Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #179 - Runaways Deluxe HC

lt%20179s.jpgRunaways Deluxe HC
Scenariusz: Brian K. Vaughan
Rysunki: Adrian Alphona, Takeshi Miyazawa
Okładka: Adrian Alphona
Data wydania: 09.08.2006
Liczba stron: 448
Cena: 29,99$
Zawiera: Runaways vol. 1 #1-18

Demogorgon: W pewien sposób ta recenzja jest powrotem do korzeni Living Tribunala. Co bowiem było pierwszą recenzją, jaką redakcja Avalonu popełniła dla wszechmocnego sędzi Marvel Universe? "Pride & Joy" - pierwsze sześć numerów Runaways. Czytelnicy, którzy byli z nami tak długo mają pełne prawo poczuć nostalgię. Tak samo jak ci, którzy wykorzystują tę recenzję by powrócić do tytułu, który mogą pamiętać z młodzieńczych lat.

Ja nie mam. Dopiero w czerwcu tego roku pierwszy raz przeczytałem Runaways. Jasne, zespół był mi znany, jedne z moich pierwszych streszczeń na Avalonie to Secret Invasion: Runaways/Young Avengers, ale ten komiks był właśnie moim pierwszym spotkaniem z drużyną. Na Runaways vol. 2 załapałem się na końcówkę runu Whedona, ostatni numer dokładnie, potem było Runaways vol. 3, które nawet wtedy, temu niewyrobionemu, pełnemu buzujących hormonów ignorantowi, wydawało się naiwne i efektywnie sprawiło, że bohaterowie wypadli na jakiś czas z kręgu moich zainteresowań. Dopiero niedawno nadrobiłem cały run Briana K. Vaughana w tej serii, wszystkie czterdzieści trzy numery.

Runaways zadebiutowali dziesięć lat temu, w lipcu była rocznica (a czy Marvel uczcił to jakoś? Nie. No chyba, że liczyć, że łaskawie tylko udawali, że brutalnie zabijają jedną postaci w Snuff Comics). Powstali dla nastolatków tamtych czasów, dla dzieciaków w wieku bohaterów, kategoria piętnastu do siedemnastu lat. Ja byłem wtedy młodszy, trzynaście lat. I jasne, wydaje się to drobiną, ale chociaż mogę odczuwać ze starszymi kolegami pewną empatię i zrozumienie, to jednak nie wiem jak to być u progu dorosłości w 2003. Teraz jestem starym koniem, dorosłem i stałem się bardziej cyniczny, patrzę z politowaniem na tego naiwnego źrebaka, którym kiedyś byłem. Czy więc komiks adresowany może do mojego pokolenia, ale do innej grupy wiekowej, zdołał do mnie trafić, po tylu latach? Powiem tak. Runaways, licząc jako całość run Briana K. Vaughana, obejmujący 18 numerów vol.1, 24 numery vol.2 i jeden special, to obecnie mój drugi ulubiony z całego Marvela, po Journey Into Mystery Kierona Gillena. Incredible Hercules? Cosmic Marvel? New X-Men vol. 2? To jest lepsze. A nawet Journey Into Mystery wyprzedza je tylko odrobinkę. Ten komiks oficjalnie sprawił, że Brian K. Vaughan dołączył do moich ulubionych scenarzystów i przymierzam się do przeczytania innych jego komiksów, chociaż do tej pory nie wydawał się moim typem pisarza.

Może czas więc, abym skończył ten przydługi wstęp i przeszedł do konkretów. Kim są Runaways? Czemu ich przygody tak bardzo mnie wciągnęły?

Wiecie, jak nastolatki lubią narzekać, że ich starzy są źli? Zresztą, przypomnijcie sobie jak to było, kiedy byliście w ich wieku. A może wciąż jesteście? Jeśli tak, to jest moim zaszczytem powitać nowe pokolenie na swej drodze do odkrycia wszystkich cudów tego pięknego hobby, jakim są komiksy. Ale do rzeczy.

