Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #311 (05.08.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 5 sierpień 2013Numer 31/2013 (311)


W pierwszym sierpniowym wydaniu Avalon Pulse'a dominują mutanci. W numerze tym poznajemy również prawdopodobnie głównego kandydata do tegorocznego Zvalona w kategorii "Pojedynczy zeszyt".

Captain Marvel vol. 6 #14
Gil: Zaprzęgli do tej finałowej części mini-crossa aż dwóch rysowników - co i tak mnie zaskoczyło, bo myślałem, że było ich z pięciu, sądząc po wahaniach stylu – a jak przyszło co do czego, to i tak pokpili sprawę w najistotniejszym momencie. Bo za cholerę nie wiem, co się właściwie wydarzyło! Bitka, jak bitka – tu wszystko jest jasne. Ale w finale Karolka robi coś, żeby się pozbyć przeciwnika, który siedzi w jej głowie i ani dialogi, ani narracja, ani tym bardziej rysunki nie pokazują wyraźnie, co się stało. Poleciała w kosmos, strzeliła pozę i koniec. I co to było? Usmażyła sobie mózg? Udusiła się? Nie – to bez sensu… Żyłka jej pękła od samego latania? #^®%@, takie rzeczy trzeba wyjaśnić! Niby komiks działa według zasady mediów wizualnych, czyli "show – don't tell", ale to znaczy, że tym bardziej powinni zadbać o przekaz wizualny, a w tym przypadku - powiedzmy sobie szczerze – był on gówniany. Sama historia zła nie była, chociaż specjalnie ekscytująca też nie. Zresztą, można by jej zarzucić, że określenie "wróg jest w twojej głowie" jest na tyle wieloznaczne, że wypadałoby sprecyzować. Ale ostatecznie bym się nie czepiał, gdyby nie całkowicie skopany finał. A paradoksalnie, epilog wyszedł bardzo fajnie. Tak więc, za całokształt dam 3/10.
 
Daredevil vol. 3 #29
kuba g: Ten zeszyt... nie był taki na jaki liczyłem. O ile rozpoczęcie w poprzednim numerze podobało mi sie bardzo tak tu zachwyt uleciał. Dalej czytało się to całkiem dobrze, po prostu było zbyt szybko i zbyt naiwnie. Podoba mi się motyw Daredevila tłukącego chłopców od zamawiania pięciu piw, to jednak zostało to nie najlepiej przedstawione. Jak wspomniałem: naiwnie. Motyw infiltracji, zamachu, bomby, trochę zbyt naciągane jak coś, czego reperkusje mają zająć kilka następnych zeszytów. Mam nadzieję, że niżej niż ten numer Waid już nie zejdzie, bo motyw czyszczenia struktur władzy NYC z boneheadów i ich lobbystów ma potencjał.
Gil: Aha, więc nie tylko sędzia jest zamaskowanym fanatykiem, ale właściwie wszyscy w sądzie, policji i praktycznie całej okolicy... Ciutkę przesadzone, panie Waid. Parę osób dałoby się jeszcze przełknąć, ale tyle? Nope. To trochę jak w tych horrorach klasy C, gdzie na końcu się okazuje, że całe miasteczko to kanibale, sataniści czy inne świry. No i oczywiście pozorna ofiara też tkwi w tym wszystkim po uszy. Aż dziw, że Murdock sobie z tym wszystkim poradził, skoro tak był zakręcony, że nawet nie rozpoznał stojącego obok siebie Mu—ah, ugryzłem się w język... Afroamerykanina. I się usprawiedliwia, że ślepy. Jakby do rozpoznania rasy nie wystarczył mu radar, czy choćby węch, albo słuch (no pun intended – te różnice są naukowo udowodnione i osoby niewidome bez nadludzkich zmysłów je rozpoznają). Tak więc mam jakieś dziwne wrażenie, że w tym numerze wszystko co mogło, poszło nie tak. Zupełnie jakby ktoś inny pisał i się podszywał... Przynajmniej grafika utrzymała poziom, co znaczy, że nie jest rewelacyjna, ale już się przyzwyczaiłem. Cóż, tym razem nie dam więcej jak 5/10.

Fearless Defenders #7
Gil: No i Bunn dopiął swego – zmienił status quo Val. Z tym, że jeśli dobrze pamiętam, to zmiana nie jest zupełnie nowatorska, bo chyba w początkach swej kariery też miała ludzkiego nosiciela. A nawet jeśli nie, to Thor miał, więc i tak nic nowego. Wziął więc i połączył ją z… jak jej tam? Anabelle? A dokonała tego Clea, która w normalnych warunkach z Asgardem nie ma nic wspólnego. Czyli generalnie typowe bunnowanie. Ale ten zeszyt ma jeden niezaprzeczalny plus – grafikę. Przykuła moją uwagę od pierwszej strony i utrzymała do końca. Z pewnością zapamiętam sobie panią Stephanie Hans i będę wyglądał kolejnych jej prac. No to z plusem za rysunki, oceną będzie 5/10. Aha, sprawdziłem – Val na początku dzieliła ciało z niejaką Barbarą Norris. Czyli jednak żadna nowość.

