Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #305 (25.06.2013)

avalonpulse0.png
Wtorek, 25 czerwiec 2013Numer 25/2013 (305)


Zakończenie "Age of Ultron" doprowadziło do takich zawirowań w continuum czasoprzestrzennym, że nawet nas to nie ominęło. Miejmy nadzieję, że to nietrwałe uszkodzenia i nie będziemy musieli cofać się w czasie, by je naprawić.

A+X #9
S_O: Zwykle dobrze się bawię, jak muszę wynaleźć jakieś powiązanie między historiami, ale jak mamy do czynienia z czymś tak łatwym, jak występująca postać, nie ma w tym wyzwania. Na szczęście nie jest to jedyny łącznik, więc nadal mogę się pobawić. Bo widzicie, prawdziwą cechą łączącą obie historyjki jest fakt, że obie opowiadają o przygodzie członków jednej drużyny, z Doctorem Strange w kłopotach w tle.
Pierwsza historyjka, z Capem i Wolverinem, jest naprawdę irytująca. Raz, że nie jest to nic nowego pod Słońcem - Steve i Logan łączą siły cały czas, a od kiedy Sniktbub dołączył do Avengers, to już w ogóle są nierozłączni. Dwa, że zapowiedzi obiecywały nam coś godnego Eisnera, ba, może nawet literackiej nagrody Nobla, a wyszła do bólu sztampowna historyjka z "morałem". I trzy... o Wolviem trzeba wiedzieć dwie rzeczy:
1) He snikts people,
2) He says "bub" a lot.
I jeśli ktoś nie jest w stanie tego zaimplementować w historii, to naprawdę nie warto się kimś takim zainteresować. Chyba, że to loganowe "bud" jest wynikiem jakiegoś katastrofalnego w skutkach odkształcenia rzeczywistości.
Druga historyjka, z dzieciakami ze Szkoły Jean Grey, w porównaniu nawet przyjemna.
jdtennesse: Niestety, w pierwszej historii podobają mi się tylko rysunki. Ramosa znam ze Spidera wydanego przez DK (i nie tylko), i lubię jego kreskówkowy styl. Są miny, jest tło, nie dowala chałtury. Oczywiście to kwestia gustu, więc nie każdy się z tym zgodzi. Jeśli chodzi o treść, to nie ma takowej. Cap i Wolvie "ratują" Strange'a przed…szympansami? Dwa razy przeczytałem, ale nadal uważam, że ta historia jest bez sensu. Bardzo niepotrzebna. 3/10 (ale byłoby mniej gdyby nie rysunki).
Druga historia jest lepsza, ale z dwóch powodów – po pierwsze jest momentami zabawna, a po drugie ma jako taki sens, uczniowie w wyniku zakładu chcą wynieść fanty z domu Strange'a, ot łobuzerski prank. Niestety rysunki są gorsze niż w pierwszej historii. Ale i tak, Quentin w czepku (jeszcze bez pieluchy) jest bezbłędny. I za te chwile relaksu – 6/10.
W sumie 4,5/10.
Gil: Tym razem mamy sporą rozbieżność. Pierwsza historia… mogłaby w ogóle nie istnieć. Nawet lepiej byłoby, gdyby nie ujrzała światła dziennego, bo jest zwyczajnie mierna. Team-up Capa z Wolverinem to nic nowego, widzieliśmy to milion razy, a tutaj nikt się nie postarał, żeby było ciekawie. Silili się za to na oryginalność, wciskając szympansa-magika, ale było to zbyt absurdalne, żeby chwyciło. I rysunki Ramosa nie pomagają. Historia druga… jak zobaczyłem, kto występuje, plasnąłem się w czoło, ale okazało się, że ta reakcja była pochopna, bo to jest akurat ta lepsza część zeszytu. Wyprawa Pixie, Quentina i Oczatego do sanktuarium Strange’a jest mega-zabawna. Przy okazji też głupawa i naiwna, ale jednak fun to rekompensuje. Tak więc, za pierwszą dałbym najwyżej 3/10, a za druga 7/10, więc wypadkowo będzie średnie 5/10.

