Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #306 (02.07.2013)

avalonpulse0.png
Wtorek, 2 lipiec 2013Numer 26/2013 (306)


W pierwszy wakacyjny wtorek otrzymujecie obszerne podsumowanie minionego tygodnia, w którym ukazało się ponad dwadzieścia nowych pozycji.

Age of Ultron #10A.I.
Hotaru: Nie rozumiem zachwytu nad tym numerem. Ja nigdy nie byłem fanem Hanka Pyma, i lektura tego zeszytu nie zrobiła niczego, żeby zmienić ten stan rzeczy. Odebrałem ten komiks jako wtórny, schematyczny, nużący i nienatchniony. Mam nadzieję, że nie jest wyznacznikiem tego, jak wyglądać będzie seria Avengers A.I., bo jeśli tak, to po pierwszym numerze się z nią pożegnam.
S_O: Ten numer naprawdę powinien nosić tytuł "Avengers AI #0.1". Ale najwyraźniej literki po cyferkach są nową kropką jeden.
Po ponad pięćdziesięciu latach, ktoś w końcu postanowił pokazać nam dzieciństwo Pyma (kolejna historia, której już nigdy nie napiszę, swoją drogą)... No i fajnie. Mark Waid wytyczył nowy szlak, zbudował od nowa charakter Hanka Pyma... Ale trochę to wygląda jak odcinanie się od przeszłości. Ale może po prostu zbyt tęskię za Hankiem z EMH, który był całkowicie inny pod każdym względem. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Swoją drogą, to chyba pierwszy raz, gdy autor skupiający się na przeszłości Pyma zrobił wszystko, by nie wspomnieć o wiadomym incydencie.
Undercik: Powoli czytam środowe komiksy i póki co Age of Ultron #10A.I. numerem tygodnia. Tak dobrze pisanego Pyma nie było od Mighty Avengers Slotta. Szkoda, że Waid nie będzie pisał Avengers A.I.. Może w drugiej fazie Marvel NOW coś dostaniemy?
kuba g: Po przeczytaniu tego numeru mam tylko jedno przemyślenie: dlaczego Avengers AI nie zostało powierzone Waidowi skoro tak dobrze potrafi on pisać Pyma? Uratował już w moich oczach Hulka po strasznym runie Aarona i wcześniejszych syfach z wszystkimi kolorami tęczy. Odświeżył DD budując nowe relacje Matta z uniwersum. Teraz zaprezentował nam Pyma, który mógłby stać się tak fajnie prowadzoną postacią jak jego Banner (ale to już było widać gdy Pym pojawiał się gościnnie w DD). Przeskok Waida z DC do Marvela to najlepsza tego typu roszada od czasu gdy Brubaker zostawił Gotham Central i dostał Kapitana. Rzekłem.
Gil: Cóż, przynajmniej raz po evencie mamy jakiś wesoły epilog ;) . Niewiele ma on wspólnego z jakąkolwiek AI, ale skoro Pym na być główną postacią tej nadchodzącej serii, możemy się zgodzić, że skupienie na nim wystarczy. Jak dotąd, uważałem Pyma za postać cokolwiek mdłą, z którą robiono różne dziwne rzeczy tylko dlatego, że nikt nie miał na nią konkretnego pomysłu, a to z kolei dlatego, że brakowało mu osobowości i jakiejś szczególnej cechy poza tym, że taki z niego gieniuś. Po lekturze tego komiksu dostrzegłem w nim jednak coś fajnego. I to jest chyba największe osiągnięcie tego wydawnictwa. Przekonało mnie, że powinienem zdjąć z postaci łatkę i dać jej szansę. Na samym początku pomyślałem sobie, że przegląd biografi Pyma będzie chyba najnudniejszą lekturą na świecie, ale okazało się wręcz przeciwnie – dzięki wprowadzeniu jego babci i elementu pozytywnego szaleństwa, czytało mi się to całkiem przyjemnie. Może nie wszystkie elementy pasują i nie wszystkie jego wyczyny da się usprawiedliwić stłamszoną wyobraźnią, ale jest to jakiś początek. A to, że w końcu zluzował majty, daje trochę nowych możliwości. Poza tym, taka ciekawostka – babunia zmarła w roku 1986, kiedy Hank miał 7 lat, a to znaczy, że marvelowa skala czasu znów uległa rewaloryzacji. Dziwnie się czuję ze świadomością, że niedługo będę starszy od bohaterów, którzy debiutowali w latach 60-tych :P . Do rysunków musiałem się trochę przekonać, ale ostatecznie nawet mi się podobały. To teraz zobaczymy, co pokaże seria Avengers AI, a za prolog dam 7/10.
avalonpulse0306b%20%5B1600x1200%5D.JPG
All-New X-Men #13
Hotaru: Jestem zdegustowany. Stuart Immonen to świetny rysownik i wiele stron i kadrów zostało rozplanowanych w sposób, który musi budzić podziw. Lecz co z tego, skoro rysownikowi zabrakło zapału, bo równie dużo uwagi poświęcić wykończeniu rysunków, przez co sprawiają wrażenie bazgranych na kolanie. Brian Bendis zaś po raz kolejny - po "Age of Ultron" - daje wyraz temu, że uważa Logana za idiotę, bo też jak idiota się zachowuje.
Demogorgon: Ta, mam ten komik gdzieś, ale przeczytałem go, by zrozumieć zachwyt internetu wokół niego. I w sumie zgadzam się z nimi. Miło, że ktoś wspomniał jak potwornie głupia była przemowa Havoka w Uncanny Avengers. Jeśli ktoś nie rozumie czemu była głupia, to polecam ten artykuł. Brawo dla Bendisa, że miał odwagę powiedzieć jak bardzo Remender @#$% jak potłuczony.
S_O: Widzicie? Nawet Bendis uważa, że Remender skończył się na Kill 'em All.
Podoba mi się monolog Kitty. Nie wiem, czy było to zamierzone, ale przywodzi mi na myśl tamten numer New Mutants, w którym przemawiała na temat tolerancji. I wychodzi to lepiej, niż kłótnia Wandy i Rogue w ostatnich UA.
Co do reszty... Planem Mystique było kupno Madripooru? Serio? Mam nadzieję, że to kolejny blef, żeby osiągnąć właściwy cel, bo teraz wygląda to... trochę krótkowzrocznie.
Acha, mamy jeszcze wielkiego, ognistego ptaka. Pewnie iluzja Mastermind, więc specjalnie nie ma się czym przejmować.
Krzycer: Hm. Jednak ten plan Mystique był dość skromny. Poza tym... continuity. W Aaronverse Mystique i Sabretooth już teraz przewodzą całemu półświatkowi wschodniej półkuli. Nie, żebyśmy gdziekolwiek widzieli tego konsekwencje, ale.
Poza tym - kolejny fajny numer. I Bendis ładnie odpowiedział Remenderowi. Miło, gdy w komiksie superhero można znaleźć jakąś głębszą myśl. Szkoda, że tak rzadko.
kuba g: Im dłużej czytam tę serie tym bardziej mam wrażenie, że Bendis po prostu połączył początek swoich New Avengers z klimatem Ultimate Spider-Man, gdy cała nastoletnia obsada serii mieszkała u cioci May. Dokładnie ten sam klimat, dialogi. I dobrze. Dzięki temu ciągle akcja wypada naturalnie i dialogi i relacje są luźne i bez przesadnego spięcia. Może nie do końca kupuje mnie Raven, która chce się zaszyć w Utopii dla przestępców, ale jakoś jestem w stanie to zaakceptować. Mam nadzieje tylko, że Bendis dobrze wybrnie z cliffhangera, który postanowił zaprezentować.
grzgrzegorz: Czy tylko Mi czytając ten numer przychodzi do głowy DPS? Mastermind, huh? Aż się boję co z tego wyniknie. Poza tym liczyłem, że jednak wyniknie coś więcej z tego planu Raven i Sabretootha. Bardzo na plus mogę zaliczyć ostatnią scenę z Alexem, mam nadzieję, że rozwiną to w jakiś fajny sposób. Poza tym jest ok. Za całość 7/10.
jdtennesse: Coraz bardziej podoba mi się ta seria, i to coraz bardziej kiedy pierwsze skrzypce odgrywają juniorzy, a profesorowie są tylko dodatkiem (znaczącym, ale dodatkiem). Najważniejsza refleksja to taka, że All-New powinien zamienić się tytułem z Uncanny, chyba nie muszę mówić dlaczego? A co do historii? Mystique chce kupić Madripuszę, jak to Bobby ujął. A tak przy okazji, Bobby jest mistrzem drugiego planu. Prawie każda jego wypowiedź jest zabawna i rozładowuje napięcie. Wracając do historii, podobało mi się wystąpienie Kitty na pokładzie Blackbirda. Trudno się nie zgodzić z jej argumentacją. Najważniejsze, aby ludzie widzieli w sobie ludzi, a nie tylko określali się mianem jednej z cech, jakie posiadają. Kitty jest: kobietą, biała, żydówką, mutantem etc. Ale powinno się dostrzegać tylko jej człowieczeństwo. A pozostałe cechy są jak najbardziej nazywalne i istotne. Ale liczy się suma i nie należy się wstydzić żadnego z składników. A jeśli chodzi o finał, to nie jestem zachwycony. Ewidentnie wizja Jean/Phoenix jest dziełem Lady Mastermind. Ale to nie znaczy, że Jean jest pod jej wpływem. To iluzja, Jean nie posiada mocy Phoenix. Taka manipulacja jest albo tanim chwytem i będzie sprawnie usunięta poprzez szybką likwidację LM, albo jestem w błędzie. A rysunki jak najbardziej na tak, świetnie pasują do młodych X-Men wyrwanych z lat 60-tych. 7/10.
Gil: Chwała Ci Bendisie! Nareszcie, pierwszy raz od lat, ktoś prawidłowo przedstawił Kitty! Thank you for putting the pride back in Pryde! Właśnie za to zawsze najbardziej ceniłem tę postać i zawsze podobało mi się, jak scenarzyści to podkreślali. Wcześniej najlepiej robił to Claremont (nawet w czasach gdy nic innego mu już nie wychodziło), a teraz prawidłowo wyczuł ją Bendis, więc nareszcie mogę być spokojny, że Kitty jest w dobrych rękach. Przy tym trzeba też przyznać, że Bendis bardzo fajnie wykorzystał to, co zrobił Remender i umiejętnie pokazał, jak skrajne mogą być reakcje tych, którzy to słyszeli. I chociaż przy pierwszym kontakcie uznałem tę przemowę za całkiem niezłą, to teraz muszę zgodzić się z Bendisem, że była zbytnio nastawiona na poprawność polityczną. Natomiast jeśli chodzi o resztę numeru, to trochę się waha. Wreszcie wiemy, co Mystique ma zamiar zrobić z tą kasą, ale nadal nie wiemy, po co. Jest więc lepiej, ale czy dobrze, to się dopiero okaże. Dyskusje są całkiem fajne i dość zabawne, akcje również. Akurat klamry nie kupuję, bo podejrzewam, że to iluzja Lady M, ale mimo wszystko poprowadzona jest nieźle. Zapytałbym, czemu Viper nie ma macek na głowie, ale ten pomysł już chyba wszyscy olali, więc whatever... Rysunki wprawdzie bywały lepsze, ale źle nie jest, więc za całokształt dam solidne 7/10.