FF vol. 2 #10
Krzycer: ...ale czemu Maximus jest uwięziony w tym komiksie? Czy to jakoś wynika z Fantastic Four vol. 4 Fractiona? Bo nie ma nic wspólnego ze statusem Maximusa po tym, co z Inhumans robili DnA i Hickman.
A poza tym: ojej, jakie to urocze, autor umieszcza się w swoim komiksie. Szkoda, że nie stoi za tym żadne przesłanie.
Gil: Coś mi się zdaje, że Fraction był zbyt zajęty kombinowaniem, jak tu się wkręcić na karty komiksu (hehe, bez przekupienia Brevoorta się nie udało, co?), żeby zwrócić uwagę na to, co inni (czytaj: Hickman) robią z Inhumans. Co jest tym bardziej niepokojące, jeśli wziąć pod uwagę wiadomości, że ma być architektem ich wynoszenia na pierwszy plan. Tak więc, nie wiadomo skąd, jak i dlaczego, Maximus siedzi w celi. Celi, której nikt nie pilnuje… oczywiście. Tak żeby dzieciaki mogły wpaść i pograć w zagadki. A wszystko dlatego, że… ktoś kogoś… coś? Prawdę mówiąc, to zupełnie nie pamiętam. Jakoś tak reaguję na bezsensowne bulbotanie, że moja pamięć go nie rejestruje… A to znaczy, że było nudno i nijako. Chyba mam dość tej serii. A nawet zdecydowanie tak. Na pożegnanie dam 3/10.
avalonpulse0311b%20%28Kopiowanie%29.jpg
Guardians Of The Galaxy vol. 3 #5
Hotaru: Wygląda na to, że pomimo całego mojego cynizmu jakiś procent marketingowej ofensywy Marvel do mnie trafił. Byłem zwyczajnie ciekaw Angeli i tego, co z nią zrobię Bendis i Gaiman. Cóż rola Naila Gaimana przy tym numerze zmalała ze "współscenarzysty" do "konsultanta". I dobrze, bo dzięki temu wiadro pomyj mogę spokojnie wylać na łysą głowę Bendisa, a moja wiara w Gaimana - którego powieści ubóstwiam - pozostaje niezachwiana. Bo nie oszukujmy się - ten numer był tępy. Angela nie zrobiła niczego (poza ładnym prezentowaniem się dzięki zdolnościom Sary Pichelli). Wizyta Star-Lorda u Mantis wypadła wręcz antyklimatycznie, a pogawędka z Thanosem już bardziej schematyczna być nie mogła. Gdyby nie rysunki chyba pożegnałbym się z ta serią.
Krzycer: Jak by tu najlepiej podsumować rolę Angeli w świecie Marvela... może tak: :D :D :D .
I od kiedy Thanos jest jakąś wyrocznią-konsultantem do którego można ot, tak wpaść na ploty?
(Już nawet nie chce mi się powtarzać pytania jakim cudem obaj żyją... Bo teraz nawet nie wiem, czy mam zakładać, że to przez to, że Wolverine sniktnął czas w AU?)
kuba g: Ten numer był dla mnie takie pół na pół. Scenki rodzajowe z relacjami postaci jak zawsze spoko, na tyle, że w tym zeszycie bardziej wyglądało to jak Marvelowa wersja Firefly niż SW. Podobne wrażenie miałem jeszcze przy scenach z Quillem szukającym odpowiedzi na wydarzenia z ostatniego zeszytu AoU. Szkoda tylko, że końcówka była już dla mnie gorsza. Po pierwsze, mam dość debiutów postaci (w tym wypadku wyczekiwana Angela), które muszą zawsze zacząć się od napierdalanki, bo nikt nie zajmuje sobie głowy, aby przystanąć i zapytać "kim jesteś", ot, syndrom Avengers i Justice League. Po drugie, Thanos, ja wiem, że nie należę do tej części fandomu, która ma mokro w majtach zawsze jak widzi ten niebieski łeb, ale jego pojawienie się nie miało tego nerwu na który zasłużyło. Jak podrzędny zły z podrzędnej serii. Ale jako PS dodam, że dalej jaram się głową Moomby przy Angeli.
Gil: O, patrzcie: Gamora vs. Angela in girl-on-girl action! In spaaaaace! Ciekawe, czy są jakieś inne powody, dla których ją ściągnęli, czy tylko po to, żeby sparowała z innymi niekompletnie ubranymi wojowniczkami? No i do czego były tu potrzebne konsultacje z Gaimanem (poza umieszczeniem znanego i chwytliwego nazwiska w stopce, oczywiście)? Tak, słusznie zgadliście, że nie jestem wielkim entuzjastą dołączenia tej postaci do uniwersum, tym bardziej, że Marvel już i tak ma bordello millitare jeśli chodzi o anioły, demony i magię w ogóle. Jeśli tak bardzo chcieli ściągnąć postać z innej rzeczywistości, dlaczego nie sięgnęli po Marvelmana, którego kiszą gdzieś od lat, a który znacznie lepiej pasowałby do konwencji serii? A Angelę mogli dodać przy okazji tego magicznego eventu, o którym przebąkują od lat, a nie mogą się z nim ogarnąć. No, ale dobra – dość dygresji, wróćmy do komiksu. Mamy trochę odpoczynku od tej dziwnej fabuły, więc całość przyjąłem trochę lepiej. Nawet rozbawiły mnie komentarze Antka na temat kapitana Kirka i wręcz zacząłem podejrzewać, że właśnie dlatego Bendis go tu ściągnął. Zastanawiam się za to, dlaczego Guardians zachowują się tak, jakby nigdy wcześniej nie mieli kontaktu z ziemianami (zwłaszcza Rocket) i zaczynają jakoś dziwnie mówić (zwłaszcza Drax i Rocket). Na plus zaliczę za to powrót Mantis (chociaż nie jest już tak fajna jak u DNA) i końcówkę z Thanosem. Jeśli chodzi o grafikę, to uczucia mam mieszane... Zdecydowanie lepiej wychodzą kobiety (Gamora wygląda super, a Mantis ma azjatyckie rysy twarzy), ale faceci wydają mi się ciut za bardzo kreskówkowi, co tworzy pewien dysonans. Natomiast szopy i chodzące drzewa jakoś w ogóle mi się nie podobają. Póki co, ta szumnie reklamowana seria nie daje u mnie rady wznieść się ponad poziom 5/10.

