Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #307 (08.07.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 8 lipiec 2013Numer 27/2013 (307)


Co by było, gdyby...? Wielu z nas zadaje sobie czasami to pytanie. Marvel widać również, ponieważ przedstawia alternatywną wersję "Avengers Versus X-Men" i o dziwo, cała historia zmieści się w czteroczęściowej mini serii.

Avengers A.I. #1
Hotaru: Przyznaję, że sięgnąłem po ten numer tylko ze względu na Victora Manchę. Nie jestem fanem Hanka Pyma, ani tego nowego-starego Visiona, zaś pozostałych bohaterów serii w ogóle nie znam. I nie poznam, bo to pierwszy i ostatni zeszyt, po jaki sięgnąłem. Kiedy podczas lektury jedyne nachodzące człowieka refleksje to "ale to drętwe", "przecież on by się tak nie zachował" i "narysowałbym tą scenę inaczej", to znak, że trzeba się z daną serię rozstać. Adios więc.
Krzycer: Podczas lektury myślałem, że Humphries myślał, że zamiast Victora dostał mu się Chase. Ale ja dawno Runaways nie czytałem, może coś mi się miesza...
Waid w poprzednim numerze (Age of Ultron #10AI) przedstawił Pyma jako wesołego człowieka, który próbował się dostosować do wymagań innych. Humphries... Humphries pokazuje go jako wesołego... wybuchowo wesołego, ale, no, tego...
Pym Humphriesa wypada jakby był kompletnie niezrównoważony. I jeśli to jest zamierzone to spoko. Komiks Waida obiecywał coś zupełnie innego.
Do tego mamy Monicę ####### Chang, czyli kolejną po Psylocke Humphriesową panią, która lubi mówić #######. Jak dla mnie to ######.
I w sumie to chyba moja opinia o całym numerze. Ale pewnie sięgnę po kolejny numer tego nijakiego ######, żeby przekonać się, czy będzie jakaś konsekwencja w przedstawianiu Pyma. I po co właściwie ściągnęli tu Victora. I czy, nie daj Thorze, Humphries postanowi wyjaśnić, co się dzieje z pozostałymi Runaways (dostaliśmy jakiś cień sugestii, że takie wyjaśnienie może się pojawić).
Demogorgon: No na szczęście nie zeszmacili mi Victora. Chociaż mam mieszane uczucia co do tego, jak sugerują, że Runaways się rozpadli. Z jednej strony myślę sobie to o pomyśle, że ekipa, która jest dla siebie właściwie rodziną i to jedyną rodziną jaką mają by się mogła ot tak rozejść. Z drugiej to wyjaśniałoby jeden z moich wielu problemów z Avengers Arena. Z trzeciej, naprawdę mnie wkurza, że z okazji dziesiątych urodzin Runaways Marvel postanowił najwidoczniej uczynić swoją świętą misją wykochanie fanów grupy w pupę. Widać podążają tradycją WWE - jeśli fani wolą kogoś od Avengers, to tego kogoś się pogrzebie i pozbędzie na paskudny sposób, aby nie przeszkadzał fanom kupować Avengers. I hate Marvel.
avalonpulse0307b%20%28Kopiowanie%29.jpg O czym to ja...a tak, Victor. No, cieszę się, że gdzieś jest i nie planują go zabić, nawet jako tako mi pasuje jako ten Victor, którego pokochałem u Vaughna (w końcu to nastoletni superhero fanboy et all) i nawet mnie cieszy, że w końcu spełniają się jego sny o byciu w Avengers (chociaż...czy zapraszanie do Avengers kogoś, kto został stworzony aby ich zinfiltrować to na pewno taki dobry pomysł? Z drugiej strony - ten zespół założył Henry Pym). I bardzo mnie cieszy, że wreszcie ma jakieś interakcje z Visionem (odnosze nawet wrażenie, że próbują im budować relacje młodszy-starszy brat, chociaż póki co mało tego jest) - czytając niedawno crossover Runaways z Young Avengers było mi żal tego drugiego, że odnalazł brata i nawet nie mógł do niego podejść za blisko. Apropo - wyjaśnili czemu nagle mogą stać obok siebie bez problemu? Czy mam to zrzucić na "Vision ewoluował"?
A i jeszcze jest Doombot. Doombot jest zabawny. W sumie zabawny jest też Henry Pym, chociaż problem jest taki, że on się zachowuje jak kompletny, bezmózgi kretyn. Czyli normalnie, ale nie zmienia to faktu, że go nie lubię. I tak jak sądze, że wprowadzenei Victora do zespołu w końcu wystrzeli mu w twarz, tak samo muszę zapytać - serio? Hank, odbudowałeś Doombota, robota z osobowością DOCTORA DOOMA, umieściłeś w nim bombę i naprawdę sądzisz, że on cię któregoś dnia nie zamorduje? W jakim ty świecie żyjesz? Jak można być TAK głupim?!
