Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #312 (12.08.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 12 sierpień 2013Numer 32/2013 (312)


Jeden z ostatnich tygodni, gdy nie królować będzie jeden z dwóch "letnich" eventów. Minione siedem dniu upłynęło spokojnie. Dlatego też i lektura powinna być dla wszystkich spokojna.

All-New X-Men #15
Hotaru: Bardzo słaby numer. Podejrzewam, że Brian Bendis napisał taki a nie inny scenariusz ze względu na osobę rysownika. David Lafuente ma charakterystyczny kreskówkowy - żeby nie powiedzieć dziecięcy - styl rysowania. Wydaje mi się, że właśnie dlatego Bendis postanowił uczynić ten numer tak "lekkim", jak to tylko możliwe. A to strzał w stopę, bo tematy, które tutaj podejmuje, lekkie być nie powinny. Spotkanie Rachel i młodej Jean miało olbrzymi potencjał, a tu zostało sprowadzone do komediowego skeczu. Kompletnie chybiona decyzja, która zepsuła mi odbiór całego numeru.
avalonpulse0312b%20%5B1600x1200%5D.JPGDemogorgon: Wiecie co? Zmieniam zdanie. Han Pym nie jest największą porażką Marvel Universe. Hank McCoy jest. Facet jest gotów wydymać czasoprzestrzeć na setki sposobów i ryzykować wymazanie z istnienia dwójki swoich przyjaciół aby spełnić natoletnie fantazje o nocy z Jean.
A Bendis nie rozumie czemu dorosły facet myślący takie rzeczy o piętnastolatce jest creepy.
Rachel ma rację, że na cały ten interes reaguje na zasadzie "I'm not touching that shit".
Na plus - bendis fajnie pisze nastolatków. Mam nawet nadzieję, że plotki jakboy po tym bajzlu z czasem All-New przejmie cast New X-Men, czyli Surge i spółka, okazały się prawdą. Bendi mógłby coz nich wyciągnąć. Albo oni z Bendisa.
Soundtrack: Misery Business, bo Hank kiedyś zmieni płcie w tekście i to zaśpiewa Scottowi i Loganowi jak tak dalej pójdzie. I watched her wildest dreams come true, not one of them involving you. Wankers.
Krzycer: A mi się ten numer podobał. Tak, jak nigdy nie mogłem się przyzwyczaić do kreski Lafuente w UltSpider-Manie (było nie było komiksie stricte superbohaterskim), tak tutaj, zwłaszcza w numerze o rozemocjonowanych nastolatkach, nie przeszkadzała mi aż tak. A miejscami nawet mi się podobała. W połączeniu ze scenariuszem Bendisa, który w tym numerze kładzie nacisk na związki, co parę stron czułem się niemal, jakbym czytał "Scotta Pilgrima".
Mimo to i nad tym numerem wisi klątwa tej serii, a mianowicie: cały pomysł na nią sprowadza się do zdania "czy nie byłoby fajnie, gdyby X-Men z lat 60 <choć z uwagi na sliding timescale wcale nie są z lat 60> siedzieli w teraźniejszości?" No i w sumie jest fajnie, tylko jeśli Bendis ma pomysł wykraczający poza "siedzenie", to jeszcze go nie ujawnił. Po piętnastu numerach.
Drobne drobiazgi:
- Mając całą szkołę do wyboru, Bendis/Lafuente wybiera do wypowiedzenia kwestii "Rachel Grey is back!" Quentina? Quire jest na jednym kadrze tego komiksu, a i tak jest out of character. (I to jeszcze z futbolówką.)
- Inna postać która pojawia się na jednym kadrze, MystiqueDazzler, wyszła Lafuente tysiąc pięćset sześćdziesiąt trzy razy lepiej, niż wychodzi Bachalo w Uncanny.
- Also, to jedyna dorosła postać w tym numerze, która porządnie wygląda.
Katet19: Aż takiego spadku rysunkowego się nie spodziewałem. Niby nie jest źle, ale jakoś tak, dziecinniej? Załatwili Mystique i znów siedzą i nic nie robią, zero odwiedzin Cyclopsa zero niczego, no może prócz sfer uczuciowych pomiedzy dzieciakami. Lil'Cyclops i Lil'Iceman lecą na miasto na laseczki, trochę słabego sortu, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. W siedzibie X-Menów też gorąco. Córka udaje, że nie zna matki, matka uznaje, że nie zna córki (jeżeli oczywiście dobrze kojarzę postać) - może być ciekawie. Ale dochodzimy do najgorszej części: Miłości Henry'ego McCoya do Jean. Naprawdę wszyscy muszą się w niej podkochiwać? Wolverine, Scott, Xavier pewnie jeszcze inni, a teraz Beast? No ludzie! Ja rozumiem, że ona jest ruda, ale czy aż tak świetna? Za to minus. Dalej podoba mi się to, że Jean nie kontroluje swojej mocy, albo nie chce jej kontrolować oraz to, że się jej uczy. Świetny Wolverine jako opiekun w tym zeszycie. Wszystkie poprzednie numery oceniłem dość wysoko, ale ten był dosyć średni i nie wprowadzał w ogóle do crossovera "Battle of the Atom". 5/10.
kuba g: Oho, następny numer All-New, który z jednej strony pokazuje jak powinno wyglądać udane Wolverine and the X-Men i z drugiej strony znów jest strasznym deja vu z Bendisowego Ultimate Spider-man po Ultimatum (chyba to nawet ten sam rysownik). I mam wrażenie, że ta seria tak wygląda dlatego, że Benids pisze te postaci tak jak pisał Ultimate pająka. Tyle, czytało się ok, ale nie mam więcej nic do powiedzenia.
jdtennesse: Wiem, że jest to seria w udziałem juniorów, ale żeby tak obniżyć poziom, do kreskówki dla dzieci? Niestety, ale zarówno strona graficzna, jak i fabularna są na poziomie animacji telewizyjnej dla dzieci. Jedno, co mogę uznać za dobre, to rozwijanie postaci i interakcje. Bobby i Scott na mieście, próbują (chcąc nie chcąc) zaimponować panienkom. Jean oraz Beast i Beast. No i to już znowu nie jest fajne, miesza się to wszystko i znowu wracają pytania typu, ale jeśli Jean nie będzie ze Scottem, to co będzie…? Przecież to nie ich linia czasowa? A skoro nie ma ich w przeszłości, to jak mogą być tu…? Tak, przy okazji takiego zapętlenia uczuciowego, właśnie takie pytania wracają. Fajnie, że Jean ćwiczy swoje moce, nabywa umiejętności, które posiadała dopiero jako Phoenix (to jest możliwe? czyżby Charles był tak słabym nauczycielem, że nie wydobył z niej wcześniej takich umiejętności?), ale czemu ciągle bez pozwolenia grzebie ludziom w ich prywatnych myślach, podobno miała już tego nie robić. Nie napisałem o jednej z niewielu rzeczy, jakie mi się podobały – reakcja Rachel. I ja chyba mam podobny stosunek do tego numeru – trzymam się z daleka. Była to słaba animacja dla dzieci w wersji papierowej. 2/10.
Lotar: Ha, wyszło na moje, że po zmianie rysowników wyjdzie jaka ta seria jest biedna. 15 numerów za nami i akcja w ogóle nie ruszyła z miejsca, bo trudno uznać aferę z niebieską za jakąś misterną fabułę. Rachel widzi swoją matkę i udaje, że nie kuma o co biega i zlewa sprawę? Wal się Bendis. Nie przypominam sobie, żeby w latach 60 Hank smalił cholewki do Jean. Było coś takiego, czy Bendis chamsko ukradł pomysł Claremonta? To ma być geniusz? Siedzi obok telepatki i przebąkuje w myślach, że na nią leci. Wiemy już po co sprowadził ją z przeszłości.
Gil: David Lafuente - what are you doing? David Lafuente - sthap! Pamiętam rysunki tego pana choćby z mini Hellcat i nie były tam tak paskudnie toporne jak tutaj. Jest to tym boleśniej odczuwalne, że do tej pory seria mogła się poszczycić stabilnym i dość wysokim poziomem grafiki, a to tutaj... boli. Sama historia natomiast... cóż - wykazuje pewne symptomy wypełniacza przed większym wydarzeniem. Nawet wszystkie takie symptomy. Można by ją posądzić o nadmierną naiwność lub infantylność. Na upartego nawet o niepotrzebne komplikowanie spraw tam, gdzie jesteśmy przyzwyczajeni do pewnego stanu. Ale, kurcze, całkiem fajnie się to czyta. Jakoś tak się przyzwyczaiłem do tej serii i polubiłem na tyle, że sięgam po nią w pierwszej kolejności, więc może podświadomie nie dostrzegam jej wad czy dziur fabularnych. Nie przeszkadza mi więc, że Jean skręciła w stronę Hanka i że obie z Rachel dziwnie na siebie reagują. Nawet nie razi mnie dziecinna przygoda Bobby'ego i Scotta. Tylko grafika. I za to ocena będzie oczko niżej, czyli 6/10.

