Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #303 (10.06.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 10 czerwiec 2013Numer 23/2013 (303)


Pojawiło się wiele pozycji w minionym tygodniu więc i Pulse wyjątkowo obszerny dzisiaj. A w nimmiędzy innymi: przedostatnia odsłona Age of Ultron, "love and hate" w All-New X-Men, kontrowersyjny numer Avengers Arena oraz dużo więcej.

Age Of Ultron #9
Hotaru: Wow, przedostatni numer. Nie podejrzewałem, że Brian Bendis zafunduje nam coś takiego. Przez "coś takiego" rozumiem odkręcenie pewnego pseudo-wstrząsającego zagrania z kilku numerów wcześniej (czyniąc dwie poprzednie odsłony serii kompletnie pozbawionymi sensu) i pseudo-wstrząsającą rewelację dotyczącą Hanka Pyma, która tak naprawdę niczego nie zmienia, bo nasz intelektualnie upośledzony bohater Logan jedynie próbował odkręcić to, co sam w swej głupocie namieszał. Jakie to szczęście, ze finałowy 10 numer eventu będzie rozprowadzony w czarnych foliowych torebkach. Będzie można od razu wrzucić go do kosza.
S_O: Nie, alternatywny Tony Starku, nie poddawaj Wolverine'owi żadnych pomysłów! Widzę kiepsko skrywany zachwyt na jego twarzy, gdy tylko pomyślał "I can snikt time?". Jeszcze to zrobi.
Sniktowanie nie pomogło, teraz więc Logan musi zdać się na - o zgrozo - rozsądek. Śledzenie jego dyskusji z samym sobą jest całkiem przyjemne, a jeszcze zabawniejsze jest śledzenie Pyma, na którego twarzy permamentnie widnieje wyraz, który łatwo można opisać trzema literami.
Acha, a propos Pyma - założę się, że zbudował on specjalne urządzenie, które miało usunąć mu wspomnienia rozmowy z Loganami, ale coś nie zadziałało, przez co pokręciło mu się w głowie i dlatego długo później został Yellowjacketem. Tak, Logan stał za pokręconą historią Pyma i słynnym bitchslapem.
Acha, jeszcze jedno. Marvel obiecał, że zabije Logana, i tak właśnie zrobił. Enjoy!
Undercik: Fajnie wyszedł Bendioswi Pym i rozmówki o czasie. Numer bardzo po Bendisowsku przegadany. Mógłbym narzekać na niektóre rzeczy, ale mi się nie chcę, ponieważ naprawdę fajnie się to czyta. Jak już zaznaczałem, dla mnie to zwykła maxiseria bez wpływu na 616. Lepiej by się to chyba czytało 10 numerów na raz. Tym czasem czekam na finał który już za 2 tygodnie. Niech już przyjdzie Angela i ewentualnie Miracleman i niech rozwalą Ultrona.
Krzycer: No dobra, to był całkiem fany numer. Przegadany jak cholera, ale fajny. Prawdopodobnie wiemy już, że Ultron zostanie pokonany przez deus ex machinę - "kod, który go powstrzyma, o którego istnieniu zapomnę dzięki pomocy telepatów" - ale ponieważ obserwujemy powstanie tej deus ex machiny, to całość jest do przełknięcia. W przeciwieństwie do finału "Alias", gdzie była podobna deus ex machina ("cześć, jestem Jean Grey, pewnie nie pamiętasz, ale pracowałyśmy nad blokowaniem wpływu Purple Mana..." no żeż...!).
I tylko jedna rzecz nie daje mi spokoju. Tak, to jest fajna, mocna scena, kiedy do jaskini wchodzi dwóch Loganów, a po snikcie wychodzi tylko jeden... ale... ale jak? No jak, ja się pytam, jakim cudem jeden Wolverine mógł swoimi pazurkami zrobić temu drugiemu cokolwiek, z czego ten by się nie podniósł? Logan mógł tam wnieść piłę mechaniczną z adamantiumowym łańcuchem, palnik acetylenowy i miecz świetlny, i wciąż można by mieć wątpliwości, czy naprawdę mógłby tym siebie zabić. Ale żeby wciskać nam, że jeden snikt może załatwić sprawę?
No chyba, że wysunął pazury, żeby zebrać nimi rosę i napełnić nią małe zagłębienie, tworząc płytką kałużę, w której utopił drugiego Logana. Jak wiadomo, to działa na Loganów.
kuba g: Tak, to znów przegadany numer. I dobrze. Bendis stwierdził, że stworzy komiks, który będzie wykładnią i komentarzem do komiksowych zabaw czasem, nie komiks o Ultronie, nie komiks o wojnie z AI, ale komiks, który jest (niestety nie aż tak udaną jakby chciał) biblią komiksowych podróży w czasie. I za to mu chwała, kosmos ma swoich teoretyków i swoje komiksowe wyrocznie, czas w Marvelu jeszcze nie (albo ja oczywiście coś przegapiłem). Pod tym względem kupuję ten komiks, przestaje widzieć większe jego wady oprócz kadru z Susan nienaturalnie rozciągniętą w górę. A w następnym numerze pewnie czeka nas patetyczny rozpierdol.avalonpulse0303b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Wilsonon: Mimo sporej ilości dialogów i do tego pisanych przez Bendisa, nie odczułem znużenia. Numer wciągnął mnie i jako pojedynczy numer daje mu mocne 7/10. Jedyne co bym wyrzucił z zeszytu to początkową walkę z Doombotami. Całkowicie nic nie wniosła.