Apropo - jak to jest, że komiks którego cały celem jest pokazać, że Henry Pym nie jest frajerem nie potrafił wymyślić innej fabuły niż klasyczne już "Henry Pym screws up"?
Agentka Chang mnie drażni. To ten typ postaci którego nienawidzę. "Jestem groźnym, twardy stereotypem wojskowego jako idioty, który naoglądał się za dużo filmów akcji i myśli, że z niego taki wielki kozak". Płaskie to, głupie i wkurzające, co drugą jej kwestię krzyczałem, by się wreszcie zamknęła.
Apropo wkurzania, jest tu Steve Rogers. Za jego obecność ocena poleciałaby o oczko w dół, gdybym ja w ogóle wystawiał oceny. Co? To nie Avengers, nawet jeśli zakłada ich jeden z założycieli oryginalnej grupy, jeśli ten egoistyczny hipokryta nie zaaprobuje tego między deptaniem praw mniejszości a mordowaniem dzieci?
Proponowany soundtrack: Electric Rave mix.
Gil: AI-WAI! I co ja mam z tobą zrobić, pierwszy numerze? Zeszłotygodniowy one-shot narobił mi smaka, a po lekturze mam raczej niesmak. Słusznie ktoś zauważył, że to nie był dobry pomysł, by powierzyć napisanie wstępniaka ekipie, która nie będzie się zajmować serią na stałe. Ten mykes sprawił, że wyrobiłem sobie fałszywe oczekiwania i nadzieje, które przyniosły rozczarowanie w konfrontacji z rzeczywistością. Podstawa historii - nowe zagrożenie natury AI, powiązane z Pymem - jest do kupienia, ale sposób podania pozostawia wiele do życzenia. Coś przejmuje kontrolę nad flotą dronów SHIELD i zaczyna atakować przypadkowe cele. Myślałby kto, że sztuczna inteligencja powinna działać według algorytmów logicznych, a nie na zasadzie "a teraz pi&%$0*#!@my w szpital, LOL!" Nawet jeśli końcówka pozostawia pewną sugestię, że szukali tej kobitki, to i tak wygląda to całkowicie przypadkowo. Pójdźmy dalej: dlaczego drony? SHIELD z pewnością ma ciekawsze zabawki, którymi można by siać większe spustoszenie, albo uderzać precyzyjniej. Ba! Mają całe zastępy LMD, które dałoby się kontrolować praktycznie bez ryzyka wykrycia. W dodatku, z jakiegoś powodu ta nowa AI hakuje maila prezydenta. Po co?!? Chyba tylko po to, żeby był jakiś pretekst do wprowadzenia agentki Chang znikąd. Co dzieje się dalej? SHIELD w osobie agentki Chang całkowicie ignoruje fakt, że to ich technologia zawiodła i nie tylko obarcza winą osobę, której nazwisko pada raczej przypadkowo (nikt ze sprawną ćwiartką mózgu nie uznałby, że to Pym się podpisał pod atakiem), ale też przerzucają na nią całą odpowiedzialność za naprawienie szkód i powstrzymanie ataków. To tak jakby karać producenta samochodów za to, że jakiś debil jeździ po pijaku. Ale teoretycznie możemy kupić ciąg dalszy, skoro sam zainteresowany się zgadza i traktuje to jako wyzwanie. Ale jest jedna drobnostka: co to znaczy "miałem tylko 10 minut na załatwienie Ultrona"? Wyraźnie widzieliśmy, że cała ta operacja była od lat zaplanowana i przebiegła z automatu, więc to zupełnie bez sensu. Poza tym, w tłumaczeniu Bendisa nie było mowy o żadnym tworzeniu nowej AI, a algorytmie, który sprawił, że właściwie Ultron sam siebie załatwił. Kolejny pretekst do wyciągania wątków z kapelusza. Pójdźmy dalej... O ile jeszcze upgrade Visiona mogę przyjąć in plus (bo od powrotu nic zupełnie nie robił), o tyle motyw z imperatywem, który ten update wywołał jest z doopy. Dlaczego? Bo nie zadziałał u Victora. Chyba, że w ten sposób objawia się jego nagłe ogłupienie i zdziecinnienie. W Runawaysach był chyba najbardziej dojrzałą postacią, a tutaj stał się swagującym półgłówkiem. Tak więc, w zestawieniu z tymi dwiema zmianami okazuje się, że najciekawszą postacią jest Doombot. Paradoksalnie - ten, którego AI jest najbardziej ograniczona. Ale za to przynajmniej jego monologi są rozbrajające. I na końcu dostajemy jeszcze jedną postać, o której na razie nie wiemy nic poza tym, że wygląda jakby zwymiotowały ją lata 90-te. Czyli co mamy? Dziury fabularne, wątki znikąd i wątpliwe preteksty oraz postacie, które zachowują się jakby występowały w sitcomie. No i rysunki... Może nie tragiczne, ale z pewnością nie dobre. Chyba na razie dam 4/10 i zobaczymy, czy będzie lepiej, czy gorzej.