Indestructible Hulk #11
kuba g: Po dobrym Age Of Ultron #10A.I. Waid zabiera się w następnym tytule za reperkusję Bendisowej miniserii. Na początku widać, że Waid ma zamiar wykorzystać więcej Sons Of Serpent co może zaowocuje większym crossoverem z Daredevil niż ten niedawny występ gościnny. To pierwsza zaleta. Drugą jest powrót do bawienia się komiksowymi mózgowcami, którzy rzadko kiedy w Marvelu wychodzą jak prawdziwi mózgowcy (nie licząc np. Hickmana) i tworzenie następnych fragmentów Marvelowej nauki (i naprawdę nie ważne jak bardzo potrafi to być naciągane tu). Ostatnią i największą zaletą (dla mnie) jest odrobina metakomiksowych rozkmin, które dostaliśmy dzięki Zarko (w sumie liczę na to, że Chronarchists będą czymś na kształt Architektów z Doctor 13 Azarello, czyli po prostu satyrą na scenarzystów Marvela i ich zabawy w retcony i rebooty). Liczę na fajną sagę.
Gil: A co to? Jakiś tydzień dobroci dla Sons of Serpent? Na szczęście, w tym tytule tylko chwilowo i jako pretekst dla większej historii. W dodatku obecność Zarrko sugeruje, że Waid sporo ostatnio dłubał w archiwach Marvela… co akurat w tym kontekście jest dobrą wiadomością, skoro zamierza brać się za temat podróży w czasie. Tylko, czy to akurat dobry moment na tego typu historię, skoro Bendis i kompania smażą coś w tym samym temacie, a czas jest zepsuty? No, zobaczymy. Póki co, zaczyna się nieźle – podstawy są solidne i interesujące, dałem się wciągnąć i jestem ciekaw, których wątków dotknie ta historia oraz jakie może mieć efekty. A możliwości jest sporo… Warstwa graficzna też daje radę – zwłaszcza naukowo poprawna (na dzień dzisiejszy) wersja T-Rexa. Na dobry początek dam 7/10.

Ultimate Comics: Ultimates #28
Spartan: Odkąd serię przejął Fialkov każdy numer podoba mi się coraz bardziej. I każdy mnie zaskakuje. Co najważniejsze pozytywnie, choć tożsamość Kanga mnie rozczarowała. Właśnie jej się spodziewalem i ją dostałem. No i gryźe się to, choć lekko, z Ultimate X-Men. Ale akurat Fialkov i tak zgrabnie łączy wątki z poprzednich wydarzeń. Szkoda że Howling Commandos to pewnie kolejna grupa o której niewiele się dowiemy bo wyglądają na ciekawą ekipę. Ale nie będe narzekał bo naprawdę niecierpliwie czekam na finał tej historii.
Rysunki podobają mi się coraz bardziej więc naprawdę polecam. 8/10.

