Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #308 (16.07.2013)

avalonpulse0.png
Wtorek, 16 lipiec 2013Numer 28/2013 (308)


Jeżeli śledzicie regularnie nasze forum, to doskonale wiecie, jaka seria "królowała" w minionym tygodniu. Avengers Arena. 'Nuff Said.

Astonishing X-Men vol. 3 #64
Krzycer: Strasznie mi się spodobało to, że ApoIceman wykształca sobie bezużyteczne skrzydła (...co by się stało, gdyby ten lodowy słup na którym wyjechał na orbitę pękł u podstawy?). Poza tym - dobry numer, choć wciąż wolałbym, gdyby za problemami Bobby'ego stało coś innego niż Skittles Zua. Mam również problem z końcówką - tak, tak, Mystique wbija nóż w plecy, omg, kto by się spodziewał. Spoko. Ale... potem sama łyka Zuego Skittlesa? Jakie by motywacje Raven na przestrzeni dziejów nie były, "zaprzedam duszę i przestanę być sobą, byle mieć potęgę" jakoś mi do niej nie pasuje. Chyba, że Liu ogłupia Raven tak, jak Milligan kiedyś ogłupił Gambita... (tylko tam zamiast Zuego Skittlesa był Zuy Kool-Aid z krwi Apo...).
jdtennesse: Zaskoczenie jest jedną z rzeczy, które bardzo lubię w komiksach. Oczywiście dopóki jest w tym sens i logika. Zaskoczeniem jest na pewno zakończenie numeru, w którym Mystique połyka ziarno, ale samego pomysłu dlaczego Bobby jest jaki jest też się nie domyśliłem. Więc na plus, chociaż oczywiście podejrzewaliśmy, że ma to związek z niedawnym AoA. Bardzo silna jest scena Bobby’ego z ojcem, niestety jest podobna do wszystkich rozmów, jakie Ci dwaj mieli na przestrzeni lat. Ojciec jest nieustępliwy w swoich poglądach, cały czas twierdzi, że każdy dokonuje swoich wyborów. Jakby bycie mutantem było wyborem. Ciekawe, jak bardzo Iceman schłodził serce ojca – do zawału czy śmierci? No i nareszcie wyklarowała się rola Mystique w całej historii, bo do tej pory była tu, ale nie wiadomo było po co. Ciekawe tylko, jak na nią zadziała część mocy Apocalypse'a. No i jak bardzo można wierzyć w to, że Iceman umiera, czy tylko dlatego, że posiada(ł) tę moc, czy może ogólnie wcześniej coś było nie tak? A walka z Thorem wydawała się za bardzo przypadkowa, jak inaczej Mystique mogłaby uzyskać moc Icemana? Skoro Dark Beast czy jak mu tam, budował urządzenie, które miało usunąć moc z Icemana. Trochę tu różnych nieścisłości, ale ogólnie i tak mi się podobało. Rysunki takie sobie, najlepiej wychodzą panoramy, duże kadry i Iceman, a momentami Thor, ale ogólnie to nie są zachwycające. 6/10.
grzgrzegorz: Bardzo ciekawy numer muszę przyznać. Wyjaśnione zostają pewne sprawy, pojawia się jeden z moich ulubionych "Tych Złych"- Dark Beast, a historia nadal ma w sobie "to coś". Aha i jest jeszcze Thor rozwalający Bobby'ego. Wszystko to jednak ustępuję miejsca scenie (trzeba pamiętać o niej w Avalonach za ten rok) Icemana I Mystique w kosmosie- piękna scena pokazująca potęgę lodowego X-a. Numer tygodnia - 9/10.
Gil: Ech, więc jednak źródłem problemów jest coś powiązanego z tym koszmarkiem, zwanym X-Termination… Cóż, przynajmniej wynikło z tego coś w miarę dobrego. W miarę tylko, bo wygląda to dość wtórnie, gdy kolejny z oryginalnych członków X-Men zostaje zapocalypsowany i dostaje świra. Nawet i skrzydła sobie dorobił, żeby analogii nie dało się przegapić. W tej sytuacji wolałbym jednak, gdyby pani Liu czerpała z tej historii z Thorem, o której już parę razy wspomniałem. Wtedy i bitka z Gromowładnym miałaby więcej sensu niż standardowe „byłem w pobliżu”. Jest jeszcze jedna analogia, która nasuwa mi się sama: Królowa Śniegu. Poczciwy chłopiec zostaje potraktowany czymś, co zamienia go w zimnego drania i tylko czyjeś ciepłe serduszko może mu pomoc. Z tym, że tu mamy to wszystko powykręcane i Gerda wyrywa z Kaja odłamek lustra, żeby wbić go sobie w oko. Taaak… Bo to wersja postmodernistyczna. Wszystko już było, więc zrobimy to samo, tylko bardziej. Nie zrozumcie mnie źle, to nadal czyta się całkiem nieźle, bo jest i całkiem dobrze napisane, ale nagromadzenie tych konotacji sprawiło, że jakoś więź porozumienia z autorką zwisła i powiewa. Mimo wszystko obiektywnie zasługuje na słabsze 6/10.