Avengers vol. 5 #15
Hotaru: Większość tego numeru mnie znudziła. Bijatyka w Perth nie była ani szczególnie porywająca, ani odkrywcza. Zaciekawiła mnie dopiero końcówka, kiedy Captain Universe i Eden udali się na wycieczkę. Szkoda, że nie poświęcono temu wątkowi więcej uwagi. Oprawa graficzna jest dobra. Lubię Caselliego i w tym zeszycie artysta nie dał mi żadnych powodów do zmiany zdania. Ostateczne wrażenie mam jednak średnie - za wolno, za mało, za mało absorbująco. Mam nadzieję, że cale "Infinity" nie będzie takie.
Krzycer: Ojej. Hickman powinien jednak trochę kompresować swoje historie. Bo w tym numerze treści było mniej więcej tyle, co w losowym numerze "Avengers" Bendisa. Pobili sobie trochę, pobili, a jakiś rozwój akcji był w innym wątku. Mniej więcej. Chyba.
Piętnaście numerów i wciąż nie wiadomo o co chodzi. Geniusz czy szaleństwo? Rysunki nadal ładne.
grzgrzegorz: Ten numer nadal utrzymuje wysoka formę całej serii. Jedyną wadą według Mnie obecnego runu w Avengers v5 jest jego olbrzymie rozciągnięcie na ogromną liczbę numerów całej historii. Poza tym wszystko (od rysunków po scenariusz) przedstawione jest bardzo dobrze. Przyznaję zasłużone 8/10.
Gil: No dobra, przynajmniej na końcu dowiedzieliśmy się, jak to wszystko kwalifikuje się pod preludium do Infinity. I przyznam, że wątki otwarte w tej historyjce wyglądają całkiem intrygująco. Kosmici zaczynają reagować na sygnały z ziemi, a jakaś tajemnicza istota jest na wolności i nieźle sponiewierała AIM. Napięcie rośnie powoli, ale ważne, że rośnie. Sama bitka też wyszła całkiem nieźle, chociaż nasi bohaterowie okazali się trochę ciężko kojarzącymi. Sporo czasu zajęło im skojarzenie, że nadajnik najprościej załatwić piorunem. A myślałby kto, że mając Thora w drużynie, umieściliby tę strategię na szczycie listy... Mógłbym też zauważyć, że sytuacja na AIM Island nie pasuje do ostatnich wydarzeń w Secret Avengers, ale kogo obchodzi tamten tytuł? Za to bardzo fajnie wyszły rysunki. Wiadomo - Casselli nie zawodzi, a tym razem zrobił coś fajnego ze Spider-Manem, czym podkreślił jego aktualne status quo. Wciąż dam 7/10, ale będą to te słabsze rejony.