Age of Ultron #10
Hotaru: Trochę mi głupio, bo przy pierwszej lekturze tego komiksu przeoczyłem ten "szokujący" twist, który był trzymany w takiej tajemnicy, że podobno nawet rysownicy nie mieli o nim pojęcia. Kiedy uzmysłowiłem sobie moje przeoczenie, od razu udałem się na forum Avalonu, by zobaczyć, czym tak naprawdę powinienem być zszokowany. Teraz wiem, choć nadal tego nie czuję. Może wychodzi ze mnie cynik, ale nie wierzę, że Marvel zrobi z tym cokolwiek interesującego. Bach, połamali rzeczywistość.... i co z tego? Żadna z pokazanych w finale konsekwencji nie jest logicznym i jedynym możliwym wynikiem tego 10-odcinkowego eventu i mogłaby nastąpić w jakikolwiek inny sposób. Po kolejnym crossoverze Ultimate i 616 spodziewałem się sequela Spider-Men, a nie "Galactusa na wakacjach". Ostatecznie, "Age of Ultron" okazał się być "ostateczną historią o Ultronie", w której Ultron był na trzecim planie, jego stwórca Hank Pym na drugim, a pierwsze skrzypce grały dwa Wolverine'y o mentalności rozkapryszonego przedszkolaka. Wybaczcie, ale nie popuszczę w majty.
S_O: They did it. They snikted time. Mówiłem, że Logan to zrobi, choćby po to, żeby się tym chwalić. Czy ktoś mnie słuchał? Nie.
Event się skończył i, jak zwykle, niewiele się zmieniło. Jasne, Galactus wybrał się na wakacje, a Angelę zassało do 616, ale poza tym? Właśnie to mnie najbardziej rozbawiło - mieliśmy katastrofę na taką skalę, że Wyrwa z WoK/RoK/TI to przy niej mały pikuś, a grupka geniuszy w ziemskim laboratorium wzrusza ramionami i stwierdza "Na szczęście załamanie się kontinuum czasoprzestrzennego nie miało żadnych poważniejszych długofalowych skutków". Chyba, że rację mają ci, którzy twierdzą, że to od tego zaczęła się heca z obijającymi się Ziemiami z New Hickvengers.
Poza tym, co na ten temat ma do powiedzenia Time Variance Authority?avalonpulse0305b%20%5B1600x1200%5D.JPG
kuba g: Podobało mi się. Nie oczekiwałem wiele a zostałem zaskoczony. Nadwyrężenie strumienia czasu, zamknięcie pętli wydarzeń przez nawiązanie do Avengers z FCBD, ostatnie strony z łączeniem się alternatywnych rzeczywistości i przyszłości, wysłanie Galactusa do Ultimate i Angela z głową stworów Kirbyego, wszystko mi się całkiem podobało. To mi wystarczy aby zupełnie nie zgodzić się z krytyką i dziwnymi głosami, że to było gorsze nawet od AvX.
jdtennesse: Ale o co chodzi. Już od dawna zastanawiałem się, ile sensu i reperkusji mają podróże w czasie (podobnie jak z All-New). A nasi bohaterowie dopiero teraz odczuli skutki? Co za bzdura. Powiem jak jeden z nich – dlaczego akurat teraz? Wystarczył wirus i dziesięć zeszytów, żeby zniszczyć Ultrona? No tak, bo nie o niego tu chodziło pewnie, tylko żeby w zakończeniu wrzucić jakiś bałagan, nowego(?) bohatera – Angelę, nowy komiks – Hunger i popchnąć do przodu jakieś inne komiksy (Guardians?). Dobrze, że to już się skończyło. Było całkiem niepotrzebne. 2/10.
Gamer2002: Sam numer był spoko zrealizowaną konkluzją. Ale cały ten event to kiszka.
Od czego zacząć... Początek to był jeden wielki filler, świat Ultrona nie powinien zająć więcej niż 2 numery. Bendis powiedział, że chciał poświęcić czas na rozwinięcie postaci. Po grzyba, te wszystkie postacie, poza Wolverinem i może jeszcze Sue, nie służyły absolutnie niczemu. Ich pusta gadanina była nudna, a wszystkie śmierci były po prostu żałosne z wyjątkiem śmierci Luka Cage'a, która była fanboyowym bullshitem.
Bendisowi zamarzył się Marvelowski Crisis, zapowiedzi szumiały jakie to będzie twistowe i zaskakujące... Crisis on Infinite Earths miał zaledwie 2 numery więcej i przy nim AoU to rozwleczona historia z niczym godnym zapamiętania. I także istotna obsada Crisisa była nieporównywalnie większa.
Za wyjątkiem pokonania Ultrona i wprowadzenia Pyma na nowe tory, konsekwencje historii są bo są. Akurat tym razem podróże w czasie popsuły czas, co "subtelnie" foreshadowingowano nam numer wcześniej, więc losowe rzeczy się dzieją. Wg Alonsa, AoU Wolverine i Sue Storm mogli zostać wymazani lub nie, ciekawe czy Sniktbub nie uzna że powinien Sniktnąć siebie i Sue by nie było kolejnej podwójności. Ogólnie jednak, te popsucie czasoprzestrzenne mogło wydarzyć się w dowolnej innej historii z podróżowaniem w czasie. I zapewne byłoby to bardziej znamienne niż ta nie mająca już znaczenia wymazana marna nieciekawa historia.
Poza tym, scenarzyści kompletnie zapomnieli o pozostawionym w przeszłości w Savage Land Furym. 7/10 dla zeszytu, 2/10 dla eventu.
Gil: Najkrótsza recenzja: Aha, okej.
Wersja rozszerzona: dwie trzecie numeru pokazują nam to, czego się spodziewaliśmy, czyli koniec Ultrona. Poniekąd, to miło z jego strony, że wreszcie pojawił się w evencie swego imienia...A wyglądało to - no, przyzwoicie. Najpierw Pym przekazuje sobie wiadomość z przeszłości. Wszystko fajnie, ale nadal nie wiadomo, jak wymazał sobie pamięć. Widocznie jakiś udział miała w tym Sue, która przechowywała tę wiadomość przez cały czas. ALE! Mamy tu sporą dziurę fabularną, bo tylko obecna Susan mogła wiedzieć, co się wydarzyło, czyli Pym nie mógł wtajemniczyć jej młodszej wersji, bo też trzeba by jej wymazać wspomnienia. Najbardziej poprawna fabularnie wersja byłaby taka, że podróżująca w czasie Sue wróciła do przyszłości ciut wcześniejszej, żeby przekazać mu wiadomość, którą sama nagrała w przeszłości, a potem przestała istnieć, gdy czas zaskoczył. Tylko, że to nigdzie nie jest powiedziane. Co więcej, nie wiemy, w którym momencie tę wiadomość nagrano, a poprzedni numer pokazał, że Pym był już sam, gdy budował Ultrona. Zatem, żeby miało to ręce i nogi, musieliby razem opracować rozwiązanie, nagrać wiadomość, usunąć mu pamięć i zostawić go samego, by zbudował robota. I tutaj jest luka w planie, bo skąd pewność, że nie zapomni wbudować zabezpieczenia? Trochę to zbyt skomplikowane. Krok drugi, czyli cała bitka z Intelligentią, był właściwie zbędnym zapełniaczem miejsca. No, może sensu miał tyle, że wyjaśnił, jak oryginalny Ultron znalazł się na Ziemi po wydarzeniach z Annihillation Conquest. Nawet jeśli nie do końca się zgadza. Krok trzeci - eliminacja Ultrona - nawet fajny. Jest jakiś pomysł za tym rozwiązaniem, który można bez bólu przełknąć. Krok czwarty - konsekwencje. Te, które miały być wstrząsające, a są właśnie typu "aha, okej". Zatrzęsło czasem i coś się pomieszało w rzeczywistościach, powodując jakieś nie do końca jasne przemieszczenia. Pojawia się Angela, krzyżuje się regularne universum z Ultimate, pojawia się parę sugestii innych krzyżówek. No i to właściwie wsio. Nie ma wyraźnego zakończenia, jest za to właśnie te parę sugestii. Czyli dosyć standardowa zagrywka jeśli chodzi o eventy ostatnich lat - ich zakończenie jest punktem wyjścia do kolejnych wydarzeń. I też jak zwykle, jest w nich jakiś potencjał, który pewnie różnie będzie wykorzystywany przez różnych twórców. Może to wydarzenie będzie wyjaśniało obecny status Guardians of the Galaxy? Może będzie przyczyną pojawienia się w tym świecie Miguela O'Hary? Może zwiąże się w innymi wydarzeniami, do których nawiązują przebitki? Jak zwykle, pozostaje nam poczekać i się przekonać. Tymczasem wypadałoby ocenić ten zeszyt, a tą oceną będzie przyzwoite 5/10. Fabuła jest trochę zbyt zagmatwana, przez co ciężko jest umieścić wydarzenia w czasie i kontekście. Wykonanie jest niezłe, tak samo pod względem dialogowym, jak i rysunkowym. Efekty tradycyjnie nie przystają do zapowiadanych sensacji. Co zaś się tyczy całego eventu, to chyba najbliższym porównaniem byłby konkurencyjny Final Crisis - dużo hałasu, mocno zagmatwany, 90% wydarzeń niczemu nie służy, brakuje wyraźnego zakończenia. Spokojnie można by zmieścić tę historię w 4-5 zeszytach, więc rozwlekanie do 10 nie było potrzebne. Za cały event dałbym 4/10, chociaż zaznaczę, że parę niezłych momentów się trafiło.
Tori: I po Ultornie. Ciekawe, czy przywrócą go przy okazji ewentualnych występów filmowych, czy zrobią to wcześniej. A samo zakończenie... Dziwne, chyba tak najlepiej je określić. Mamy spodziewany powrót do teraźniejszości, mamy zawirusowanego Ultrona, który se wybucha i wreszcie mamy czasoprzestrzeń, która również robi BUM. Tylko niech mi ktoś wytłumaczy, czemu akurat teraz? Bo wyjaśnienie "o jeden raz za dużo" jest tak banalne i naciągane, że kojarzy mi się z czymś w stylu: "autorowi nie chciało się wymyślać sensownego powodu". Jednak samo pomieszanie czasoprzestrzeni jest całkiem niezłe i nawet zaskakujące. Teoretycznie wreszcie event ma poważne konsekwencje, jednak praktycznie... Czy w obecnie wydawanych seriach ktoś się tym całym AoU przejmie (Bendisa nie liczę)? Cały czas mam wrażenie, że gdyby ta historia wydana została w zeszłym roku, zamiast AvX, a Marvel NOW byłby następstwem AoU, to całość prezentowałaby się o wiele lepiej.