Avengers Arena #12
Hotaru: Powiem szczerze, że odetchnąłem z ulgą, kiedy dowiedziałem się, że to nie jest koniec Nico. Lubię ją i cieszę się, że Hopeless jeszcze z nią nie skończył. Nie jestem jednak pewien, czy podoba mi się konfrontacją między nią a Apex. Wydała mi się zbyt... nieistotna. Pozbawiona wagi. Fizyczna. O wiele bardziej intryguje mnie ostatnia strona i to, co Death Locket zobaczyła na stole po lewej. Bo przecież Mettle miał tylko metalową skórę - nie był cyborgiem. Jeśli zgony są oszustwem, to czemu pozostałe ciała wydają się autentyczne? O co tutaj chodzi...?
avalonpulse0308b%20%5B1600x1200%5D.JPGDemogorgon: Ladies and gentlemen, RUSTLEMANIA IS BACK!
Nie wierzę, ze to mówię, ale...podobało mi się. Nie jest to jakiś wybitny komiks, ale zdecydowanie nie było tak źle, jak się obawiałem. Może zacznijmy po kolei:
The Good:
Nico wraca. AND SHE KICKS ASS!
Nikt nie zginął w tym numerze.
Właściwie udało się nawet dostać dobry emocjonalny moment miedzy Nico i Chasem, więcej, niż mógłbym oczekiwać od tej serii, zwłaszcza po "My boyfriend exploded all over me".
Art Keva Walkera jest wspaniały, zwłaszcza z tym kolorystą.
W sumie numer podobał mi się na tyle, że jeszcze gotów dać pewien kredyt zaufania autorowi co do ostatniej sceny, coś, czego nie byłem w stanie zrobić do tej pory. Chociaż jeśli to, co ten twist obiecuje jest prawda, to cały sens tej serii wylatuje na śmietnik. Nie, żeby ona go kiedykolwiek tak dużo miała...
The Bad:
Musiałem przerwać lekturę po pierwszej stronie. Bo Apex walnęła taką kaszanę, że aż muszę ja zaadresować. Dla wyjaśnienia - na początku numeru zastanawia się, czy prawdziwym złoczyńcą nie jest widownia, która to ogląda. Niektórzy mogą powiedzieć, że pewnie chodzi jej o jakąś widownię złożona z bogatych sadystów, której Arcade daje to oglądać (chociaż nigdy nie jest to choćby zasugerowane), ale SKĄD ONA MA NIBY O TYM WIEDZIEĆ?! Nie, moim zdaniem jest jasne, że ten tekst ma być meta przekazem, tym co chłopaki z South Parku robią za każdym razem, kiedy krzyczą "You bastards!" po śmierci Kenny'ego. Pan Hopeless próbuje nam powiedzieć, że to nasza wina, że te postacie giną. Nie tylko jest to kolejna rzecz ukradziona prosto z Battle Royale (z amerykańskiej edycji, gdzie ktoś zostawia list o podobnej treści do fanów programu) ale też nie działa. Z prostego powodu. Ta seria leci łeb na szyję. Komiks który ma popularne postacie z czterech niszowych tytułów i Avengers w nazwie nie powinien był się sprzedawać tak źle jak te niszowe tytuły ani podążać tą samą ścieżką stabilizacyjno/spadkową jaka jest dla nich typowa. A właściwie to nawet gorszą, bo X-23 i Avengers Academy dawno już się ustabilizowały przed swoim dwunastym numerem, Arena dalej spada i nie zanosi się, aby miała przestać. Ten komiks traci około 7 do 11 procent na miesiąc, to nie jest zdrowe nawet dla serii o C-Listerach, i to w okolicach kiedy w innych komiksach pozostali już tylko zdecydowani fani - Avengers Academy i Runaways vol.2 mogły się sprzedawać podobnie albo nawet gorzej na tym etapie, ale każdy numer był na mniej-więcej zbliżonym poziomie, to coś dalej spada i to o wiele za bardzo jak na ten typ serii. Nie wspominając nawet, że ta druga seria, która nie miała crossoverów (crossover z Young Avengers został wydany osobno) ani wielu alternatywnych okładek co numer, występy gościnne zamiatała pod dywan, a autorzy byli relatywnie nieznani, sprzedawała się na tym etapie lepiej. Trzymając się metafory, z każdym odcinkiem coraz więcej widzów zmienia kanał. To nie jest nasza wina, że ten komiks dalej ciągnie, jeśli z każdym numerem coraz więcej osób odchodzi zniesmaczone.
Potem Apex wyjeżdża z tekstem, że nie może być złoczyńcą, bo prawdziwi złoczyńcy nienawidzą zasad. ŻYJESZ NA JEDNEJ PLANECIE Z DOCTOREM DOOMEM! UOSOBIENIEM LAWFUL EVIL! Że nie wspomnę o Magneto, Mandarinie i Dormammu! Jak można być tak głupim?! No i chciałbym zauważyć, że podążasz za okrutnymi zasadami gry kompletnego psychopaty z własnej, nieprzymuszonej woli, chociaż miałaś inny wybór. Tak, to cię czyni złoczyńcą.
W sumie nie lubię samej metody wprowadzenia powerupu jaki dostała Nico. Nie wynika on ze wzrostu emocjonalnego postaci, z jej rozwoju, z poznania lepiej sekretów jej magii ani z determinacji do przekroczenia barier, których wcześniej bała się przekroczyć. To powerup z Dragon Ball Z, gdzie ilekroć Sayan jest bliski śmierci, wraca silniejszy. Istnieje tylko dlatego, bo autor nie miał innego pomysłu jak pokonać antagonistę. I nawet nie ma w tym humoru jakiegoś (może powinienem zamówić fanart sceny z 0:30-0:52, tylko z Nico i Apex?). To Hollow Ichigo pojawiający się, kiedy Ichigo dostaje zbytnie lanie, by ocalić mu tyłek. Tylko, że na niego był pomysł (a przynajmniej sądzę, że Kubo go miał, zanim zaczął olewać własną serię), tutaj to jest znikąd, bo autor nie miał pomysłu jak załatwić antagonistkę.
Nie ukrywajmy też - ten numer to obliczony na kontrowersję chwyt marketingowy, a raczej jego finał, bo początek był w #10. Ludzie mieli się wściec śmiercią Nico i zacząć bardziej kupować w chwili jej powrotu. Mam nadzieję, że się nie uda, nie lubię być manipulowanym w tak bezczelnie oczywisty sposób.
Parę nitpicków jeszcze:
Ta ręka wygląda beznadziejnie. Nie mam nic przeciwko jej samej, serio, ale ten projekt to coś, co uciekło z kiepskiego anime.
Od kiedy Arcade jest ekspertem od magii?
"Bolt-splode"? Really? Really? Really? Powinienem zacząć tak wołać na Bi-Bolta.
The Ugly:
Chciałem wspomnieć, że wskrzeszenie Nico w żaden sposób nie zmienia faktu jak niepotrzebnie okrutna i okropnie napisana jej śmierć była, do tego stopnia, że wpędziła co najmniej jedną osobę z powrotem w objęcia depresji. Ale potem przeczytałem listy. A tam pan Hopeless przyznaje, że fani Nico mieli prawo być na niego wściekli i chociaż wie, że nie zdoła zaleczyć samym zmartwychwstaniem bólu jaki im zadał, to ma nadzieję, że mu wybaczą po tym numerze. I ja nawet powiem, że jestem tym pozytywnie rozczarowany, po jego postawie do tej pory spodziewałem się o wiele mniej. Zdecydowanie nabrałem do niego trochę szacunku. Niewielką ociupinkę, którą pewnie zmarnuje, ale nie mam go już za takiego sadystycznego drania jak do tej pory. Teraz myślę tylko, że jest niekompetentny.
Wciąż nie jest to dobry komiks, podejrzewam, że podoba mi się tylko dlatego, że moje oczekiwania były o wiele niższe. Ale cieszę się, że odczyniliśmy przynajmniej ten policzek, jakim był numer #10. Aż dam soundtrack i to tym razem taki pasujący do tonu numeru. A przynajmniej mi się go świetnie do tego podkładu czytało. Jeden z moich ulubionych utworów do których kiedykolwiek toczono walkę na ekranie, The Battle Is To The Strong. Nie, żeby był z o wiele lepszej produkcji, gdzie bohaterowie giną na prawo i lewo...
RUSTLEMANIA SHALL RETURN!
Xavier83: Pierwszy raz przeczytałem komiks z tej serii. Okładka jest dość zachęcająca by zajrzeć do środka. Znam z komiksów Marvela większość postaci. Podoba mi się transformacja Nico i wyjaśnienie jakie daje Arcade. Latający robocik u jego boku wygląda zabawnie. Dobry pomysł. Starcie dwóch kobiet jest dla mnie przekonywujące. Głośne rozmyślania jakie serwuje Apex dobrze ją definiują. Na plus są w tym komiksie również rysunki jakie stworzył Kev Walker. Dobrze oddają walkę, która emanuje z większości stron. Te, które są cichsze też dobrze wyglądają. Rozmowa Chase'a i Nico ładnie tonuje akcje i pokazuje, że mamy do czynienia z młodzieżą, przechodzącą trudne chwile. Ostatnie strony są pozytywnie zachęcające, a wyraz twarzy Death Locket dobrze oddaje to co dzieje się w jej umyśle. 6/10.avalonpulse0308c%20%5B1600x1200%5D.JPG
Krzycer: Nico wróciła. I to jako ona, a nie jako meat puppet Staff-of-One. Miło. Ale jej walka z Apex jakoś mnie nie przekonała. Była zbyt jednostronna. I tu kolejny problem, bo niby wyświetlacze poziomu życia sugerują, że Nico ledwie przeżyła to starcie, ale ni cholery tego po niej nie widać. Dotąd postacie, którym zostawał jeden-dwa paski były okrutnie sponiewierane (X-23), poparzone (Reptil) i ogólnie nie do życia, a tu pod koniec numeru Nico i Chase mają się świetnie.
No a potem mamy epilog w piwniczce Arcade'a i... co ja paczę? Mógłbym zacząć spekulować o co biega z roboMettlem i resztą, ale byłoby to bezpodstawne, więc... czekam na kolejne numery.
grzgrzegorz: Numer znacznie poniżej standardowego. Nico dostaje moce? Naprawdę? I ten jej "powrót z martwych". No to znamy sposób na to żeby na końcu przywrócić wszystkich "zabitych". Zapowiada się, że seria bardzo rozczaruje Mnie na koniec. A było tak pięknie. Ale poza tym 7/10 za ogólny feel-ing się należy.
Gil: Z tego co widzę, najbardziej wpływającym na oceny tego tytułu kryterium jest fanboyizm. Na szczęście nie mam tak silnej koneksji emocjonalnej z tymi postaciami (los najwyżej dwóch interesuje mnie w jakikolwiek sposób), więc mogę się zdystansować i oceniać wydarzenia z perspektywy samej fabuły. A pod tym względem mamy spory krok naprzód. Po pierwsze - powrót Nico. Chociaż został on wyłożony dość łopatologicznie (i można mieć wątpliwości, skąd Arcade to wszystko wie), to mimo wszystko wpasowuje się w teoretyczne podstawy postaci zaskakująco dobrze. Magia wymagająca ofiary z krwi rzeczywiście w tej sytuacji mogła zostać znacznie wzmocniona, więc kupuję to wyjaśnienie. Tworzy ono także ciekawą sytuację, bo nie wiemy, jak to odrodzenie wpłynie na naszą bohaterkę, a w szerszym kontekście nie możemy nawet być pewni, czy wydarzyło się naprawdę. Po drugie - wspomniane wcześniej wydarzenie prowadzi do konfrontacji, która z pewnością będzie miała znaczący wpływ na wiele dalszych wydarzeń. A sama w sobie, ta akcja jest moim zdaniem najlepszym pojedynkiem w tej serii jak do tej pory. Może nawet jedną z lepszych konfrontacji w tym roku. Jak zwykle znajduję w skryptach Hopelessa sporo luk, tak tutaj nie przychodzi mi do głowy nic czego mógłbym się przyczepić. Może tylko różnic między wypowiedzianym zaklęciem, a efektem, chociaż tutaj magia pozostawia spory margines. I wreszcie, po trzecie - końcówka. Dostajemy wyraźną sugestię, że zbliżamy się do wyjaśnienia prawdziwej natury tutejszych wydarzeń. Ale w tej chwili nic jeszcze nie jest jaśniejsze. Może się wydawać, że Deathlokówka trafiła do tajnych pomieszczeń Murderworldu, ale czy na pewno? Tutaj dostrzegam pewne nieścisłości między tym, co widzieliśmy wcześniej, a zastanym przez nią widokiem. Na przykład leżący na stole Mettle wygląda na robota i chociaż nie mam pojęcia o jego biologii (może rzeczywiście tak wygląda od środka? po prostu nie wiem, bo się nie interesowałem), to i tak wyraźnie widzę, że takie szczątki nie powinny po nim zostać, bo eksplozja zostawiła raczej papkę i trochę odłamków. Prędzej jestem skłonny uwierzyć, że to jakaś zaawansowana sztuczka niż, że to prawdziwe zaplecze Murderworldu, choćby z tego względu, że jest zaskakująco łatwo dostępne i absolutnie nie zabezpieczone. Byłoby straszną głupotą ze strony Arcade'a ulokować się tuż pod powierzchnią. Chociaż z drugiej strony, autor już nie raz udowodnił, że naiwne głupotki nie są mu obce... W każdym razie, oceniając ten numer story-wise, nie mogę zaprzeczyć, że był intensywny, mocno ruszający fabułę z miejsca i całkiem dobrze wykonany. I nie wiem czemu nagle naszło mnie skojarzenie z Lost, gdzie każde wydarzenie, które zdawało się być znaczące, prowadziło w sumie donikąd... Ale cóż, za same wrażenia mogę tym razem dać 7/10.