Daredevil: Dark Nights #2
Gil: Krótko mówiąc, numer drugi podtrzymuje klimat i tematykę pierwszego. Chociaż na samym początku miałem wrażenie, że historia przeskoczyła już do jakiegoś innego wątku, bo zaczyna się gdzieś z boku i okazuje się, że Rogatemu już pamięć zdążyła wrócić. A potem nagle hop! I wracamy do wątku z poszukiwaniem serca. Wątku, który wygląda całkiem nieźle, ale też nie udaje mu się uniknąć kilku luk – zwłaszcza jeśli chodzi o możliwości przetrwania w niskich temperaturach. No i jeszcze zaangażowanie w to wszystko ludzi Kingpina trochę niepotrzebnie komplikuje sprawę. Mimo wszystko, bardzo fajny klimat sprawia, że nadal jestem nastawiony pozytywnie do serii, a sama grafika podnosi ocenę. Tym razem ocena znajdzie się tuż przy dolnej granicy, ale jednak w obszarze 6/10.

Deadpool Kills Deadpool #1 (Of 4)
grzgrzegorz: Patrząc na ten numer można dojść do wniosku, że DKD będzie najlepszą mini w całej Deadpool-owej trylogii. Wbrew temu co można by wnioskować po poprzednich seriach założenia serii trzymają się całości, a sama fabuła ma nawet jakiś sens. Rysunki są na pewno na porządnym poziomie (trochę poniżej ostatniej mini, ale na pewno powyżej sredniej DkMU). Z wypiekami czekam na jeszcze więcej pojedynków DvsD. Za numer #1 przyznaję 7/10.
Gil: To było... hm... nawet nie takie złe. W porównaniu z poprzednimi pomysłami Bunna, eliminacja innego głupiego pomysłu, jakim jest Deadpoolowy Korpus Międzywymiarowy, wydaje się wręcz godna pochwały. Zamiast masakrować postaci literackie, niech już lepiej się tłuką między sobą… przynajmniej niesmaku nie ma. Nawet mimo ostrzeżenia przed zawartością scen brutalnych na okładce, nie znalazłem tutaj nic szczególnie mocnego – znów: w przeciwieństwie do poprzedniej serii. Zawiązanie akcji nawet daje rade, jest trochę zabawnie, możemy znaleźć nawiązania do innych alternatywnych wersji Poola. Przynajmniej za zebranie tego wszystkiego w jedną całość należy się jakiś plus. I nawet wygląda to całkiem dobrze, z tym że w pierwszej połowie trochę lepiej. Tymczasem dam serii szansę, a na początek wystawię 5/10 ze wskazaniem w górę.

Emerald City Of Oz #1
grzgrzegorz: Każdy z nas lubi bajki. Prawda? Ja lubię. Zwłaszcza jeżeli bajki te są tak pięknie zilustrowane jak ta. Scottie Young to mistrz w swoje klasie i chyba obecnie żaden rysownik pracujący dla Marvela nie narysowałby ładniej tej historii. Sama fabuła urzeka od pierwszej strony, a wzmocniona rysunkami tworzy obowiązkową pozycję dla wielbicieli dobrych, bajkowych historii. Jako całość i klasę samą dla siebie oceniam na 10/10.

Iron Man vol. 5 #12
Hotaru: Kolejna odsłona historii "The Secret Origin of Tony Stark". Tym razem retrospekcje nie były tak nudne, co zaliczam na plus. Po tym numerze jednak przestałem ufać wyjaśnieniom, dlaczego motorem napędowym wydarzeń jest 451, a nie Unit. Bo nie oszukujmy się, ten pierwszy jest kalką tego drugiego. Po co było wprowadzać tą kopię? Na koniec pochwalę jeszcze rysunki Eagleshama, choć na kilu kadrach przeszarżował z mimiką Tony'ego.
Gil: Dowiedzieliśmy się w sumie trzech rzeczy: 1) Dlaczego Bear nazywa się Bear. 2) Dlaczego nie ma już na ziemi Szarych. 3) Antek jest szóstym dzieckiem, urodzonym tylko po to, by pokierować EvangelionemwaitWHAT?!?!!!! To na tym polegał cały ten genialny plan? Panie Gillen - rozczarowujesz... Z perspektywy planowania, to mocno ryzykowne przedsięwzięcie, podtrzymać przy życiu dzieciaka dzięki inżynierii genetycznej wiedząc, że ma ona negatywne skutki uboczne, zaszczepić mu ciągoty do zabawy z bronią i machinami, a potem zostawić na 30 lat samemu sobie zakładając, że jakoś przeżyje na najczęściej atakowanej planecie w całym wszechświecie. Some genius! Dowiedzieliśmy się też, że w kosmosie obowiązuje amerykański system miar i wag. Nie wiemy za to, przeciwko czemu ma być ta machina. Tak więc nadal nie porywa mnie ta historia i zdecydowanie wolę to drugie oblicze Gillena. Rysunki nadal na stałym poziomie, co znaczy, że przynajmniej nie są rysunkami Landa, ale też nie powalają. Tym razem dam 4/10.