Rodzice czepiają się twojego wyglądu, sposobu bycia, muzyki i zainteresowań, kontrolują o której wracasz do domu, złoszczą o oceny, znajomych, krytykują twoje wybory, przyjaciół i pierwsze miłości, stawiają wygórowane wymagania i oczekują zawsze perfekcyjnych wyników... Brzmi znajomo? Pewnie każde z was było (lub jest) w jakiejś postaci tej sytuacji, z rodzicem, opiekunem albo inną reprezentacją autorytetu, a jeśli twierdzi inaczej to albo kłamie, albo "zapomniał wół, gdy cielęciem był". Rodzice dla buntowniczych nastolatków to spore utrapienie, ale daleko im do bycia złymi – oni chcą tylko dobra swoich dzieci i martwią się, czy wybory, jakich dokonują na progu dorosłości, nie będę miały straszliwych konsekwencji. Przypomnij sobie, drogi czytelniku, swoje własne problemy z rodzicami, ze swych młodzieńczych lat (albo zeszłego wtorku). A teraz pomyśl o ile gorzej by było, gdyby twoi starzy naprawdę byli źli. Gdyby byli superzłoczyńcami.

Przed taka perspektywą staje szóstka dzieciaków. Alex Wilder, Nico Minoru, Gertrude Yorkes, Karolina Dean, Chase Stein i jedenastoletnia Molly Hayes odkrywają, że ich rodzice to The Pride – potężna organizacja superzłoczyńców, która kontroluje całe Los Angeles, a ich doroczne spotkania służą składaniu krwawych ofiar. Wyobraźcie sobie, jak to jest być na ich miejscu. Masz piętnaście do siedemnastu lat, właśnie widzisz, jak twoi starzy kogoś mordują. Świat się zawala nie? Odpowiedz sobie w duchu, jaka byłaby twoja reakcja. Nasi protagoniści postanowili coś z tym zrobić. Szukając dowodów morderstwa odkryli jakie ponure dziedzictwo pozostawili im rodziciele. Wynalazki szalonej nauki, sekrety czarnej magii, dziedziczone moce, skrzętnie skrywane przed potomstwem, trafiają teraz w jego ręce. Uzbrojeni w nowe zdolności i gadżety, nasza szóstka ucieka z domu. Ich dawne życie legło w gruzach, rodzice, którzy stanowili przecież pewne źródło oparcia w świecie, są wrogiem, do tego mającym po swojej stronie służby porządkowe i media. Wielu nastolatków by się w takie sytuacji załamało. Ale nie nasi bohaterowie, którzy postanawiają, że nie tylko pokonają The Pride, ale też będą walczyć, by zadośćuczynić za wyrządzone przez nich zło. Jednakże w zespole ukrywa się zdrajca – jedno z dzieci, które dalej wierzy, że mama i tata chcą dla nich jak najlepiej.

Ta idea jest genialna w swej prostocie i pozwala obudzić w bohaterach tyle wspaniałych, budujących dobrą historię emocji – gniew, niedowierzanie, zagubienie, niepewność, rozpacz, bunt. Jest w tym nieskończony potencjał, który pan Vaughan wykorzystuje jak tylko się da. Do tego wszystko jest obmyślone tak, aby historia ta mogła rozgrywać się w kontekście większego Shared Universe a jednocześnie pozostawać samodzielna i zrozumiała dla czytelnika. Udało się nawet uniknąć problemu Elminstlera, o którym wspominałem w Living Tribunal #173. Wydarzenia toczą się na wschodnim wybrzeżu, gdzie obecność superludzi jest niemal zerowa, a Pride dostaje ataku paniki, gdy w mieście pojawia się choćby Z-listerowy nołnejm poziomu Cloaka i Dagger. Antagoniści dbają o utrzymanie swojej działalności w sekrecie, dzięki czemu dramatyczna sytuacja nastolatków jest wiarygodna.
Bardzo szybko zresztą problemy naszych bohaterów ulegają pogłębieniu. Kolejne spotkania uczą ich braku zaufania do rówieśników oraz innych superbohaterów, koniec końców tylko zwiększając ich wyalienowanie. W efekcie naprawdę są sami przeciw wszystkim, niezdolni nikomu zaufać na tyle, aby poprosić o pomoc.