Avengers vol. 5 #14
Hotaru: Na wielką pochwałę zasługują Stefano Caselli i Frank Martin. Oprawa graficzna ich autorstwa robi świetne wrażenie - Caselli zadowolił nie tylko swoich fanów, ale i fanów Jerome'a Openy. Brawo! Z fabułą duetu Hickman/Spencer nadal mam problem. Czyta się to przyjemnie, bez większych zgrzytów, ale w dalszym ciągu scenarzyści zaciągają u mnie kredyt zaufania. Wiem, że to wszystko się złoży do kupy. Ale na razie nic się nie składa. No więc czekam, aż twórcy zaczną kredyt spłacać. Przy 14-tym numerze chyba najwyższa pora zacząć...
S_O: Budzą się pozostałe strefy skażone, bomba. I choć australijskie robale nie są zbyt interesujące, to cegłogłowe giganty z Indii mi się spodobały. Do przedstawienia zostały już tylko S7 i cokolwiek rośnie w Japonii. A że to w Japonii, to prawdopodobnie będzie miało albo macki, albo wyrośnie na coś jeszcze straszniejszego.
Fajnie też zobaczyć pełen skład Avengers biorący udział w akcji innej, niż "huzia na Józia" - każdy, a w każdym razie większość, oddelegowana do tego, z czym poradzi sobie najlepiej.
Na razie związek z Infinity jest niejasny, ale czytało się przyjemnie.
Krzycer: Mam jeden problem z tym numerem. W ostatniej scenie, dialogi wskazują, że Superia jest wkurzona na biednego naukowca co jest w ciąży, podczas gdy na rysunkach nieustannie się delikatnie uśmiecha.
Poza tym - cośtam się dzieje z Ziemią, jakoś się to wiąże z wydarzeniami z New Avengers, i wciąż nie ogarniam rozumem kosmicznych zamysłów Hickmana, ale co z tego? Dostajemy numer wypełniony ratowaniem ludzi przez superbohaterów na globalną skalę, i nawet Falcon się do czegoś przydał. Dobra rzecz. A Caselli naśladujący sznyt, jaki tej serii nadał Opena, wypada fantastycznie.
Gil: Gdybym nie wiedział, że historie Hickmana są ze sobą powiązane, za Chiny Ludowe nie domyśliłbym się, w jaki sposób ten numer jest prologiem do Infinity. I pewnie taki problem będą mieli ci czytelnicy, którzy nie śledzą serii regularnie, od samego początku. Niemniej jednak, zeszyt sam w sobie może dostarczyć całkiem niezłej rozrywki i broni się jako całość. Dostajemy przegląd mini-systemów i dowiadujemy się czegoś o ich wpływie na świat, podczas gdy nasi bohaterowie dosłownie skaczą po całym świecie, próbując poradzić sobie z konsekwencjami tych wpływów. Pod kątem większego obrazka może niewiele się tu dzieje, ale jak na jeden zeszyt, jest dość sporo akcji. I właściwie wszystkie te mini-akcje mi się podobały. No, może ta awaria w elektrowni jądrowej była trochę przesadzona, ale za to sposób rozwiązania fajny. I rysunki też całkiem przyjemne, więc za całokształt dam lekkie 7/10.

Cable And X-Force #10
S_O: "Look, daddy! I've got eye-lasers!"
Sporo się dzieje w tym numerze. Dowiadujemy się, kto stoi za wizjami Nate'a, choć nadal nie mamy pojęcia, czemu to robi, a X-vengers w końcu dościgają naszą dzielną drużynę. A Cable dostaje do słuchu, gdy Dom wytyka mu, że nie ufa własnej drużynie. I fajnie, tylko... nie wiem, nie czuję tego.
Krzycer: Wygląda na to, że X-Force zacznie wreszcie coś robić, a my dostaniemy w końcu jakieś odpowiedzi - w przyszłości.
Tymczasem X-Force relaksują się na kampingu, a potem KITT, Airhawk i furgonetka Drużyny A muszą im ratować tyłki.
A to wciąż jeden z tych komiksów drużynowych Marvela, w którym drużyna ma najbardziej sprecyzowany cel istnienia...
jdtennesse: No i w końcu dopadli Cable'a. W sumie dziwi, że tak długo, ale długo trwało nim jego umysł/mózg zaczął wysiadać, szczególnie, że już dawno się o tym dowiedzieliśmy. Dziwna postać Blaquesmitha, ale jeśli to ma być kolejny nowy wróg… Dużo ostatnio tych obcych się pojawia. Co i dlaczego robi z umysłem Cable'a dowiemy się pewnie wkrótce, na razie zdradza Hope… A może nie zdradza, przeczuwam że wysłał ją na pomoc Cable'owi. Jak zwykle jest trochę gadania (ale czy na temat i z sensem?), i trochę walki, ale to jest raczej słabe. Poza tym Rogue ma rację – ścigają Cable'a za wysadzenie fabryki i jest to nieco przesadzone. A odpowiedź Alexa nie zadowala. Tak trochę o niczym to było. Rysunki też takie sobie, mógłby się bardziej postarać, jak zawsze. 5/10.
Gil: Jedno, o czym zdołał mnie przekonać ten zeszyt to fakt, że Hopless również zdaje sobie sprawę z tego, jak koszmarnie bezsensowne są poczynania jego bohaterów. Wyraził to wystarczająco jasno ustami Havoka… tuż przed tym, zanim kazał mu zrobić coś koszmarnie bezsensownego. Bo właśnie to jest cała esencja tego tytułu. Nie widzę sensu w tym, że Blaquesmith przebiera się za Consuelę. Nie widzę sensu w tym, że Forge kopiuje motywy z kiczowatej Team Knight Rider. Nie łapię całego tego biwaku i opalania się w pełnym rynsztunku. Nie próbuję nawet zrozumieć, dlaczego Avengersom tyle czasu zajęło zorientowanie się, że te pojazdy są automatyczne i czemu w ogóle nie dali rady ich rozwalić. To po prostu głupota. A wiecie, co mnie wkurza najbardziej? Laserowe oko Cable’a! Pomijam już fakt, że od początku to jest niewłaściwe oko, ale gdzie do cholery ma cały mechanizm i skąd czerpie energię? Ale cóż, to przecież komiks dla tych, którzy nie potrzebują sensu, tylko durnej rozpierduchy. Aha, i raz jeszcze Larroca wspina się na szczyty lenistwa. Na większości paneli tła nie istnieją, widać nie wytarte ślady ołówka, a wszyscy są podobni. Konsekwentnie dam 3/10.

