krzycer: Jednego nie można zarzucić tej serii: nudno nie jest. Dzieje się dużo. Czy się dzieje z sensem? To jest bardzo trudno ocenić, bo musiałbym ułożyć sobie wszystkie wydarzenia w chronologicznym porządku, uwzględniając, że niektóre mogą być fałszywymi wspomnieniami, a zupełnie nie chce mi się tego robić, bo ten tytuł nie zasługuje na taki wysiłek. To czytadło do przejrzenia i zapomnienia. Być może gdzieś w tle ukryty jest jakiś wielki zamysł, wheels within wheels, rywalizujący z Hickmanowymi intrygami, ale jeśli tak, to autor ukrył go tak głęboko, że kompletnie tego nie widać - mamy tylko chaos.
Gil: Okay, powiedzmy to sobie szczerze: w tej chwili jedyne, co jeszcze trzyma mnie przy tej serii to rysunki. Nazwiska takie jak Guice i Epting przyciągają mnie wystarczająco, bym prześlizgnął się wzrokiem po tej dziwnie pokręconej fabule, której już nawet nie próbuję rozwikłać. Dawno już straciłem wątek, kto, z kim, jak i dlaczego. I nawet nie próbuję go odnaleźć, bo jak zaczynam czytać dymki, to widzę tylko bulbotanie o czymś nie związanym z tym, co widzę na rysunkach. I tylko dzięki grafice dostanie to coś ocenę 3/10.
 