Avengers Arena #11
Hotaru: Nie jestem pewien, czy poświęcenie całego numeru na Hazmat nie skutkuje zbytnią dekompresją historii. Po wybuchowym zakończeniu poprzedniego numeru, akcja z piskiem opon zwolniła. Tak gwałtownie, że omal nie wyleciałem przez przednią szybę. Widziałem jednak zapowiedź kolejnego zeszytu, więc zapnę pasy i zaufam Hopelessowi, że więc takich numerów nie wywinie.
S_O: O, to już 25 dni minęło? Szybko zleciało. Podczas następnej edycji Arcade powinien wprowadzić jakieś dodatkowe atrakcje, bo poza paroma wyjątkami dzieciaki nie chcą się zabijać.
Podobał mi się ten numer. Miły przerywnik między jednym pełnym napięcia numerem a drugim. Fajnie też wychodzi spojrzenie na żałobę Hazmat oczami przyjaciela - ktoś mógłby stwierdzić, że etapy są nie po kolei, ale wbrew temu, co próbują wpoić nam massmedia, model Kübler-Ross nie jest świętym.
No i fake-out z budzącą się X-23 wyszedł idealnie.
Demogorgon: Czasami jest tak, że autor, którego możemy mieć w bardzo niskim mniemaniu napiszę małą, naprawdę drobną rzecz, która sprawia, że chcesz go przytulić, kupić mu garnitur i wypastować buty. Taką niewielką, skromną obietnicę, która grzeje twoje serce, która sprawia, że wiesz, że jeśli on tylko dotrzyma słowa to będzie twoim ulubionym scenarzystą ever. Jeśli on tylko dotrzyma słowa, to wybaczysz mu wszystkie głupie, głupie rzeczy, jakie pakuje do swoich komiksów. Jeśli tylko Jason Aaron dotrzyma słowa....
Co, jesteśmy już na antenie? Czemu mi nikt nie mówi?
Ladies and gentlemen, RUSTLEMANIA is back!
Okej, powiem szczerze, ten komiks nie był taki zły jak poprzedni numer. Z drugiej strony autor musiałby chyba odlać się na papier aby przebić tamtą katastrofę.
Co dostajemy w tym numerze to reakcję Hazmat na śmierć Mettle'a...Mettlea...Mettla...Fortressa. Wiecie, coś co powinniśmy dostać gdzieś w okolicach numeru, no sam nie wiem, drugiego. A już z całą pewnością w pierwszym trejdzie. Ale nieważne. Bo za to ważne jest to, jak Hazmat radzi sobie z tym faktem, nie? A jak sobie radzi? Tańcząc, opalając się, zachowując jak pijana, przytulając X-23 i będąc tsundere dla Reptila. Ja rozumiem co pan Hopeless chciał tu osiągnąć, ale, jak to pan Hopeless, kompletnie spaprał robotę i nagle załamanie nerwowe połączone z fazą zaprzeczania zmienia się w...akceptację. I to akceptację która wygląda bardzo dziecinnie, każe wręcz się zastanawiać, czy ona w ogóle rozumie co się stało. A potem na ostatniej stronie nagle wskakuje w tryb "Okey, I'm fine". Autor próbował wcisnąć materiał na numer albo dwa do jednego komiksu i jeszcze popchnąć plot naprzód, przez co wszystko jest dotknięte tylko pobieżnie. Chciał dobrze, wyszło jak zwykle - zmarnowanie ton potencjału.
avalonpulse0306c%20%5B1600x1200%5D.JPGNo i oczywiście kontynuujemy tradycję, wedle której ilekroć Hazmat otwiera usta, wychodzi z nich coś głupiego. Pomijając fakt, że tutaj niemal każda jej kwestia była głupia, to mamy ten klejnot. "My boyfriend exploded all over me". Nie ściemniam, ta wypowiedź pada w tym komiksie. Te słowa zostały napisane, przeczytane kilkakrotnie w procesie tworzenia komiksu i nikt nie wrócił uwagi na to, jak można je odczytać. Kto pracuje przy tym tytule, Vegeta?
 Jest też cała scena w której Reptil próbuje wbić Hazmat trochę oleju do głowy i o mój BORze, jeśli nie jest to wielki kretynizm. Po pierwsze, promieniowanie jako zielona chmura wokół postaci? Serio? I nie, ani rysownik ani scenarzysta nie mają u mnie takiego kredytu zaufania abym uwierzył, że to ma uosabiać te wszystkie chemikalia parujące z jej ciała. Po drugie, promieniowanie zdaje się nie robić nic innego, tylko parzyć, no chyba, że Reptil staje teraz przed perspektywą długiej i bolesnej śmierci od zatrucia. Ale znowu nie mam takiej wiary w autora. Zwłaszcza, że gdyby wiedział jak działa promieniowanie i moce Reptila, to facet z formy dinozaura powinien zmienić się w górę nowotworów. A po trzecie, czy on nie mógł, sam nie wiem, pogadać z nią kiedy pływa? Musiał ją przyciskać do ziemi w sposób który wygląda jakby mu co innego było w głowie?
A tak po za tym, nagle pan Hopeless wcisnął kolejny timeskip który właściwie nie ma sensu - widzieliśmy jak incydent z Trigger Scentem dzieje się równocześnie do zabicia Kid Britona, ale podczas gdy działania Kiryia...Apex miały miejsce w ciągu paru dni od tego wydarzenia, dla Reptila i Hazmat minęły tygodnie? Czy ktoś w ogóle planował coś w tym komiksie? Bo mam wrażenie, że pan Hopeless jedzie na żywioł. Zero planu, zero przemyśleń, zero czegokolwiek. No chyba, że zaklęcie Nico wysłało tę bandę w niedaleką przyszłość. Co by znaczyło nie tylko, że przed swoim zmartwychwstaniem święta Nico leżała martwa nie wiadomo ile dni, ale też, że Apex siedziała przez ten czas na tyłku, nic nie robiąc.
Powiem też tyle, że nie chcę nawet zaczynać co myślę o komiksie mającym nam pokazać żal postaci kobiecej po stracie ukochanej osoby który jest pisany kompletnie z perspektywy faceta, któremu nic do tej sprawy tak naprawdę. Ten numer powinien być o Hazmat, nie o Reptilu.
A i skoro mam okazję, chciałbym podziękować panom Frankowi Cho, Kieronowi Gillenowi i Jasonowi Aaronowi, że uniemożliwili panu Hopelessowi wykorzystanie postaci, które sam przyznał w stopce listowej, że chciał pozabijać w tej abominacji. I tyle jeśli chodzi o głupie gadanie, że on nie chciał pisać tego komiksu. Chciał i zamierzał rozkoszować się mordowaniem ulubieńców fanów. Do diaska, on chciał wskrzesić Kenjiego z Generation Hope, tylko po to, by go znowu zabić.
Rysunki wywołują wspomnienia. Wspomnienia lat dziewięćdziesiątych i Roba Liefelda. Czy nikt w tym komiksie nie otwiera oczu? Czy ojcem Cullena jest Brock z Pokemonów? Czy nawet healing factor Laury nie mógł jej ochronić przed Youngblood Disease?
Poprzedni numer był taki zły, że zapewne dostanie ode mnie nagrodę najgorszego komiksu roku. Ten był taki zły, że aż śmieszny. Zawsze jakaś poprawa.
Nawet bedę miły i dam polecany theme song: http://www.youtube.com/wa...pple3apt_n02XTA
Co? Nie pasuje do tonu historii? Jest wymówką dla kiepskich żartów o gwałcie? Jest bez sensu? Tak samo jak ten komiks!
W następnym numerze: Bleach. Oby z podobnym relzutatem.
RUSTLEMANIA shall return!
grzgrzegorz: Na początek chciałbym zaznaczyć, że dawno nie widziałem tak źle narysowanej Hazmat. Poza tym cała ta walka w której ona uczestniczyła wypadła strasznie głupio. Reszta wypada trochę lepiej, ale to i tak nie jest to poziom z początków tej serii. Myślę, że twórca nie ma już pomysłów i tylko przeciąga nieuchronny koniec serii. Jak dla Mnie mogłaby to być tylko mini seria. Numer zasługuje na 5/10.
Gil: Po ostatnim całkiem dobrym numerze, dostajemy kolejny... mocno dziwny. Pierwsza rzecz, której nie będę ukrywał: postaci z Avengers Academy nie lubie, więc w ogóle nie interesuje mnie ich los, a numer skupiony na nich z miejsca nie miał szansy mnie zainteresować. Ale dobra, przeczytałem, żeby mieć ciągłość. No i co? No i nic... Hazmat świruje pawiana, przechodząc jakiś mało wiarygodny rodzaj załamania nerwowego, a Reptil przy tym pokazuje tyle charakteru, co kłoda. I nie ruszyło mnie ani to, ani ta końcówka, w której wszyscy w końcu się zpotykają, żeby nią potrząsnąć i zmusić do działania. Boo-hoo... Zauważyłem za to typowy brak konsekwencji w tym, że ona niby taka promieniująca jest i zabójcza, a jednak nie przeszkadza jej to kąpać się w morzu, czy zdejmować hełm, kiedy wspólnie jedzą. A wiecie, promieniowanie nie jest zabójcze tylko i wyłącznie przy dotyku... Czyli, tym razem bardziej przypominało mi to odcinek Cable & The X-Force niż poprzednie odsłony tej serii. A w połączeniu ze spadkiem jakości rysunków, wyjdzie z tego 3/10.

