Avalon » Publicystyka » Artykuł

Marvel, ile jeszcze? - Krzycer

Nie chcę odkrywać Ameryki, wrzeszcząc wniebogłosy "ludzie, komiks nie kończy się na superbohaterach", bo to – cytując klasyka – oczywista oczywistość. Nie chcę również atakować komiksu superbohaterskiego, bo jestem fanem tego gatunku i wiem, że w jego ramach, lub na jego obrzeżach, powstały fantastyczne rzeczy. W zeszłym roku dobiegł końca run Kierona Gillena w Journey Into Mystery – jedna z najlepszych, może nawet najlepsza rzecz, jaką Marvel opublikował w tej dekadzie. Ale wciąż nie daje mi spokoju myśl, że JiM powstało przez przypadek.

Marvel, ile jeszcze? - Krzycer


Any customer can have a car painted any color that he wants so long as it is black.
-- Henry Ford

Od trzech dni nie mam internetu. Szalejące nad krajem burze doprowadziły do wielu awarii, Orange robi co może, by je usunąć, klienci proszeni są o cierpliwość. Trzy dni bez internetu. Niewiarygodne, jak to rozwala dzienną rutynę. Chciałbym sprawdzić pocztę, Facebooka, wejść na forum, zajrzeć do Spojlerowni – w końcu właśnie ukazały się nowe komiksy, trzeba poczytać, co internetowi znajomi o nich myślą... Nic z tego.

Nagle mam zaskakująco dużo wolnego czasu, uprzednio zżeranego przez cyfrowe trzęsawisko. Pewnie powinienem owocnie go spożytkować, ale najpierw trzeba parę dni przeprokrastynować. I tak, zamiast, bo ja wiem, zacząć pisać pracę magisterską, zacząłem przeglądać zawartość mojej półki z komiksami. Konkretniej, sięgnąłem po dawno nieczytane tomy Usagiego Yojimbo, Transmetropolitan i Blacksada. Wszystkie mają jakieś wady, każdemu z tych tytułów można coś zarzucić, co nie zmienia tego, że są – co do jednego – znakomite. Przemyślane, spójne, opowiadają swoje historie zarówno tekstem i obrazkami, jak i niedopowiedzeniem – tym, co mieści się pomiędzy kadrami. Mógłbym zacząć przytaczać cytaty ze "Sztuki komiksu" Krzysztofa Teodora Toeplitza, by posiłkując się akademicką rozprawą i przykładami dowieść ich wybitności, ale nie o to mi chodzi. Rzecz w tym, że po tej serii lektur zacząłem się zastanawiać, kiedy ostatnio komiks Marvela zrobił na mnie podobne wrażenie.

Journey Into Mystery #622 Journey Into Mystery #623 Journey Into Mystery #625
Okładki Journey into Mystery #622, 623, 625

Co tydzień produkuję się w Spojlerowni, co tydzień Sc0agar4k zbiera te opinie, by złożyć je w kolejny odcinek Avalon Pulse, co tydzień wskazujemy komiksy tygodnia, chwalimy jedne, gnoimy drugie, ale coraz częściej mam wrażenie, że jedynym punktem odniesienia są inne komiksy z danego tygodnia, ewentualnie te z poprzedniego tygodnia, a w przypływie inwencji – coś z oferty DC. Nie chcę odkrywać Ameryki, wrzeszcząc wniebogłosy "ludzie, komiks nie kończy się na superbohaterach", bo to – cytując klasyka – oczywista oczywistość. Nie chcę również atakować komiksu superbohaterskiego, bo jestem fanem tego gatunku i wiem, że w jego ramach, lub na jego obrzeżach, powstały fantastyczne rzeczy. Gotham Central pozostaje jedną z najlepszych serii, jakie kiedykolwiek czytałem. W zeszłym roku dobiegł końca run Kierona Gillena w Journey Into Mystery – jedna z najlepszych, może nawet najlepsza rzecz, jaką Marvel opublikował w tej dekadzie.