Uncanny X-Force vol. 2 #9
Hotaru: Czy ja przypadkiem nie miałem już sobie darować czytania tej serii? Po przebrnięciu przez ten numer naszła mnie refleksja, że chyba już to sobie obiecałem. Brak konsekwencji zwalę na Krisa Ankę. To przez jego estetyczne i pomysłowe okładki zapomniałem o tym, że poza coverami ta seria nie tylko nie ma niczego do zaoferowania, a wręcz odbiera czytelnikowi cenny czas, który mógłby poświęcić na coś bardziej produktywnego... na przykład wpatrywanie się w sufit.
Krzycer: Przegapiłem poprzedni numer. Więc... eee... ale te parę numerów ja tylko żartowałem, żę Fantomex się teraz masturbuje. Cóż. Trzeba było trzymać japę zamkniętą, Humphries musiał usłyszeć.
A poza tym: ooookay. Może dociągnę do momentu, gdy drużyna się wreszcie zbierze (9 numerów za nami i wciąż nic z tego), ale nie zakładałbym się. To zdecydowanie najsłabsza z wydawanych obecnie x-serii.
(Co powiedziawszy, przegapiłem ostatni numer X-Forca Cable'a...)
jdtennesse: Dobrze, że ta dziwna historia dobiegła końca. Już pierwsza scena mnie wkurzyła, jak Cluster mogła wyciągnąć broń i przystawić Betsy do skroni, kiedy ta stała obok i patrzyła na nią i na Fantomexa? Oślepła chwilowo, czy ten rysownik nie ukończył podstawowego kursy rysunku? Swoją drogą, Betsy nie była tak naiwna od dawna, czy się mylę? Zakocha się w jednej części Fantomexa, zabije drugą, ale co z trzecią? Przecież można się domyślać, że jeden nie pozwolić zabić pozostałych? Fajna jest rozmowa Betsy w bibliotece, ale argumentacja… Kiedy zabiła swojego brata? I czy zabijała będąc w poprzedniej formacji Uncanny X-Force? Mam w tej kwestii braki, nie czytałem, więc nie wiem. No i władanie mocą Demon Beara? Wiemy, skąd, ale nie wiemy jak. No i ciekawe, czy w innych komiksach wiedzą o jej nowym koledze (mocy)? I mam jedno zastrzeżenie do ostatniej sceny z Betsy – pokazujemy młodym ludziom, że bohaterka tak swobodnie popija alkohol, ale tam gdzie pojawiają się przekleństwa robimy czarny znaczek? To chyba ktoś czegoś nie przemyślał, albo mamy dziwną hierarchię co wolno a czego nie. I pojawił się nowy wróg – Revenant Queen, a służy jej Nosferatu ze starego czarno-białego filmu. Jestem słabo zainteresowany. Aha, brzydkie rysunki. 2/10.
Gil: Threesome… foursome… CLUSTERFUCK! By definition! Po prostu nie mogło być inaczej. Nie wiem nawet, jak to opisać, bo do głowy cisną mi się same niecenzuralne słowa… Nie wiem, co ćpał autor i redaktor, który puścił to do druku, ale najwyraźniej było to coś, co mocno uszkadza mózg. Początek serii jeszcze był znośny, ale od paru numerów jest to zdecydowanie największa chała spod znaku X – tak samo fabularnie, jak graficznie. Chyba lepiej zakończę z nią znajomość, zanim stracę wzrok, od każdorazowego mycia oczu mydłem. Dla własnego dobra zróbcie to samo. I pod żadnym pozorem nie kupujcie – niech zdechnie z głodu jak najszybciej. 1/10 to ocena maksymalna, a i tak zbyt łaskawa.

Uncanny X-Men vol. 3 #9
Hotaru: Tego, że Bendis ma mokre sny w których Dazzler jest główną bohaterką mogliśmy się domyśleć już wcześniej, nie trzeba było udowadniać tego przez kolejną połowę numeru. I choć zeszyt ten podąża ścieżką wyznaczoną przez swoich poprzedników - jest nudny i przegadany - to dwie sceny wybijają się ponad przeciętność: pogawędka Alison z "Tylko-Moje-Ego-Jest-Większe-Od-Moich-Jąder" Cyclopsem oraz ostatnia strona. Muszę przyznać, że ten cliffhanger w wykonaniu Bachalo naprawdę zrobił na mnie wrażenie. Czyli - jak chce, to potrafi. Szkoda, że nie chce częściej.
jdtennesse: Ale co? Co tu się wydarzyło? Bo według mnie nic. No może prawie nic. Alison "porywa" Goldballa na przesłuchanie, skąd ponownie porywają go X-Men. Alison zostaje struta przez Mystique, która będzie się pod nią podszywać. A przy okazji, do siedziby SHIELD chyba nietrudno jest wejść? Aha, kolejne wydarzenie – nowy mutant ćwiczy swoje umiejętności z pomocą mutantów, którzy nad swoimi nie panują. I najważniejsze – jedna z Kukułek ścięła i przefarbowała włosy. Szok. A Alison jest nędznie pisana. Stała i gawędziła ze Scottem, kiedy zabierali jej Fabio. O rysunkach aż nie chce mi się pisać. Tragedia. Te szkaradne gryzmoły powinny się już skończyć. 2/10.
Gil: Czy ja to w ogóle czytałem...? Zerknę jeszcze raz... Ah, tak, rzeczywiście – czytałem. I jakoś błyskawicznie mi wyleciało z głowy. Pewnie dlatego, że niewiele się działo. Najpierw trochę pomęczyli Goldballsa, potem trochę się pozachwycali Highjackiem, na koniec obowiązkowe łubudubu i standardowe ostatnio u Bendisa wyciągnięcie Mystique z kapelusza. Aha, jeszcze rozłam wśród Kukułek. Coś, co wcale nie zdarza się już po raz trzeci... W miarę fajna była konfrontacja między Cyc-Men a Dazzler, bo przynajmniej jakoś się wpisała w continuity. Mimo wszystko, mam wrażenie, że tę serię Bendis pisze, jak sobie przypomni o jej istnieniu o czwartej nad ranem i na odczepnego klepnie parę stron dialogów o niczym. Rysunki Bachalo miejscami wyglądają na równie zmęczone, ale też mają parę lepszych momentów. I dziwić się, że to jednym okiem wpada, a drugim wypada... Takie 4/10.