Captain America vol. 7 #8
S_O: Reakcja na ostatnie strony tego numeru może być tylko jedna: PFFFFHAHAHAHAHAHA, DOHOHOHOHOHO!!
Nie wiem, o czym myślał Remender podczas pisania tej sceny (poza "STATUS QUO, MOTHER*****RS!"). Jeśli miało to być tragiczne, to wybitnie mu nie wyszło. Jeśli miało to być krytyką na typowy sposób rozwiązywania problemów przez Armię Amerykańską, to znacznie lepiej zrobiło to Team America.
Ale ja się tu produkuję o śmierci Zoli Juniora, a jego siostra też zasługuje na wzmiankę. Bo najwyraźniej po krótkiej wymianie wyświechtanych frazesów ze Stevem z poprzedniego numeru stała się obrończynią uciśnionych, stojącą między nimi a zbrodniami swego ojca, co jest tak sztampowne, że aż boli. Po poprzednim numerze miałem nadzieję, że robi to tylko dlatego, że chce się bliżej zaznajomić z Rogersem i jego Kapitanem. Taką motywację byłbym jeszcze w stanie uszanować.
A skoro już mowa o sztampie i banałach - mimo, że ledwo żywy, Steve nie poddaje się i znowu się podnosi. Po raz dziesiąty w przeciągu ostatnich trzech numerów. Po pewnym czasie przestaje to pokazywać jego determinację, a zaczyna sugerować, że jego rany nie są takie poważne, jak twierdzi i powinien w końcu przestać na wszystko narzekać.
Czyli, krótko mówiąc, sztampa na kliszy i banałem pogania.
Krzycer: Sięgnąłem po tę serię po raz pierwszy od #1, ot, żeby zobaczyć, co się dzieje.
I, ten... Co tu się dzieje? Najbardziej to mi to przypomina tę dziwaczną kreskówkę o Spider-Manie, jak to się nazywało... Spider-Man Unlimited? Tę ze zwierzoludźmi.
Na marginesie: ostatnio Demo oprotestował [eufemizm] śmierć Nico w Avengers Arena #10. Jak dla mnie, to tutaj jest dużo brzydsza i zdecydowanie bardziej nastawiona na szokowanie scena. De gustibus et cetera.
Gil: Jest to zdecydowanie i bez najmniejszych wątpliwości gniot tygodnia. Tym bardziej, że miałem nadzieje na koniec tej drogi przez mękę, a okazuje się, że nic z tego i będzie się ciągnąć dalej. A w tym numerze mamy festiwal naiwności, która aż kłuje w oczy... Straszny Captain Zolandia pada po dwóch ciosach, nawrócona księżniczka uwalnia niewolników, a Steve przegaduje dzieciaka na swoją stronę with da powah of wove! A potem nagły i niespodziewany zwrot akcji, który wcale nie został zapowiedziany na okładce... Boo-hoo! Nawet nie chcę pytać, jak to się wszystko skończy, bo pewnie będzie to jeszcze głupsze i bardziej naiwne. No i rysunki - standardowa kupa. Tymczasem potraktuję to oceną 2/10 i zapomnę.

Daredevil vol. 3 #27
S_O: No, to było... rozczarowujące. Historia rozwijała się od numeru pierwszego, ale rozwiązanie okazało się być przedstawione prawie od niechcenia. A że mężczyzny nie poznaje się po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy...
Swoją drogą, nie pamiętam, czy rozwiązanie problemu agentów Bullseye'a zostało mi zespoilerowanie, czy nie, ale podczas czytania rozpoznałem wszystkie sylwetki poza Iron Fistem.
Krzycer: Sięgnąłem po tę serię po raz pierwszy od crossovera z Punisherem, ot, żeby zobaczyć, co się dzieje. Akurat trafiłem na finałową potyczkę ze wszechłotrem. W sumie fajna rzecz, choć jakoś tak... łatwo poszło. Ale może Matt się męczył w poprzednich numerach. Kiedyś będę musiał nadrobić tę serię, skoro tak ją kuba_g chwali.
kuba g: Mark Waid ma zwyczaj dobrze budować napięcie w swoich komiksach ale zbytnio przyśpiesza w finale, tak samo jest w DD. Obojętnie jak bardzo podobał mi się ten numer to było dla mnie za szybko, zbyt prosto i trochę bez konsekwencji. Mówiąc o konsekwencjach mam na myśli Matta a nie Bullseye, który skończył jeszcze gorzej niż po Shadowland (a ten typ przeszedł naprawdę sporo przecież). Owszem, Mark zapowiadał, że w jego DD Matt będzie w końcu wygrywał, w końcu będzie radził sobie mądrzej w końcu. I to się dzieje, w końcu bez sztucznej dumy korzysta z pomocy "super-przyjaciół" (notabene uważam tę scenę za najlepszą w komiksie), w końcu nie kryje swoich słabości jednocześnie będąc pewny swoich umiejętności zamiast jęczeć i ryczeć jak to działo się przez 3/4 Vol. 2. I kiedyś już to napisałem ale niezmiennie DD od Waida jest jak jego Flash (Wally West), idealny balans między przygodą, brawurą, a odpowiedzialnością i obowiązkami (tu przede wszystkim całe rozwiązywanie wątku z Nelsonem). Chyba piszę o tym tyle aby w końcu ktoś z nieprzekonanych zabrał się za tę serię a nie tylko "kosmos, mutanci, kosmos, mutanci, cyclops, thanos, cyclops, thanos..." blee.
Gil: Dość krótki finał dość długiej historii. Ale nie jest źle. Flashback jest przedstawiony w taki sposób, że zostawia margines dla wydarzeń z Savage Wolverine, na które ostatnio psioczyłem. Konfrontacja jest całkiem dobra, chociaż niczego nie urywa. Mam wrażenie, że w pewnym momencie Waid zapomniał, że Shinji ślepy nie jest i za bardzo skupił się na zaburzeniu jego radaru, jako decydującym czynniku w potyczce. Ciekaw jestem, co wyjdzie z zakończenia, chociaż obawiam się, że po tej akcji okaże się, że Bullseye zmieni się w złego bliźniaka Rogacza. Ale jeśli zostanie to dobrze poprowadzone, to jest do przełknięcia. Nie wiem tylko, czemu na okładce centralnym punktem jest Foggy, chociaż prawie się nie pojawia. Ah, them covers... Rysunki nadal trzymają swój poziom, więc i ocena go utrzyma: mocne 6/10.

