Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #173 - Avengers Arena vol. 1 - Kill or Die SC

lt%20173s2.jpgAvengers Arena vol. 1 - Kill or Die SC
Scenariusz: Dennis Hopeless
Rysunki: Kevin Walker, Alessandro Vitti
Okładka: David Johnson
Data wydania: 21.05.2013
Liczba stron: 144
Cena: 15,99$
Zawiera: Avengers Arena #1-6

Demogorgon: Parafrazując pewnego Majora, jest raczej mało znanym faktem, że lubię mrok. Lubię przemoc. Lubię dramat i tragedię. Rozkoszuję się widokiem złamanej wiary w ludzkość "Devilmana". Cieszy me serce, gdy "Nemezis The Warlock" jest świadkiem takiego okrucieństwa, że gotów jest potępić cała naszą rasę, a nie tylko specyficzne jednostki. Przeżywam katharsis, gdy kolejni członkowie "Czarnej Kompanii" giną w bezsensowny sposób, by pokreślić okropieństwo wojny, podczas gdy pozostali "Żołnie żyją" i zastanawiają się dlaczego. Raduje mnie, gdy "Madoka Magica" dowiaduje się, że nie ma pełnego zwycięstwa i prawdziwego, szczęśliwego zakończenia. Kocham patrzeć jak Matt Murdock upada raz za razem, aby znów się podnieść, "Born Again" po raz kolejny. Nie mogę się nie uśmiechnąć na widok Gutsa, "Berserka", gdy w swej krucjacie staje się gorszy od potworów, z którymi tak zaciekle walczy. Podnieca mnie myśl o tragicznym, okrutnym losie dzielnych bohaterów, którzy ryzykowali wszystko na "Dworcu Perdido". A imię "Jane" sprawia, że z utęsknieniem wspominam jeszcze smutniejsze przeznaczenie "Córki żelaznego smoka". Złoczyńcy jak Norman Osborn, gotów zrobić porządek ze swymi "Thunderbolts", gdy tylko założy strój o zapachu martwej blondynki, sprawiają, że me okrutne serce zaczyna bić szybciej. Zimny, pozbawiony emocji Kazuo Kiriyama, przedzierający się jak burza przez innych uczestników "Battle Royale", wywołuje u mnie dreszcz podniecenia, jakbym patrząc w jego oczy spoglądał w twarz samego diabła. Bliski mi jest Emija Kiritsugu, którego własne ideały doprowadziły do rozpaczy, jaką może wyznaczyć tylko równanie przeznaczenia "Fate/zero". A John Constantine, oddający się ponownie swym "Niebezpiecznym nawykom", aby pokazać diabłu środkowy palec, ma u mnie więcej szacunku niż ci miękcy hipokryci, Batman i Spider-Man. Cynicznie spoglądający na superbohaterów "Zetman", zderzające ich z polityką "Black Summer", nurzający się w bezsensie i bezcelowości ludzkiej egzystencji H. P. Lovecraft, kocham dobre mroczne historie w każdej formie i postaci.

Mówię Wam to wszystko, aby obrońcy Avengers Arena nie zarzucili mi, że to po prostu nie jest komiks dla mnie. To jest komiks dla mnie. Ten komiks reprezentuje dokładnie ten typ historii jakie uwielbiam. Grupa nastoletnich superbohaterów porwanych i postawionych w sytuacji, która pozwoli obnażyć jakie paskudne rzeczy skrywają w zakamarkach swoich dusz. Łączące ich więzi i ideały zostają wystawione na największą próbę. Powinienem sikać ze szczęścia, piać z zachwytu i być jak po ukąszeniu wałęsaka brazylijskiego. Ale tak się nie dzieje. A wiecie dlaczego?

Bo moje wszystkie ulubione mroczne, brutalne, krwawe historie łączy jedna rzecz. Od "Berserka", przecz "Czarną Kompanię", po "Miraclemana" - te rzeczy są diabelsko dobrze napisane. Chwytają się pewnych wątków przewodnich, mają coś do przekazania i jedynie używają przemocy i tragedii jako motoru do zadawania trudnych pytań. Każdy z tych tytułów wgryza się w pewną tematykę, uderza w bohaterów nie po to, aby czerpać z tego przyjemność, ale aby zmusić ich do podjęcia trudnych decyzji. Zadaje pytanie i zmusza do udzielenia mu odpowiedzi. Każdy też robi to innymi metodami, jednak to, co przytrafia się bohaterom służy opowiadanej historii, oraz rozwojowi postaci.