Red She-Hulk #67
Gil: No i koniec. Prawdę mówiąc, i tak jestem zaskoczony, że wytrzymało to tak długo. Jak zdaje się wspominałem przy okazji zmiany tytułu, seria o kopii kopii kopii znanej postaci nie miała szans przetrwać. No i nie przetrwała. Podobnie jak Dark Avengers, zdołała uciągnąć tylko jeden dłuższy arc, który dziwnym zbiegiem okoliczności, również dotyczył alternatywnych rzeczywistości. A jeszcze większym zbiegiem okoliczności, obie wyszły spod pióra tego samego scenarzysty. Podejrzewam, że Jeff Parker szybko kolejnej szansy nie dostanie… A co mogę powiedzieć o tym ostatnim zeszycie? Niewiele… Skończyło się i tyle. Nic wyjątkowego, ani atrakcyjnego się nie wydarzyło – zupełnie jak w poprzednich numerach. Nawet nie bardzo chciało mi się poświęcać uwagę, żeby doczytać, jak to się właściwie skończyło, bo też od początku nie interesowało mnie to specjalnie. Dlatego pożegnam się takim nietrafionym 4/10.

Superior Foes Of Spider-Man #1
Krzycer: Spodziewałem się jakiegoś syfu, a to było fantastycznie śmieszne! Komiksy Spencera dotąd mi nie podchodziły, ale jeśli utrzyma taką formę, wprowadzi do tego jakąś fabułę wykraczającą poza "patrzcie na nieudaczników" i rozwinie (rozwinie, dobre sobie... stworzy od zera, jakim są teraz) Overdrive'a i pannę Beetle, którzy w tym numerze robili za tło, to ta seria może trafić do mojego marvelowego top3. Serio serio.
Przy okazji, to najbardziej Thunderboltowy tytuł od przemianowania Thunderbolts na Dark Avengers. A skoro o Thunderboltach mowa...
Gamer2002: Najbardziej posiadający chemię team w Marvelu? Najbardziej posiadający chemię team w Marvelu. Podoba mi się w tym komiksie wszystko, od klimatu i humoru, aż do podejścia do cenzury i używanie obrazków w dymkach. Scena w sklepie była po prostu doskonała. 9/10.
Gil: To było trochę lepsze, niż się spodziewałem. Bo tak szczerze mówiąc, to spodziewałem się kompletnej katastrofy, a wyszło nawet całkiem zabawnie i tylko rysunki zbliżyły się do definicji katastrofy. Nie dość, że były jakieś krzywe, to w dodatku Shocker wyszedł jakiś taki ciemnoskóry... Czy wyobrażacie sobie, żeby tak wyglądał facet, który się nazywa Herman Schultz? Adolf by się w grobie przewrócił, gdyby jakiś miał :P . Sama historia natomiast kwalifikuje się pod lekkie czytadło. Ot, takie perypetie kilku lózerów, z których można się pośmiać, a potem zapomnieć, jak kolejny odcinek sitcomu. Niektóre gagi były naprawdę zabawne, a małego plusa dałbym też za parę nawiązań i umieszczenie całości w kontekście. No i za panią Beetle, która jest tu dla mnie najciekawszą postacią (bo nową). Minus za Hammerheada, bo ostatnio jak go widziałem, to trochę się zmienił. Chyba, że to chameleon był, czy cuś? Nie do końca załapałem, kto tam z kim i dlaczego... Ale też nie zwracałem większej uwagi, więc może to moja wina. Aha, i czemu Shocker robi za etatowego tchórza, skoro to om ma tutaj największe doświadczenie? Tak więc pierwszy numer ocenię na 5/10 z lekkim wskazaniem w górę za humor, a dalej zobaczymy jak to się rozwinie.