Deadpool vol. 3 #12
S_O: Jestem zawiedziony, że nie znalazł się ani jeden dowcip o sprzedawaniu małżeństw. Ale to chyba jedyna moja negatywna uwaga, bo ten numer był świetny. Wszystko - początkowe starcie z Vetisem, wejście Magic Mike'a Białego, pojawienie się Mephka, odwiedziny w umyśle Wade'a... Wszystko to, choć okraszone humorem, w pełni na poważnie. W końcu nie wstyd mi polecić Deadpoola.
Krzycer: Finałowa konfrontacja z Vetisem - w porządku. Humoru specjalnie tu nie było, jak i w całej tej historii, ale to nie problem, zawsze wolałem poważniejszego Deadpoola. Tylko ten wątek wypartych wspomnień - i groźba Vetisa, że "powie Deadpoolowi, kim naprawdę jest" - mnie trochę niepokoi. Czyżbyśmy znowu mieli wracać do kwestii tego, czy Wade naprawdę jest Wadem Wilsonem? Myślałem, że Nicieza to raz na zawsze zakończył w Cable & Deadpool. No, ale w superhero nic nie ginie...

FF vol. 2 #8
S_O: Więc tak to będzie działać? Każdy, kto trafi na Tong(a), będzie mu/jej gratulować decyzji?
Po przejrzeniu zajawki tego numeru obawiałem się tego, jak Fraction przedstawi Dooma - bo niezależnie od tego, czy uważa się go za łotra, czy "antyłotra", gdy Vic coś robi, nie robi tego bez powodu, a scena w Latverii z początku numeru wypełniona była niepotrzebną ilością brutalności. Koiec końców jednak, była to chyba jedyna część numeru, do której nie mam większych zastrzeżeń. Scena z pierścieniami, zbudowana w całośći na "D'YA GET IT?", święty inhumański rytuał votum nieufności, podczas którego wszyscy rzucają się z mordą na jedyną osobę, która okazuje nieufność, dzieciaki z jakiegoś powodu atakujące ich przyjaciela, niedawną ofiarę porwania... Z tego wszystkiego Doom nie okazujący wdzięczności za informację wypada całkiem in-character.

FuryMax #13 (Final Issue)
S_O: No, przynajmniej postacie doczekały się końca swoich historii.
Nie wiem, może doszukuję się na siłę rzeczy, które potwierdzałyby mój punkt widzenia, ale w "liście" od edytora znalazłem stwierdzenie o tym, jak Garht genialnie pokazał, jak Fury wyrusza na misję niemożliwą do wypełnienia, a potem odkrywa, że jest jeszcze gorzej, niż sądził. A potem trafia na kolejną, identyczną misję w innym miejscu i robi dokładnie to samo. Czyli dokładnie to, na co narzekałem od pół roku, ale napisane jako superlatywa.
Nie wiem, może dlatego, że ten numer zajął się czymś innym, podobał mi się nieco bardziej. Ujawnienie, że wszystko, co Fury zrobił przez ostatnie dwanaście numerów nic nie znaczyło i jedynie zniszczyło życie jego i jego znajomych, jest czymś, czego się nie spodziewałem.

Gambit vol. 4 #14
S_O: Krótka, lekkostrawna, zamknięta historyjka - co jest jej głównym plusem. Problem jest taki, że robi tak z Wisdoma, jak i Gambita niekompetentnych idiotów, a świat zostaje uratowany tylko dlatego, że Remy jest takim twarzowcem, że zyskał pomoc od kogoś, kto zna się na rzeczy. MUH HERO!
Gil: Z jednej strony, jest to dosyć fajne nawiązanie do wcześniejszego spotkania między Gambitem a Wisdomem. Z drugiej strony, właściwie nic z tego nie wynika i nie do końca wiem, o co właściwie chodziło. Czy ta gościówka była siostrą Tink? Chyba nie, bo w ogóle nie wyglądała na Fairy... Coś tam bulbotają, o jakimś jej związku ze znanymi postaciami, ale nie jest to wystarczająco jasne, żeby się odnaleźć. A bez tego, jest to po prostu komiks, w którym jakaś czarownica wyskakuje zza krzaka i dostaje lanie. Jeden fajny motyw to naładowanie jej kolczyków w twarzy. Szkoda, że nie posunęli się o krok dalej, bo chciałbym to zobaczyć. Zmiana rysownika, tradycyjnie w tej serii, in minus. A za całość 4/10.

Guardians of the Galaxy vol. 3 #4
Hotaru: Panie i panowie - Sara Pichelli. Tak powinno się robić komiksy. Artysta zdominowała ten numer, nie dając scenarzyście najmniejszej szansy na wybicie się. Kiedy wspominam ten numer, nie pamiętam, co się w nim działo, pamiętam za to, jak wyglądały poszczególne kadry: jak były rozplanowane, jaką bohaterowie mieli mimikę, i jak fenomenalny w niektórych scenach był storytelling. Jeśli ktokolwiek miał jakiekolwiek wątpliwości, że Pichelli to absolutna czołówka komiksowych artystów, bo wchłonięciu tego zeszytu powinny zostać one rozwiane.
S_O: Czytam te zachwyty nad kreską i nie mam pojęcia, skąd się biorą. Mnie odpycha Stark wyglądający jak szesnastolatek próbującyzapuścić brodę czy Drax wyglądający jak Guido.
Sama fabuła jest... znośna. Radosna rozróba w barze odwraca uwagę od głupawej potyczki w alejce i faktu, że "Najniebezpieczniejsza Kobieta We Wszechświecie" popełnia jedną głupią pomyłkę po drugiej. No i przynajmniej Rocket nie krzyczy już co i rusz "Blam, murdered you".
kuba g: Czekam na hejt na ten numer bo Bendis włączył swój tryb maksimum dialogów, minimum popychania akcji do przodu. Tak dostaliśmy śmieszną barową bójkę (choć nie umywa się do podobnej bójki z pewnego pamiętnego odcinka Firefly), Gamorę niszczącą seksualne ego Starka (w ogóle dla mnie chyba dla tej sceny powstał ten numer) i małą sugestię w okół kogo będą kręcić się następne numery. Dla mnie to następny dobry numer i 100% rozrywki. Ale ja lubię te przerywniki Bendisa, które mają zżyć czytelnika z obsadą serii (oczywiście gdy przerywniki są w zdrowych proporcjach). Dalej w mojej opinii warto śledzić tę serię.
Gil: Ujmę to tak: ten numer drażnił mnie najmniej z dotychczasowych. Poza jednym faktem, a mianowicie tym, że Gamora zbałamuciła Antka. To mi mocno nie pasuje, ponieważ zawsze postrzegałem ją raczej jak kosmiczną Elektrę, a nawet osobę jeszcze bardziej wycofaną i teraz moje poczucie kosmicznej spójności poczuło się naruszone. Poza tym, nie jest źle, bo przynajmniej nie męczą tych głupich wątków... tak wprost. Bo ewidentnie pomysł z nowym Accuserem był elementem tego pomysłu. Bitka była względnie przyzwoita, chociaż nadal mam wrażenie, że przesadzają trochę z brutalnością w myśl zasady, że skoro to nie ludzie, to można ich mordować w widowiskowy sposób. Fajny był tylko motyw z Antosiem dzwoniącym do domu i to bardziej z tego względu, że wyjaśnił jego wszechobecność w innych seriach mimo dystansu. No i coś się pokaszaniło z rysunkami i zwłaszcza Rocket wygląda okropnie. Więcej niż 4/10 nie wycisnę.