Wolverine In The Flesh #1
Gil: Moim pierwszym odruchem po zetknięciu się z tym czymś było otwarcie Googla w celu sprawdzenia, co to za celebryt i czym sobie zasłużył na team-up. Ale potem pomyślałem: Screw it! Nie zrobię mu tej satysfakcji i nie złapię przynęty. Nie chcę wiedzieć, z jakiego ryjality szołu się ten człowieczyna wykluł, czy czym tam innym się wsławił, bo czego by nie zrobił, nie daje mu to prawa, by narzucać się czytelnikom. Za rok nikt nie będzie o nim pamiętał, a ten śmieszny komiks będzie jeszcze większym kuriozum, niż w tej chwili. A w tej chwili jest już wystarczająco głupi i pokręcony. I dość brzydki przy tym. W porównaniu z tym, team-up Eminema z Punisherem był jak 48 Godzin. Już mogę sobie wyobrazić, jak potraktowałby to Linkara i chyba jemu zostawię przywilej obszerniejszego komentarza (kiedykolwiek nastąpi), bo mi się zwyczajnie nie chce tracić czasu. Do zapomnienia natychmiast. Dla mnie to jest 0/10.

What If? AvX #4
Krzycer: Niektóre komiksy rodzą się złe. Nikt nie wie, czemu tak się dzieje, scenarzysta i rysownik wspólnie robili co mogli, przepełnieni dobrymi chęciami, ale rezultat tych działań jest czymś okropnym.
Niektóre komiksy są złe z wyboru - nawet nie tyle ze złej woli, co w wyniku zaniedbania autorów, którym nie zależało na owocach swojej współpracy. Może bardziej kochali inny komiks, przy którym akurat mieli pracować, a może myśleli tylko o tym, jak zarobić na opłacenie rachunków.
Nie wiem, jaka jest geneza "What If? AvX #4 (Of 4)". Czy był niekochany? Czy jego zło to cecha, z którą przyszedł na świat, niezależnie od starań wszystkich ludzi, którzy próbowali go ukształtować? Wiem tylko, że jego lektura przypominała koniec wystawnego obiadu w dobrej restauracji. Jesteś pełen. Wszystko było fantastyczne. W sumie nie jesteś już głodny, co więcej, jesteś przekonany, że kucharze już niczym nie mogą cię zaskoczyć - wszystko, co najlepsze, zostało ci już zaserwowane. Ale oto na ostatnim talerzu pojawia się coś, co zmienia znakomity posiłek w niemal mistyczne, duchowe przeżycie.
avalonpulse0311c%20%28Kopiowanie%29.jpgWIAvX zaczęło się dobrze, od powtórzenia wstępu do AvX, obiecującego ciekawszy rozwój akcji niż w tamtej historii. Następnie uderzyło obuchem, zjeżdżając po stromym zboczu głupiego uśmiercania postaci. Typowy what if, w którym autorzy chcą tylko zabić jak najwięcej znanych bohaterów. Ale numer czwarty... Numer czwarty to to ostatnie danie, które wynosi całe przeżycie na nowy poziom. Oczywiście, dalej mamy idiotyczne zgony. Doprawione odrobinką bezsensu i bzdur (Magneto wsysa Feniksa "bo tak" <w wypadku Phoenix Five miało to jakiś sens, tu nie ma>; skuteczny atak psychiczny na ohełmionego <cicho, wiem> Magneto-Feniksa; Hope przyjmuje miecz w serce, ale skręcanie karku i pazury w głowę są śmiertelne). Ale na koniec... na koniec jest polewa z dziwnego, egzotycznego fanboyizmu, pozostawiająca na długo subtelny posmak drażniący podniebienie. Nic nie ma sensu, nic nie próbuje mieć sensu, wydarzenia rozgrywają się w jakimś absurdalnym zawieszeniu, czas, przestrzeń i logika nie mają znaczenia... I gdzieś na tym firmamencie ignorancji mogą spotkać się Adam i Ewa na miarę naszych czasów, dając początek nowemu rodzajowi homo superior.
Tytułem podsumowania: choć napisałem ich w tym poście wiele, tak naprawdę słów mi brak, by dostatecznie wyrazić, jakie to było głupie. Ale jakiś Zvalon na koniec roku powinien trafić w ręce pana Palmiottiego.
Gamer2002: Oh wow. To niesamowite jak bardzo się ten komiks stoczył. Z lepszej sensowniejszej wersji AvX przerodził się w chłam i chory fanboizm nad Sniktbubem.
Nie wiem nawet jak uznać to za historię o Loganie. Wolverine w pierwszym zeszycie chciał zabić Hope i spartolił wszystko zabijając Storm, w następnym dostał od Namora i poszedł pod wodę, w trzecim wydostał się i zaczął angstować i tutaj... Zabija Phoenixneto i w nagrodę za wszystko, um, żyje wiecznie z Jean odbudowując życie na zgładzonej planecie dzięki ich niezrównanej potędze miłości która jest silniejsza niż Phoenix Force?
Nie wierzę, że nagle jakiś edytor nie zmienił całej historii. To zakończenie jest konsekwencja niczego, ludzkość została zgładzona i okazała się być absolutnie bezwartościowa, bohaterowie zginęli i wszystkie ich walki były po nic, a jedyne co Sniktbub zdołał osiągnąć w tej historii to udowodnić, że może wszystko spieprzyć jeszcze bardziej niż w AoU. I to wszystko jest zwieńczone nim całującym się z Jean z stojącymi na niebie figurami bohaterów (OCZYWIŚCIE, że bez Cyclopsa)? Nawet Aaron by nad tym zwymiotował.
1/10, złe, chore, głupie, żenujące, popieprzone i mój mocny kandydat na Zvalon za najgorszy numer roku.
jdtennesse: Ależ to było głupie. Najpierw, bezmyślne niszczenie Ziemi i zabijanie ludzi przez Hophoenix. potem, zabijanie własnej rasy, którą Hope miała uratować, X-Men (i Avengers) padają jak liście na wietrze. Scena śmierci goni scenę śmierci. No i w końcu Phoenix przejmuje całkowitą kontrolę, a Magneto wreszcie dostaje to, czego chciał. Potem znowu sceny śmierci, a w końcu śmierć Magnetoenix. A już samo zakończenie to po prostu szczyt głupoty. Wolverine nie dość, że pokonał Magneto posiadającego moc Phoenix, to jeszcze został, aby stworzyć świat na nowo, oczywiście ze swoją ukochaną Jean, która naturalnie też ma moc Phoenix. Żałuję czytania tego komiksu. Początkowo seria miała potencjał, ale z każdym numerem go traciła, aż w końcu uraczono nas tym oto gniotem. Rysunki byłbym w stanie znieść, ale nie przy tak bezmyślnej historii. 1/10.
Wilsonon: Ten komiks... to... abominacja! Oprócz wymienionych wczesniej przez uzytkowników baboli, najbardziej uderzyło mnie, że Magnetoenix (fajna nazwa :) ) mojąc hełm na łbie został zaatakowany telepatycznie przez Czarka! To przegieło pałę.
Do zaszczytnego grona autorów, których trzepnę w ryja jak spotkam i nie tknę nigdy więcej żadnego komiksu z ich nazwiskiem na okładce dorzucam Palmiotti'ego.
Ocena: 0/10.