Thunderbolts vol. 2 #12
Krzycer: Way'a katapultowano z tej serii, to zajrzałem. To... ciekawy wybór, że nowy scenarzysta ze swojego pierwszego numeru robi komiks który jest a) wyłącznie o Punisherze i b) poświęcony sprzątaniu po Way'u (brat Elektry? Co ja przegapiłem? Leader jest teraz dobry? I czerwony? Wat de fak?).
Also, Dillon.
Podsumowując: Way mnie zniechęcił do tej serii. Soule mnie do niej nie zachęcił... ale pewnie z ciekawości zerknę jeszcze na kolejny numer.
Gil: Ach jak dobrze, że wreszcie zmienił się scenarzysta! Tak właśnie chciałem napisać, zanim przeczytałem ten zeszyt… A tu się okazało, że właściwie nic się nie zmieniło. Patrzymy jak Franek ściga brata Elektry różnymi dziwnymi metodami, by na koniec złamać mu kark ciosem z dyńki. To chyba pierwszy taki przypadek w historii anatomii, więc może warto go zanotować. No i żeby tranzycja nie była zbyt drastyczna, znów dostajemy rysunki w wykonaniu Dillona. Czyli pokaz statycznych figur i frankowych twarzy. Tak więc jest nie tylko głupio, ale i brzydko. Gratulacje dla wydawnictwa za utrzymanie dotychczasowego status quo, a dla tego komiksu ocena 2/10.

Venom vol. 2 #37
Gil: Trochę luźno było w tym tygodniu, więc pomyślałem, że zerknę, co by zobaczyć jak się sprawy miewają. Zaskoczyła mnie całkiem interesująca, chociaż może nie szczególnie urodziwa grafika, ale też szybko przypomniałem sobie, dlaczego nie czytuję tego tytułu regularnie. Bo prawie spadłem z krzesła ze śmiechu, jak zobaczyłem przeciwników Venoma. Trzech lózerów ze szkoły Taksmastera, których widziałem ostatnio ze 20 lat temu w semicowym Spider-Manie i był to chyba ich jedyny występ (yup, Marvel Appendix potwierdza). Jak jeszcze pojawią się Styx i Stone, chyba możemy uznać oficjalnie, że wszystkie fajtłapy lat 90-tych spędzają wcześniejszą emeryturę w Philadelphii. Heh, przynajmniej się ubawiłem, więc wystawię 4/10.