Captain Marvel vol. 6 #13
S_O: Wielkie polowanie na Sentrych! Gotta catch 'em all! Ciekawe swoją drogą, czy fakt, że najwyraźniej cała ich kupa siedzi na bagnach Florydy, ma jakiś związek z Nexusem Rzeczywistości.
Spora część numeru skupia się też na obsadzie tytułu dumającej nad tym, co się dzieje. I choć jest to trochę przegadane, czyta się całkiem lekko. Gdyby jeszcze rysunki były lepsze...
Krzycer: Jeśli mamy numer, w którym większość czasu zajmują bohaterowie dochodzący do tego, kto im bruździ, czy to nie działałoby lepiej, gdyby i czytelnik tego nie wiedział?
Nie jestem pewien.
Czego jestem pewien, to to, że nie było to specjalnie zajmujące. Ale przynajmniej było dość zabawne, bo lubię dialogi DeConnick.
Gil: Mam wrażenie, że ta historia staje się coraz bardziej sitcomowa. Tym razem w nawiązaniu do Guess Who's Comming For Dinner dostajemy Bannera, podczas gdy Jessica konsekwentnie odstawia rolę zakręconej kumpeli. I akurat te fragmenty czyta się bardzo lekko i przyjemnie. Tę część bardziej heroiczną natomiast przyjmuję z większą rezerwą, bo chociaż nie jest celowo zabawna, ciężko traktować ją poważnie, gdy przypomina akcje kreskówkowych złoczyńców. "Rozwalili mi robota! A, nic to - zrobię więcej..." to chyba cała esencja tego wielkiego planu. Jak na tak skomplikowaną, osobistą vendettę, trochę za bardzo przypomina to zemstę Gargamela. Ale cóż, jeśli już przymknie się na to oko, można całkiem nieźle się pobawić i tak właśnie robię, dlatego umieszczę tytuł powyżej średniej z lekkim 6/10.

Fantastic Four vol. 4 #9
S_O: Koniec końców Fraction nie powiedział konkretnie, czy Ben miał udział w powstaniu Dooma. Co byłoby całkiem ciekawym wyjściem, gdyby nie to, że spartolił sprawę, stwierdzając ustami Reeda "dude be crazy, yo". Zwłaszcza, że na początku numeru tak się naprodukował o tym, jak ciężkie Victor miał życie.
Nie podoba mi się też, jak tutaj i w zapowiedzi FF#8 Doom został przedstawiony, ale o tym więcej za tydzień.
Gil: Coś mnie się zdaje, że Fraction nie do końca zdaje sobie sprawę, co tu zrobił… Zaczął od pomysłu, że Ben spowodował przemianę Dooma w… no, w Dooma – mieszając w jego laboratorium, a zakończył na usprawiedliwieniu, że cokolwiek Grimm z Richardsem by zrobili lub nie zrobili, i tak niczego by nie zmieniło. Taa… Wszystko fajnie, tylko że właśnie ta ich kretyńska wyprawa w przeszłość to wszystko spowodowała! To, że Thing nie umiał się opanować sprowokowało interwencję innych Doomów. To, że Victor ich rozpoznał sprawiło, że uznał ich za wrogów. Tak więc, nie – nie mają najmniejszego usprawiedliwienia dla swojej (a właściwie – scenarzysty) głupoty. Druga sprawa: wszystko, co tu widzieliśmy nijak ma się do przedstawionych wcześniej wersji wydarzeń. Przyjmę więc rozwiązanie takie, że to jakaś alternatywna, ułamkowa rzeczywistość i będę udawał, że nigdy się nie wydarzyło. Natomiast w razie gdyby jakimś cudem imć Fraction mógł dotrzeć do naszych opinii, chciałbym przekazać mu listem otwartym te oto słowa: Mr. Fraction, next time please, be so kind and keep your crap deep up you ass, where it belongs. Don’t throw it at us, readers, and our comic books. Thank you. Ocena: 1/10, a ten jeden pynkt dla Bagleya za alternatywne wersje Doomów (Ultimate Doom i Doctor Fate, hehe).

Indestructible Hulk #9
S_O: Strona z DD i Hulkiem wchodzącymi do baru to bezsprzecznie scena tygodnia, choć odgrywająca się Hill depcze jej po piętach. W ogóle cały ten numer był przyjemnym, pełnym humoru numerem. Cóż mogę powiedzieć więcej, poza "oby tak dalej"?
kuba g: Mark Waid, Daredevil, Hulk i dostałem najlepszy komiks ostatnich tygodni. Jest śmiesznie, dynamicznie, ciekawie i tak jak zawsze chciałem widzieć serię o Hulku, czyli Banner jest ciekawy, a nie zgrywa umęczoną pizdę. Trzeba w ogóle przyznać, że Waid w Marvelu ma za zadanie wyciągać stare postacie z dołka i depresji, wiecznie umęczony martwymi laskami Matt Murdock, damski bokser i agent Cylonów Hank Pym, oraz jęczący przez lata nad swoim zielonym tyciem Banner. A tu Waid potrafi ich prowadzić konsekwentnie do przeszłości jednocześnie zupełnie zmieniając ton historii. Świetny numer i czekam na kontynuację (jak i to, że inni scenarzyści w przyszłości będą czerpać z tych relacji).
Gil: Hehe, Waid sprytnie połączył swoje serie, zatrudniając Murdocka jako prawnika Bannera. Aż mi stanął przed oczami filmowy Proces Niesamowitego Hulka :P . Tutaj na szczęście całość prezentuje się o wiele lepiej. Podwaliny pod historię są dosyć proste, ale solidne. Pewne wątpliwości może budzić to, jak SHIELD przymyka oczy na obecność Daredevila, ale powiedzmy, że da się to naciągnąć do ram serii. Współpraca obu panów natomiast układa się nad wyraz fajnie i całkiem nieźle się przy tej lekturze bawiłem. No i znacznie poprawiły się rysunki, przynosząc ze sobą również wyraźną zmianę klimatu. Moja największa wątpliwość: Zemo w roli złoczyńcy. Ale może jeszcze coś z tym zrobią logicznego. Tymczasem dam mocne 6/10.