X-Men vol. 3 #3
Hotaru: Było dobrze. Do czasu. Nadal wierzę, że Brian Wood ma Plan. Przez duże pe. Niestety wydaje mi się, że w tym zeszycie na ołtarzu jego egzekucji ofiarował finał pierwszej historii. Finał, który tak naprawdę finałem nie jest. Kim jest Shogo, co ta za dziwna zażyłość między Rachel a Sublime'em, jakim cudem Karima wróciła, co się stało z Roxxy, czym była bomba-nie-będąca-bombą? Ja rozumiem, że na początku serii trzeba zasiać ziarna, które zaczną kiełkować później, ale w tym przypadku efekt jest taki, że pierwsza historia to tylko i wyłącznie rozstawianie pionków, sama w sobie nie przynosząca czytelnikowi żadnej satysfakcji poza obietnicą, że ta przyjdzie w przyszłości. Nie podoba mi się takie zagranie. No, to sobie pomarudziłem. A tymczasem w przyszłym numerze David Lopez wróci do rysowania Storm!
Demogorgon: Holy shit, ktoś pamięta, że Hellion i Surge istnieją! Po za tym mam dziwne wrażenie, że ja i Gil czytaliśmy inny komiks, bo ja tu widzę porządną konkluzję do wątku Arkrei, tyle tylko, że z furtką na ewentualną kontynuację. Nie wiem, może jego wersji brakowała stron, czy coś, bo to przecież było bardzo wyraźnie pokazane i łatwe do zrozumienia - SUPER SPOILER Karima nadziewa się na psychoostrze Psylocke i zabija Arkrea'ę, ale X-Men są świadomi, że może kiedyś wrócić bo z takimi jak ona i Submile nigdy nic nie wiadomo. SUPER SPOILER FINISHED! Wątek Jubilee robi się słodki powoli. Ale najważniejsze, KTOŚ PAMIĘTA O POSTACIACH Z NEW X-MEN! YES! YES! YES! YES! YES!
Jak długo oni tu będą, będę to czytał.
Soundtrack: Lost Children
Krzycer: Ciekawie to podsumował jeden z autorów House to Astonish - że ta historia została oznaczona jako zamknięty arc tylko po to, by Marvel mógł się pochwalić, że Coipel narysował cały arc, tak, jak to było w wypadku pierwszych sześciu numerów Wolverine'a Cornella (niby to 4-częściowy arc Davisa i 2-częściowy... kogoś tam, a tak naprawdę to jedna historia).
No bo umówmy się - gdyby traktować "Primer" jako zamkniętą historię, to ten numer jest fatalny. Co właściwie dzieje się w finale? Czemu Karima nagle zyskała kontrolę, choć nic nie świadczyło o takiej możliwości w poprzednim numerze? Zrozumiałbym, gdyby Arkea porzuciła jej ciało by salwować się ucieczką, ale w takim razie czemu Karima nadziała się na psikatanę Psylocke (Zakładam... cholera, nie: zgaduję, że to właśnie się wydarzyło w finale).
Ale jeśli to nie koniec, a połowa tradycyjnego, 6-odcinkowego arcu, to jest dobrze. Dużo pytań, ale pojawiają się sugestie odpowiedzi. Zwłaszcza ciekawie rozwija się wątek bobasa. Jubilee łgała w pierwszym numerze, mówiąc, skąd go ma. Teraz jeszcze się okazuje, że mały leżał w szpitalu zajmującym się cyborgizacją? Coraz zdziwniej i zdziwniej.
Z rzeczy, które są ewidentnymi wadami, których nie da się usprawiedliwić domniemaniami, że to dopiero środek historii: Sublime dowodził U-Men. U-Men szlachtowali mutantów, dokonywali na nich wiwisekcji. Nie. Ma. Bata. Żeby Storm i spółka teraz stały koło Sublime'a i nie reagowały, gdy on mówi o nich per "moje przyjaciółki". Nie bez jakiejś formy odkupienia po drodze (Humphries zrobił to w głupi sposób z Bishopem, ale przynajmniej był świadomy, że coś z nim musi zrobić, a Wood to po prostu ignoruje).