Avengers Arena #1 Secret Avengers vol. 2 #1 New Avengers vol. 3 #1
Okładki Avengers Arena #1, Secret Avengers vol. 2 #1, New Avengers vol. 3 #1

Ale wciąż nie daje mi spokoju myśl, że JiM powstało przez przypadek. Bo chyba tylko przypadek sprawił, że coś, czego nie boję się nazwać dziełem, powstało w wydawnictwie nastawionym na produkcję chłamu. Chłamu, który najłatwiej sprzedać, w który można inwestować nie ponosząc ryzyka – piętnasty tytuł o mutantach, siedemnasty z "Avengers" w tytule, dwudziesty piąty z Wolverine'em* na okładce. Jasne, to nic nowego. Gdy handlowcy z Marvela odkryli, że spośród komiksów o mutantach najlepiej sprzedają się te wyraźnie nawiązujące do X-Men, Deadpool zamienił się w Agent X, a Cable w Soldier X. Gdy samo "X" w tytule przestało wystarczać, parę serii zamknięto, a linia zaczęła się rozrastać o kolejne komiksy z "X-Men" w tytule, ozdabiane coraz to dziwniejszymi przymiotnikami. Oczywiście, handlowcy zauważają również drobne odchylenia – udało się sprzedać X-Force Craiga i Yosta, a później Remendera? No to proszę, mamy teraz dwie różne serie z "X-Force" w tytule, nie mające ze sobą nic wspólnego. Po drugiej stronie, u Avengers, sytuacja rozwijała się podobnie, dzięki czemu dzisiaj możemy się cieszyć Avengers Arena (w którym nie występują żadni pełnoprawni członkowie Avengers), Secret Avengers (które jest komiksem o S.H.I.E.L.D.) czy New Avengers (czemu nie można nazwać rzeczy po imieniu – "Illuminati"?), a za moment dostaniemy Avengers A.I., bo w Marvelu jakiś palant z kalkulatorem wykoncypował, że w ten sposób sprzedadzą tysiąc trzysta siedemdziesiąt cztery egzemplarze więcej, niż gdyby seria miała się nazywać "Hank Pym's Arrogant Intellect". W tej sytuacji oczywiste było, że prędzej czy później dostaniemy coś w rodzaju "Avengers vs. X-Men" – jeśli wszyscy kupują "Avengers" i wszyscy kupują "X-Men", to Marvel musiał liczyć, że sprzedadzą dwa razy więcej "AvX" niż czegokolwiek innego. Co zresztą nie odbiegało bardzo od ostatecznych wyników sprzedaży.** W tej sytuacji jestem zdumiony, że Marvel wziął na wstrzymanie, i zamiast Uncanny Avengers nie zatytułował swojej flagowej serii "X-Men Avengers".***

Avengers A.I. #1 Uncanny Avengers #1
Okładki Avengers A.I. #1 i Uncanny Avengers #1

Niestety, problem nie jest ograniczony do nazewnictwa. Nie wyczerpuje go również istnienie tytułów, za którymi nie stoi żadna myśl poza tą, że marka może je utrzymać na rynku (Avengers Assemble, Astonishing X-Men od odejścia Whedona/Ellisa, Savage Wolverine, Avenging Spider-Man, etc.). Nie, istotą problemu jest to, że Marvel nie wydaje niemal nic poza tym. Ile jest obecnie serii nie powiązanych z Avengers lub X-Men? Wiadomo – to się sprzedaje, ale czemu Marvel nie wykorzystuje pieniędzy zarabianych na pewniakach do finansowania innych tytułów? Czemu nawet nie podejmuje takich prób? Kiedy ostatnio zaprezentowali czytelnikom tytuł o nowym bohaterze, nowej grupie? Secret Warriors zadebiutowali 5 lat temu, The Order – 6 (i zaraz się zwinęli), Runaways – 10, Thunderbolts... 16! Po drodze byli jeszcze Blue Marvel i Sentry, tylko że pomysły skończyły się na wymyśleniu postaci, po czym jeden przepadł w Limbo, a drugi cierpiał w rękach scenarzystów, którzy nie mieli pojęcia, co z nim zrobić. Zamiast wymyślać coś nowego, wydawnictwo odgrzewa stare pomysły (ostatni powrót Defenders czy właśnie X-Force Cable'a) i eksploatuje wciąż te same postaci, licząc na ich rozpoznawalność (Wolverine, oczywiście) lub nostalgię czytelników (wskrzeszanie Colossusa, Magik i wielu innych). Gdyby chociaż wykorzystywali te zasoby po równo, np. mając pięć serii o X-Men zaludnili każdą innymi postaciami, ale nie – spośród bohaterek X-Men Briana Wooda tylko Jubilee nie występuje w żadnej innej serii.