Avengers A. I. #2
Demogogon: Doombot dalej jest najzabawniejszą postacią serii, agenta Chang dalej mnie drażni, jakiś randomowy wojskowy buffon, którego pierwszym, drugim i trzecim rozwiązaniem problemu jest wszystko rozwalać mnie drażni jeszcze bardziej, bo mam dość tych głupich stereotypów.
Dimitrius mnie wnerwia. Jego sposób zachowania zwyczajnie mi nie pasuje do tego typu postaci, próbuje być tym złowieszczym nowym ultronem, ale ma taki dystans do samego siebie, którego nie potrafi kontrolować, że to psuje i wychodzi jak jakiś głupi dzieciak. A przy okazji - który to już plot w ostatnim czasie o buncie AI? Trzeci, po dwóch z Secret Avengers?
Han...Sam nie wiem, z jednej strony jego mowa to świetny przykład znajomości świata w którym żyje i jego klisz, z drugiej odnoszę wrażenie, że on to wszystko ma gdzieś. Ale miło, że zaadresowali coś, z czym miałem problem w ostatnim numerze.
Victor...Ostatnio mu odpuściłem, pewnie obniżyłem swoje wymagania względem przedstawiania członków Runaways po tym jak fatalnie Hopeless pisze Nico i Chase'a, a bądźmy szczerzy, nietrudno być lepszym od czegoś co puka w dno. Od spodu. Nie wiem w każdym razie, czy dalej tego nie mam, ale mam wrażenie, że tutaj Victor się zachowuje bardziej jak Victor niż ostatnio. Szkoda, że tak mało interakcji z Visionem ma, chcę więcej braterskich pogawędek.
Motyw z Sentinelem był fajny i ciekawy, szkoda, że nie zajął całego komiksu. Co mi przypomina, w lepszym wiecie Juston i jego Sentinel byliby w tej serii. Ale nieeee, lepiej by dali się załatwić mary sue jakiegoś beztalencia w komiksie ze skradzioną fabułą.
Soundtrack: I'm My Own Master Now
Krzycer: Nie. Nie nie nie nie nie nie nie nie. Co za chłam. Sam pomysł serii już był ryzykowny - no bo jeśli to tytuł o "roboAvengers", to ryzyko, że wszystkie historie będą na jedno kopyto jest spore - a teraz dodatkowo została obciążona koszmarnym przeciwnikiem. A jedynym członkiem drużyny, który ma jakiś konkretny charakter, jest Doombot. I Hank Pym, który w ujęciu Humphriesa jest idiotą. Czy "idiota" to charakter?
Poza tym wciąż mam nie do końca sprecyzowane wrażenie, że Victor jest vaguely-out-of-character, ale nie do końca wiem, czemu. Niby nastawienie postaci jest w porządku, ale coś w dialogach mi nie pasuje.
Do tego rysunki to nie moja broszka. Ogólnie, ponieważ nie czytam już niczego od Bunna, a Loeb chwilowo niczego nie pisze, Humphries staje się moim marvelowym nemezis. Pogrzebał "Ultimates" po Hickmanie, robi... sam nie wiem co... w Uncanny X-Force... Z tego wszystkie AvA.I. wychodzi mu najmniej źle, ale obawiam się, że to długo nie potrwa.
Gil: AI-WAI! Że co? Użyłem już tego? Cóż, tym razem naprawdę mam powód! Po pierwszym numerze adhocowej akcji, seria zaczyna odsłaniać swoje prawdziwe oblicze i... jest to oblicze starego Iron Mana? Serio? Nikomu nie chciało się ruszyć kreatywnością, żeby stworzyć oryginalnego nowego przeciwnika, co? Lepiej było wcisnąć go w stary design Iron Mana, bo to co wygląda znajomo, lepiej się sprzedaje? Z drugiej strony mogło być gorzej - taka Alexis na przykład wygląda jakby uciekła z Shoemakerowego Batmana i Robina. A może wszystko było po to, żeby wielki zły robot mógł odstawić w telewizji dowcip: I am Iron Man... NOT! I to jest jeden z moich głównych zarzutów: scenarzysta chyba nie bardzo wie, co robi, jeśli jednocześnie próbuje stworzyć poważne zagrożenie w postaci wrogiej AI, a z drugiej chce z tej samej postaci uczynić błazna. Prawda, wychodzi mu to jeszcze w przypadku Doombota, ale właśnie dlatego, że jego robotowość jest zabawna w kontekście. Tutaj robot rzuca dżołkami w stylu stand-up comedy i nijak nie pasuje mi to do nakreślonego wcześniej obrazu przeciwnika. Nie bardzo też wiem, jak odnieść się do zmiany Visiona w... rój nanobotów? Właściwie to nie wiem, co właściwie się wydarzyło - czy on jest teraz zbudowany z nanitów, czy jakoś je produkuje? Za pewien plus natomiast mogę uznać nawiązania do continuity (przyszłość Victora, albo fakt, że Sentinel jest od Kilgore'a) i nieźle odrobione lekcje z teorii matmy i fizyki. Natomiast jeśli chodzi o rysunki... raz lepiej, raz gorzej - ogólnie trochę nie w moim stylu. Za całokształt tymczasem jeszcze 5/10, ale zagrożone spadkiem.