I to właśnie, ta jakość, odróżnia je od Avengers Arena. Ten komiks też ma motyw przewodni, tak przynajmniej twierdzi scenarzysta Dennis Hopeless. Jest nim ciemna strona, jaką ma każdy z nas. Arcade, złoczyńca tej opowieści, który porwał szesnaścioro nastoletnich superbohaterów i porzucił w swoim Murderwolrdzie, sam stwierdza, że może i jest wśród nich jeden prawdziwy bohater, ale pewnie są i mordercze potwory, a już z całą pewnością są tchórze i kłamcy. W ciągu miesiąca ta prawdziwa natura wyjdzie na jaw, a oni wszyscy się powybijają. Ten pomysł jest prosty i genialny, a do tego sprawdził się świetnie już wcześniej, na innych gruntach – we wspaniałej powieści "Władca much", w inspirowanym nią anime "Infinite Ryvious", w przepięknie zilustrowanej, obrazowej w swym okrucieństwie mandze "Battle Royale" (a chociaż nie miałem okazji sprawdzić ani filmu, ani literackiego pierwowzoru obydwu, to fakt istnienia tej mangi można uznać za jako-taki wskaźnik ich pewnego sukcesu). Właściwie, to pan Hopeless podaje pierwsze i ostatnie z trzech jako swoje główne źródła inspiracji, dorzucając jeszcze całkiem popularne, ale nieznane mi, "Igrzyska śmierci".

Szkoda więc, że na obietnicach się kończy. W pierwszych sześciu numerach pan Hopeless miał szansę położyć podwaliny, wybudować relacje miedzy bohaterami, nakreślić strefy konfliktu, wprowadzić postaci mające nam służyć za punkt odniesienia. Ale mu się śpieszyło, albo nie mógł się skupić na jednym wątku dostatecznie. Jak głupi skakał z kwiatka na kwiatek, pobieżnie tylko przedstawiając każdy kolejny element. W wyniku tego nie dano nam szansy, aby tak naprawdę wgłębić się bardziej w cokolwiek, a przez to nic nie niesie koniecznego ładunku emocjonalnego. Autor pędził, kiedy powinien przystopować. Cały dramatyzm pada i leży płasko, a sceny, które miały nas poruszyć nie wywołują żadnego wrażenia. Ludzie giną i są to śmierci nieciekawe i niczemu nie służące, bo wydarzenia do nich prowadzące nie zostały dobrze zbudowane. Mam wrażenie, że tutaj autor powinien brać większy przykład z "Battle Royale", gdzie postaci przed swoją śmiercią dostawały często nawet kilka rozdziałów na swoją historię, tak, aby czytelnik się tym przejął. A nawet jeśli ginęły bezsensownie, śmierć ta miała wpływ na pozostałych. Jasne, nie jest to bezwzględna reguła, ale jednak ma miejsce.

Pan Hopeless jednak idzie na łatwiznę, jedynie pobieżnie nakreśla bohaterów, nie pozwalając nam ich naprawdę polubić. Kiedy dociera do połowy drogi w czyjaś psychikę, nagle jest przy kimś innym, zostawiwszy pierwszą postać rozkopaną jak szambo, które śmierdzi na całą ulicę. Już pierwsza śmierć jest tego przykładem, gdy ginie ulubieniec fanów Avengers Academy. Ma to miejsce w pierwszym numerze i nie niesie ze sobą jakiegokolwiek prawdziwego ładunku emocjonalnego, bo autor nie zadał sobie trudu, aby naprawdę skupić się na tej postaci, sprawić, by czytelnika cokolwiek koleś obchodził. Jedzie zupełnie na popularności bohatera wśród fanów Avengers Academy, co jest szczytem lenistwa – zbiera owoce czyjejś cudzej pracy, samemu nie dając nic w zamian. Mamy się przejąć bo to ten fajny koleś z Avengers Academy, nie dlatego, że autor sprawił, aby nas to ruszyło, bo tego nie było stać nawet na prawdziwe, godne odesłanie bohatera do krainy wiecznych łowów. A to jest coś, co w przypadku postaci przejętej od kogoś innego uważam za zwykły brak szacunku wobec fanów. Autor nie napracował się, aby uczynić bohatera "swoim", nie zrobił z nim niczego, aby fani mogli mu wybaczyć to, że go potem bezceremonialnie uśmierca. To nie to samo, gdyby tę postać przejął, pracował nad nią jakiś czas a potem zabił, wtedy można mu co nieco wybaczyć. Dan Abnett i Andy Lanning nie stworzyli Draxa, nawet nie przedefiniowali go z głupiego mięśniaka w zielonego Riddicka, ale pisali go przez dość długi czas, aby móc powiedzieć, że uczynili go swoją postacią i mogli zdecydować, by zabić go tak, jak to zrobili. I nawet jeśli samej jego śmierci nie lubię, potrafię tę decyzję uszanować. Podobnie Brian Bendis i Ares – chociaż uważam jego śmierć za badziewną, mam do niej lepszy stosunek niż do śmierci osiłka z Academy, bo jednak to Bendis sprawił, że bóg wojny stał się moją ulubioną postacią. Potrafię uszanować jego decyzję o zabiciu go, nawet jeśli się z nią nie zgadzam. A zaznaczyć tu trzeba, że Ares jest moją ulubioną postacią z całego Marvela, podczas gdy tego drugiego gościa znam tylko z memów.