avalonpulse0306d%20%5B1600x1200%5D.JPG Hawkeye vol. 4 #11
Hotaru: Czegokolwiek bym teraz nie napisał, nie odda to maestrii tego zeszytu. Fraction i Aya zaprzedali dusze diabłu, bo to, co osiągnęli w tym numerze, to mistrzostwo świata. Komiks z psem robiącym za głównego bohatera, z błyskotliwą "psią narracją", z poczuciem humoru, akcją i dramatem, jednocześnie pchający do przodu meta-narrację serii. To nie mogło się udać. A jednak.
S_O: Uwaga: tinfoil hat territory: Ktoś jakiś czas temu powiedział Fractionowi: "You know, a lot of people in Poland don't like you very much", na co on stwierdził "Than I shall make them love me the only way I know how: By pandering to them!" I tak dostaliśmy Kazika, bromafię i starszą panią z kamienicy Clinta, która pewnie jest greenpointowym kingpinem.
To powiedziawszy, było to całkiem przyjemne czytadło i ciekawy pomysł na sposób opowiedzenia historii. Ale że nie jestem w stanie za nic pochwalić Fractiona, będę twierdził, że on tylko rozpisał, co miało się stać, a resztą zajął się Aja. No wiecie - the Marvel Method. Przemawia za tym też fakt, że polskie kwestie, przynajmniej te, które da się odczytać, są naprawdę polskie, a nie przepuszczone przez Google translate (bo wątpię, by słownik znał słowo "psina", a jak już, to nie podałoby go jako pierwszej sugestii), jak to drzewiej bywało.
Undercik: Cofam tą część o Age of Ultron #10A.I. jako numerze tygodnia. TO jest numer tygodnia. David Aja jest geniuszem! Ten komiks jest piękny. Świetnie opowiedziana historia za pomocą samych obrazków. Matt Fraction przy okazji pokazuje jak bardzo jest pomysłowy i jak świetnie współpracuje z rysownikiem. Przygoda Lucky'ego jest genialna. Jeżeli nie lubicie Ułamka, dajcie temu ongoingowi szanse. To jest ten Fraction z Immortal Iron Fist, a jest jeszcze fenomenalny Aja. Masa nominacji do Eisnerów tylko to potwierdza. Hawkguy #11 to jak do tej pory najlepszy numer serii, a Aja wraca na pierwsze miejsce listy moich ulubionych rysowników i zdetronizował Skottiego Younga, który zagrzał tam sobie miejsce od czasu Wonderful Wizard of Oz.
Krzycer: Pamiętam, że kiedyś skrytykowałem Fractiona za to, że wyrzucił rozmowę Cyclopsa i Beasta poza kadr - ich ostatnią rozmowę przed odejściem Hanka z X-Men.
Tym razem pokazanie rozstania Clinta i Kare z perspektywy psa działa... choć wciąż będę się upierał, że to bardziej zasługa Aji niż Ułamka.
Poza tym? Poza tym to był fantastyczny numer. Liczę tylko, że przeprowadzka Kate na drugie wybrzeże znajdzie odbicie w Young Avengers.
A, no i - wiadomo było, że Kazimierz Kazimierczak to nasz rodak, ale ten numer sugerowałby, że brodresiarze to polska mafia... I znowu, jak wygląda historia Polski wg Fractiona? Czy te czołgi i bomby i walki w mieście w retrospekcjach Kazimierczaka (z poprzedniego numeru) to miał być stan wojenny?
Tradycyjnie, pożyjemy - zobaczymy. Może.
Gil: Niby numer o psie, a fabuły tyle, co kot napłakał... Może i pomysł był Fractiona, ale wszystkie pozytywy, jakie mogę skierować pod adres tego zeszytu zgarnie David Aja, bo tak naprawdę to on opowiedział tę historię, która jest czysto wizualna. Tradycyjnie dobra oprawa została wzbogacona fajnym pomysłem z symbolami, odzwierciedlającymi skojarzenia kundla. Miłym zaskoczeniem był też powrót Kazimierza, a raczej to, że fragmenty jego tekstów były napisane poprawnie po polsku. Tak więc, są tutaj fajne elementy, ale mimo wszystko nie bardzo widzę sens tego eksperymentu, bo właściwie do niczego nie prowadził. Gdyby udało się spółce autorskiej opowiedzieć w ten sposób jakiś istotny fragment historii, dostaliby więcej kredytów, ale tak, mogę dać najwyżej lekko zwyżkujące 5/10.

Journey Into Mystery #653
Hotaru: Przyznam, że nie rozumiem. Nie rozumiem, dlaczego tak absorbująca, niepozbawiona dobrego humoru i świetnie zilustrowana seria nie znalazła dziesiątek tysięcy fanów. Sif nie należy może do pierwszej ligi bohaterów Marvela, ale czytając komiksy Kathryn Immonen i Valerio Schiti ani przez moment nie dało się tego odczuć. Ten numer nie jest wyjątkiem. Mogę mieć tylko nadzieję, że twórcy nie znikną z horyzontu i dostana jeszcze jedną szansę.
S_O: Jak zwykle u pani Kasi, nie wiadomo, co się dzieje, ale wiadomo, że jest fajnie. Kłótnia między Sif a Billem wypada świetnie, zwłaszcza, jeśli pamięta się o ich wspólnym bagażu, a sceny między nimi, tak humorystyczne, jak i poważniejsze, dopełniają obrazu. Ta seria została odebrana nam zbyt wcześnie.
Jak Ti Asha Ra.
Gil: Ten numer jest fajny. Aż tyle, ale też tylko tyle. Spodziewałem się, że relacje między Sif a Billem będą bardziej żywotne i dostaniemy festiwal mocnej jazdy, a tymczasem kilka dawek fajnego humoru musiało ustąpić miejsca dramatyzmowi, który niespecjalnie mnie przekonuje. Bill znów został ostatnim przedstawicielem swojego gatunku, a w dodatku ubili mu wirtualnego przyjaciela (przyjaciółkę?), więc trochę wygląda to jak zamiatanie pod dywan niewygodnych wątków. Natomiast Gaia, która robi za MacGuffina tej historii, znika na cały numer, by znów byłysnąć jako cliffhanger. Przynajmniej rysunki nie zawodzą, więc wystarczy pozytywów na słabsze 6/10, ale jednak mogło być lepiej.

Nova vol. 5 #5
Hotaru: Schematyczny finał schematycznej historii. Z wstydem przyznam, że chyba w trakcie tej "fascynującej" lektury gdzieś myśli zaczęły mi błądzić, bo wydawało mi się że przeczytałem coś, czego nie ma. Co jednak nie zmienia moich wrażeń po lekturze. Może gdyby McGuinness próbował ratować sytuację, ale artysta wybitnie się tu nie stara. Gdyby nie kolory Edgara Delgado, które ratują ten zeszyt, byłby on zwyczajnie brzydki. Ale cóż, od następnego numeru serię przejmują Zeb Wells i Paco Medina. Uważam za pewnik, że będzie lepiej, niż dotychczas.
S_O: Cytując klasyka: "what". Nie dość, że świat został uratowany przez przypadek, wciśnięcie odpowiedniego przycisku podczas szamotaniny, to jeszcze okazuje się, że Ultimate Nulifier, jedna z najgroźniejszych i najbardziej nieprzewidywalnych broni we Wszechświecie, nie jest znowu taka straszna, na jaką ją kreowano. A to nie koniec listy rzeczy, które nie mają wiele sensu. Czyli Loeb kończy w typowy dla siebie sposób. Przynajmniej tym razem nikt nikogo nie zeżarł.
Krzycer: Um. Czy Ultimate Nullifier nie niszczył również korzystającej z niego osoby? Czy mamy uznać, że niszczy Tytusa, bo to przez niego UN odpalił, choć był w rękach Sama?
Poza tym - ot, Loeb. Trochę bardziej koherentny niż w innych komiksach z ostatnich lat, ale to wciąż czytadło bez treści.
Gil: Coś cholernie dużo tych Ultimate Nullifierów się ostatnio narobiło... Tymbardziej jest to drażniące, że ten tutaj nie jest taki znowu Ultimate. Teoretycznie wystarcza, żeby dzieciak posłał w nicość całą armadę kosmitów, ale jednak pozostawia furtkę, bo zgodnie z definicją, efekt Nullifiera zależy od woli używającego, czyli jeśli młody nie bardzo wiedział co robi, a chciał tylko odrzucić od siebie zagrożenie, to pewnie posłał ich gdzieś do Negative Zone... W sumie to lepsza opcja niż gdyby miał ich tak po prostu wymordować. Poza tym, Loeb odstawia parę typowych, naiwnych sztuczek z mamuśką, wrednymi bullies i oczywiście ta finalna, z tatuśkiem, który gdzieś tam sobie jeszcze zipie. Tak więc, jest typowe kozactwo i typowa naiwność, ale na szczęście nie bije po oczach typowa głupota, bo od biedy można to jakoś zaakceptować. Ale cieszę się, że ekipa twórcza się zmieni. All will be Wells. Tymczasem może być 4/10.