Superior Spider-Man Team-Up #2
Krzycer: Pierwsza część crossovera. Byłem zaskoczony poziomem emocji, spodziewałem się typowego dla Ottopająka zgrywania Parkera, a tu od razu poszedł berserk. I dobrze, fajnie się to czytało. Aż szkoda, że Yost wplótł w to wszystko Jackala. Po pierwsze dlatego, że nie lubię Jackala, po drugie - ciekawsze byłoby dla mnie rozegranie spotkania Kaine'a z Ottem do samego końca.
Gil: O ile spodziewałem się, że spotkanie dwóch pajęczaków przyniesie obowiązkowy pojedynek, to nie przewidziałem, że konfrontacja okaże się aż tak wybuchowa. Biedny Otton prawie stracił kontrolę i był na skraju zdemaskowania się. Paradoksalnie, zad uratował mu atak stworów Jackala, chociaż z drugiej strony, Kane jest tak zaślepiony swoim poczuciem potworności, że i tak przyjął lanie jak szczeniak, który nasikał panu do butów. Szybko przeszliśmy więc z konfrontacji między pająkami do bitki z łotrem, która zadziwiająco szybko przechyliła szalę na jego stronę. Oczywiście, tylko po to, żeby zapewnić odpowiedni cliffhanger. A jednak czytało się to całkiem fajnie, bo nie było pewności, co za chwilę wywinie każda z postaci. No i rysunki Checchetto wyglądały tutaj bardzo fajnie. Tak więc, część pierwsza dostanie 7/10.
avalonpulse0313e%20%5B1600x1200%5D.JPG
Thor: God Of Thunder #11
Hotaru: Jason Aaron i Esad Ribic dostarczyli finał godny epickiej historii. Saga Gorra dobiegła końca i okazała się tak tragiczna, jak można było z początku domniemywać. Scenarzysta przygotował kilka naprawdę epickich scen, a rysownik wyegzekwował je perfekcyjnie. Aaron i Ribic stworzyli coś kompletnie innego od ostatnich historii o Thorze, a jednocześnie nie ustępującego klimatem kompletacyjnemu początkowi Thora Straczynskiego i Coipela. Szczerze przyznam, że nie spodziewałem się, że ta seria aż tak mi się spodoba. Lubię takie niespodzianki. Koniec końców czuję jednak niepokój - jak po takiej fenomenalnej pierwszej historii twórcy zachowają poziom w kolejnej?
Krzycer: Fajnie, że Aaron tymi 11 numerami przypomniał, czemu kiedyś (przed WatXM, przed Wolverine'em w piekle, przed jego Hulkiem) lubiłem jego komiksy bez żadnych zastrzeżeń.
W sumie inni już wymienili zalety tego komiksu, zgadzam się ze wszystkim. Zaintrygował mnie pomysł samaela, łączący Gorra z Voidem - zupełnie mi to nie przyszło na myśl, ale byłoby to bardzo zgrabnym wyjaśnieniem. Zobaczymy.
Gil: Bomba odpaliła! Na szczęście nie było niewypału. Nawet mieliśmy szansę posmakować jej efektów i pomogło to utrzymać napięcie. Nawet przez chwilę zwątpiłem, czy aby problem Gorra zostanie rozwiązany w tej historii, czy dostaniemy akt trzeci we wszechświecie bez bóstw. I szczerze powiem, że nie wiedziałem zupełnie, czego się spodziewać. Tym razem Aaron zaskoczył mnie pozytywnie – udało mu się stworzyć zakończenie, które nie tylko utrzymuje poziom, ale też zaskakuje rozwiązaniem i nie jest banalne. Powiem więcej – z czystym sumieniem nazwę je epickim. Moment, w którym Thor skupia modły wszystkich bogów i przejmuje broń przeciwnika sprawił, że poczułem dreszczyk. Coś, co po przeczytaniu miliona komiksów zdarza się rzadko. I oczywiście nie da się odmówić zasługi w tym Ribicowi, który stworzył fantastyczną oprawę graficzną. Koniec Gorra również wyszedł świetnie i dodaje drugie dno do tej postaci. Natomiast epilog pomógł rozluźnić atmosferę i przyniósł chwilę oddechu. Niezwykle rzadko zdarza się, żeby tytuł utrzymał tak wysoki poziom przez 11 numerów, więc również ten fakt uwzględnię w ocenie, wyrażając przy tym nadzieje, że utrzyma się dłużej. A oceną tą będzie 9/10 i tytuł numeru tygodnia.
czarny_samael: Zazwyczaj jeśli wpisuję swoje oceny, robię to na gorąco i są one skrajnie niskie lub wysokie. Tym razem powstrzymałem się przed tym. Ucierpiała na tym zapewne powyższa ocena Areny gdyż normalnie miałaby tą 7-kę na bank. Jednak wtedy Thor musiałby dostać 10, a jeśli się nie mylę to tylko #9 taki dałem.
Pewnych rozwiązań się spodziewałem, innych mniej. Thor z mocą Gorra był niezwykły, budzący strach, nawet większy niż sam Gorr. Brakowało mi tylko nawiązania do Voida, bo cały czas miałem wrażenie, że i Gorr i Sentry biorą swoją moc z tego samego źródła, szczególnie gdy zobaczyliśmy w ostatnich numerach dwa nawiązanie: 1.I Thor leciał z Gorrem lata świetlne i Sentry z Thorem u Remendera, a obaj scenarzyści mówili o współpracy. 2.Tak jak Thor wrzucał ciało Sentry'ego w słońce, tak King Thor zrobił to z Gorrem w #9. Do tego Remender jasno podkreślił, że Sentry nie ma Voida w UA, tutaj mieliśmy do czynienia z historią która miała wpływ na czas i tym samym liczyłem na wyjaśnienie co się stało z "cudotwórcą" Boba. Liczę wciąż na Remendera w tym względzie. Gorr przypominał mi Voida przez długi czas, także tym że stanął przeciw bogom, podczas gdy Void wykorzystywał swoją moc w przeszłości by ukazać się jako ten najwyższy bóg. Szkoda, ale mimo wszystko ładnie się nam to zamknęło, a pamięć bogów została wyczyszczona, pewnie poza Kingiem. Wg mnie tak powinno wyglądać zamknięcie dobrej historii. Rysunki po raz kolejny wpisywały się w klimat i zwiększały napięcie. Cała historia jest najlepszą jaką czytałem z Thorem od kiedy panował Asgardem na Ziemi w Thor vol. 2.
Ważnym aspektem tych 11 numerów, było to, że nie było to oczywistymi podwalinami żadnego eventu, czy jego efektami, co obecnie jest nagminne w tak długich historiach.
Za ten numer: 8/10. Za całą historię: 9/10.

Ultimate Comics: X-Men #30
Hotaru: Po scenariuszu Wooda oczekuję teraz tylko jednego - wyjaśnienia, dlaczego Jean zachowuje się kompletnie niezgodnie ze swoim charakterem. Do czasu, aż nie dostanę satysfakcjonującej odpowiedzi, nie ważne ile Wood przemyci fascynujących akcji, geopolitycznych rozgrywek i dramaturgii, nie będę usatysfakcjonowany. Ten numer jest tego przykładem.
Krzycer: Jak to zwykle w tym tytule bywa: w sumie fajnie, ale czemu Jean zwariowała? To pytanie wisi nad serią. Niestety, nie sprawia, że jestem coraz bardziej zaintrygowany, tylko coraz bardziej zirytowany.
Poza tym Wood albo nie wie, że Ultimate Colossus jest gejem, albo zrobił z niego biseksualistę, co też mi się kłóci z jego przedstawieniem przez Vaughana i kto tam jeszcze prowadził ten wątek całe lata temu...