What If: AvX #1
Hotaru: Obawiałem się oprawy graficznej tej miniserii. Jorge Molinę pamiętam z bezprzymiotnikowych X-Men, gdzie dał popis dysproporcji w każdej możliwej płaszczyźnie. Tutaj jednak artysta się postarał, dzięki czemu rysunki są znośne. Nie będę oryginalny, kiedy stwierdzę, że jak na razie ten "What If" fabularnie wypada lepiej od oryginalnej historii. Co, umówmy się, nie jest żadnym wyczynem. I wcale nie gwarantuje, że przed finałem nie zrówna się z nim poziomem. W każdym razie przeczytam drugi numer, a tego się nie spodziewałem.
Krzycer: a) Smutne, że w byle łot-ifie negocjacje X-Men z Avengers wypadły bardziej przekonująco, niż we właściwym evencie.
b) Zatytułowałbym to raczej "What if Magneto remained a son of a bitch?"
c) Jakaś ta Hope trochę bardziej da się tu lubić. Może dlatego, że opowiada się za "swoimi ludźmi", a nie daje nogę z... z jakiegoś powodu. To na pewno miało sens w AvX.avalonpulse0307c%20%28Kopiowanie%29.jpg
wolvie111: Szkoda, że Pan Palmiotti nie wziął się za scenariusz rok temu. To miałoby po prostu sens. Jak dla mnie Marvel robi trochę w swoje gniazdo tą mini-serią, bo cała rozmowa Mścicieli z X-Men, czy szybkie rozprawienie się ze Mścicielami przez Magneto, pokazuje idiotyzm tego co obserwowaliśmy jeszcze niedawno... tak po prostu powinno być, racjonalne rozwiązania spalone na panewce, więc rzeczywiście jest powód do wojny. To Erik jest głównodowodzącym, a nie Cyke. Logan po raz kolejny jest idiotą po niewłaściwej stronie, tyle, że tym razem jeszcze ubił na wstępie Storm. I właśnie to! Śmierć Ororo miałaby świetny wpływ na dalszy przebieg wydarzeń. Inna byłaby postawa Hope, może dzięki temu weźmie czynny udział w walkach. I koniec końców jest to kolejne potwierdzenie, że właściwą stroną tego konfliktu są X-Men.
Poza tym zdenerwowało mnie co powiedział na koniec Scott "Magneto... what have you done?"... seriously? chyba powinno być "Wolverine coś ty uczynił" :P , bo to przecież on jest bezpośrednią przyczyną wybuchu wojny.
Tak czy siak, seria ma potencjał. A właściwie miałaby, bo po zapowiedziach wnioskuję, że na pierwszym fajnym numerze, dobra passa się skończy. Graficznie też mogłoby by lepiej. Dam 6/10.
P.S. Mało istotne, ale kolorysta jest momentami tak do bani, że aż razi w oczy... po prostu wygląda to tanio.
Gamer2002: Czyli co by było gdyby Magneto kierował Utopią podczas AvX i wcisnął w kąt pastylki na terrorystyczne zapędy? Ogólnie ta, jest to sensowniejsze od samego eventu, nie licząc fragmentu gdzie "Nie Scott, wysyłanie ciebie na rozmowę z Avengers to zły pomysł, wyślij mnie, Mag-fucking-neto".
Mam mieszane uczucia do postawy Capa i Wolviego w tym wszystkim jednak. W evencie Stave wywalił Logana z samolotu za próbę zabicia Hope, tutaj zaś na to przytakuje jako część planu. I to jest tutaj właśnie jego plan: zatrzymać Phoenixa heavy-hitterami a jak nie to zabić Hope by Phoenix się z nią nie połączył. I Mściciele nawet przeciwko Magneto wychodzą na głupie buce, bo przecież (a) nic nie gwarantuje, że Phoenix nie wzięłoby sobie innego hosta (b) a nawet jeśli nic nie gwarantuje, że zawiedziony Phoenix po prostu nie zniszczy planety. Plan Magneto przynajmniej stawia na jakąś szansę, że Hope uda się kontrolować moc. Przy okazji, może ktoś bardziej czytający stronę Wolverino-Mścicielową eventu przypomnieć mi, co Avengers pierwotnie zamierzali zrobić z Hopę gdy po nią przylecieli na Utopię?
No, ale pomijając te dywagacje, niech będzie 7/10.
grzgrzegorz: Jeżeli tak prezentowałaby się oryginalna nić fabularna w ubiegłorocznym Crossie jak ta zaprezentowana w tej mini (chociaż to dopiero #1, ale zawsze) to oceniłbym sam cross bardzo dobrze, a tak było jak każdy wie... Podoba Mi się założenie, że to Magneto pociąga za wszystkie sznurki i, że to on przewodzi w całym tym konflikcie z Avengers. Takiego Magneto lubimy i szanujemy :P . Poza tym rysunki jakby lepsze niż w oryginalnej historii. Za numer #1 stawiam należyte 7/10.
Volf: Może i zawiązanie fabuły ciekawsze i sensowniejsze niż w oryginale, ALE: tam out of character byli pojedynczy bohaterowie. Tutaj miałem wrażenie że każda występująca postać zachowuje się dziwnie, ze Scottem i Magnusem na czele. Do tego dużo rzeczy zostało udziwnionych na siłę, jak chociażby Nova w kosmicznym składzie (przecież on na tym etapie był chyba totalnym newbie na Ziemi obecnym od kilku godzin? a wrzucają go do składu heavy hitterów) czy dziwaczny skład Avengers na Helicarrierze - Heroes for Hire? Serio? Dialogi też momentami sztywne jak w "Gwiezdnych Wojnach" Lucasa. Czyta się to i tak lepiej niż oryginalne AvX, ale gdyby wyszło rok temu, wcale nie piałbym z zachwytu. Rysunki też niespecjalnie mi podpasowały, ALE znowu: lepsze niż Romita JR, którego mieliśmy na tym etapie zwykłej serii.
Gil: Jak udowodnić, że mocno krytykowany event wcale nie był taki zły? Proste! Pokazać, o ile gorszy mógłby być. I tak właśnie postrzegam cel tej serii po pierwszym kontakcie. Wystarczyły dwie pierwsze strony, żebym nabrał podejrzeń co do rozmiaru tej głupoty i kilka następnych, żeby mnie w tym przekonaniu utwierdzić. Założenie jest właściwie to samo, co w oryginalnej wersji, ale zostało osadzone w jakimś dziwnym świecie, gdzie wszyscy zachowują się nienormalnie, co prowadzi do serii dziwnych zdarzeń i kosmicznie głupich zbiegów okoliczności, których szczytem jest śmierć Storm. Bo jakiś durny pretekst musi być. Aż strach pomyśleć, co wykombinują dalej... Oprócz tego, rysunki również nie zachęcają, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę twarze postaci. No i oczywiście musieliśmy dostać paradę rozdziawionych gęb na okładce. Maximum za to coś to 3/10.