Morbius: The Living Vampire #6
S_O: Zieeeew. Większość numeru to gadanina, z której nic tak naprawdę nie wynika, bo późniejszy atak nowej przeciwniczki miałby ten sam efekt na rozwój fabuły. A skoro już o niej mowa - dopiero co na łamach Winter Soldiera mieliśmy jedną super-genialną ledwo wyrośniętą łotrzycę z nikąd, a teraz dostajemy następną. Czy random villain generator w siedzibie Marvela się zaciął, czy co?
A ostatnia strona (albo, dla tych, którzy je czytają, sierpniowe zapowiedzi, które wyszły dobry miesiąc temu) tylko mnoży pytania - na co drobnemu gangsterowi najpotężniejsza broń we Wszechświecie?
Gil: Dużo czasu zajęło im dotarcie do obowiązkowego cameo Spider-Mana. Zwykle pojawia się gdzieś w okolicach numeru trzeciego. Ale to tylko dowodzi, jak koszmarnie rozciągnięta była pierwsza historia. I najwyraźniej ktoś zdał sobie z tego sprawę, bo tutaj próbują na siłę podnieść wszystkie poprzeczki, uczynić ten tytuł bardziej bohaterskim, a zagrożenia bardziej zagrażającymi. Węszę spektakularną porażkę, bo nowych czytelników raczej tym nie zwabią, a mogą zniechęcić tych, którym pasowała wersja zmierzchowo-hipsterska. Jak dla mnie, to nadal są pełne wodorostów okolice dna, czyli 2/10.

New Avengers vol. 3 #7
Hotaru: Muszę przyznać, że z ulgą przyjąłem odejście od tematu zderzających się wszechświatów, by skupić się na trochę na konflikcie Wakanda vs. Attilan. Widać Hickman zaspokajał moją żądzę intrygi, i dopiero kiedy pokazał mi, że może zaserwować coś lepszego dotarło do mnie, że dotychczas serwowane danie nie smakowało mi tak mocno, jak myślałem. Rysunki Deodato są poprawne, ale czasami artysta mógłby pomyśleć o Ziemi i oszczędzać tusz, zamiast walić kreski gdzie popadnie, najczęściej na twarzach bohaterów.
S_O: CRY HAVOC AND LET SLIP THE DOGS OF WAR!
Jest ciekawie. Po ustaleniu zasad rządzących tą historią, Hickman poświęca trochę czasu na wyjaśnienie pewnych nieścisłości dotyczących tego, co jego postaci porabiają w innych seriach i rozwinięcie konfliktów wewnętrznych - a przez to rozumiem WOJNĘ MIĘDZY WAKANDĄ A ATLANTYDĄ! Shit+fan=ten numer. Serio. I'm hyped.
Krzycer: Tak jak w wypadku tegotygodniowych Avengers, tak i tu mam tylko jeden problem... i to nawet nie z tym numerem. Mianowicie, wychodzi tu na jaw, że to pierwszy numer po ostatniej mutacji Beasta. Co oznacza, że to, co widzieliśmy w sześciu poprzednich, to była Eptinga wizja "kociego Beasta". Doceniam, że Hickman odnosi się do (w miarę) bieżących wydarzeń w innych seriach, ale w tym konkretnym wypadku mógłto sobie darować. Nie było czego naprawiać.
Poza tym to kolejny świetny numer jednej z najlepszych marvelowych serii.
Gil: Podczas gdy seria bliźniacza tętni akcją, tutaj mamy chwilę oddechu na uporządkowanie pewnych spraw. Główny motyw to konflikt między Wakandą a Atlantydą, wywołany podczas AvX. Gdyby ktoś mnie pytał, uważam, że był to wyjątkowo durny pomysł i mam wrażenie, że Hickman myśli podobnie, stawiając tutaj Namora w pozycji tego, który dąży do zakończenia konfliktu. Ale widać też, że jednocześnie próbuje coś na tym pomyśle ugrać. I akurat to mnie najmniej interesuje, bo nigdy specjalnie nie lubiłem Black Panthera, a historie wokół Wakandy uważam za wyjątkowo monotematyczne. Nawet zapomniałem, że teraz króluje jego siostra, więc może są to jakieś ruchy w kierunku przywrócenia dawnego status quo? Drugi motyw kręci się wokół Richardsa, który po prostu opowiada Starkowi, co się ostatnio wydarzyło. Jest tu fajna scenka z kolacją u Dooma, ale przede wszystkim cieszy mnie to, że Hickman jasno określa, jak jego bohaterowie odnajdują się wśród ostatnich wydarzeń i jak to wszystko się łączy. Takie oczko w stronę continuity freaków ;) . I rysunki też niezłe, chociaż znów cieniowanie twarzy sprawia, że wyglądają zbyt pomnikowo. Ale ogólnie może być 7/10.