Scarlet Spider vol. 2 #18
S_O: No dobra, sugestia, że Gildia Zabójców dała się złapać na taką sztuczkę, jest trochę naciągana. No, ale wynagradzają to interakcje Arecely z uczniami Instytutu. No i przekomarzanie się SS i Sniktbuba też przyjemne.
Krzycer: Aracely i New X-Men - moja ulubiona scena z tego tygodnia.
Poza tym - porządna rozróba, którą się lekko czyta. Tylko jeden problem logiczny - Gildia ma na pieńku z Wolverine'em, wysyłają obserwatora, żeby upewnił się, że Kaine wykona zlecenie... I temu obserwatorowi wystarcza to, że Wolverine dostaje w serce i nie ma pulsu? Wolverine?! Czy Gildia zatrudnia samych idiotów?
I czy Red Death to nowa ksywa Candry (czy jakkolwiek ta Externalka się nazywała), czy jakaś kompletnie nowa postać?
PS Seksu tu nie ma, ale i tak mam wrażenie, jakbym czytał sequel X-Force: Sex and Violence. Mało fabuły i dużo rozróby z Zabójcami.
Gil: Kurcze, to już drugi dobry numer z rzędu. Przyczyny mogą być dwie: albo się przyzwyczaiłem i przestałem dostrzegać drażniące szczegóły, albo drażniące szczegóły nie występują w tej historii. Obstawiam opcję drugą, bo najbardziej wkurza mnie tu supporting cast, która zwyczajnie się nie pojawia. Zamiast tego, występują wolviekowi X-Men, wraz ze swoim mentorem, a ich interakcje z parą głównych bohaterów są miodzio. Yost przypomniał sobie, że kiedyś pisał New X-Men i przytulił swoich dawnych bohaterów, a obecnym dał klapsa na rozpęd. Fabularnie nie mam zarzutów, bo po prostu dobrze się bawiłem, a rozwiązaniom mogę pogratulować sprytu.Rozwaliły mnie dialogi o klonach i określenie Wolverine'a jako "Angry ninja midget" :D . Potyczka z Gildią wyszła nieźle, a końcówka... Czy to jest Candra? Wygląda trochę jak Candra... We will see. No i całość wygląda całkiem nieźle. A, co mi tam, dam 7/10.

Secret Avengers vol. 2 #5
S_O: No, przynajmniej ktoś wytknął, że fabuła poprzednich dwóch numerów była głupia. Szkoda, że jedyny głos rozsądku w tej serii okaże się pewnie skorumpowanym łajdakiem. A tymczasem S.H.I.E.L.D. najeżdża rozpoznane przez ONZ suwerenne państwo i zabija jego przywódcę. USA! USA! USA!

Ultimate Comics: X-Men #28
Hotaru: Przyznaję, że może trochę za wcześnie skreśliłem tą serię. Od kiedy stery przejął Brian Wood tytuł bardzo powoli nabierał wiatru w żagle. Jednak kierunek, jaki ten komiks obrał po tej historii, jak najbardziej mi odpowiada. Podobnie, jak artysta. Asrar ma specyficzny styl, któremu nie można odmówić pewnej dozy artyzmu. Zmieniłbym za to kolorystę, który nie tylko zalewa stronice monotonnymi barwami, ale tez nierozsądnym szastaniem kolorami psuje wysiłki scenarzysty i rysownika (do tej pory, jak patrzę na kadr ze śmiercią pewnej bohaterki mój wzrok przykuwają dwie umieszczone centralnie fioletowe plamy - jej biust). Pomimo tego, czekam na kolejny numer i starcie Tian z Utopią.
Krzycer: Fajnie, że Psylocke nie była Psylocke (...czy to była Psylocke opętana przez Mothervine, a co za tym idzie - Wood ubił Ultimate Psylocke? Czy ona w ogóle zginęła w Ultimatum?), tylko czemu Jean Grey wciąż nie jest sobą? Ale to akurat nie wina Wooda, on ją taką dostał po poprzednich scenarzystach...
Numer w porządku. Odkrycie, że telepatyczne sztuczki Jean nie działały bardzo znikąd, przydałby się jakiś foreshadowing (a może był, ale go przegapiłem), ale UCXM od jakiegoś czasu z numeru na numer robi się ciekawsze.
jdtennesse: Walka zakończyła się o wiele szybciej niż się zaczęła. O wiele szybciej, właściwie walki nie było. Po pierwsze, Utopia potrafi bronić się sama (ot, niespodzianka). Po drugie, po wyeliminowaniu Psylocke, wojsko straciło chęć do walki. (BTW, czy Psylocke była kontrolowana przez rząd?) I zaczęła się walka wewnętrzna, tudzież bez udziału ludzi, między Kitty i Jean, na razie na słowa, ale za chwilę może być gorąco; no właściwie już jest. Kitty jest jak Xavier – walczy o koegzystencję ludzi i mutantów; Jean jest jak Erik – uważa, że należy się odciąć i żyć na Tian. I znowu jestem za Kitty – nie wierzę, że są jeszcze ludzie dla których segregacja (np. rasowa, czy tak jak tu genowa) jest w ogóle opcją. To tak w skrócie. Rysunki tylko ok. 6/10.

Uncanny X-Force vol. 2 #7
Hotaru: Wiem, co tym numerem Humphries próbował osiągnąć. Odniósł porażkę. Największy zawód sprawił mi jednak Adrian Alphona. Rysownik, którego uwielbiałem lata temu, tym razem w ogóle się nie przyłożył. Ba, oddał do kolorowania szkic - coś, co powinno być dopiero bazą do ostatniego etapu pracy nad szkicami. Zgoda, nawet pośrednie szkice Alphony niosą ze sobą pewną wartość, ale przez ten pośredni produkt, świat przedstawiony wydaje się nierealny, wyśniony, kreskówkowy, przeczący zasadom logiki. Nie wykluczam, że to celowe, ale nawet jeśli, to nie rozumiem, po co to wszystko.
S_O: Boże, co za rysunki. Alphona kiedyś się starał. Z drugiej strony, wtedy współpracował z kimś, przy kim nie wypadało odwalać fuszerki.
Numer opowiada o tym, co wydarzyło się między końcem pierwszej serii, a początkiem tej. A dokładniej - między lobotomią przeprowadzoną na Betsy zaraz po zakończeniu pierwszej serii, a początkiem obecnej, bo pokrojenie jej mózgu na trzy części jest jedynym sensownym wyjaśnieniem na to, że uwierzyła w bujdę o chorej matce. Już nie wspominając o tym, że najwyraźniej odnalazła zagubione po odejściu Claremonta homoseksualne uczucia. Ale to akurat było do przewidzenia, w końcu cała ta seria to jeden wielki clusterf**k.
Krzycer: Hip-hip, scenarzysta wreszcie znalazł sposób, by Psylocke całowała się z kobietą.
Co strzeliło Remenderowi do głowy, gdy a) wskrzesił Fantomexa i b) rozdzielił go na trzy osoby? Czy właśnie taki był jego misterny plan, realizowany z perfekcyjną skutecznością przez Humphriesa? I czemu Psylocke bez mrugnięcia zgadza się na to całe rabowanie (wymówka "bo potrzebuję na operację" jest tak głupia, że jej nie skomentuję)?
Ale muszę przyznać, że jest jakiś urok w tym, że cała trójka jest zafiksowana na punkcie Betsy.
A, strój Fantomexa w fioletowym wydaniu? Koszmar.
jdtennesse: Na początku pomyślałem, że będzie to kolejny niepotrzebny czasoumilacz. Ale po skończonej lekturze stwierdzam, że jest nieźle. W końcu odpoczywamy od Bishopa i reszty zespołu. Nikt się tu bez celu nie kręci i nie szuka sobie zajęcia na siłę. Mamy tylko kilku bohaterów, a troje z nich to prawie jeden. Psylocke jest świetna, są zabawne sceny z żeńskimi wersjami różnych mutantów. No i szukamy Fantomexa, a w międzyczasie poznajemy wydarzenia ze wspólnej przeszłości jego i Psylocke. Ogólnie ciekawiej śledzi się ich losy, w przeciwieństwie do pokrętnych wyjaśnień i historii Bishopa. Nigdy nie potrzebowałem scen łóżkowych czy też taniej sensacji (czyli Cluster), ale tu akurat wszystko ma sens i jest w miarę logicznie wyjaśnione. Nie czuje się, żeby postaci były pisane na siłę, wręcz przeciwnie, niektórych rzeczy można się domyślić, bo następują w wyniku konkretnych wydarzeń. Do rysunków można się przyzwyczaić, chociaż znowu wahania między dwoma rysownikami niczemu już nie służą. Jest nieźle, może być lepiej. 6/10.