Podobnie ma się sprawa, gdy autor tworzy nową postać i rozwija ją, aż do jej śmierci – mówcie co chcecie o śmierci Damiana Wayne'a, widok dwunastolatka nadzianego na miecz jak kiełbasa na rożen ma prawo wywoływać obrzydzenie, ale przynajmniej Grant Morrison stworzył te postać i pracował z nią dobre siedem lat, zanim zdecydował się na ten krok. Nie czyni to takiej śmierci dobrą, ale przynajmniej daje nam poczucie, że autor miał pewien szacunek dla fanów postaci, nie wprowadził jej tylko po to, aby od razu zabić. Tutaj niestety pan Hopeless obrał opcję pod tytułem Yamcha’s here! Boom! Yamcha's dead!. Przez to cały dramatyzm i wszystkie obietnice skupienia się na bohaterach i rozwoju postaci wyleciały przez okno wraz z ostatnią stroną pierwszego numeru. Tak się dzieje, gdy ktoś chce czerpać korzyści z tworzenia w Shared Universe, ale nie bierze na siebie ciężaru płynącego z tego faktu. Użycie postaci w ten sposób nie służy niczemu, tylko pójściu na skróty, aby czytelnik się przejął i zrozumiał, że sprawa jest poważna. Przypomina sceny z filmów Rolanda Emmericha, w których zniszczone zostają znane miejsca i symbole jak wielki napis Hollywood albo Statua Wolności – to tani chwyt, który wywołuje reakcję, bez autora wkładającego w to jakikolwiek wysiłek. To lenistwo w czystej postaci.

Negatywne konsekwencje osadzenia tej serii w świecie Marvela kładą się na tej serii cieniem, a scenarzysta nie robi nic aby temu przeciwdziałać. Wynika z tego sporo pytań, które pozostają bez odpowiedzi, zarazem burząc wszelkie zawieszenie niewiary. Najtrudniejszy do przełknięcia dla czytelnika jest tak zwany "Problem Elminstlera". Dla tych, którzy nie grają w Dungeons & Dragons, Elminstler to niesamowicie potężny mag ze świata Zapomnianych Krain (fani komputerowych klasyków mogą go kojarzyć z serii Baldur's Gate), który często wywołuje ból głowy o mistrzów gry, pisarzy, projektantów przygód i innych, którzy tworzą pod tą marką. Powód jest prosty – jeśli facet jest taki mocny, to czemu nie zrobi czegoś z tym ultra-groźnym złem, które mają powstrzymać moi bohaterowie/postacie graczy? Jest to niewielki problem, kiedy mamy tylko ograniczoną ilość ważnych bohaterów w świecie. Albo gdy zagrożenie działa szybko i trzeba je powstrzymać tu i teraz. Albo gdy trzyma głowę nisko i nie wychyla się, aż nadejdzie czas, gdy nawet lokalni mocarze nie będą w stanie go zatrzymać. Gdyby Arcade, porwał grupkę nieznanych nikomu dzieciaków z supermocami, albo takich, o które upomnieć się może niewielu superbohaterów, najlepiej niskiego kalibru, albo dał im tylko dwadzieścia cztery godziny na pozabijanie się, ta historia miałaby sens. On zamiast tego porwał dwoje członków Runaways, z których jedno ma dinozaura potrafiącego wyczuć go nawet w innym wymiarze, a oboje są bardzo blisko z jednym z najbardziej zaawansowanych cyborgów na Ziemi. A co by nie mówić o Runaways, oni trzymają się razem, dotkniesz jednego, a jesteś na celowniku reszty. Arcade porwał też dzieciaki z Braddock Academy, gdzie, jak sam pan Hopeless nam pokazał, uczy Elsa Bloodstone, która nie dość, że sama jest wybitną tropicielką, to jeszcze ma kontakt do Aarona Stacka, kolejnego zaawansowanego robota. A dyrektorem tej placówki jest Captain Britain, który ma kontakty z całym międzywymiarowym korpusem policyjnym (nie wspomnę już, że jeden z porwanych jest członkiem tego korpusu) a do tego przyjaźni się z ważną figurą w MI6. Porwał Deathloket ze szpitala S.H.I.E.L.D., potężnej i wpływowej międzynarodowej organizacji szpiegowskiej, dysponującej zaawansowaną technologią. Porwał Cammi dosłownie sprzed nosa szefowej S.W.O.R.D., odpowiednika S.H.I.E.L.D. na kosmiczną skalę, który dopiero co wytropił tę dziewczynę w środku jakiegoś zadupia galaktyki. Porwał uczniów Avengers Academy, których nauczyciele to byli i regularni członkowie Avengers, a dyrektor jest jednym z najlepszych przyjaciół Tony'ego Starka, Reeda Richardsa, Doctora Strange i Thora. Porwał córkę Wolverine'a, który dowodzi teraz X-Men i ma ogromny potencjał członków tej drużyny na swoje rozkazy (nie wspomnę już, że to, wiecie, Wolverine, tata wilk Marvel Universe). Zebrał tę bandę i dał im miesiąc na wybicie się na jego wyspie. Pod koniec tego wydania zbiorczego jesteśmy w drugim tygodniu. Czy jest w jakikolwiek sposób wyjaśnione, czemu żadne z tej sporej listy najgroźniejszych osób na Ziemi nie najechało jeszcze tego miejsca i nie zrobiło z jego planów tortu z polewą ze złamanego nosa? A gdzie tam.