Daredevil vol. 3 #028
kuba g: Ten odcinek jest świetny. Tak, wiem, że powoli urastam do bycia przesadnym fanboyem Waida, ale nie jarałem się tak historiami o Daredevilu od czasu gdy Matt tłukł się po cywilu z jakuzą jeszcze u Bendisa. Odcinek skacze od ponownie wzruszających (na smutno i wesoło) scen z Mattem odwiedzającym Foggiego po chemioterapii do konfrontacji z prześladowcą z lat dziecięcych. I tu pierwszy raz od dawna widzę fajnie pokazane retrospekcje z przeszłości postaci z już ustaloną biografią. Pomysł pojawienia się dorosłego już dręczyciela może i nie jest specjalnie oryginalny, ale jest świetnie poprowadzony, trochę zabawnie i trochę tragicznie gdy bierzemy pod uwagę ostatnią stronę komiksu. Na koniec dodam tylko, że Waid (podobnie jak kiedyś Bendis) potrafi napisać świetny komiks o Daredevilu, w którym Matt ma czerwony kostium na sobie raptem w 3 czy 4 kadrach na cały zeszyt.
Gil: Nie pamiętałem zapowiedzi, więc okładka zdołała mnie zaintrygować. Spodziewałem się jakiejś dziwnej akrobacji fabularnej, w której Rogaty dostanie baty od jakiegoś dzieciaka, więc z dużą ulgą przyjąłem fakt, że jest to czkawka z przeszłości. I okazało się, że jest to kawałek dobrej lektury – przynajmniej do pewnego momentu. Chyba wszyscy mamy swoich Nate’ów Hackettów, a ten dziwnym zbiegiem okoliczności jest dość podobny wizualnie do mojego, więc jakoś tak łatwo przyszło mi wczuć się w sytuację i pojąć, co autor myślał, kiedy tworzył. Całkiem zabawnie wyszło też przedstawienie go jako szeregowego członka jednej z tych niezliczonych organizacji bezimiennych minionów. Nawet fajnie wyglądała jego samodzielna obrona… do momentu, gdy fabuła wywinęła potrójnego tulupa i nie ustała lądowania. To było trochę zbyt… no nie wiem – jak strzelanie do ćmy z bazooki… gumową kaczką. Zwyczajnie nie kupuję tego twistu, bo jest zbyt over the top i generalnie niedorzeczny. Za to odejmę jeden punkt od oceny, ale i tak pozostanie ona na poziomie 7/10.