Uncanny X-Force vol. 2 #10
Gil: Porzucamy w końcu dosłowne cluster-fucki, by powrócić do tych mniej dosłownych, czyli wątków rozpoczętych wcześniej i na kilka numerów porzuconych. Nie jest łatwo przypomnieć sobie, o co chodziło, więc akurat w tym wypadku słowna ekspozycja jest pomocna. Przy okazji trwa wybielanie (nie dosłowne oczywiście) Bishopa i nawet pojawia się przy tym odrobina logicznych argumentów. Ale potem nagle z nieba spadają potworności i logika się kończy. Powiedzmy to tak: trzeba być dupą wołową, a nie doświadczonym bohaterem, żeby pozwolić jakiemuś chuderlakowi napoić się magicznym trunkiem, który wywala osobowość na lewą stronę. Ale to z pewnością część planu przeciągania Bishopa z powrotem na stronę aniołków, co zostało nawet podkreślone ostatnim kadrem a’la Wolverine w kanale. Oczywiście nic nie jest przy tym jaśniejsze i sytuacja to nadal jeden wielki… no, sami zgadniecie? Rysunki wprawdzie są lepsze niż przez ostatnie kilka zeszytów, ale nawet nie zbliżają się do poziomu z początku serii. Nadużywałem trochę trój w tym tygodniu, a ze względu na ulgę z powrotu do stanu względnie normalnego przyjąłem ten zeszyt jako trochę lepszy od tamtych, więc naciągnę ocenę do słabego 4/10.

Uncanny X-Men vol. 3 #10
Hotaru: Kolejny nudny numer napisany przez Briana Bendisa. Scenarzysta powinien całować po stopach rysownika. Kiedy te puste scenariusze ilustruje Frazer Irving, wtedy jego styl nadaje tej wydmuszce aurę tajemniczości, emanuje dramaturgią i napięciem tam, gdzie w skrypcie go nie ma. To dzięki rysownikowi czytelnik dociera do końca zeszytu bez przerwy na drzemkę w trakcie lektury. Pomyśleć, czego Irving by dokonał, gdyby dostał naprawdę dobry scenariusz...
Krzycer: Ojej. Frazer Irving nie pasuje do rysowania rzeczywistego świata. Limbo, tak. Słoneczny dzień w ośnieżonej Kanadzie? Protesty studenckie? Nie.
Dalej. Trening młodych mutantów. Standard, ale ładnie poprowadzony. Spiskujący Magneto... eee... co? Zakładam, że Magneto wciąż chce robić SHIELD w konia, ale czemu SHIELD wciąż z nim w ogóle gada?
Poza tym: ojej, Rewolucja Cyclopsa wreszcie przyniosła jakieś owoce. Czyli... Uncanny X-Men jest o mutancim Occupy Wall Street? Dobrze rozumiem, na czym to ma polegać? W każdym razie miło, że coś się z tym wątkiem dzieje już w #10 numerze. W All-New po 15 wciąż właściwie nic się nie wydarzyło.
Undercik: Tak jak uwielbiam All-New X-Men, tak Uncanny od samego początku mi nie podchodzi. Tym razem po raz pierwszy od 9 przeciętnych numerów coś zaskoczyło. Nie licząc Mystique która jest teraz wszędzie, w końcu czyta się to dobrze. I tak, podobała mi się naiwność Scotta. A jego raczkująca relacja z Angelem w końcu pokazuje sens przeniesienia tego drugiego do UXM. Rysunki są za to specyficzne i niektóre są świetne, a na jednych zawiesza mi się wzrok i w głowie pojawia się tylko jedno wielkie "WTF?".
Gil: Pierwszy i największy plus tego zeszytu to powrót Frazera Irvinga jako rysownika. Co prawda, tutaj jego grafiki nie są tak efektowne jak wcześniej, ale w tych okolicznościach to nie zarzut, bo nadal są bardzo dobre. Co zaś się tyczy fabuły… no, jest. Ale nie powala. Sporą część zajmuje wałkowanie motywu współpracy Magneto z SHIELD, co służy właściwie tylko wciśnięciu Mystique-Dazzler. To zaś każe zapytać, czy rzeczywiście najważniejsza organizacja bezpieczeństwa na świecie nie ma metod rozpoznawania shapeshifterów? Z drugiej strony mamy resztę ekipy Cyclopsa, która uczy się trochę lepiej współpracować. Do momentu, kiedy ich fearless leader postanawia zabawić się w celebrytę, ponieważ zbiegowisko hipisów połechtało jego ego, przez co pakuje się w wyjątkowo oczywistą pułapkę. Kiepska strategia jak na kogoś, kto aspiruje do roli przywódcy gatunku. I wyjątkowo marna przemowa. Ale z plusem za rysunki, zeszyt wyciągnie 6/10.
czarny_samael: No i koniec chwalenia. Rysunki były straszne, okropne, beznadziejne... To się czytało z odrazą na twarzy i pragnieniem końca numeru. Cyke trochę naiwny, ale czy nie musiał się na to zdobyć? Magneto nie przekonujący. Tylko Hill przypominała mi samą siebie. Pomijam nowych, bo oni muszą się ograć, żeby stwierdzić jacy są naprawdę. Za rysunki 2/10 Za scenariusz 4/10 i mamy końcową ocenę 3/10.