Jasne, można powiedzieć, że gdyby A-Listerzy wpadli i uratowali wszystkich, ukradliby blask reflektorów młodszym postaciom. Albo, upraszczając jeszcze bardziej, jeśli ktoś by znalazł porwanych, nie byłoby historii. Można, tylko jaki z tego pożytek? Takie tłumaczenie podkreśla tylko, że jedynym powodem dla którego plan Arcade'a działa jest to, że każdy, kto mógłby go powstrzymać, albo jest kretynem, albo ma to gdzieś. Uciekanie się do takich, nazwijmy to, meta-powodów, jest smutne i diabelsko cyniczne, równie dobrze można by powiedzieć "bo autor tak mówi". To traktowanie czytelnika jako idioty, którego nie obchodzi spójność wewnętrzna świata przedstawionego i troszczy się tylko o akcję, flaki i może trochę cycków. Co, szczerze mówiąc, pewnie doskonale obrazuje docelowych odbiorców tego marnotrawstwa drzew.

Jedyne postacie w tej serii, co do których nie sądzę, by miały wielu potężnych znajomych gotowych wpaść do Arcade'a i obić mu twarz, to Red Raven oraz Darkhawk. Ta pierwsza ginie nie wypowiedziawszy nawet zdania (i tyle jeśli chodzi o obietnice, że każda śmierć ma służyć fabule i rozwojowi postaci, jakie pan Hopeless składał), a ten drugi niestety tworzy zupełnie inny problem. Arcade jest taki mądry, że zdołał jakoś porwać te dzieciaki i nie ściągnąć sobie na głowę wszystkich ich znajomych, ale nie jest taki mądry aby sprawdzić datę urodzenia faceta, którego porywa? Jakiekolwiek szanse, żeby traktować go jako poważnego złoczyńcę umarły gwałtowną śmiercią, gdy tylko ktoś zwrócił na to uwagę.