X-Men vol. 3 #1 Cable And X-Force #1 Defenders vol. 4 #1
Okładki X-Men vol. 3 #1, Cable & X-Force #1 i Defenders vol. 4 #1

To kurczowe czepianie się tego, co już znane, wpływa negatywnie na opowiadane historie. Nie można ich domknąć, nawet, jeśli bohater zrobił już swoje, a jego historia się skończyła – za moment zostanie wskrzeszony, zrecyklingowany i zapakowany w nowy kostium, a panowie z wydawnictwa odstawią szopkę, udając, że to rewolucyjna zmiana. Po co było przywracać Star-Lorda? Czemu finał Thanos Imperative nie mógł być końcem jego historii? Powiedzmy sobie szczerze, to nie jest kwestia rozpoznawalnej, łatwej do sprzedania marki... nie mówimy o Spider-Manie, któremu Marvel nigdy nie da umrzeć na długo, tylko o zapomnianej postaci, odkurzonej przez scenarzystów z pomysłem, która miała swoją rolę i odegrała ją. Dlaczego nie spróbować zastąpić go nową postacią?

Inny rodzaj historii, który jest wiecznie krzywdzony przez nieustanne powroty do starych pomysłów i status quo, to dorastanie młodego pokolenia. U mutantów regularnie, od czasów New Mutants, co parę lat pojawia się grupka młodych, która musi stawić czoła wyzwaniom, dojrzeć, sprawdzić się w boju i udowodnić, że są przyszłością X-Men... Przyszłością, która nigdy nie nadejdzie, bo nikt nie chce odesłać "starej gwardii" na emeryturę, więc nowe postaci nie mają kogo zastąpić i zostają zepchnięte na trzeci, czwarty plan – tam wegetują obecnie bohaterowie New X-Men i Generation Hope, za parę lat dołączą do nich koledzy z Wolverine and the X-Men.

New Mutants #1 Generation X #2 New X-Men vol. 2 #1 Generation Hope #1
Okładki New Mutants #1, Generation X #2, New X-Men vol. 2 #1, Generation Hope #1

Cały czas piszę "Marvel", "wydawnictwo", a przecież za tymi decyzjami stoją jacyś ludzie. Tylko kto ponosi winę? Scenarzyści? Niewątpliwie, Marvel wciąż zatrudnia ludzi, którzy po prostu piszą złe komiksy, nastawione wyłącznie na tanią dramaturgię i bezsensowne mordobicia, komiksy za którymi nie stoi żadna myśl poza "bohater musi pokonać przeciwnika". Ale scenarzyści – jako ogół – nie są bezmyślnymi automatami, potrafiącymi wyłącznie pisać scenariusz kolejnego tytułu o mutantach. To twórczy ludzie, z których większość pisze również inne komiksy, dla innych wydawnictw, osadzone w ramach innych gatunków. Decyzja, by wydawać niemal wyłącznie mutantów i Avengers zapada gdzieś wysoko, między działem handlowym i marketingowym. Zakładam, że będący po drodze redaktorzy nie mają na nią wpływu. Co nie oznacza, że są bez winy.

Co to, to nie.