Superior Spider-Man #12
S_O: Camuncoli chyba za dużo nagrał się Wolfensteina 3D. Oh, well.
Ciężko powiedzieć mi coś konkretnego o tym numerze. Podobało mi się, że mimo całej tej swojej "superiorowatości" Potto nadal wyjaśnia cały swój plan podczas monologowania, później jednak okazało się to częścią jego planu, co znacznie osłabiło wydźwięk tamtej sceny. A reszta? Meh. Kilku gości wali się po mordach. Pewnie Spider-Man zgadzający się "sankcjonować" Spider-Slayera miała w założeniu wstrząsnąć czytelnikami, ale nie działa to, bo ostatnie pół roku Slott spędził, przekonując wszystkich, że nie mamy do czynienia ze starym Pająkiem.
Krzycer: Ojej, napięcie! Autentycznie! Nie ma co, ta historia Slottowi wychodzi. Pytanie, czy ustoi lądowanie...
Na razie jest dobrze i trudno powiedzieć, co Otto ostatecznie zrobi. I nawet tym razem wyszło Slotto bubkowienie Spocka - scena z tryumfalnym monologizowaniem była całkiem zabawna.
Oby tak dalej.
Gil: Raft – największe więzienie dla super-złoczyńców, tuż obok Nowego Jorku. Nie licząc dwóch przeciwników, jest tu 10 osób, zamkniętych w ochronnej bańce i 4 więźniów, z czego tylko jeden w celi. Co się stało z pozostałym personelem i więźniami? Jeśli wszyscy zginęli, to będzie chyba największa masakra od czasu… ech, w tych komiksach ciężko utrzymać rękę na pulsie :P . A gdzie jest jakakolwiek pomoc czy posiłki? Pińcet herosów w okolicy, zastępy agentów i policjantów, a nikt nie zauważył, że nie ma kontaktu z super-więzieniem? Naciąg taki, że gumka niedługo pęknie… Zabawne jest tylko to, że w pewnym momencie, Otton popełnia klasyczny błąd łotrowski, gadając trochę zbyt wiele, a tym samym podważa własną superiorowatość. Wszystko pomiędzy wspomnianymi elementami można traktować jak watę. Rysunki za to są całkiem niezłe, chociaż mają kilka słabszych momentów. Tym razem naciągnę najwyżej do 4/10.

Thunderbolts vol. 2 #11
S_O: Litania głupot wraca! Jaki był ostateczny plan Natchosa? Jaka była jego motywacja? Jaki był sens w tym, że jest bratem Elektry? Jakim cudem był on w stanie ukryć się przed T-Bolts, skoro prowadzi otwarte wykłady? Czemu Gamma Dynama były takim zagrożeniem, skoro Rulk może je miażdżyć masowo? I jaka była ich motywacja? Po co Venomowi i Deadpoolowi był potrzebny śmigłowiec? Bo ze zdolnością zmiany wyglądu Ross i Flash nie mieliby problemów ze zniknięciem, a Wade znalazłby jakiś głupi i nie trzymający się kupy sposób (mówimy tu w końcu o Wayu). Czyli nadal historia nie trzyma się kupy. Na szczęście od następnegu numeru (dobrze pamiętam?) scenarzysta się zmienia, więc może być tylko lepiej.
Gil: Chciałbym powiedzieć, że Boltsi skończyli się na „Kill ‘em all”, ale niestety, po tych słowach zostało jeszcze pół zeszytu… A w tej połówce, Way oświadczył nam nie wprost, że już mu się nie chce i ma to wszystko gdzieś, więc na paru stronach rozwiązał parę wątków – część zresztą off-panel – a potem rzucił jakieś hasło na koniec, żeby uzasadnić zostawienie tej nierozwiązanej części swoim następcom. Właściwie to nawet w tych teoretycznie zamkniętych watkach nie ma żadnych odpowiedzi, więc równie dobrze mogliśmy sobie obejrzeć dziesięć splash-page’ów z grafikami wyprostowanych środkowych palców. A skoro mowa o rysunkach, to powtórzę zarzut z poprzedniego numeru: wszyscy wyglądają tak samo. Już się zacząłem zastanawiać, co tu robi X-23, zanim skumałem, że to przecież Elektra. No nic, tradycyjnie 2/10 i zobaczymy, co przyniesie zmiana ekipy.

Ultimate Comics: Spider-Man vol. 2 #24
Hotaru: Zastanawiam się, co napisać. Bo przecież nie będę rozpływał się nad rysunkami Davida Marqueza. Są prześliczne, dynamiczne, staranne z kilkoma oryginalnymi rozplanowaniami kadrów na stronie. Ale do tego artysta nas przyzwyczaił. Nie będę też przecież pisał o tym, że Brian Bendis rozwija w tej serii skrzydła. To tez zrozumiałe, nawet kiedy we wszystkich pozostałych seriach popisywał się grafomanią, Ultimate Spidey zawsze był na wysokim poziomie. Nie inaczej jest i tym razem. Introdukcja nowych bohaterów, powolne wprowadzanie wątku Roxxon i dalszy ciąg zmagań Milesa z przeszłością - czego chcieć więcej?
Krzycer: Ładny numer. Przede wszystkim ładny - rysunki Marqueza są fenomenalne. Poza tym... fajnie, poznaliśmy Cloaka i Dagger, ale nie dostaliśmy żadnych odpowiedzi co do ich aktualnej sytuacji. Już uciekli, czy robią dla Roxxonu? To nie byłby zarzut, gdybyśmy dostali jakiekolwiek konkrety w tym numerze, a tymczasem wątek Milesa stoi w miejscu. Ale przynajmniej dostał motywująco z liścia. Zawsze coś.

Ultimate Comics: Ultimates #26
Krzycer: Wait, what? To tak odnośnie końcówki. A przed końcem... Jedno wielkie deja vu. "Ten zły" pstryka palcami i naprawia świat. Więc Avengers (pardon, Ultimates) chcą mu zbić pysk. Co prawda ma to tu trochę więcej sensu niż w AvX, bo tu faktycznie Reed jest zły i robił wcześniej złe rzeczy, ale porozmawiajmy o faktach. Fakty są takie, że ulepszył świat. I co się stanie, jak już Ultimates mu obiją pysk? Wszystko wróci do normy? I kto wtedy, podsumowując korzyści i straty, będzie "tym złym"?
(Co prawda wcześniej Reed rozwalił pół Polski, więc trudno mu kibicować, ale...)