Nie, żeby Arcade nie robił wszystkiego, aby podkopać swój nowo uzyskany status super twardziela. Z jednej strony, po raz pierwszy jest nam pokazany jako prawdziwe, poważne zagrożenie, jako niemal wszechmocny władca Murderworldu. Potrafi nakopać bohaterom w walce jeden przeciw wszystkim, a potem od tak wywołuje kataklizmy na całej wyspie, aby zmusić dzieciaki do ruszenia tyłków. Ale jednocześnie gubi gdzieś sens tych "książek dla dzieci", na których bezwstydnie przyznaje, że się wzoruje (swoją drogą, co za chory człowiek daje dziecku do czytania "Battle Royale"?). W "Battle Royale", po tym jak już zasady gry zostają wyjaśnione, a uczniowie wypuszczeni na wyspę, Dyrektor i jego ludzie nie muszą robić nic, tylko obserwować, ogłaszać kolejne ofiary i aktywować codziennie strefy zagrożenia. Grają według reguł, mogą spokojnie siedzieć na tyłku i patrzeć na jatkę. Organizatorzy "Igrzysk śmierci", z tego co słyszałem, też nie muszą w taki sposób interweniować w grę. We "Władcy much" w ogóle nie ma jakiegoś zewnętrznego zagrożenia, jakiegoś złego tyrana, który zmuszałby chłopców do zachowywania się jak dzikusy – najbliższą temu rzeczą jest gnijący trup spadochroniarza. Cały sens tej powieści jest taki, że prymitywizm, dzikość i okrucieństwo to cechy wewnętrzne, uśpione w każdym z nas i nie potrzeba im wiele, aby się obudzić. Tymczasem Arcade zupełnie rujnuje sens własnej gry i zarazem historii, bo cały czas się wtrąca, a to wywołując katastrofy, a to teleportując wrogie sobie grupy w jedno miejsce, a to aktywując bomby z trigger scentem. Przez niego historia przestaje być o naturalnym rozpadzie więzów międzyludzkich, upadku zaufania oraz ideałów w chwili największej próby. Teraz to jest historia z kiepskiego RPG, gdzie Arcade to despotyczny mistrz gry, który oszukuje, bo gracze nie chcą robić tego, co sobie zaplanował. W ten sposób obnaża swoją niekompetencję, bo nagle okazuje się, że ten potężny i złowieszczy Arcade nie przemyślał nawet swego planu na tyle dobrze, aby dać tym smarkaczom powód do mordowania się nawzajem. Hej, tu jest mała sugestia dla ciebie Arcade – skoro już kradniesz z "książek dla dzieci" i się nie wstydzisz tego przyznać, to bądź tak dobry, ukradnij jeszcze ten pomysł, prosto z "Battle Royale", i PRZYCZEP IM BOMBY DO KARKÓW! Czy to naprawdę takie trudne, dać tym dzieciakom powód aby się zabijały? To nie są jakieś uczniaki ze szkoły i członkowie gangów, to młodzi superbohaterowie, potrzebujesz czegoś więcej, niż ich pobić, aby mieli się ciebie bać. Jesteś skończonym żartem w środowisku superludzi, sam to przyznajesz, a oni pokonywali bogów i doprowadzali ich do łez. Nie przestraszą się wielkiego, złego Arcade'a, który, jak sam powiedział, nie potrafił do tej pory zabić starego, ślepego psa ze strzelby na słonie.

Przez to cała oś konfliktów miedzy bohaterami traci całkowicie na wiarygodności. Mamy tu osoby ze sporym doświadczeniem, niektóre nawet szkolone przez weteranów, którzy nie mają powodu, aby się zabijać nawzajem, najmniejszego. Jasne, mogą mieć problemy z zaufaniem, zwłaszcza Runaways, ale bądźmy szczerzy, czemu mieliby zaraz zakładać, że inni ich chcą pozabijać, skoro jedyny powód jakim im do tej pory dał Arcade to "bo ja tak mówię"? Przynajmniej na początku powinni starać się współpracować, potem mogą wyjść animozje, które doprowadzą do rozpadu grupy. Ale nie, pan Hopeless widział, że w "Battle Royale" wszyscy się rozproszyli zaraz i zaczęli walczyć, więc on też tak zrobił, bez pomyślunku jakiegokolwiek. No i jest też problem SPOILER z Apex, która, okazuje się manipulować wszystkimi i próbuje pozabijać pozostałych. Co nie ma sensu, ponieważ, o ile nie robi tego bo jest głupia lub szurnięta, dwie rzeczy, które nie współgrają dobrze z byciem manipulatorem, w jej najlepszym interesie byłoby przeciwdziałanie konfliktom – jest pokazywana jako ta rozsądna i logiczna, inteligentna osoba w grupie, więc byłoby miło jakby zauważyła, że w tej chwili najlogiczniejsze co może zrobić by przeżyć, to zebrać jak najwięcej towarzyszy do pomocy. Ale wtedy nie byłoby antagonistki w tej historii. To smutne, gdy konflikt istnieje tylko dlatego, że ktoś jest głupi jak but, KONIEC SPOILERA.

Pisanie bohaterów jak idiotów to nagminny problem tego tytułu, nie ma chyba postaci, która by mnie nie wkurzała. No, może trochę przesadzam, polubiłem w końcu Cammi, którą może niektórzy z was pamiętają z Annihilation albo Drax: The Destroyer. Cammi jest jedyną postacią, że tak powiem, ze stażem, z której pan Hopeless wyciąga coś dobrego. Wynika to głównie z faktu że jest praktycznie nową bohaterką. Normalnie policzyłbym to jako wadę, ale w tym wypadku nie jest to aż taki problem, bo ja naprawdę widzę jak ta dziewczynka, którą była w Annihilation, mogła przekształcić się w tę zaradną i twardą weterankę. Kosmiczny Marvel czyni cię silnym, spytajcie Novę. Jedyny problem jaki mam z Cammi jest taki, że kogoś mi przypomina. Bo spójrzmy na to tak, jak niedawno, gdy spróbowałem napisać jej opis na tvtropes. Dobrze radzi sobie z bronią, inteligencja i doświadczenie o wiele wykraczające poza wiek, niewiarygodne umiejętności przetrwania w trudnych warunkach, przeszłość będąca źródłem zarówno wspomnianych umiejętności i doświadczenia, jak również cynizmu i braku zaufania, które powodują, że trzyma się z dala i dopiero po jakimś czasie przyłącza się do chłopaka i dziewczyny, którą ten desperacko chce chronić, w tej grupie służąc jako głos rozsądku i doradca taktyczny. Wiecie do kogo jeszcze pasuje ten opis? Do Shugo Kawady. Z "Battle Royale".