Historia jest bardzo nastawiona na bohaterów, nawet jeśli to problemy ich znajdują, to rozwój wypadków dyktują ich osobowości i poczynania (czego nie można powiedzieć o wszystkich komiksach w dzisiejszych czasach, niestety). Dobrze więc, że mamy tu obsadę bardzo bogatych, trójwymiarowych osobowości. Każdy z naszych bohaterów jest wielopoziomowy i z czasem odkrywamy kolejne warstwy jego osobowości. Co chyba sprzedaje ich jako zespół, to fakt, że oni w sumie nie są superbohaterami. I nie chodzi mi tu tylko o brak kostiumów, czy o to, że pseudonimy porzucają równie szybko, jak je dobrali. W sposobie pisania można odczuć, że dzieciaki nie są pisane jako zespól superbohaterów, ale jako grupa nastolatków, którym przytrafiło się mieć supermoce i chce z nim zrobić coś dobrego. To są nastolatki – zagubione w świecie dorosłych, trzymające się swego idealizmu, buntujące przeciw niesprawiedliwości świata, potrzebujące rodziny i szukające oparcia w sobie nawzajem. Karolina Dean, radosna dziewczyna, ale ma też bardzo wrażliwą stronę, jest rozdarta, bo z jednej strony nie może się pogodzić z faktem, że nie jest człowiekiem, a z drugiej rozkoszuje się nowoodkrytą mocą. Chase Stein pod maską typowego narwanego kretyna skrywa całkiem spore problemy ze sobą, których nawet niewielki ukazany nam fragment rysuje dość nieprzyjemny obraz. Nico Minoru jest fascynującym zaprzeczeniem stereotypów – jest gotką, Azjatką i katoliczką, ale nie pozwala, by któraś z tych cech ją definiowała. Jest to odświeżające w świecie komiksów, gdzie każdy Katolik musi być dogmatycznym bigotem, każdy Azjata musi uprawiać Kung Fu i cytować Konfucjusza, każdy miłośnik gotyckiej muzyki musi być ponury, a każda ofiara gwałtu musi angstować i rozpaczać dwadzieścia cztery godziny na dobę bez żadnych szans na normalne życie. Nico ma swoje problemy i wady, jest zagubiona jak mało kto, ale odważnie brnie dalej, nawet jeśli czasem potrzebuje oparcia. Alex Wilder jest kompetentnym przywódcą i strategiem, ale kiedy się nad tym zastanowić, to staje się jasne jak bardzo jest samotny i jak desperacko potrzebuje akceptacji. Gert Yorkes jest buntowniczką, tym wyjątkowym połączeniem idealisty i cynika, który chce wierzyć w lepszy świat, bo obecny zbyt często go zawiódł, a jej rozsądek często stanowi pomocną kartę. Nawet pozornie irytująco dziecinna Molly ma tak naprawdę całkiem przenikliwy umysł i jest na tyle sprytna, aby udawać niegroźne dziecko. To jedna z ciekawszych grup osobowości jakie widziałem. Ten komiks zestarzeje się, tak jak każdy komiks, a już zwłaszcza o nastolatkach. Ale podejrzewam, że nawet za dwadzieścia lat ci bohaterowie wciąż będą w stanie przemawiać do młodzieży, już przecież tak innej od współczesnej, na poziomie emocjonalnym.

Naturalnie lgnę do skomplikowanych antagonistów, a grupa The Pride dokładnie taka jest. To naprawdę interesujące, a często też przezabawne, patrzeć jak próbują oni pogodzić bycie rodzicem z byciem superzłoczyńcą. Popełniają błędy, robią paskudne rzeczy, kłócą się jak normalni ludzie, martwią o swoje dzieci – są zadziwiająco ludzcy jak na takich antagonistów, wszechmocnych, działających z cienia władców marionetek. A co najstraszniejsze, oni naprawdę działają w najlepszym interesie swojego potomstwa, na swój zwichnięty sposób. To prawdziwa przyjemność obserwować tak złożoną grupę przeciwników.

Do kreski pana Alphony musiałem się przyzwyczaić, zwłaszcza do osobliwego sposobu rysowania ust, ale kiedy już to nastąpiło, wydała się być bardzo naturalna i na miejscu. Jego styl świetnie współgra z opowiadaną historią, nadaje jej klimatu, którego żaden inny komiks nie ma. Rysunki pana Miyazawy również są dobre, udało mu się dobrać taki styl, aby nie gryzł się on nazbyt z rysunkami kolegi, co nadaje temu komiksowi poczucie ciągłości graficznej.

Runaways było swego czasu chwalone jako powiew świeżego powietrza w zatęchłym pokoju komiksów z superbohaterami. Minęło dziesięć lat i słowa te dalej są prawdą. Polecam go każdemu. Ode mnie ma pięć zabawnych kapeluszy Molly na pięć.

lt_5pts.png
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.