Avengers vol. 5 #17
Hotaru: Jestem zaskoczony. Zaskoczony tym, jak kiepski był to numer. Do tej pory Hickman konsekwentnie rozwijał fabułę, krok po kroku szedł w wyznaczonym z góry kierunku, klocek po klocku piął budował wysoką konstrukcję. Po tym numerze mam wrażenie, jakby powiedział "a mam to w dupie, czas na »Infinity«" i zrezygnował z podążania za swoimi własnymi wytycznymi, byle tylko zdążyć na "event lata". Event, który z tygodnia na tydzień wydaje się coraz mniej ambitny, a coraz bardziej głupiutki. Zupełnie jak AvX...
Krzycer: Co właściwie się wydarzyło w tym numerze? Nie, żeby akcja była chaotyczna, po prostu nie pamiętam nic poza tym, że Avengers powiększyli swoje szeregi o ogrodników z Marsa, Nightmaska (Nightveila? Shadowhooda? Jak on się nazywa?) i Starbranda. Bo w końcu to, czego ta seria najbardziej potrzebowała, to więcej bohaterów.
A, no i była jeszcze ta idiotyczna scena, w której wszyscy bohaterowie śpią po przegranej walce, a AIMowcy chodzą i ich kłują strzykawkami.
Coś w tym prologu do Infinity Hickmanowi powinęła się noga.
kuba g: I tak jak w przypadku poprzednich numerów nie czuć tu tego narastającego napięcia przed "Infinity" tak jak udaje się Hickmanowi w New Avengers. Fajnie, że Hickman wykorzystuje Bannera podobnie jak Waid, ale momentami mam wrażenie, że to bardziej dyktuje potrzeba przyrównania Avengers do filmowej inkarnacji niż faktyczna potrzeba następnego mózgowca na miejscu. Zespół rośnie, tak jak było wiadome od początku, choć dalej rozrasta się głównie o zupełnie nowe postaci. Fakt, ciągle czyta się to dobrze, ale ciągle nie wciąga to tak jak liczyłem na to.
Gil: Czyli preludium do tej rozgrywki oznaczało postawienie na szachownicy czterech dodatkowych królowych? No dobra, nie mam nic przeciwko podnoszeniu stawki. Co najwyżej mógłbym zauważyć, że wszyscy zgodzili się nadzwyczaj ochoczo, ale można to uznać za jakiś przejaw większego planu, więc ok. No i jeszcze może mógłbym wytknąć, że strasznie duży zrobił się rozrzut pałera w drużynie: od gościa znającego kung fu, przez bogów, po istoty, które bez mrugnięcia spuszczają łomot bogom. Swoją drogą, ciekawe jak się z tym czuje Shang Chi? Chociaż jego to pewnie nie wzrusza... Ale już Barton pewnie zrobił się malutki. W każdym razie, numer nie przyniósł za wiele akcji. Kulminacyjnym momentem było starcie Edena z AIM i prawdę mówiąc, wyszło całkiem fajnie. Szkoda tylko, że całości nie narysował Casselli, bo zmiana rysownika na kilka stron trochę wybiła z rytmu (zwłaszcza, że różnica poziomów jest wyraźna). No to teraz pozostaje nam czekać na coś epickiego i odpowiedzi. A póki co, wystawię tradycyjnie 7/10.