avalonpulse0306e%20%5B1600x1200%5D.JPGUncanny X-Men vol. 3 #7
Hotaru: Brian Bendis dopiero co zakończył "Age of Ultron" - historię, o opłakanych skutkach podróży w czasie. Wydawałoby się, że będzie miało to jakiś wpływ na pozostałe tytuły Marvela. A tutaj, w All-New X-Men oryginalny zespół zostaje porwany z przeszłości, a w Uncanny X-Men Illyana udaje się w przeszłość na terapię. Obie serie pisze Bendis. Zaczynam podejrzewać go o schizofrenię... Koniec końców i tak warto rzucić okiem na ten numer - rysunki Frazera Irvinga są zjawiskowe.
S_O: Czyli że Illyana wciągnęła w siebie całe Limbo? Interesująca koncepcja, ale obawiam się, czy nie będzie miało to równie poważnych konsekwencji, co śmierć Vishanti z początku New Avengers vol. 2. A tymczasem Scott ujawnia swoim uczniom, że jego moce nie do końca działają tak, jak powinny, a Goldballs rezygnuje z udziału w serii.
Również - zgadłem, że oberwie się Kameleonowi, nie przewidziałem jednak, że będzie w stanie przeżyć.
Krzycer: Miałem się czepiać, że trzy minuty z Googlem pokazały ileśtam spotkań Magik ze Strangem, ale to się wyjaśniło przed końcem numeru.
Poza tym - ciekawe rysunki. Cyke przyznaje, że ich moce są do kitu. Uzdrowiciel uzdrawia (szok!), a Goldballs chce do domu. Te wątki były... no, były. Nic ciekawego. Za to informacja, że Magik wessała Limbo... To jest intrygujące. Zobaczymy, co z tym Bendis dalej zrobi.
grzgrzegorz: Numer w porządku. Jedynym jak dla mnie minusem tej serii są rysunki, które są nie bardzo w moim guście, ale przynajmniej wiem, że to tak dla klimatu , a nie dlatego, że rysownik kiepski. Poza tym cieszy mnie gościnny występ Strange`a. Nie jestem jakimś wielkim fanem łączenia mutantów i magii, ale, że to Illiana to jakoś to przeboleję. Za całość numeru daję 7/10. Czekam na więcej.
jdtennesse: Najłatwiej będzie powiedzieć, że tego się nie spodziewałem. Illyana trafiła na terapię u Strange'a. I wciągnęła w siebie limbo. I (chyba) zabiła Dormammu. A Cyclops zranił swojego ucznia (w sumie to tego akurat nie jestem pewien, bo rysunki z mocą Scotta out of control są trudne do zinterpretowania). Inny prawie zginął. A inny w końcu zrozumiał, że to nie dla niego i chce odejść. I kiedy już myślałem, że fearless leader zrozumiał swój błąd, okazało się że nie, wystarczy tylko zacząć trening. Scott używający swoich mocy pomimo świadomości, że nie posiada nad nimi kontroli wydaje się zrozumiałe w sytuacji w jakiej się znajdują, ale z drugiej strony całe życie Scott wręcz obawiał się swojej mocy i ćwiczył aby nigdy nikogo nie zranić. No i zabrał dzieci na pole walki, gdzie jego błąd prawie przypłaciły swoim życiem. Nie są to X-Men których znam i lubię. Niby zmiany są konieczne, ale czy akurat takie? Nie mówię, że mi to całkowicie nie odpowiada. Mówię, że to nie do końca moja bajka. A rysunki rzeczywiście pasują do historii, Illyana przypomina demona, którym zresztą w dużej części jest. Trudno mi ocenić tą nową wersję mutantów. Może neutralne 5/10.
Gil: Nadal najmocniejszą stroną tego komiksu jest strona graficzna. I znów, nawet bardziej jej oprawa, niż same rysunki. Tym razem jest trochę bardziej chaotycznie, więc nie bardzo znalazło się miejsce na więcej artyzmu, ale nadal mamy bardzo fajne kolory i trochę mocno eksprasyjnych szkiców - zwłaszcza jeśli chodzi o Darkchylde. Rozwiązanie fabularne natomiast jest dość zaskakujące i przy tym... zjadliwe. Powiem tak: wolę takie wyjście, które niesie ze sobą jakiś potencjał dla rozwoju postaci i otoczenia, niż Limbo w rękach Dormammu, albo standardowe wyjście, w którym ten zły ucieka. Fajny jest też ten haczyk z przesunięciem w czasie i w ogóle zaangażowanie Strange'a. Paradoksalnie, najsłabiej wypadają sami X-Men, którzy trochę się miotają, trochę kłócą i właściwie nic konkretnego tutaj nie robią. Mimo wszystko, wystarczy na mocne 6/10 - głównie za wygląd i pomysł.

Wolverine And The X-Men #32
Krzycer: O mój Thorze, co się stało Lockheedowi? Zanim się przedstawił, byłem przekonany, że to jakiś jego starszy krewny. Cóż, nie lubię tego, jak Bradshaw rysuje te postaci, może nie powinienem być zaskoczony, że nawet jego wersja Lockheeda mi nie podchodzi.
Poza tym... to kolejny numer WatXM. Jednocześnie idiotyczny, absurdalny i silący się na powagę. Dziwna mieszanka, która za oceanem zbiera świetne recenzje. Co kto lubi. Ale przyznaję, że Wolverine zaprzągający bamfy do pracy mnie ubawił.
S_O: Toad nie może się doprosić szacunku. A był przecież oryginalnym członkiem Bractwa Złych Mutantów, więc mógłby chociaż prowadzić wykłady z dziejów mutanciego terroryzmu albo coś takiego. I byłby szczęśliwy, nie musiałby co i rusz zdradzać swoich pracodawców.
X-Men tymczasem robią rozróby, gdzie popadnie, i ogląda się to całkiem przyjemnie (jeśli nie zwraca się większej uwagi na twarze), a w końcu Logan zaprzęga do roboty napędzane łiskaczem Bamfy. I to też wychodzi fajno-kuriozalnie.
Nawet rada pedagogiczna w Hellfire Academy mi podeszła - przyjemnie się czyta typowe dla takiej bandy rozmowy. Jednego, czego nie rozumiem, to czemu od razu nie wrzucili wszystkich uczniów w Siege Perilous. Patrząc na Snota, mogłoby to tylko pomóc.
Gil: I chyba już mam dość tej piekielnej sagi... W tym numerze nie znalazłem nic specjalnie ciekawego. Jedni sobie, drudzy sobie, a konfrontacji brak i właściwie nic nie posuwa się naprzód. Może tylko Wolviek, który obejrzał Hobbita i pozazdrościwszy Radagastowi, zafundował sobie zaprzęg z Bamfów. Łotrzyki mają parę dość zabawnych momentów, ale problemem jest brak spójności w tym wątku – sam dobór postaci wydaje się przypadkowy, a w dodatku zachowują się często jak ktoś zupełnie inny. Światełkiem w tunelu mogła być historia Philistina, gdyby nie jeden fakt zasadniczy: Siege Perilous nie działa w ten sposób! I rysunki nadal nie w moim stylu. Jeszcze spojrzę i wycisnę te 4/10, ale trochę bez przekonania.