Uncanny Avengers #9
Hotaru: Coraz bardziej męczy mnie ta seria. Rysunki Daniela Acuny są jak na mój gust zbyt ciężkie, brakuje im polotu i subtelności. Chyba wolałbym, żeby zajął się tylko szkicami, a potem ktoś bardziej utalentowany mógłby je ratować tuszem i kolorami. A tak - mamy rozpoznawalny i konsekwentny styl, który mi zwyczajnie nie podchodzi. Nie dlatego jednak zamierzam w najbliższym czasie pożegnać się z tą serią - t przez Remendera. Havok, Rogue i Scarlet Witch - to dla nich sięgnąłem po ten tytuł. Ale ich tu nie ma, bo w ogóle nie czuję w nich moich ulubieńców - to zwykłe atrapy. A gwoździem do trumny tego numeru jest 3-stronicowy "dialog" w Danger Room, gdzie ustami Wandy Remender tłumaczy się ze sceny kilka numerów wcześniej, za którą dostał w Necie spore cęgi od fanów i obrońców mniejszości. Jakby wywiady, w których się kajał, to było za mało...
avalonpulse0305c%20%5B1600x1200%5D.JPGS_O: Możnaby wyciąć kadr z terrorystami uciekającymi przed Wonder Manem (ten z "Too preachy?"), opisać ich jako "czytelników", a Simona jako Ricka Remendera, i już mielibyśmy opis tego numeru.
Najciekawszą częścią tego numeru były tła podczas kłótni Rogue i Scarlet Witch. Reszta - tak sama kłótnia, jak i wyjaśnianie fabuły Capowi przez Immortusa czy wytykanie Loganowi jego zbrodni, jest straszliwie NUDNA. Ta ostatnia scena dodatkowo irytuje mnie dlatego, że, jeśli dobrze pamiętam, Cap przyjął Sniktbuba do drużyny, hen, hen, na początku runu Bendisa, właśnie dlatego, że mogą potrzebować zabójcy. Zrozumiałbym jeszcze, gdyby czepiali się faktu, że zabił dziecko, ale nie, jedyne, o czym była mowa, to sam fakt zabijania. So yeah, whatever.
Krzycer: Poza strasznie przegadaną sceną* w Avenger-Danger Room, którą trochę ratuje pacyfistycznie niewalczący Wonder Man w tle, to był to całkiem przyjemny odcinek. Jasne, opierał się głównie na podkręceniu konfliktów tlących się w drużynie, ale przynajmniej tym razem miał bardzo, bardzo dobry fundament. Miło, że ktoś sobie wreszcie przypomniał, że superbohaterowie nie powinni zabijać. No chyba, że to Brood, Skrulle, roboty, itd, itp, etc. ad infinitum.
jdtennesse: Oj, ciężko i długo się to czytało. Czy całkiem źle? Nie do końca. Trudno było mi przebrnąć przez początek, gdzie jeden z ApoTwins sączy whisky a Logan, samotnie jak zawsze, chce ruszać przeciwko nim. Niestety, tożsamość Czterech Jeźdźców Apokalipsy znaliśmy już dawno, bo ujawniono wszystko w zapowiedziach (okładka), więc dużego zaskoczenia nie było. No i ostrzeżenie Immortusa, grozi nam to i tamto, wielkie zło… Średnio mną to wzruszyło. W ogóle mam wrażenie, że największym mankamentem tego (i nie tylko) numeru jest język – zbyt wyszukany, żeby nie powiedzieć pompatyczny momentami. Można by co nieco wyrazić krócej i jaśniej. Albo po prostu – za dużo tekstu. Wiele momentów jest przegadanych. Chociaż w drugiej połowie jest już lepiej, kolejne starcia w drużynie. Najpierw rozmowa Logana i Rogue, a potem słowne potyczki na sali ćwiczeń czy cokolwiek to jest. A szczególnie Wanda i Rogue, obie mają rację, ale ostatnie słowo należy do Rogue, pamiętajmy kto prawie zniwelował mutantów. Ostateczny rozłam w drużynie i ostatnia dyskusja dowodzą, jakim złym pomysłem było połączenia A i X w jedno. Dziwię się tylko, że Alex został z A. Rysunki są byle jakie, tak na marginesie. 6/10.
Gil: Coraz bardziej męczy mnie ta seria. I to w wyjątkowy sposób, bo objawia się to tym, że wolę czytać fragmenty poświęcone złoczyńcom, niż te z bohaterami. Przynajmniej Apokaliptyczne Bliźniaki są w jakiś sposób interesującymi postaciami, nawet pomimo faktu, że są dziwne i mocno przekozaczone. Coraz bardziej mam wrażenie, że Remender zaczął kupować dragi od Aarona, bo również mocno skręca w stronę abstrakcyjnych i przerysowanych pomysłów. Różnica polega na tym, że Aaron po prostu tripuje, a Remender udaje, że to wszystko jest na poważnie i wychodzi mu z tego coś na kształt programu politycznego Janusza Korwina-Mikke. A jednocześnie, będąc na tej samej fazie, próbuje sobie pofilozofować ustami herosów... i to jest jeszcze większy dramat. Z trudem przebrnąłem przez parę pierwszych dymków, a potem odpuściłem sobie te bzdury. Po prostu ciąg dalszy sztucznego rozdymania konfliktu, podczas gdy teoretycznym założeniem serii jest rozwiązywanie tego konfliktu. Zupełnie inną sprawą jest czasowe rozłożenie fabuły. Początek numeru sugeruje, że minęło dość dużo czasu od zakończenia poprzedniego, bo zdążyli pozbierać do kupy i wyleczyć Wolvieka, wrócić do posiadłości i poćwiczyć, a tymczasem Cap wciąż siedzi w tej dziurze pod ziemią i gawędzi z hologramem Immortusa. A potem w okamgnieniu znów jest w domu. Pewnie jeszcze w międzyczasie zdążył odwiedzić Zolaworld... I znów się kłócą i rozchodzą... Dramat. Aha, i jeszcze jedna rzecz na koniec: koszmarnie różowa okładka. Po tym, nie mogę powiedzieć złego słowa o rysunkach wewnątrz. Natomiast cały ten zeszyt mogę ocenić najwyżej na 3/10.

Wolverine: MAX #8
S_O: A myślałem, że to UA było w tym tygodniu nudne. Wolverine przed pół numeru sniktuje bubów, a przez resztę musimy wysłuchiwać jojczenia pindy i jej tragicznej historii, której wcześniej autor nawet nie zasugerował, a która jest tak wypełniona gwałtami, uzależnieniami i dziecięcą prostytucją, że staje się groteskowa po dwóch zdaniach. A Logan stwierdza, że doskonale ją rozumie.
Już nie wspominając o tym, że cała ta krwawa zemsta miała miejsce ze względu na psa, którego Sniktbub przygarnął miesiąc wcześniej. Jasne, kto jak kto, ale ja rozumiem, jak właściciel może się przywiązać do swojego zwierzaka, ale serio. Serio.