Fearless Defenders #6
Gil: W poprzednim numerze ta parada heroin zrobiła pewne wrażenie na wejściu – w tym wrażenia nie robi, bo służy za kolektywny worek do bicia dla skrejzowanej Val. To znaczy: do czasu, aż ta zupełnie najzwyklejsza kobitka ją przestawia za sprawą jakże dramatycznego poświęcenia. Boo-hoo! I tak ją wrócą. A skoro poległa bohatersko, to pewnie wróci jako Walkiria. Za to łotrzyki zbierają własną ekipę – surprise! surprise! – również całkowicie sfeminizowaną. Tak więc runęły wszelkie wątpliwości czy ta seria ma jakikolwiek inny cel niż upchnięcie gdzieś wszystkich marvelowych babeczek. A rysunki są bardzo chwiejne. Szkoda, że ich autor nie poświęca tyle uwagi twarzom, co zadkom bohaterek. Któryś raz z rzędu dam 3/10.

Hawkeye vol. 4 #12
Hotaru: Przyjemne czytadło i - niestety - niewiele więcej. Dotarły mnie słuchy, ze Francesco Francavilla jest niebywale utalentowany, ale tym numerem tego nie udowodnił. Zabrakło mi tego "aha! rozumiem co tu zrobiłeś!" skierowanego do artysty, które często towarzyszy mi podczas lektury zeszytu ilustrowanego przez Davida Aję, Jamiego McKelvie czy Sarę Pichelli. Fabuła jest spoko, tak jak efekt końcowy, ale nie mogę przestać myśleć o tym, że z Ają za starami byłoby to coś więcej.
Krzycer: Nijak się to nie ma do Thunderbolts/Dark Avengers, to raz. Barney daje się obijać za kasę bo... bo... bo czemu? Retrospekcje były w porządku, ładnie pokazały relacje braci, ale nie mam pojęcia, o co chodziło w całej reszcie i co właściwie autor chciał powiedzieć.
Gil: Look, it’s Hawkguy and his brother – Punchbag! Cóż za wzruszająca historia… Jeden z nich to fleja, ciągle chodzi z mordą obitą przez bro-gangi i nie bardzo radzi sobie z samodzielnym życiem, gdy nie pakuje się w kłopoty, a drugi to bezdomny odrzut z Dark Avengers, dający się tłuc za drobne na gorzałę. Perfect role-models! Ale chwila – czy te darki nie miały być teraz wielkimi i pełnoprawnymi bohaterami? Przecież finał serii pokazał, że czeka ich wspaniała przyszłość… albo i nie… Jeśli coś mogę w tym numerze docenić, to niezamierzoną ironię w kontraście między tą, a tamtą sytuacją. Nic, tylko zanucić: a miało być tak pięknie… No i niestety, tym razem nie rysuje David Aja, więc nawet okładka spada o dwa poziomy niżej w stosunku do poprzednich. Czyli wracamy do oceny 4/10.

Indestructible Hulk #10
kuba g: Kontynuacja gościnnego występu DD w Hulku, czyli jeszcze więcej rozpierdolu, całkiem dobrze skonstruowanych punchlines i do tego wszystkiego Baron Zemo, który robi za popychadło (którym w sumie nie powinien być). To bardzo przyjemny komiks, który mam nadzieje, że zaowocuje większą ilością wspólnych powiązań między postaciami. Serio, to naprawdę fajnie wyszło - Matt sterujący zachowaniem Hulka rozumiejąc jego odruchy i emocje, Hulk, który mimo szału ma przebłyski lojalności. Dobry team up, który może nie popycha akcji bardzo do przodu ale daje nam szerszy widok na charaktery postaci.
Gil: Tak prawdę mówiąc, to nie bardzo wiem, co powiedzieć o tym zeszycie… Był to kawałek dobrego czytadła i nawet fajnie została nakreślona umowa między Bannerem a Murdockiem, ale cała reszta numeru, to właściwie wata. Bitka jest wprawdzie całkiem przyzwoita, ale nie da się ukryć, że Zemo znalazł się tu tylko dlatego, że potrzebny był jakiś znany przeciwnik i akurat się napatoczył. Nie bardzo to pasuje do jego obecnego statusu (Zresztą, jakiego statusu? Odkąd zrobił swoje w Thunderbolts, tylko się pałęta bez celu…) ani nie ma jakiegokolwiek znaczenia – po prostu Hulk musi kogoś smashnąć. Mimo wszystko, warsztat scenarzysty sprawia, że jest to przyzwoita lektura, a i rysunki dają radę, więc za całokształt będzie 6/10.

Secret Avengers vol. 2 #6
Gil: Ja chyba sobie tę serię odpuszczę… Znów mówią jedno, pokazują drugie, a wyciągają z tego wszystkiego trzecie, przy okazji ignorując czwarte, czyli wydarzenia numeru poprzedniego. Chyba specjalnie umieszczono tu całe ściany tekstu, żeby nikomu nie chciało się czytać i nie było widać, że nijak ma się to do obrazu. Zwłaszcza, że słów tam dużo, a treści niewiele. Za jedyny plus mógłbym uznać rysunki, ale i te są okazyjnie psute przez drugiego inkera. Natomiast o fabule nie chcę się nawet wypowiadać, bo prawie żadnej nie zauważyłem. Tak więc dam serii szansę do zakończenia Infinity i wtedy się pewnie rozstaniemy, a tymczasem dam 3/10.