Cable And X-Force #12
jdtennesse: Nareszcie coś zaczęło się dziać. Co nie znaczy, że wiele, ale przynajmniej idziemy do przodu.Przede wszystkim mamy dwa miejsca i czasy akcji – teraźniejszość, gdzie Domino i Colossus włamują się do banku a potem walczą z hodrami jakichś bliżej nieokreślonych demonów (tylko mi się wydaje, że w tej serii głowni antagoniści sprowadzają się do zmutowanych potworów i demonów?) oraz przeszłość, gdzie Hope dowiaduje się o przyczynach wizji Cable'a. Peter i Neena, przy okazji demonicznego mordobicia, omawiają szanse swojego (jeszcze) nieistniejącego związku. I widać autorom bardzo zależy, żeby wyswatać tych dwoje. I chyba im się uda. Nie wiem, czy mi się to podoba, jako fanowi duetu Kitty/Peter, ale skoro Kitty romasuje z Bobbym, to czemu Peter nie może? Ważny jest rozwój postaci i ich relacji. A Hope odkrywa prawdę, i to niejedną. Nieśmiertelne techno-demony stąpają po Ziemi, a przyglądają się temu sentinele. A Lady Stryfe to Hope z przyszłości. Hm. Czemu akurat taka inkarnacja future Hope? Aha, gdzieś jeszcze pojawia się Alex i Nate, ale w sumie prawie o tym zapomniałem. Rysunki są mniej więcej takie same, jak zawsze, ale oczy nie bolą. Ogólnie jest dobrze. 6/10.
Gil: Widzę, że tym razem odpowiedzialność za część fabularną, a więc i baty za nią należne, podzielić trzeba między Hopelessa i Bunna. A wybatożyć wypadałoby ich równo. Colossus i Domino robią wjazd do jakiegoś banku w Szwajcarii, kierując się wizją Cable'a. O której nie powinni wiedzieć, skoro nie mają z nim kontaktu, odkąd został aresztowany. Absolutnie przez nikogo nie niepokojeni, włamują się do sejfu po magiczny artefakt, z którego akurat w tym momencie zaczynają wyskakiwać demony. Najpierw małe, a potem SRU! i wszystko zmienia się w piekło. Tłuką się więc, strzelają, rozwalają wszystko, aż dopadają jednego brzydala, który te potworności z siebie wypluwa i wszystko znika. Bez śladu. A potem wychodzą sobie tak po prostu, znów przez nikogo nie niepokojeni i nie zauważeni. Ja wiem, że "it's magic so piss off", ale bez przesady - jak pół piekła się zwala do jednego pokoju, to ktoś coś musiał zauważyć lub usłyszeć! Chyba, że - no wiecie - żyje się w świecie Hopelessa, gdzie nie istnieje pojęcie konsekwencji. No, chyba że akurat są do czegoś potrzebne - na przykład w drugiej warstwie numeru, gdzie widzimy, jak demostwory ślicznie wyparowują z przyszłości. I to nic, że inwazja Technarch została zatrzymana pół roku wcześniej - efekt pojawia się dokładnie w tym momencie, kiedy jest potrzebny do celów demonstracyjnych. A skoro już mowa o tej przyszłości: czy ktokolwiek miał wątpliwości, że She-Stryfe to starsza Hope? Nie widzę, nie słyszę... O rysunkach wszystko zostało już powiedziane. Czyli kolejny raz z rzędu będzie 3/10.

Daredevil: Dark Nights #3
kuba g: I koniec pierwszej noweli z serii. Koniec bez fajerwerków, mimo, że zwiększyła się znacznie ilość postaci (Widow, Fury). Komiks dalej utrzymał formę przypowieści i wrócił do postaci, które pozornie epizodycznie pojawiły się wcześniej. Nie umiem obiektywnie ocenić tego. Z jednej strony ta konwencja jest trochę męcząca na dłuższą metę, ale dalej wypada to naturalnie gdy wsadzamy w to Daredevila. Traktuje tę mini jako eksperyment więc jestem mało krytyczny.
Gil: Koniec historii… i wyszedł mech. Bo poza dobrą grafiką nie miała wiele do zaoferowania. Interesujący początek prowadził do dość dziwnej sytuacji, a ta do paru nie mających większego znaczenia przerywników i retrospekcji. Rozwiązanie było od początku oczywiste, niespodzianek nie było, a parę elementów fabuły po drodze wyparowało. Cóż, szkoda. A zapowiada się, że będzie już tylko gorzej. No nic, tym razem dam 5/10 i to przede wszystkim za rysunki.

Dark Tower: The Gunslinger - So Fell Lord Perth (one -shot)
Katet19: Dziwnie się czuję z tym, że to już koniec. Trochę czasu minęło od samego początku jak brałem się za tę serię jako fan Mrocznej Wieży i Stephena Kinga. Szkoda. Podobnie się czułem jak kończyłem serię książkową. Jakaś pusta taka. Samo "So Fell Lord Perth" uważam niestety za dość słabe zakończenie. Taka historyjka, która inspirowała się przypowieścią o Dawidzie i Goliacie, ale fajnie, że ukazuje młodego Arthura Elda. Do rysunków nie mam co się przyczepić, ale jednak zawsze będzie brakowało mi Jae Lee jako ilustratora komiksowej Mrocznej Wieży, bo to on stworzył idealną wizję tego świata. Mam nadzieję, że King razem z Robin Furth powrócą jeszcze do tego świata i Marvel pozwoli na wydanie kilku komiksów z nowymi historiami Rolanda, albo pełną adaptację książek. 6/10.