A, wspomniany przeze mnie chłopak to też ciekawe indywiduum. Chase Stein, z Runaways, jest chyba jedyną inną postacią, która przypadła mi do gustu. Jego zachowanie można bowiem jakoś wpisać w historię bohatera. Podoba mi się nawet idea, że obwinia się o śmierć wszystkich bliskich mu osób, których był świadkiem i motywuje go to, aby chronić swoją jedyną przyjaciółkę na wyspie, Nico Minoru. Przypomina mi to trochę pewnego innego kolesia. Był on świadkiem śmierci swojego najlepszego przyjaciela i postanowił zrobić wszystko, aby ochronić dziewczynę, w której ów przyjaciel był zakochany. Fajny gość, nazywa się Shuja Nanahara. Możecie go poznać. Na łamach "Battle Royale". Dostrzegam tu pewną prawidłowość, wiecie? To juz jest pewna przesada, rozumiem jeszcze wrzucania innych bohaterów w znany scenariusz, ale gdy kradnie się również osobowości z oryginału, to zahacza o plagiat. Może się myliłem i motywem przewodnim tego komiksu nie jest mroczna strona ludzkiej natury, tylko "jak wiele zdołamy ukraść z Battle Royale, zanim nas pozwą?". Czy z okazji Marvel NOW wydawnictwo zmieniło swoje przezwisko z "House of Ideas" na "House of STOLEN Ideas"?

To wcale nie pomaga, że dziewczyna, dla której tak się poświęca Shuja nazywa się Noriko – mam nieodparte wrażenie, że pan Hopeless wpadł na to, kiedy zdał sobie sprawę, że to słowo rymuje się z "Nico" (i nie mówcie mi, że to wszystko zbieg okoliczności, bo to zwyczajnie w to nie wierzę). Na całe szczęście pan Hopeless nie próbuje przerobić Nico w Noriko. I dzięki Latającemu Potworowi Spagetti, bo te dwie postacie są tak różne, że taka zmiana osobowości wymagałaby zakrzywienia struktury rzeczywistości w coś, co C.S. Escher mógłby narysować, jakby się ostro naćpał. Nico cierpi "tylko" na ten sam problem co Hazmat, Mettle i Juston – pan Hopelesss zmienił ich w karykatury samych siebie. Każdemu wybrał jedną, może dwie cechy charakteru i wyolbrzymił je, fundując im przyśpieszoną ewolucję postaci z sitcomu. W jakiejś nieudolnej próbie zaaplikowania im źle rozumianego Johnsiańskiego Literalizmu jeden motyw stał się w tych postaciach dominujący. Oni dłużej nie istnieją jako trójwymiarowi bohaterowie z krwi i kości, a wszystkie ich cechy charakteru i nie tylko, które nie pasowały do "słowa klucza" zostały wbite młotem, aż zaczęły. Hazmat jest wkurzona, Mettle kocha Hazmat, Juston ma obsesję na punkcie swojego Sentinela, Nico jest "mroczna". I to tyle, co można o tych postaciach powiedzieć. A jeśli coś nie pasuje? Nie martwcie się, dzielny Kapitan Hopeless zajmie się tym ze swoją magiczną mocą Retconu. Nagle się okazuje, że Hazmat zawsze była zła na wszystko i wszystkich, co nawet ja, który nie czytałem w swoim życiu żadnego komiksu z nią, wiem, że jest stekiem bzdur – wystarczyło mi wklepać jej nick w wyszukiwarkę na Comic Vine. Nico zresztą wychodzi z tego lepiej niż myślałem, chociaż musiałem przeczytać dwa razy komiks aby zrozumieć, że pa Hopeless jednak łapie jak działają jej moce. Jasne, dalej zdarzają się tu błędy w continuity, ale to detale, jak kostium Star-Lorda we flashbacku albo czy Batman siedzi. Chociaż jestem nieco zły, że pan Hopeless wrócił do motywu, że Nico tnie się aby przywoływać Staff of One, chociaż nawet jej profil na wikipedii, którego sprawdzenie zajęło mi minutę, mówi, że od dawna tego nie robi. Mam wrażenie, że wrócił do tego celowo, bo mu pasowało by Nico była "mroczna", bo wygląda jak Gotka albo Emo. A co robią Emo? Tną się! Ja rozumiem, że to działa dla Geoffa Johnsa, działało, kiedy zrobił to Green Lanternowi, Flashowi, Aquamanowi i JSA, ale tutaj nie działa. Pan Hopeless nie jest Geoffem Johnsem. Johns mniej-więcej wie co robi i nie aplikuje tej metody byle jak pojedynczym bohaterom w środku większej historii. Nie próbujcie naśladować Geoffa Johnsa w domu, szkole, ani gdziekolwiek.