Superior Spider-Man #13
Xavier83: Zapowiedź wyglądała dobrze, dlatego nabyłem ten komiks. Otto na pewno cechuje jedna rzecz: dotrzymuje słowa. Obiecał śmierć przeciwnikowi na samym początku i dotrzymał słowa. W pewnym sensie seria zatoczyła koło. Wspomnienia największego triumfu złoczyńcy w kontekście tego co się dzieje tu i teraz wypadają dobrze. Zaskakująco pozytywnie wypada też Lizard. Stary poczciwy Vulture, którego dawno nie widziałem, fajnie jest prowadzony. Scorpion jest taki jak powinien być i jego krótka przemowa dobitnie pokazuje co nim kieruje. Spider-Slayer walczy o przetrwanie do końca, ale jest godnym przeciwnikiem tylko przez chwilę. Widać, że Otto jest zdeterminowany w tym co robi i jak to robi. Podobała mi się również rozmowa na końcu Otto i Jamesona, któremu w końcu spadają klapki z oczu. Prezent jaki otrzymuje Superior Spider-Man na oczach kamer zapowiada ciekawe możliwości na przyszłość. 7/10.
Gil: Czy tylko ja mam wrażenie, że obserwujemy powolną przemianę Spider-Mana w Batmana? Odkąd Otton przejął stery, stał się nie tylko bardziej edgy, zaczął też stawiać na gadżety, współpracować z władzami, a teraz jeszcze załatwił sobie własną wariację na temat Batcave. Chociaż trzeba przyznać, że całkiem sprytnie ją sobie załatwił, szantażując Jonasza. And now he will have MINIONS! Mam nadzieje, że nie chodzi o te małe, żółte ;) . Co zaś się tyczy finału rozpierduchy... pod pewnymi względami było lepiej niż się spodziewałem, ale pod innymi była właśnie taka kiszka, jaką przewidywałem. Zacznijmy od plusów. SSMan rzeczywiście załatwił Slayera (does that make him the Spider Slayer Slayer Spider?) i ta scena przebiegła zaskakująco fajnie, włącznie z niespodziewanym epilogiem. Czyżby to małe wyznanie miało powrócić w najmniej spodziewanym momencie? Założę się, że tak - te rzeczy nigdy nie uchodzą na sucho. Zresztą, Smythe też na pewno jeszcze wróci. A teraz minusy. Trzej clowni właściwie do niczego się nie przydali poza tym, że trochę postraszyli. Może to wina rysownika, ale bez sensu jest to, że po odpadnięciu pancerzy, nadal są pod nimi bandaże. Czyli, że np. Toomes widział przez te waciki na oczach dzięki magicznym okularom? Czy może odpadające części przykleiły mu je z powrotem? Lizard też właściwie nic nie robił. Przyszedł, poskakał i znów go zamknęli. Po co? No i oczywiście pan asshole warden musiał zginąć, bo tak. Może wygląda to jakby minusów było więcej, ale nie miały dużego impaktu i ogólne wrażenie było nawet pozytywne, więc wystawię takie średnio-słabowite 6/10.

Ultimate Comics: Ultimates #27
Krzycer: Czekam na odkrycie, kim jest Kanżówna, oraz na wejście Ultimate Abigail Brand i Ultimate Herculesa do akcji. A tymczasem... A tymczasem mamy numer o tym, jak to nasi bohaterowie są po kolei unieszkodliwiani. A ponieważ większość członków Ultimates to niedające się lubić gnojki to nawet fajnie się to ogląda. Zwłaszcza Quicksilvera szlachtującego ludzi kopertą. Bo może.
Spartan: Hell Yeah!!! Ultimates rulez!!! A bardziej konkretnie to Fialkov w 3 numery spowodował że odzyskałem wiarę w Ultimates. Uwielbiam jak Ci mają kłopoty, a mają naprawdę ogromne. Żal że zabili moją ulubioną postać ale teraz czekam na zemstę. Dodatkowo fajnie że wyjaśniono pochodzenie Watcherów. No i bardzo podoba mi się skład Howling Commandos. Ultimate Nick Fury który zawsze ma asa w rękawie. Lubię to! Czekam napalony na wyjaśnienie reszty tajemnic. Niby ten komiks nie ma nic odkrywczego ale czyta się świetnie. Jest klimat. Rysunki również dają radę :D . Kończąc tę nieskładną wypowiedź, polecam!
grzgrzegorz: Mocne. Przewidywalne, ale mocne. Zwłaszcza Stark z mózgiem na wierzchu. Poza tym Ben całujący się z Susan... nie wiem jak to odbierać, ale podobało Mi się. Miss Kang i jej różowa "chmurka" bardzo przypominają Mi Scarlet Witch z 616-tki ( nie wiem dlaczego). Jednak najbardziej podobało Mi się (i czekam na rozwinięcie tego wątku) zebranie Ultimatowego Howling Commando przez Fury-ego. Poza tym rysunki bardzo Mi się podobają i mam ochotę na więcej. Acha, Reed jako psychopatyczny maniak jest Awesome. Za całość 7.5/10.