jdtennesse: Może zacznę od rysunków. Muszę przyznać, że nie są złe, ale momentami widać, że mogłyby być lepsze, trochę bardziej staranne i dokładne. Ale ogólnie fajnie się je ogląda. A jeśli chodzi o historię, a właściwie jej zakończenie… To jak zwykle, nie wiemy na pewno, czy to było zakończenie. Najwięcej wątpliwości budzi bomba pozostawiona przez Arkeę, która niby nie wybuchła, ale jednak nastąpiło jakieś skażenie czy cos w tym rodzaju. Nie wiem, czy Kitty udało się powstrzymać wirusa przed wydostaniem się na zewnątrz. A przy okazji Kitty i szkoły, to fajnie się sprawili uczniowie, miło zobaczyć, że postaci stworzone na potrzeby jakiegoś komiksu, nie znikają tak po prostu i są niewykorzystane przez scenarzystów. A Arkea? Została pokonana poniekąd przez Karimę, która jeśli dobrze pamiętam, była w śpiączce, więc jakimś cudownym zbiegiem okoliczności została uzdrowiona przez Arkeę kradnącą jej ciało. No to mi się chyba najmniej podobało. I w ogóle ten nowy wróg, Arkea, jest trochę przekombinowany. Niby jest bakterią, ale może przejmować kontrolę nad maszynami, tak jak Sublime nad ludźmi. To w jaki sposób "przejechała" się na dziecku do szkoły? Sublime tłumaczy, że Shogo był pacjentem szpitala i może mieć jakieś implanty. No dobra. Może autorzy mają na niego jakiś pomysł, chyba nie wrzucaliby dziecka w ręce innego (prawie) dziecka. Ten wątek też pewnie będzie miał swoją kontynuację. Zauważyłem również próbę nawiązania kontaktu między Sublime a Rachel. To już drugi numer, w którym jest jakaś próba stworzenia więzi między tymi dwiema postaciami. Ogólnie dobrze oceniam ten zeszyt, jak i historię. Wood zostawił wiele wątków, które będzie mógł kontynuować, zobaczymy co z tego wyjdzie, i ile wątków postanowi rozwinąć (Shogo, Rachel/Sublime, Karima…). 7/10.
Gil: Normalnie, jak pisze się trzyczęściową historię, to wypadałoby jej centralny wątek rozwiązać w tych trzech numerach, prawda? Cóż, nie w tej serii... Część trzecia z trzech nie daje nam praktycznie żadnych odpowiedzi, pozostawia mnóstwo niedopowiedzeń i jeszcze dokłada pytań. Może nie przeszkadzałoby mi to, gdyby była to historia o ratowaniu Karimy, bo to jedyny wątek, jaki został w miarę domknięty. Ale niestety, to był wątek poboczny, który został ledwie zasygnalizowany (A: "Może ją uratujemy?", B: "Nah – już po niej.") podczas gdy cała uwaga czytelnika została skierowana na wątki Jubilee (zero wyjaśnień), dzieciaka (częściowe wyjaśnienie), Sublime'a (minimalne wyjaśnienia) plus wydarzenia w Danger Room (zakończone, ale brak wskazówek, czy mają jakieś znaczenie). Tak więc, XX-Men całą grupą pędzą za Arkeą, docierają do Budapesztu (który tutaj jest jakimś pustynnym miastem koło Izraela), trochę gadają i... NIC! Przeciwnik po prostu znika. Dostajemy rozgrywkę na rozciągnięcie i domknięcie pobocznego wątku, żeby się czymś wypchać. A pamiętając wyczyny scenarzysty w poprzedniej iteracji tej serii, będę zgadywał, że teraz kolejne numery wypełnią długie poszukiwania, z masą dyskusji obok tematu i zastanawiania, co właściwie się dzieje, po czym również nie otrzymamy żadnych odpowiedzi... A jeśli chodzi o rysunki – cóż, nie wyglądają zbyt starannie i widzieliśmy Coipela w lepszej formie. Za całokształt maksymalna ocena, jaką mogę wycisnąć to 4/10.