Wolverine vol. 5 #5
S_O: No tak... magiczne nie-latveriańskie nanity nauczyły się ukrywać swój zapach, co tłumaczyłoby, jak udało im się - wstępnie - przechytrzyć Logana w poprzednim numerze. Teraz jednak Wolvie znów przejął inicjatywę... i jest fajnie. No, "fajnawo". Miło popatrzeć, jak Sniktbub stara się nie sniktować bubów nie tylko dlatego, że zależy od tego los świata, a jego przygodni towarzysze, robiący za połączenie posiłków i sumienia, też wypadają nieźle. Zakład, że oni też są zainfekowani?
Gil: Rzadko się zdaża, żeby wiara w scenarzystę się opłaciła. Na szczęście to jest jeden z tych rzadkich przypadków. Wyjątkowo niesatysfakcjonujące zakończenie poprzedniej historii okazało się, zgodnie z moimi przewidywaniami, pretekstem do rozpoczęcia kolejnej. Wolviek podobnie jak my wyczuł ściemę, ale dał się zwabić w pułapkę, żeby dopaść tajemnicze siły stojące za tym wszystkim. A to oznacza kolejne starcie z całą SHIELD. I tutaj kolejny plus, bo w przeciwieństwie do podobnych wcześniejszych historii, tutaj zostało zauważone to, że po drodze giną przypadkowi, niczemu nie winni agenci. Głównym elementem historii jest natomiast próba - jedna z wielu, jeśli wierzyć zapowiedzią - wyeliminowania głównego bohatera. Tym razem przez utopienie go w głebinach oceanu. Póki co, wychodzi nieźle, chociaż i tak możemy być pewni, że sukcesu nie będzie, skoro ma być ciąg dalszy... No i zmieniły się rysunki - jak dla mnie na plus. Dam przyzwoite 6/10.
avalonpulse0306f%20%5B1600x1200%5D.JPG
X-Men vol. 3 #2
Hotaru: Satysfakcjonująca kontynuacja pierwszego numeru. Arkea okazuje się tak poważnym przeciwnikiem, jak zapowiadał Sublime, i jeśli już musiałbym mieć jakieś zarzuty do fabuły, to dotyczyłyby zbyt ochoczego rozejmu między bakteryjką a X-Men i wpuszczenia niemowlaka na pokład samolotu udającego się na misję bojową. Rysunki Coipela są nie do końca równe, ale i tak nie schodzą poniżej pewnego dość wysokiego poziomu. Jest kilka wręcz epickich scen. Podoba mi się, nawet bardzo. I chcę więcej.
Demogorgon: Podobało m się, jest tu ciekawa charakteryzacja, lubię kierunek, w jakim Wood bierze Jubilee, Sublime ma kilka ciekawych, pokazujących charakter momentów, a do tego pojawia się tu kilka dzieciaków z New X-Men. Arkea jest całkiem interesującym antagonista, chociaż prostym, jestem ciekaw co więcej z nią zrobią. Jest dobrze, nie słuchajcie Bolta.
Krzycer: Oj, Coipel się ewidentnie nie przyłożył do niektórych kadrów. Byłbym też wdzięczny, gdyby Wood poświęcił w końcu kadr albo dwa na wyjaśnienie:
a) czy Jubilee jest wciąż tym wampirem, czy to olał?
b) z czyich mocy korzysta Rogue? W poprzednim numerze mówiła, że pożyczyła coś od Northstara, co wyjaśnia szybkość i lot. Lot wraca również w tym numerze, załóżmy, że nie minęło jeszcze dużo czasu. Ale skąd supersiła, którą wywróciła pociąg w poprzednim numerze, i z którą przebija ściany w tym? Innymi słowy: czy Wood jest świadomy tego, że Rogue nie ma już mocy Ms Marvel? Od lat?
c) ...i czemu ta supersiła znika, gdy trzeba dźwignąć Beasta?
Poza tym - fajny numer. Klasyczna mutancka młócka. Niech tylko drużyna się skrystalizuje. Jakbyśmy jeszcze dostali konkretne wyjaśnienie, czemu ten zespół będzie się składał z tych bohaterek, to w ogóle będę wniebowzięty.
S_O: Jubilee nadal nie potwierdziła, czy nadal jest wampirem, a pozostałe bohaterki najwyraźniej mają na tyle dużo taktu, żeby jej o to nie pytać wprost. I dopóki nie zostanie jednoznacznie stwierdzone, kim i czym jest teraz Jubes, wokół serii będzie się unosić taki lekki smród olewania najnowszej historii postaci.
Samo starcie z Arkeą wypada fajnie, walczące heroiny pokazały, na co je stać, a teraz wyruszyły w pościg... Nadal mam jednak problem z motywacją łotrzycy. Mianowicie: czy istnieje jakakolwiek poza "IMMA ROBOT, KILL ALL HUMANS"?
Bi-Bolt: Ech. Coraz większą ochotę mam pozbyć się obecnego Marvela, wyrzucić gdzieś w pizdu i całkowicie się już przerzucić na starocie. Jak można tak komiksy wydawać. Rysunki niedopracowane, niedorobione i banda tuszowników i kolorystów z łapanki. Każda strona inna, kiepska...
0/10 za zabijanie entuzjazmu. Co z tego, że dobre, jak nie da się tego oglądać.
jdtennesse: Jestem trochę rozczarowany. Z jednej strony wydarzyło się dużo, a z drugiej czuję jakiś niedosyt. Było sporo walki, Arkea w ciele Karimy pokonała Beasta i Rogue, a potem kiedy Kitty mogła ją łatwo wyłączyć z gry, zawahała się? To chyba największe rozczarowanie. Wiemy, do czego Kitty jest zdolna, sam niedawno pisałem o jej wyłączaniu umysłu wroga (było to bodajże w A+X), a tu nagle takie wahanie. I czy Karima była rzeczywiście tak bardzo zakorzenionym członkiem zespołu? Poza tym, wiadomo że to nie Karima, tylko Arkea, a ciało i tak było "wyłączone" czyli pozbawione świadomości Karimy. Co więcej, wkurza mnie bierna postawa niektórych, szczególnie Storm, czyżby teraz będąc liderem tylko wydawała polecenia, a sama nie podejmowała żadnych działań? No i trochę bzdur się znalazło – Jubilee leżąca w pokoju z dzieckiem jest zagrożona, i nikt tego dziecka nie wyczuwa. Że co proszę? Dziecko będzie "zresetowane"? Będzie nową osobą? A co z kolei grozi Jubilee? No a rysunki… Panie Coipel, postaraj się pan. Tyle opóźnień związanych z tym tytułem (następny numer za miesiąc), a taka chałtura. Niektóre twarze i miny są po prostu nie do przyjęcia (Jubilee czy Storm), a czasami tych twarzy w ogóle nie ma. Fajne, aczkolwiek trochę ckliwe sceny z Jubes i dzieckiem na pokładzie Blackbirda. No i na koniec mamy bombowe zakończenie. Dosłownie. 4/10.
 
Young Avengers vol. 2 #6
Hotaru: Przyznam z lekkim poczuciem winy, że kiedy dowiedziałem się, iż numer ten zilustruje "jakaś Kate Brown" w miejsce Jamiego McKelvie pomyślałem sobie, że "trudno, chociaż scenariusz będzie na wysokim poziomie". Myliłem się i chciałbym w tym miejscu twórców przeprosić - nie powinienem był wątpić w talent artystki, a nawet jeśli, to powinienem był zaufać decyzji Gillena i McKelviego, którzy osobiście ją wybrali. Wiedzieli, co robili. Brown kontynuuje zapoczątkowaną przez McKelviego tradycję, bo co najmniej jedna scena w komiksie miała rewolucyjne kadrowanie. Co więcej, sekwencja ucieczki Tommy'ego jest po prostu bezbłędna - wracałem do niej kilka razy. I ta mimika bohaterów... szczególnie obrazująca zajęcie, jakim pała się teraz Prodigy. Pomimo braku McKelviego, to Young Avengers pełną gębą - jedna z lepszych wydawanych w tej chwili przez Marvel serii.
Demogorgon: Nie za bardzo rozumiem co tu się stało i jak to ma się wpisywać w większą całość, ale dialogi w tym komiksie są świetne, brechtałem się cały czas, zwłaszcza na początku. No i co najlepsze, charakteryzacja jest tu o wiele lepsza niż w całej Avengers Arena, w jednym numerze Gillen sprawił, że polubiłem relatywnie nieznanych mi bohaterów o wiele barziej niż Hopeless w jakimkolwiek numerze Areny. Hell, polubiłem ich nawet bardziej niż znane mi postacie w ich numerach Areny. Ciekaw jestem tylko jak długo Gillen zamierza zostać przy tym komiksie, bo to się zanosi na jakiś większy subplot będzie.
Krzycer: Moce Prodigy'ego nie do końca tak działały (wiedza i nabyte umiejętności, tak, ale nie pierdółki, które wymienia potem).
Poza tym - kolejny świetny numer. I znowu, tak jak przez pierwsze pół pierwszej historii, nie mam pojęcia o co chodzi. Najwyraźniej trzeba się do tego przyzwyczaić.
S_O: Hej, Kieron odkopał Laurie, fajnie. W X-Men miał cameo Velocidad, Idie jak zwykle jest w czołówce postaci w WatXM, a w Ultimate Comics: X-Men pewnie gdzieś w tle kręci się Ultimate Kenji (chyba, że już go zabili, nie wiem, nie czytam), więc to był dobry tydzień dla Światełek. Szkoda, że nikt nie wykorzystał nigdzie Teona, wtedy mielibyśmy komplet.
Sam numer... przyjemny, przynajmniej przez większą część. Pomysł na pracę dla nadludzi jest bardzo ciekawy (choć za każdym razem, gdy ja proponowałem coś podobnego, zaraz ludzie wytykali, że związki zawodowe na to nie pozwolą), interakcje między Tommym a Davidem bardzo fajne (I guess you could call them... fast friends! Wakka Wakka!), tylko te ostatnie strony... Gillen przebił poziomem "WHAT" nawet Kaśkę Immonenową.
A odpowiedzi się w najbliższej przyszłości pewnie nie doczekamy, bo okładka przyszłego numeru sugeruje, że główny zespół jednak wyrusza w kosmos. To się przygotowuję na Mar-Vella, a już na pewno Skrullewnę Adelle.
Gil:
Historia wprawdzie ogranicza się jak na razie do dwóch postaci, ale wypada przy tym całkiem fajnie. Pomijając oczywiste pytanie, gdzie oni właściwie pracują, że robią takie rzeczy? Gdy na to przymkniemy oko, okazuje się, że dostajemy niezłą jazdę z mocną dawką humoru. David i Tommy spotykają się w tej swojej dziwnej firmie i nawiązują współpracę, gdy okazuje się, że dzieje się coś dziwnego, w co zamieszany jest Patriot. I oczywiście nic nie jest tak, jak się wydaje. Intryga jest fajna i daje radę zainteresować, dużo jest zabawnych momentów, a Gillen dobrze wykorzystuje nie tylko postacie, ale i wątki związane pośrednio tak z nimi, jak i z historią grupy. Gościnne rysunki może nie są takie dobre, jak te regularne, ale też dają radę i nawet zbliżają się do tego klimatu. Teraz czekam, jak to się rozwinie, gdy na scenę wkroczy reszta bandy, a póki co dam 7/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:

avalonpulse0306a.jpgHawkeye vol. 4 #11
Autor:
David Aja

Hotaru: Trochę mi głupio, bo mam wrażenie, że typując tą okładkę idę na łatwiznę. Ale cóż począć - jest świetna. Tylko zdobiąca Young Avengers #6 okładka Jamiego McKelvie mogłaby nawiązać walkę, ale z nich dwóch to do kompozycji pana Davida wracam częściej. Ascetyczna i wymowna. Piękna.






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.06.26
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.