Deadpool Kills Deadpool #2
Katet19: Chyba sobie odpuszczę po tym zeszycie tę serię. Ani nie jestem wielkim fanem Deadpoola, ani za bardzo nie ogarniam tego co się tutaj dzieje. Chciałem spróbować, ale dosyć mocno się od tego odbiłem. Niestety nie wiele w tym humoru jak na razie, niby coś się dzieje, ale musiałem się zmuszać żeby przeczytać ten numer. Rysunki też jakoś nie przyciągają. Nie mówię, że komuś kto lubi Deadpoola się nie spodoba - w końcu mamy ich tutaj od groma, ale to jednak nie dla mnie. Chociaż pojawienie się Galactuspoola zaskakujące.
Gil: Aha, więc ten Deadpool co to wszystkich killował przez dwie poprzednie serie tutaj będzie przeciwnikiem prawdziwego Poola? W sumie, całkiem niezły pomysł. I nawet podobało mi się jak, obok wykorzystania już istniejących alternatywnych wersji, wprowadzono cały wysyp nowych wariantów. Panda była super, a Merc_With_Whole_Lotta_Mouths robił wrażenie. Dla odmiany Poolactus to już trochę za wiele. Nie dało się powstrzymać, co? Fabularnie też daje to radę, a i parę niezłych dżołków się znalazło (ten o Arenie na przykład). No i wygląda nie najgorzej. Może dostać 6/10.

Hunger #2
Hotaru: Dobre czytadło. Hunger nie ma wprawdzie dla mnie klimatu eventu, ale może to i lepiej - pamiętam przecież, jak takowe Marvelowi wychodzą w ostatnich latach. Choć ten komiks czyta i ogląda się bez większych zgrzytów, to jakoś nie poczułem sympatii do bohaterów, nie obeszły mnie ich losy ani nawet stawka, o którą toczy się gra. Mam nadzieję, że zostanie to naprawione w kolejnych odsłonach.
Demogorgon: Gdyby nie Derpatron, który dalej mnie wnerwia, to by był niezły komiks. Jest całkiem nieźle w kosmicznych klimatach, rozmowa Ultimate Surfera z Derpatronem wyszła przyjemnie...i znowu wszystko psują ostatnie strony, gdzie akcja przenosi się na ziemię. OCZYWIŚCIE! Bo nie da się zrobić kosmicznego eventu bez wciskania na siłę tej głupiej planety.
Soundtrack:Hell And Heaven Extended
Krzycer: Jak to właściwie z tym Ultimate Silver Surferem było? U Ellisa Silver Surferzy byli zastępem kultystów czy coś takiego, ale coś kojarzę, że potem znikąd, bez słowa wyjaśnienia pojawił się Ult.SS dużo bliższy temu z 616. Ale skąd? I kim właściwie jest, bo Ultimate Ga-Lak-Tus chyba nie miał z nim nic wspólnego?
W każym razie, ten numer był... w porządku. Tylko tyle i aż tyle.
Design Ultimate Watchera wciąż jest idiotyczny.
kuba g: Czytam tę serię głównie dlatego, że wbrew zapowiedziom nie muszę oglądać na razie ziemskiego świata Ultimate. Sam pomysł zestawienia Galactusa z kosmosem Ultimate jest dla mnie wystarczająco ciekawy, że przymykam oko na pewnie niedoróbki. Tak samo zestawienie Surfera z Rickiem i ich kosmiczna świadomość wypada ok. Mam tylko nadzieję, że wydarzenia z tej serii będą miały faktyczne konsekwencje dla obydwu światów, a nie będzie to funkcjonować tylko jako ciekawostka. Aha, no i całkiem podoba mi się jak Fialkov pisze Ultimate Surfera.
Gil: Co prawda nie czytuję "altymejtów", ale tu przywędrowałem za Galactusem i pierwszy numer nawet sobie chwaliłem - podobnie jak inni - do momentu apgrejdu Galactusa do Galvatrona (zabawne, że mamy te same skojarzenia). Teraz próbują nam usprawiedliwić tę zmianę jako dobry pomysł, ale nadal nie do końca jestem przekonany. Po prostu brak mi kompatybilności między obiema wersjami. Mimo wszystko, całkiem dobrze wypada cała reszta, czyli przygody Ricka i Surfera. Co prawda zdawało mi się, że Ultimate Surfer wyglądał trochę inaczej, ale może po prostu nie jestem na bieżąco. Anyways - historia dość prosta: uratować ziemię przed zjadaczem. Ale jest podana na tyle fajnie, że można ją potraktować jak lekki film akcji, a przy tym całkiem przyzwoicie narysowana. Również może być 6/10.

Iron Man vol. 5 #14
Hotaru: Wystarczyło, by Gillen darował sobie retrospekcje i już komiks ten czyta mi się o wiele przyjemniej. Dialogi są iście Gillenowskie, a to znaczy, że świetnie się je czyta. Kilka zwrotów akcji autentycznie mnie zaskoczyło, a to też jest na plus. Nie ma postaci kobiecych, więc Land nie miał okazji ich zeszpecić. Generalnie mam jak najbardziej pozytywne odczucia, choć nigdy nie powiedziałbym, że "Secret origin of Tony Stark" to historia, która przedefiniuje tego bohatera.
Gil: Nie wiem czy zauważyliście, ale chyba właśnie Antek przegonił Jean Grey jeśli chodzi o liczbę nieświadomie spowodowanych śmierci w sytuacji, kiedy jest się narzędziem w rękach złowrogiej, niszczycielskiej siły. A swoją drogą, to ten Godkiller zasłużył na swoją nazwę, skoro tak sobie po prostu taranuje planety. Co nie zmienia faktu, że jest trochę przekozaczony i lekko niespójny w teorii. No bo wiecie: od środka wygląda zupełnie jak coś zbudowanego ludzką ręką - żelastwo, spawy, nity, jakieś szkło. Nie ma bata, żeby taka konstrukcja była w stanie utrzymać własny ciężar przy wielkości ponad 4 tysięcy mil, że już nie wspomnę o wytrzymaniu zderzenia z planetą. Myślałby kto, że starożytna obca technologia do walki z Celestialami będzie trochę, no, bardziej zaawansowana i bardziej ten, tego... obca. Ale poza tymi niuansami, jest całkiem fajnie, bo dostajemy niezłe starcie z Death's Headem, który ostatecznie... nah - na pewno nie! No i podniesienie stawki, czyli wzięcie na cel ziemi też swoje zrobiło. Chociaż tu znów chciałoby się zadać pytanie: z jak daleka taki kolos zostanie wykryty i jaki rój Avengersów wyleci mu na spotkanie? Tak więc moje odczucia są mieszane, ale ogólne wrażenie pozostaje jednak umiarkowanie pozytywne, więc wystawię 6/10.