X-Men: Legacy vol. 2 #13
Krzycer: Najlepsza x-seria pozostaje najlepszą x-serią. Diabli wiedzą o co chodzi, ale przynajmniej u Spurriera to się wyjaśnia najdalej po dwóch numerach. Poza tym autor dostaje mnóstwo bonusowych punktów za wrzucenie tu MI-13 w Cornellowym składzie, a rysownik dodatkowe ciasteczko za zostawienie Braddocka w kostiumie z Cornellowego MI-13. A ponieważ Spurrier w pierwszych 12 numerach nie wrzucał niczego przypadkowo, to zakładam, że MI-13 odegra jakąś rolę przed końcem historii, i czekam z niecierpliwością.
P.S. Mike Del Mundo to mistrz świata, ale kolejnego numeru (#14) chyba już nie przebije. Mam swoją okładkę roku, bez dwóch zdań.
grzgrzegorz: W pełni świadomy tego co piszę, stwierdzam, że jest to najlepsza seria o mutantach wydawana obecnie przez Marvel. Dawno tak dobrze nie bawiłem się przy komiksach o mutantach (mutancie). Za obecną inkarnacje przygód Davida Hallera wystawiam 8/10.
Gil: Patrzcie, patrzcie - Wisdom wraca do łask. Co jak co, ale przygody MI:13 w wykonaniu Spurriera poczytałbym chętnie. Rozbroił mnie zupełnie nagromadzeniem wyspiarskich dowcipów w tym zeszycie i chociaż niektóre trzeba było nieco naciągnąć, bawiłem się świetnie obserwując to przedziwne zgromadzenie postaci o brytyjskim rodowodzie. Dodatkowe punkty przyznam też scenarzyście za oddanie w dymkach różnych wyspiarskich akcentów i slangów. Może utrudniło to czytanie osobom słabiej znającym angielski, ale z też przyniosło sporo radochy tym, którzy dali radę wczuć się w te niuanse. Sama historia jest jak zwykle mocno zakręcona, ale ostatecznie wychodzi na prostą i zostawia dobre wrażenie. Oprócz góry humoru, dostajemy też kolejny ruch w relacji Davida i Ruth, nieco szalonej akcji oraz wątek polityczny w tle. Wciąż staram się przekonać do rysunków, ale za każdym razem jak pojawia się nowa postać, mam problem z jej przetrawieniem. Tutaj na przykład Pete nie przypomina siebie zupełnie i nie wystarczyło stron, by mnie przyzwyczaić do tej jego wersji. Ale i tak fabuła jest dość silna, by wydźwignąć całość na poziom solidnego 7/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:

avalonpulse0307a.jpgSuperior Foes of Spider-Man #1 (Babies Variant)
Autor:
Skottie Young

Hotaru: Dziecięce warianty okładek opatrzyły mi się już kilka miesięcy temu, ale od czasu do czasu Skottie Young zaprezentuje tak celną kompozycję, że muszę roześmiać się na głos. Kompozycję, taką jak ta. Urocze.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.07.03
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.