Nie, żeby pana Hopelessa w ogóle Nico obchodziła, biorąc pod uwagę, że pokusił się w stosunku do niej na najgorszą rzecz, jaką może zrobić pisarz. Złamał zasadę Show Don't Tell. Mogliśmy, nie, powinniśmy zobaczyć jak używa swoich czarów by stworzyć dające jadalne owoce drzewo, jak próbuje z Chase'em uciec z wyspy, jak próbuje dopaść Arcade'a. Zamiast tego pan Hopeless uznał, że będzie lepiej, jak nam powie o tym wszystkim. Gorzej, zrobi to na jednym panelu, bo pan Hopeless ma ją gdzieś i nie chce jej poświęcać za dużo uwagi, jeśli naprawdę nie musi. Dostajemy więc jeden panel, na którym Nico zasypuje nas ekspozycją i aż dziw, że się nie udusiła, bo przez dymki dialogowe nie zostało tam wiele miejsca na powietrze. Mark Waid by tego nie pochwalił.

Warto tu wspomnieć, że to nie jedyny problem, jaki pan Hopeless ma. Jego tragiczna niechęć do wyszukiwania podstawowych rzeczy też jest zaskakująca. Najwidoczniej w Marvel Universe nie ma takich rzeczy jak szok termiczny, ani odłamki po wybuchu, dzieciaki bowiem spokojnie przechodzą z zaśnieżonego lasu do gorącej pustyni i strzelają z wyrzutni rakiet w grupę ludzi, bez obaw, że się rozchorują, albo zranią kogoś poza swoim celem. A spanie na śniegu z jakiegoś powodu nie sprawia, że budzisz się cały mokry, w kałuży powstałej z promieniującego z twojego ciała ciepła, zakładając, że w ogóle się budzisz, bo nie zamarzłeś na śmierć.

Wracając jeszcze do postaci, warto zatrzymać się chwilę przy nowych bohaterach, jakich stworzył na potrzeby tej serii scenarzysta. O Apex wspominałem wyżej, teraz więc skupię się na pozostałych. W głównej mierze nie ma tu o czym tak naprawdę gadać, ich osobowości są cholernie uproszczone, podobnie jak i innych postaci, ale oni nie mają bonusu wcześniejszej popularności, więc o wiele trudniej im zbudzić moja sympatię (nie, żeby tamtym się to udawało). Cullen Bloodstone to marnotrawstwo powietrza, którego wkład jest żaden, prócz nagłego wyjaśnienia kto jest tym złym (skacząc z poszlak do wniosków jak aktorzy w "Przyczajonym Tygrysie, Ukrytym Smoku", dodajmy), a o Narze mogę powiedzieć tyle, że istnieje. Kid Briton to jeszcze zabawniejszy przypadek, bo jego charakter zmienia się z numeru na numer, bez większego ładu i składu. Jest niepewnym siebie przywódca w numerze drugim, skończonym dupkiem w numerze piątym i nierozgarniętym naiwniakiem, który lata za spódnicą Apex w numerze szóstym. Nie ma w tym jakiejkolwiek wewnętrznej spójności. No bo przepraszam, ale naprawdę mam uwierzyć, że ten sam dzieciak może ot tak olać osobistą reprymendę od legendy Captain Britain Corps, ale parę słów od Apex wystarczy, aby kompletnie zniszczyć jego poczucie własnej wartości? On jest tym, czym pan Hopeless chce aby był w danej chwili. Co więcej, jest też kolejnym przykładem zastosowania w praktyce ulubionej metody pana Hopelessa, "mów, nie pokazuj" – jak się dowiadujemy, jest to odpowiednik Captaina Britaina z innego wymiaru, gdzie już wielokrotnie ocalił świat i jest tam uważany za wielkiego bohatera. Przez całą historię nie pokazuje niczego, podkreślam to, niczego, co spowodowałoby, żebym w to uwierzył, jest zupełnie pozbawiony jakichkolwiek cech bohatera, a nawet antybohatera. Numer mu poświęcony można było spędzić na flashbackach do jego heroicznych czynów, aby pokazać, że on to w sobie ma, tylko, sam nie wiem, sława uderzyła mu do głowy, stąd jego wielkie ego. Zamiast tego pan Hopeless uważa, że lepiej spędzić cholernie długi i nudny flashback na tym jak rozmawia on ze swoim odpowiednikiem ze świata 616 i mówi jak to ocalił świat tyle i tyle razy, to załatwi sprawę. Anachronism ma ten sam problem – mówi nam, że musi trzymać na wodzy pragnienia celtyckiego wojownika, którego ciało okupuje, ale nigdy nie jest nam to pokazane. Najgorsze do czego te pragnienia go prowadzą to próba poderwania laski w szkole, to jedno widzimy. Jasne, jakoby cieszył się jak maniak grając w rugby, ale to nam nie zostało przedstawione w żadnym flashbacku, zamiast tego uczynna Nara nam o tym powiedziała (nie, żeby to jakoś szczególnie groźne było, o ile kogoś nie ugryzł w czasie gry, czy coś). W wyniku tego kiedy pod koniec te pragnienia i instynkty dają o sobie znać, nie czuć w tym żadnej grozy, to co robi na ostatniej stronie nie niesie ze sobą żadnego ładunku emocjonalnego. Jest to tylko kolejna głupia, bezsensowna śmierć, z potencjałem, który pan Hopeless zmarnował.