X-Men: Legacy vol. 2 #14
Krzycer: Okładka tygodnia. Albo i roku. Ale do końca roku jeszcze chwila, a XML ma za sobą już 13 świetnych okładek, więc kto wie, czym nas zaskoczy w przyszłości?
Szkoda, że rysunki w środku... No, są.
Fabuła okazuje się Spurrierowym standardem - Legion ma plan. Tylko że dotąd obserwowaliśmy jego działania z jego perspektywy, i wtedy to odkrywanie planu na końcu było pozytywnie zaskakujące. Obserwując go z perspektywy Wisdoma, odkrycie planu na końcu zahacza o deus ex machinę.
Ale może właśnie o to chodzi? W końcu morał jest taki, że Legion musi przestać manipulować ludźmi.
Tymczasem nie mogę doczekać jego spotkania z matką.
Gil: Jakoś tak wyjątkowo uderzyła mnie tym razem niezborność graficzna tego numeru. A już myślałem, że się przyzwyczaiłem... Na szczęście tutaj grafika nie ma większego znaczenia, bo można całkowicie skupić się na treści, a ta jest dużo dobra. To chyba jedna z niewielu serii, gdzie trudno jest przewidzieć rozwój wypadków, co jest jej dużym plusem. Tutaj na przykład byłem pewien, że David spróbuje wmanipulować Wisdoma w zabójstwo dyktatora, a jednak okazało się (po raz kolejny), że jego plan jest zupełnie inny. Trochę naiwny, ale jednak całkiem fajny. Pasuje do autora. Fajne jest też to, że prawie wszystko, co stara się naprawić Legion obraca się przeciwko niemu w jakiś zakręcony sposób. Innymi słowy: nie można się tu nudzić ani przez chwilę. I jeszcze jeden plus dla Spurriera za ukazanie subtelnych różnic między poszczególnymi rejonami Brytanii w konstrukcji dialogów. Już chyba o tym pisałem, ale tak mi się to podoba, że znów podkreślę. A teraz szykuje nam się kolejna intensywna konfrontacja – z mamuśką Haller. Nie mogę się doczekać! Tymczasem, mimo grafiki wystawiam solidne 7/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:

avalonpulse0311a.jpgX-Men: Legacy vol. 2 #14
Autor:
Mike Del Mundo

Hotaru: Del Mundo po raz kolejny dostarcza niesamowitą okładkę. Może nie jest aż tak fasmantagoryczna jak niektóre z jego wcześniejszych prac, ale wszystkie elementy potrzebne do stworzenia świetnej okładki się tu znalazły - dobry pomysł powiązany z sama serią, dobra kompozycja, małe smaczki i staranne wykonanie. Czego chcieć więcej?






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.07.31

Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.