Avengers vol. 4 #21 Avengers vol. 4 #27
Okładki Avengers vol. 4 #21 i 27

Od zwykłej niekompetencji – puszczania komiksów z literówkami, dymkami przypisanymi niewłaściwym postaciom, uwagami od rysownika do inkera czy właśnie redaktora wypisanymi na obrazku – przez przymykanie oczu na dziury logiczne w scenariuszach, po czołobitność przed świętymi krowami komiksu... Czemu Briana Bendisa nikt nie zdjął z (New) Avengers, tylko pozwalano mu ich pisać całe lata po tym, jak kompletnie się wypalił w tych seriach? Czemu nikt nie wetował całych numerów o niczym? Czemu nikt mu nie powiedział, że jeśli robi wielkie halo włączając do zespołu Protectora/Daredevila/Daisy Johnson/Storm, to niech da im jakąś rolę do odegrania?

I dalej, takich retorycznych pytań można zadać jeszcze wiele. Czemu ciągle przerzuca się rysowników z serii do serii, nie pozwalając im dopasować się do pracy przy konkretnym tytule, z konkretnym scenarzystą? Czemu jest tak mało serii z konkretnym stylem, które można rozpoznać po obejrzeniu jednej strony, jednego kadru, bez potrzeby szukania na rysunku postaci w kostiumie? Piszę "tak mało serii", a przecież równie dobrze mógłbym napisać: czemu spośród wszystkich tytułów Marvela tylko Hawkeye jest charakterystyczny wizualnie? Hawkeye i może jeszcze Daredevil.

Hawkeye vol. 4 #2 Hawkeye vol. 4 #9 Daredevil vol. 3 #1 Daredevil vol. 3 #12
Okładki Hawkeye vol. 4 #2 i 9, oraz Daredevil vol. 3 #1 i 12

Przywołując we wstępie Usagiego Yojimbo, Transmetropolitan i Blacksada, określiłem je jako "przemyślane i spójne" – to komiksy, gdzie tekst i obraz się uzupełniają. To owoce pracy twórców świadomych, że komiks to nie byle ciąg obrazków, że kompozycja kadrów nadaje historii rytm, że rozwój akcji nie opiera się tylko na pojedynczych obrazkach, ale i całych stronicach.

Taki poziom – wykraczający poza zwykłą rzemieślniczą kompetencję – wydaje mi się trudny, jeśli nie niemożliwy, do uzyskania w systemie, w którym rysownik dostaje scenariusz, nie mając kontaktu z jego autorem; w którym rysownicy zmieniają się z numeru na numer, i w którym pojedynczy zeszyt może być ilustrowany nawet przez trzech czy czterech rysowników, którzy nie współpracują, tylko dostają po pięć stron scenariusza każdy.

Journey Into Mystery #636 Journey Into Mystery #641 Journey Into Mystery #645
Okładki Journey into Mystery #636, 641, 645

Właśnie dlatego nie mogę się opędzić od myśli, że Journey Into Mystery było dziełem przypadku. Journey Into Mystery, które też przecież nie było idealne, które przez wiele numerów cierpiało w rękach, jak by to delikatnie ująć, "mniej utalentowanych" rysowników – wiele numerów broniło się wyłącznie siłą scenariusza. Ale chyba jeszcze straszniejsza jest myśl, która za nią podąża – nie tylko było to dzieło przypadku, ale, co gorsza, Marvel nie jest nawet zainteresowany, by próbować taki przypadek odtworzyć. Nie, kiedy wiadomo, że jest te kilkadziesiąt tysięcy osób, które sięgną po Uncanny Spider-Defenders vs. X-Treme Avengers.

Autor: Krzycer

* Ostatnio na forum wyszło, że to jest właściwa forma, z właściwym apostrofem na właściwym miejscu, ale nic nie poradzę – to wciąż wygląda źle...
** Nie mam internetu, nie mam przed sobą wyników sprzedaży, ale zakładam, że mam rację. :-P
*** Ale zaraz, przecież markę można rozszerzyć o kolejne tytuły. Wiadomo, że znajdą się nabywcy na X-Avengers, Avenging X-Men, New X-Men Avengers, Secret X-Men Avengers...
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.