Uncanny X-Men vol. 3 #8
Hotaru: Nie podobało mi się. Fabuła była tak fascynująca, że na potrzeby tej opinii musiałem przekartkować zeszyt raz jeszcze, bo w dwa dni kompletnie wywietrzała z mojej głowy. Rysunki Chrisa Bachalo są spoko, to z jego kolorami mam problem. Monotonnymi, przygnębiającymi i wylewającymi się za kontury plamami tuszu. Nie rozumiem, czemu artysta upiera się, żeby samemu kolorować swoje szkice...
Krzycer: Kiedy Bachalo zacznie się przykładać do tej serii? Poza tym - łojezu, naprawdę wracamy do motywu "o, jesteś mutantem, na pewno będzie z ciebie świetny X-Man"? Serio? Czy grupa Cyclopsa jest tak zdesperowana, że bierze kogo popadnie? I to w tym samym numerze, w którym żegnają Goldballsa, właśnie dlatego, że wcale nie był z niego świetny X-Man?
Z pozytywów - podoba mi się i konfrontacja Baldneto z Cyclopsem, i to, że Scott prosi o pomoc w treningu właśnie Baldneto.
A z drobnostkowego czepiania się - na jednym kadrze źle przypisano dymki siostry i matki Goldballsa.
jdtennesse: No i jeden z młodej drużyny Cyclopsa odpadł. Nie jest to zaskoczeniem, po ostatnich wydarzeniach. Miłe są słowa zostawione przez Scotta i Emmę, kiedy podrzucają go do domu, ale są to mrzonki – bądź dumny (ok), ale znajdź sposób aby wykorzystać swoją moc? Jak? Sprzedając złote kulki? Eh. Ale co się dzieje kilka stron dalej? Pojawia się nowy mutant, który zostaje postrzelony przez policję tylko dlatego, że jest mutantem. Wprawdzie próbował uciec, ale czemu miałby być zatrzymany? Na szczęście zostaje uratowany i rekrutowany przez X-Men. Z drugiej strony mamy Magneto i Cyclopsa, oraz długą rozmowę, a właściwie monolog i krótką rozmowę. Czy można wierzyć Magneto? Myślę, że tak, bo sam pasuje do typu człowieka żądnego władzy, o którym mówi. Ciężki i smutny jest powrót Fabio do domu, jego rodzina zachowała się typowo, reakcje strachu, niezrozumienia etc. Na koniec brak zaskoczenia, Dazzler agent of SHIELD. Heh. Na pewno nie dowiedzą się od Fabio, gdzie jest Scott. Ogólnie ni9e jest źle, cieszy mnie powrót Alison, ciekawe jaka będzie jej rola tak naprawdę. Rysunki nadal są słabe, nie podobają mi się, można by się bardziej przyłożyć. 5/10.
Gil: Chyba najbardziej zbędny z dotychczasowych numerów. Wszystko, co się w nim wydarzyło, można by upchnąć w jednej trzeciej objętości, a watę zastąpić czymś bardziej konkretnym. Dobra, dostajemy nowego mutanta, co znaczy, że na pozór losowe zdarzenie sprzed paru numerów do czegoś jednak prowadziło. Początkowa akcja z nim była jednak zbędna i służyła chyba tylko podkreśleniu tego, że people fear and hate them. Wątek Goldballs też w większości był zbędny i zmierzał tylko do wprowadzenia Dazzler, która równie dobrze mogła po prostu wyskoczyć zza krzaka. Swoją drogą, muszę zauważyć, że trochę za dużo sie narobiło w tym komiksie blondynek w czarnobiałych kostiumach, które różnią się tylko wariantem wzorów i coraz dziwniejszymi fryzurami. Więcej kreatywności, panowie! No i mamy jeszcze jeden wątek - ten, który został kłamliwie zapowiedziany na okładce. Bójki nie było, nawet za bardzo się nie pokłócili, a jedynie pogadali trochę o tym, jak im się moce zepsuły. Czyli mamy dużo krążenia wokół nowo otwieranych wątków, które nie wydają się specjalnie ekscytujące. W tym przypadku był to trochę Useless X-Men, więc dostanie najwyżej 4/10.