Superior Carnage #2
jdtennesse: That’s some crazy shit! Chociaż nie było to aż takie złe. To, że złoczyńcom odbija i tracą (lub w ogóle nie mają) rozum, to wie chyba każdy. Tu natomiast jasno widać, że doktorek Wizard jest szalony. I to on, a nie Carnage (przynajmniej na razie) odgrywa najważniejszą rolę. Numer jest nieco zabawny, nie ma w nim nadmiernej przemocy, jakiej można by się spodziewać po tytule. Jest parę fajnych tekstów (co cię nie zabije, to wróci dopóki tego nie dokona). Przez chwilę jest tez Spider, który wspomina doktora Bentleya, przedstawiając kilka dodatkowych faktów. Wizard jest nie tylko szalony, ale jak wielu naukowców, których eksperymenty są nieudane, kradnie pomysły innych, tu akurat doktora Malusa, który pewnie szybko pożałował swoich słów, o znalezieniu nowego żywiciela dla symbionta. Rysunki są znośne. Martwi mnie tylko jedno – jeśli Malus będzie nowym Carnage, to ich Przerażająca Czwórka będzie miała tylko trzech członków, bo Cletus po lobotomii chyba się nie liczy? 6/10.
Katet19: Carnage to mój ulubiony villain Pajączka i zawsze miałem jego wizję jako totalnie szalonego symbiota bez zahamowań i w sumie myślałem, że na tym będzie opierać się wizja tej mini-serii. Jakże się myliłem. Niby jest ciekawie, niby coś tam się dzieje, ale znów dostajemy psychopatę, tym razem w postaci Wizarda, który ma problem i stara się rozwiązać. Jeszcze żeby to było ciekawe. Zobaczymy jak to się skończy, oby pokazali szaleństwa wyczyniane przez Carnage'a. 5/10.
Gil: No dobra, czyli jednak jest szansa na jakiś realny upgrade Carnage'a. W sumie to się cieszę, bo Cassady już został wyeksploatowany, a jeśli zastąpi go Malus, to rzeczywiście może być superior, a przy tym more crazy. Oby. Ale tymczasem, większą część numeru wypełniają zmagania Wizarda z własną demencją. Co jest o tyle fajne, że wpisuje się w ciągłość wydarzeń i jednocześnie wnosi odpowiedni pierwiastek szaleństwa. Zresztą, Wizard i Claw zachowują się tu jak Pinky i Mózg, z tym, że nie do końca wiadomo, który jest który. Swoją drogą, to teraz będą mieli znów braki kadrowe, więc ciekawe, kogo spróbują dobrać do swojej Czerstwej Czwórki? Rysunkowo tez wygląda to nieźle i tylko jedna sprawa uwiera mnie jak ziarenko piasku w bucie: czy to naprawdę musiała być osobna miniseria? Cóż, zawsze to jeden więcej superior tytuł w tym tygodniu, a było ich więcej niż iXów. Ale jednak na swoje 6/10 zeszyt zasłużył.

Superior Foes of Spider-Man #2
Krzycer: ...nie chcę tego pisać. Bo jeszcze seria się skiepści i będzie, że się nadmiernie entuzjazmowałem... Więc może tak naokoło: po dwóch numerach, SFoSM jest dla mnie tą serią, która obecnie w Marvelu "umieszcza 'fun' w 'dysfunctional'". Humor sytuacyjny, dobre dialogi, śliczne drobiazgi na rysunkach (Beetle gra w Plants vs Zombies!) - to wszystko sprawia, że to bezapelacyjnie tytuł tygodnia. Oby tak dalej.
Kilka drobiażdżków:
- Czy komiks został przed wydaniem ocenzurowany? Miałem wrażenie, że kiedy Boomerang wyobraża sobie, co chciałby zrobić prawnikowi, w zapowiedziach albo na stronach pokazanych przy okazji jakiegoś Axel-in-charge na ostatnim kadrze jeszcze sikał na zwłoki, a tu tego nie ma.
- Mach VII? Czy przeskoczyliśmy jakiś numer? Miałem wrażenie, że kiedy ostatnio występował w "Thunderbolts", był jeszcze Mach V.
- A w ogóle, to ta nowa zbroja jest strasznie retro. Strasznie, strasznie retro. "Jack Kirby nabazgrał to na serwetce w McDonaldzie" retro.
Katet19: Dalej jest naprawdę zabawnie, perypetie tej grupki bardzo mi się podobają, a samego Bumeranga mi szkoda. Taka dosyć tragiczna, w dość komediowy sposób, postać. Niby nie dzieje się wiele w tym numerze, ale nie musi, dialogi między villainami są zabójcze, a sama historyjka, może nie jakaś ogromna, ale zapowiada się ciekawie. No i fajne rysunki Liebera. 7/10.
Gil: O dziwo, numer drugi czyta się nawet lepiej niż pierwszy. Tam istotną rolę odegrało zaskoczenie, a tutaj komiks zaczyna już stawać na własnych nogach i sam się bronić. A jak się przymknie oko na rysunki, które są co najwyżej średniawe i skupi na treści, to szybko da się zauważyć, że ma się czym bronić. Ma bardzo dobry humor - tak słowny, jak i sytuacyjny. Pokazuje ciekawą, a wręcz egzotyczną zbieraninę postaci, czerpiąc przy tym z szansy, że niektóre z nich może zbudować od podstaw lub prawie od podstaw. Dzięki temu, szybko można polubić tych lózerów i ich dziwaczne perypetie. A dodatkowy plus dam za to, że tym razem scenarzyście udało się zaskoczyć mnie w momencie kiedy już myślałem, że to kolejne nudne cameo Punishera. No i cel naszych łotrzyków również wygląda ciekawie, więc chętnie zobaczę, co dalej. Póki co, 7/10 dostanie.