X-Factor #258
Hotaru: Bardzo przyjemni mi się to czytało, choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że numer służył tylko jednemu celowi - by elegancko odstawić bohaterów do redakcyjnego limbo. I tak jest, znaczy - elegancko. Nie wiem jednak, że Rahne zasługuje na taki los...
S_O: Historyjki nadal wydają się nie być powiązane... ale mimo wszystko w obu na razie mamy wyraźny wątek demonów i diabłów. A że następny numer ma się kupiać na Longshocie i Shatterstarze, obecnie martwych, to powiedziałbym, że na tym jeszcze nie koniec.
Sama historia... Jest. Po prostu. Czyta się ją przyjemnie, ale ciężkov powiedzieć, żeby była czymś więcej, niż pokazaniem, jak postać trafiła z punktu A do punktu B. Zwłaszcza, że spory kawałek numeru to gadanina z majakami. No, ale przynajmniej Rahne doczekała się mniej lub bardziej szczęśliwego zakończenia.
Krzycer: Well, shit. Koniec X-Factor to będą one-shoty o pojedynczych członkach zespołu. Co powiedziawszy, ten akurat był ładnym domknięciem "kariery" Rahne w X-Factor, zgrabnie przenoszącym ją do Limbo, w którym może sobie zgodnie z charakterem posiedzieć jakiś czas.
Nie był to wybitny komiks, nie było to najlepsze spotkanie Rahne z pastorem, ale był to komiks zgrabny, łatwy w odbiorze i dający w miarę satysfakcjonujące zakończenie.
I misia. Nie zapominajmy o biednym, biednym misiu. Guido naprawdę nie ma serca. Tzn. duszy.
jdtennesse: Czyli taki będzie koniec X-Factor? Cicho i spokojnie członkowie drużyny rozejdą się w przeciwnych kierunkach i zaczną nowe życie? Hmm. Rozumiem, że ostatnie wydarzenia mogły wstrząsnąć członkami drużyny, ale czy do tego stopnia, żeby po prostu "się rozwiązali"? Spodziewałem się jakiegoś bum, wielkiej rozpierduchy, ale pewnie ostatnie wydarzenia mają właśnie służyć za swoisty prolog tego końca. Tym bardziej zastanawia mnie poprzedni numer, czy rzeczywiście był tylko zapychaczem bez związku z całością? Rahne odnalazła (lub odnajdzie) ukojenie w kościele. Ciekawe jaki będzie "koniec" pozostałych członków X-Factor. 5/10.
Gil: Fajne było starcie między Hell Lordem Guido, a Rahne. I to właściwie wszystko. (Swoją drogą, właśnie uświadomiłem sobie, że teraz szatan nazywa się Carosella… Jeez!) Jest jakiś pomysł w tym, żeby połączyć ze sobą postacie, które maja problem z brakiem celu, ale jak dla mnie wystarczy już tego ciągłego religijnego męczeństwa Rahne i mogliby wreszcie dać jej spokój. Nawet mimo pozytywnego wydźwięku tej historii wolałbym, żeby znalazła sobie jakieś inne remedium, bo to rozwiązanie tak naprawdę niczego nie zmienia. Jako postać wylądowała właściwie w punkcie wyjścia, co w dobrze pisanej historii nie powinno się zdarzyć po ponad stu numerach. Nie podeszło mi też połączenie dwóch (dwojga?) artystów o wyraźnie różnych stylach, chociaż oprawa graficzna próbowała to złagodzić. Nadal będzie to 6/10, ale tym razem słabsze rejony.

X-Men: Legacy vol. 2 #12
S_O: Brawo! Autor, autor! Szczęka mi opadła, gdy zaprezentowane zostało rozwiązanie. Nie tylko nie spodziewałem się tego, przez myśl mi nawet nie przeszło, że tamten - wydawałoby się, całkowicie oderwany od czegokolwiek innego - numer sprzed paru miesięcy był czymkolwiek więcej, niż zapchajdziurą. Cała reszta numeru również stoi na wysokim poziomie, i - w przeciwieństwie do ostatniego SS-Mana - pokazuje, jak napisać historię w stylu "Wszystko Zgodnie Z Planem" tak, żeby naprawdę zadziałała. Koniec końców, kolejny solidny numer autorstwa Santiego Sardiny.
Krzycer: To kolejny komiks w tym tygodniu, do którego mam tylko jedno zastrzeżenie: biorąc pod uwagę to, ile czasu spędzamy w głowie Legiona, miło byłoby mieć jakiś wgląd w to, co się w tej głowie dzieje. Bo jednak takie zwroty akcji o 180 stopni spod znaku "ha-ha! Wszystko idzie zgodnie z planem!" szybko tracą na wartości.
Ale.
Ale poza tym to było satysfakcjonujące zakończenie tej historii, jak i kulminacja pierwszych dwunastu numerów - bo i Żółty Goblin dostał za swoje, i relacje z X-Men zostały trochę naprostowane, i z małą japońską dziewczynką w szkolnym mundurku też... Simon Spurrier sporo tu zmieścił.
I to dalej jest najciekawszy ukazujący się obecnie x-komiks. Oby tak dalej.
jdtennesse: Nadal uważam, że to najlepsza z wychodzących serii o mutantach, to jednak tym razem mam pewne zastrzeżenia. A właściwie jedno – za gładko poszło. Nie mówię, że tak bez sceptycyzmu podszedłem do faktu, że David chciał wyrzec się swoich mocy, które są praktycznie nieograniczone. Owszem, można się było domyślić, że ma jakiś ukryty plan. Ale żeby wszystko się tak ładnie związało i udało? No cóż, może się czepiam. Ogólnie świetny numer, gra zespołu Ruth całkiem zgrana, antybohater uciekł, jak to już niestety zwykle bywa. Wszystkie wątki zostały ładnie podsumowane, widać, że jest to komiks przemyślany na wiele numerów do przodu, a nie pisany na kolanie tydzień-dwa przed premierą. A mi najbardziej podobało się zakończenie – obietnica złożona Ruth oraz ostatnia scena w głowie Davida. Z niecierpliwością czekam co będzie dalej. Rysunki są znośne, ale nie powiem, żeby mi się podobały. 7,5/10.
Gil: Nazi with a jetpack! :D . No nie, teraz to już nie mam najmniejszych wątpliwości, że to najlepsza z X-serii! Ale to tylko wisienka na torcie, jakim jest cały ten zeszyt. Dawno nie widziałem tak ładnie powiązanych wątków ze wszystkich poprzednich numerów i to od większego obrazka począwszy, po diabły tkwiące w szczegółach. Przekonanie czytelnika, że to wszystko było większym planem samo w sobie jest niezłym osiągnięciem, ale tym większym jest uskutecznienie tego planu tak, żeby nie pozostawić wątpliwości. I szczerze Wam powiem, że nie mam czego się przyczepić. Nawet przerysowanie niektórych elementów wpisuje się w konwencję tej serii. Ale co się dziwić? Jest tak szalona, że wszystko tu uchodzi na sucho. Cieszy też fakt, że chociaż David gra pierwsze skrzypce, nie jest to koncert solowy, bo i adhocowa ekipa Ruth sprawdza się świetnie. I nawet rysunki lepsze. Zasłużone 8/10 będzie.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:

avalonpulse0305a.jpgX-Men: Legacy vol. 2 #12
Autor:
Mike Del Mundo

Hotaru: Mike Del Mundo powoli przejmuje po Davidzie Yardinie pałeczkę najlepszego "okładkowicza" w Marvelu. To kolejna jego praca, która jest świetnie przemyślana, całkiem inteligentna i wykorzystuje w kompozycji logo serii. Po raz kolejny jestem pod wrażeniem.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.06.19
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.