Wolverine vol. 5 #6
Krzycer: ...inwazja z Microverse? Szapo ba, Cornell mnie zaskoczył, tego nie przewidziałem... ale czy to na pewno dobrze? A może niesmak po Minimum (Effort) Carnage zaćmiewa mój osąd...
O, i jeszcze raz trzykropek walnę... Bo za mało ich w tym poście...
Gil: Hm... całkiem ciekawe i niespodziewane rozwinięcie. Okazało się, że tajemniczy przeciwnicy to tak naprawdę przybysze z Microversum, którzy chcą się rozpanoszyć w naszym świecie, używając ludzi jako statków. Ciekawy motyw, który znów nasuwa mi skojarzenia z Doctorem Who. Jak to się ma do topienia Logana? No, jest taki motyw na początku... Krótko, ale jest. Wystarczająco, żebym zastanowił się nad tym chwilę i stwierdził, że utonięcie wcale nie musi być dla niego śmiertelne. Pokazano już wcześniej, że healing factor działa całkowicie niezależnie od aktywności mózgu, a nawet poza ciałem, więc właściwie powinien być w stanie naprawić uszkodzenia wynikające z niedotlenienia i zrestartować system, jeśli tylko warunki zmienią się na bardziej sprzyjające. Ale nie o to, nie o to... Ostatecznie wychodzi na to, że mikrusy dostały się do ciała Logana i zablokowały jego czynnik gojący, więc teraz będzie bardziej narażony na ubicie. Pomysł ciekawy, ale wymaga wyjaśnienia, bo skoro wcześniej Wolviek dawał sobie radę z infekcjami (choćby Brood), to i tę powinien automatycznie zwalczyć. Czyli teraz trzeba wyjaśnić, w jaki sposób brzydale go blokują, żeby miało to sens. I wierzę, że to właśnie Cornell zrobi. Tymczasem dam solidne 6/10, bo było całkiem fajnie i zaskakująco.
avalonpulse0308d%20%5B1600x1200%5D.JPG
Young Avengers vol. 2 #7
Hotaru: Przyznaję - pierwsza połowa tego numeru jest dość nużąca. Potem Teddy zaczyna rozmawiać z Noh-Varrem i zaczyna robić się gęsto, a kiedy pojawia się Prodigy... cóż, właśnie wtedy przypominamy sobie, że to jeden z najlepszych obecnie wydawanych komiksów. Napięcie między Davidem a Lokim można kroić nożem. Aż mi głupio się przyznawać, ale do sceny ich rozmowy wracał już z pięć razy, tyle frajdy mi sprawiła. A na dokładkę, wreszcie wiemy, jak America przemieszcza się pomiędzy wymiarami - wypas!
Demogorgon: Trochę mnie rozczarował twist ze Skrullami, chociaż był zabawny. scena z...co to było, twitter?...Zabawna, chociaż też trochę czuję jakby skróciła za dużo - jasne, jest zabawna, ale wciąż. Za to potem, wcześniej niż się spodziewałem, pojawia się Prodigy. I oh boy ma on scenę z Lokim. Ma tę jedną, malutką scen ęz Lokim, która aż potrzebuje soundtracku. Tego sondtracku. Będę czytać dalej choćby po to, by się dowiedzieć jak z tymi dwoma się będzie dalej rozwijać.
Lubię humor z tego numeru, lubię też to, że Gillen nawiązuje do przeszłości Noh-Varra i dalej rozwija wątek wątpliwości, jakie Loki zasiał w Teddym, bo bądźmy szczerzy jego i Bylly'ego związek jest nieco zbyt doskonały. Jak dodamy jeszcze sekrety, dotyczące Miss America, to zaczynam lubić w jakim kierunku idą relacje bohaterów tej serii.
Komiks sugeruje na soundtrack To Be Young, Gifted And Black i w sumie czemu nie, ale od siebie dodam jeszcze Being Friends.
Krzycer: Minęły trzy miesiące? I Prodigy siedział w tym dinerze przez te trzy miesiące? Ale mniejsza o sens, bo wciąż się to świetnie czyta.
Z małych, fantastycznych detali - Miss America Chavez wykopuje sobie przejście do innych wymiarów. Oczywiście, że tak. Poza tym gdy podświetlono te wszystkie gwiazdki, jej design wreszcie nabrał dla mnie jakiegoś wyrazu. A poza tym kadr z Lokim mówiącym, że nie robiłby tego wszystkiego, gdyby miał inne wyjście, jest świetny... no i wygląda z niego stary Loki. Co wciąż boli.
Z rzeczy, które powoli zaczynają mi przeszkadzać - Jaime McKelvie jest w internetach chwalony za to, że rysowane przezeń wyrazy twarzy są fenomenalne. Ale im dłużej na te jego twarze patrzę, tym częściej mam wrażenie, że jeśli bohater akurat się nie uśmiecha lub nie gniewa, to na jego twarzy maluje się wyłącznie senne znudzenie. Co najjaskrawiej widać na kadrze, na którym Skrullo-Skifflefuffle mają się rozbić kosmo-Kadilakiem. Dwa z nich wyglądają, jakby groziła im śmierć z nudów.
Gil: Zaskoczył mnie trochę przeskok czasowy, ale ostatecznie udało się związać wątki w interesującą całość. A i to było całkiem zaskakujące, bo wyszło na to, że starcie ze Skrullami przyjęło zaskakujący obrót, potem w dużym skrócie przelecieliśmy przez całą serię wydarzeń za pośrednictwem wpisów na jakimś fejso-twitterze, by wreszcie spotkać się z Davidem w barze pośrodku pustyni i wrócić do motywów z poprzedniego numeru. Nie brakowało w tym wszystkim oryginalnych pomysłów, dobrego humoru, innowacyjnych rysunków i wartkiej akcji, ale jak dla mnie było to trochę zbyt skrótowe. Coś można by ominąć bez szkody dla fabuły, a coś innego rozwinąć. Ale z drugiej strony, chaos leży w naturze tej serii i się sprawdza, więc czepiać się nie będę. Rysunki również wciąż mi się podobają, ale zaczynam dostrzegać w nich pewien schemat. Z wyjątkiem Lokiego, wszyscy faceci stają się podobni, natomiast dziewczyny mają trochę zbyt atletyczną budowę, co nie bardzo mi pasuje do Kate. Aha, uśmiechnąłem się przy wstępniaku, gdzie opisano ją jako "Hawkeye - not the Hawkguy" :) . Widocznie ksywka przylgnęła. Nadal dam 7/10 ale nieco słabsze i będę czekał na prawdziwą fabułę.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:

avalonpulse0308a.jpgYoung Avengers vol. 2 #7
Autor:
Jamie McKelvie

Hotaru: Kiedy pierwszy raz zobaczyłem tą okładkę, tylko wzruszyłem ramionami i zadecydowałem, że - mając na uwadze poprzednie covery Young Avengers - jest średnia. Potem jednak przyjrzałem się jej bliżej i dotarły do mnie wszystkie małe smaczki rozmieszczone przez McKelviego: Kate i Noh-Varr całujący się w kokpicie, Loki teleportujący się po knajpie, tłukący przeciwników Teddy... to nie może się nie podobać.





Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.07.10
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.