Superior Spider-Man #15
Demogorgon: Muszę nadrobić tę serię. To było całkiem fajne. Spock mnie rozwala. "So might makes right?" "I preffer the phrase "With great power comes great responsibility." But yes, captain, it does." To, że Otto dalej nie rozumie jak być superbohaterem, ale próbuje i odnosi ciekawe skutki, to, jak zajmuje się Hobgoblinem, to, że nazywa swoich ludzi minionami - same świetne rzeczy. Ostatnia strona mnie powaliła.
Na minus: MJ jest głupia jak but. To, że z Peterem coś mogłoby być nie tak jest niemożliwe PO TYM WSZYSTKIM JAKIE BYŁO TWOJE ŻYCIE Z NIM?!. Po drugie, jumbotrony nie mają głośników!
Soudtrack: Savior
Krzycer: Szczerze, gdyby Octopająk całkowicie porzucił życie Petera, to wreszcie czytałbym ten komiks z autentyczną przyjemnością. To zawsze wątki Ottona-udającego-Petera zawierały najwięcej głupich scen. Ten prawie ich pozbawiony (a zresztą wątek studentki był w porządku - bo tu Otto nie musiał nikogo udawać) zeszyt jak dla mnie jest najlepszym od przechrzczenia serii. Fajnie się czyta przegrywającego Philogoblina, fajnie się czyta zaślepionego własnym ego Ottopająka. Ogólnie fajny numer.
avalonpulse0312c%20%5B1600x1200%5D.JPGjdtennesse: Ciekawie rozwija się wątek nowego Hobgoblina, ale po kolei. Wygląda na to, że nowy Spider nie ma jednak wszystkiego pod kontrolą, bo Zielony Goblin trwa przyczajony w ukryciu, i ukrywa się całkiem skutecznie. A tymczasem Spider podziwia efekty swojej pracy, mianowicie zniszczony Shadowland. W sumie już czytając ostatni numer bardzo się dziwiłem, że wszyscy wiedzą o istnieniu tak zorganizowanej jednostki przestępczej, a nikt nic nie robi. W końcu NY pełen jest bohaterów. No cóż. A pani kapitan i pani oficer zastanawiają się, co się dzieje z Peterem, co czyni również MJ. Takie to trochę na siłę, pojawia się kiedy akurat scenarzyście się przypomni? Fajnie, że mamy znowu chwile normalnego życia PP/OO, bo to chyba również czyniło z niego ulubieńca czytelników, stary Spider miał życie prywatne, pracę, rodzinę. Ciekawe, czy Superiorowi uda się to pogodzić, i czy w ogóle będzie chciał. Wracając do nowego Hobusia, niestety widać, że nie do końca radzi sobie ze swoją nową rolą; potrzebuje pieniędzy, żeby Hobusiem pozostać, nie wiem natomiast jakie pobudki nim kierują, skoro chce być złoczyńcą, to nie powinien się dziwić, że to też jest ciężka praca (hehe). W tle pojawił się jakiś młody nerd, który może okazać się ważną postacią (nie znam go, ale mam braki w historiach Spidera). No i fajne zakończenie, które pokazuje, że PP/OO ma jeszcze wiele ciekawych pomysłów w zanadrzu. A strona graficzna mi się podoba, lubię rysunki Ramosa i tyle. 7/10.
Katet19: Kolejny świetny komiks, o Otto w przebraniu Pajączka, który pokazuje jak bardzo postać Petera Parkera została już wyeksploatowana i nudna przez co od dawna nie wnosząca nic nowego do swojej serii. Tutaj Spider-man się nie cacka i kiedy coś mu nie wychodzi wali z grubych torped. Ruch jaki wykonuje na ostatnich stronach względem Hobgoblina jest genialny, a zarazem: Otto znów staje się dawnym sobą. Kontrola, grożenie, Big Brother mode. Jestem ciekaw czy ludzie jakoś zareagują na to, że Spider-man ma dostęp do ich telewizorów albo czy J.J. pomimo grożenia, uzna, że Spidey jednak przegina pałkę. Ogólnie może być ciekawie, tym bardziej, że jedna z agentek policji ma na oku nowego Pajączka.
Za to najbardziej podoba mi się wątek Goblina, kierującego wszystkim z podziemi, co tylko podkreśla to, że jednak Otto wszystkiego pod kontrolą nie ma. Mam nadzieję, że scenarzyści tego nie popsują i dwaj najwięksi przeciwnicy Pająka spotkają się w końcu i dojdzie do wielkiej konfrontacji. Oj będzie się działo. 8/10.
Gil: Jakie to słodkie - Otton rozważa porzucenie życia Parkera do momentu, aż niepełnowymiarowa przyjaciółka przypomina mu o uczelni i namawia do większej zażyłości. Co nie przeszkadza mu olewać innych bliskich osób, więc whatever. Ale tym razem to tylko tło, bo w centrum numeru mamy Philgoblina, który jak zwykle emanuje swoim irytującym stylem bycia. Ktokolwiek skopałby mu zad i tak bym się cieszył, więc w tej sytuacji mogę się tylko cieszyć. A poza tym, w tle coraz więcej osób odnosi się podejrzliwie do Superiora, więc może wreszcie coś się zagęści wokół niego, bo już za dużo sobie poczyna. I nazywa swoich ludzi "Minions" - nie wiem czy dać mu za to medal, czy w mordę. A, no i mamy w tle zielonego, który jak nic jest jakimś frajerem z Horizonu. Na początku myślałem, że Stone, bo ma pełno tatuaży, ale musiałby się bilokować, więc chyba nie bardzo. No, chyba że Slott wywinie klasyczny numer i wyciągnie z kapelusza jego ojca. A na koniec trzy słowa o rysunkach: nie moja bajka. Mogę dać 5/10 z lekkim wskazaniem w górę.
 