Wiecie, słyszałem opinie, że pan Hopeless nie chciał pisać tej serii. On chciał pisać o przygodach dzieciaków z Braddock Academy, jego własnych kreacji, a Arcade miał być tylko złoczyńcą w pierwszym story arcu. Ale podobno edytorzy wcisnęli mu ten komiks i masę cudzych postaci. Nie kupuję tego. Przymknijmy oko na inne plotki, w których pan Hopeless chciał w nim mieć jeszcze więcej młodych bohaterów z innych komiksów, a nawet wskrzesić jedną postać tylko po to, aby ją znowu uśmiercić. Zignorujmy fakt, że to żadne usprawiedliwienie dla traktowania tych cudzych kreacji jak zawalidrogi. Na chwilę zapomnijmy, że takie tłumaczenie jest na poziomie ucznia, który oddał źle napisane wypracowanie i broni się, że wcale nie chciał go tak zrobić, jakby to mogło go uchronić przed pałą. Nawet spełniwszy te wszystkie warunki ciężko mi w to uwierzyć, kiedy on swoich własnych bohaterów ma gdzieś. A przynajmniej nie obchodzą go na tyle, aby mógł nam pokazać czemu powinniśmy ich lubić. Jego zdaniem wystarczy powiedzieć, że są fajni.

Jedyną nową postacią jaką polubiłem jest Deathlocket, której historie poznajemy w numerze drugim. Jest to historia o tyle dobra, że stanowi wspaniały popis nie tylko umiejętności artystycznych świetnego Keva Walkera, ale też linkera i kolorysty, których współpraca tworzy cudowny klimat. Jest to jedyna naprawdę dobra rzecz w tym wydaniu zbiorczym. Bo rysunki Walkera, o ile świetne, jednak nie są aż tak dobre, jak w jego wcześniejszych pracach – Marvel Zombies 3 i 4 oraz Realm of Kings: Imperial Guard – a numer gościnnie rysowany przez Vittiego jest paskudny.

Brzydzę się taką ilością zmarnowanego potencjału. To mogło być arcydzieło, wybitny i nietuzinkowy komiks, coś poruszającego, coś wstrząsającego, coś, co wywołuje niepokój przy lekturze, zmusza do zastanowienia jak my poradzilibyśmy sobie w tej sytuacji. Zamiast tego jednak mamy ogromną orgię podstawowych błędów, które niszczą tę historię. Koniec końców to wydmuszka, która wygląda i nieźle udaje jajko porządnej, mrocznej historii, ale jest pusta w środku, nie ma substancji odżywczych, które obiecuje, a tak w ogóle to jest niejadalna. Avengers Arena podobało mi się o wiele bardziej, gdy nazywało się "Battle Royale". I dlatego wszystkim, którzy chcą zaspokoić swoją rządzę krwi tym komiksem powiem tyle – idźcie do Empiku i kupcie sobie któryś tom "Battle Royale". A ode mnie komiks dostaje jednego martwego nastolatka na pięć.

lt_1pts.png
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.