Wolverine and the X-Men #34
Gil: No tak… jak Aaron zaskoczył czymś pozytywnym i dojrzałym w jednym miejscu, to musiał rozczarować czymś boleśnie infantylnym w innym. Fabuła tego zeszytu to nic innego jak ciągnąca się w nieskończoność bijatyka, usiana chaotycznymi przebitkami. Oprócz mutantów mamy więc kosmitów, demony, wielkie potwory i nawet Icemana sterującego wielkim lodowym Voltronem. Jeezzz…! To już nie jest byle mech, to cała góra sera i waty, pod którą utonęły jakiekolwiek motywy, które tę historię zaczęły. Nie wiem, czy zapoznam się z finałem po czymś takim… Wystawię najwyżej 3/10.

Wolverine vol. 5 #8
Krzycer: Kiedyś podobały mi się rysunki Davisa. Dziś... eh. Czemu oni wszyscy mają białe paski zamiast zębów?
...to w sumie wszystko, co wyniosłem z lektury tego komiksu. Fabuła była, była w porządku, nic, nad czym warto się zachwycać, nic, co zasługiwałby na krytykę. Po prostu - nijakie to było. Zdecydowanie poniżej tego, czego spodziewam się po Cornellu zazwyczaj.
A na koniec Mystique znikąd! Najwyraźniej ktoś ogłosił 2013 rokiem Mystique, tylko nie poinformowali jeszcze o tym fanów. A biorąc pod uwagę "zespalanie mutantów z resztą uniwersum Marvela", jakim cudem Mystique jeszcze nie pojawiła się w Uncanny Avengers? Może chociaż wyskoczy u boku Thanosa w Infinity. Bo naprawdę jest jej za mało w komiksach.
...a ja przecież ją lubię. Mystique jest świetną postacią. Czemu redaktorzy działu mutantów chcą mi ją obrzydzić, pozwalając, by była wszędzie?
Gil: Chciałem napisać pozytywną recenzję tego numeru, ale mimo kilku podejść, nie mogę znaleźć innych plusów poza faktem, że czytało się to lekko i przyjemnie, a od strony technicznej nic skryptowi zarzucić nie można. Niestety, to za mało, bo temat numeru to już czysty fan-service. Ciężko mi przełknąć fakt, że zarówno Wolverine, jak i Black Panther tracą kontrolę nad sobą, gdy zaczynają się kłócić o kobietę. To tylko wymówka, żeby nie potraktować tego pojedynku serio, a przy okazji wyprostować kilka nieszczęsnych wcześniejszych pomysłów, jak zabranianie Storm wstępu do Wakandy. W samum wątku głównym niewiele się ruszyło, tym bardziej, że na ostatniej stronie wykonali ostry skręt w stronę czegoś zupełnie innego, czyli po raz piąty czy szósty wyciągnęli z kapelusza Mystique. Więc właściwie to wszystko było na nic. No i znów mamy rysunki Davisa, czyli to samo po raz wtóry. Tym razem tylko 5/10 będzie.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:

avalonpulse0313b.jpgUncanny X-Force vol. 2 #10
Autor:
Kris Anka

Hotaru: To, że jeszcze nie anulowano tego tytułu, to w większości zasługa Krisa Anka. Artysta wyrasta na jednego z najlepszych dostawców okładek dla Marvela. Sam numer jest kiepski - schematyczny, brzydki i nudny. W tej okładce jest więcej klimatu i dramaturgii, niż wewnątrz całego zeszytu. Do tego artysta poeksperymentował i fantomy zilustrował stylem kompletnie innym od tego, do którego zdążył nas przyzwyczaić. Podoba mi się.





avalonpulse0313a.jpgAvengers Arena #13
Autor:
Kalman Andrasofszky

Demogogon: Płaczę przez tę okładkę. Płaczę, bo ona jest taka w stylu Molly, pełnej optymizmu i naiwności dziewczynki, która zgubiła najbliższe co ma swoim rodzicom i nie wie co robić. W tym obrazku jest więcej emocji, więcej smutku i tragedii, niż w wszystkich trzynastu numerach tej serii razem wziętych. #helpmolly. Reward! (all the money in my piggy bank). Serce mi pęka jak to czytam. Ta seria nie zasługuje na tak dobre okładki.





Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.08.14
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.