X-Factor #260
Hotaru: Nie mogę powiedzieć, że one-shoty "End of X-Factor" są jakoś szczególnie złe. Są jednak dużo poniżej poziomu, na jaki stać Petera Davida i zaczynam podejrzewać, że scenarzysta specjalnie tak je pisze - by osłabić więź między bohaterami a czytelnikami przed jej zerwaniem w ostatni numerze. Sprytne, ale chyba jednak wolałbym, żeby poziom serii był nieustannie wysoki. Cóż, jeszcze jeden numer i przestanie to być problemem...
Krzycer: Zabrakło jakiejś sceny przed Hellonearthwarem, sugerującej, że Polaris ma takie ciągoty do barów. Bo wyjaśnienie "nie mogę zrobić nic innego" nie trzyma się kupy w sytuacji, w której za rogiem mieszka Doctor Strange, który powinien coś wiedzieć o tym, co właśnie się wydarzyło. A w najgorszym wypadku powinien móc znaleźć rozrzuconych magicznie po świecie towarzyszy Polaris.
Nie działa również sparowanie Polaris z Quicksilverem. To znaczy, działa, ale tylko na jednym poziomie - w odniesieniu do tego, że Lorna jest córką Magneto i siostrą Pietra. Ale gdyby zamiast niej - a może oprócz - w numerze występował ktoś z oryginalnego składu grupy (jakkolwiek trudne by to w obecnej sytuacji nie było*), PAD mógłby się również odnieść do statusu Pietra - do tego, co robił kiedy ostatni raz pojawił się w tym tytule, i co udało mu się osiągnąć później. To w końcu koniec X-Factor, a przecież Pietro był istotną postacią w pierwszej połowie serii. Gdyby ten wątek został poruszony, numer byłby kompletny, a tak - miałem wrażenie, że czytam co drugą stronę. Dziwne, PAD zazwyczaj świetnie wyczuwa i wykorzystuje tego typu okazje.
Poza tym z rysunkami dzieje się coś dziwnego - wyrazy twarzy miejscami zahaczają o uncanny valley, a do tego gdzieniegdzie proporcje się gubią i postaci mają za krótkie łapki.
*- Theresa mogłaby wpaść z wizytą. Przy okazji dostalibyśmy jakieś potwierdzenie jej statusu jako... irlandzkiej bogini śmierci? Bo w sumie zniknęła bez wyjaśnienia i w ogóle.
jdtennesse: Bardzo mi się podobało. Z małymi wyjątkami, ale podobało. Numer poświęcony znowu tylko dwóm postaciom, ale tym razem z dużo większą dozą sensu i logiki. Po pierwsze, uśmiałem się po pachy. Lorna się upiła. Wiem, to niski poziom, ale czym ona się upiła (to co ma na twarzy na jednym z kadrów wygląda jak błoto; jeśli tak ma wyglądać piwo, to zostanę abstynentem)? Nieważne, z pomocą przychodzi przyrodni brat, Pietro. Lornie zebrało się na wylewność, do obcego. A potem na pretensje. Niestety, już na drugiej stronie zaczęły się moje podejrzenia, które tylko się potwierdziły na ostatniej. Nie podoba jej się nazwa jej drużyny? To zmienią nazwę i trochę zmienią skład? Czy może restartują serię, co sugeruje tajemniczy projekt wspomniany na ostatniej stronie? Dowiemy się już wkrótce. Historia przedstawiona w tym numerze wnosi niewiele nowych informacji, ale dobrze się ją czyta ze względu na rozterki głównej bohaterki. I w sumie, to co mówi jest prawdą i ma prawo być zrezygnowana i wkurzona. Trochę dziwi bezmyślne niszczenie baru i narażanie życia przypadkowych przechodniów, ale z drugiej strony, jak ktoś jest w takim stanie, zarówno fizycznym, jak i psychicznym, to nie przejmuje się konsekwencjami swoich czynów. A konfrontacja z bratem, jak to bywa z rodzeństwem, do przyjemnych nie należy. Rysunki są znośne, nie przeszkadzają i nie zachwycają. 6/10.
Gil: To było zaskakująco... złe. Seriously... Polaris zapija robaka i rozwala bar, because... because screw you - that's why! Od momentu, kiedy się pojawiła w tej grupie, nic praktycznie nie robiła, a jedyną większą akcją, w jakiej wzięła udział był HellFart. A teraz nagle ciężko przeżywa fakt, że team się rozleciał. I najwyraźniej dopiero teraz przypomniała sobie o rewelacjach sprzed kilku miesięcy, że niechcący wysadziła swoją rodzinę, więc znalazła trochę czasu na reakcję. Nie kupuję tego. Tym bardziej, że akurat ta postać miała w swojej biografii wiele ostrych zakrętów i mocniejszych kopniaków, a do tej pory zachowywała się bardziej racjonalnie (tzn. poza momentami kiedy skrejzowała). Do tego dochodzi mocno wymuszona bitka z Quicksilverem, okraszona wyjątkowo amatorskim wprowadzeniem przez ukrywanie postaci w cieniu (tym bardziej śmiesznym, że jest na okładce). No i niezbyt optymistycznie nastraja mnie końcówka, w której odkrywamy, że ktoś kręci nową wersję X-Factor. I szczerze Wam powiem, że gdyby nie kilka fragmentów dialogów, postawiłbym wszystko co mam, że nie wyszło to spod pióra Petera Davida. Aha, jeszcze rysunki - te od dłuższego czasu nie trafiają w mój gust, zwłaszcza jeśli chodzi o dziwne wyrazy twarzy. To chyba najsłabszy numer serii jaki pamiętam i nie dam za niego więcej niż 4/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:

avalonpulse0312a.jpgAll-New X-Men #15
Autor:
Stuart Immonen

Hotaru: Na wstępie zaznaczę, że ten tydzień był wyjątkowo ubogi w dobre okładki i ta jest najlepszą spośród średnich. Pochwalę kompozycję - przemieszczoną w stosunku do pionu perspektywę, punkt centralny na Cyclopsie i ogólnie staranne wykonanie. Samego pocałunku nie skomentuję, bo to kpina jakaś...






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.08.07
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.