Do rysunków nie można się przyczepić, ale też nie można ich pochwalić. Ot, taki sobie Hitch.
Gamer2002: Pamiętacie jak w AoU bohaterami mieli być Spock, Wolverine, Sue i Rulk a okazało się, że tylko Wolverine i Sue się liczą? Nastąpiła kolejna zabawa z czasem i z tej pary już tylko jedna postać naprawdę się liczy. Zgadniecie która? Czas minął.
No więc w Age of Morgana Le Fay Sniktbub najwyraźniej wrócił do Savage Land tym samym Quinjetem, który Cage użył w Age of Ultron a następnie chyba do NY przefruną pterodaktylem. Gadka z Starkiem i Pymem może zła nie była, ale widać tu jak fabuła była składana przez stado zapijaczonych orangutanów.
Nie mam ochoty się zastanawiać nad znaczeniem ostatniego panelu, ja i tak swoje wiem - Sniktbub znowu wszystko spieprzył, bo zapomniał o Furym. 3/10.
Tori: A więc czas to żywy organizm, który można zabić? Ciekawe. Właściwie, jakby to jakoś sensownie rozwinąć, to mogłaby całkiem niezła historia z tego być. A poza tym mamy spodziewany powrót w czasie i Wolverina z misją powstrzymania Wolverina z misją powstrzymania Pyma przed stworzeniem Ultrona (czy ja już kiedyś czegoś podobnego nie widziałem?). I muszę przyznać, że jak już się chłopaki przestali lać po pyskach i zaczęli gadać, to całkiem zgrabnie im to wyszło. Zwłaszcza Pym zafascynowany podróżami w czasie i kłócące się Wolvy obok niego. Właśnie, Wolvie do kwadratu. Właściwie, jakby obaj wrócili, to przynajmniej nie byłoby problemu z odpowiedzią na pytanie, czemu on jest w tylu zespołach jednocześnie i ma jeszcze czas występować w solowych seriach? Jednak muszę przyznać, że rozwiązanie problemu "tego drugiego" dość drastyczne i nieco zaskakujące. Snikt? I się Wolvie na to zgodził? No cóż... A na koniec wreszcie mamy Ultrona, tylko nie do końca w tej właściwej wersji. Ostatecznie cały numer wyszedł zadziwiająco dobrze, jak na tą historię i teraz zostało jedynie wrócić do "naszej" teraźniejszości i zobaczyć, jak wszystko wraca do normy. Plus ewentualny efektowny wybuch Ultrona, w końcu złe roboty zwykle na koniec wybuchają.
Gil: Hm, muszę przyznać, że pod pewnymi względami podoba mi się to, co Bendis próbuje tu pokazać. Historia zmieniła się z wojny z Ultronem w dywagację na temat majstrowania w linii czasowej i przynajmniej od strony teoretycznej trafiła tym do mnie. Mam na myśli to, że nie było wcześniej (pomijając Back To The Future 2, ale tam wyglądało to trochę inaczej) historii, w której ktoś namieszał w linii czasowej, zobaczył konsekwencje i postanowił przywrócić stary porządek. Co ciekawe, wygląda to tak, jakby całość zaczęła się w tej linii czasowej, która już nie istnieje, a znana nam rzeczywistość była już wynikiem tej historii. I w tym momencie jestem autentycznie ciekaw, jakie będzie ostateczne rozwiązanie - czy rzeczywiście pójdą w tym kierunku, czy może zafundują nam jakieś inne wyjaśnienie. Nie będę ukrywał, że trochę się tego obawiam po doświadczeniach z poprzednimi eventami, ale jestem ciekaw. A co było w tym zeszycie? No właśnie, skupiał sie na teorii i trochę mnie tym zaskoczył. Początek był ciut za bardzo rozciągnięty, ale od powrotu do przeszłości zrobiło się nawet ciekawie (chociaż czytelników akcjolubnych może trochę znudzić ilość gadania). Znaleźli jakieś rozwiązanie i jestem ciekaw, czy się udało. No i jeden Wolviek zabił drugiego. Ale czy na pewno? I jakoś tak najmniej z tego wszystkiego podobały mi się rysunki. Są po prostu średnie, a chwilami wręcz słabe. Ale ogólnie było lepiej i mogę naciągnąć do średnich rejonów 6/10.

All-New X-Men #12
Hotaru: Jedyne, co zapamiętałem z lektury tego numeru, to że rysunki Stewarta Immonena były tym razem wyjątkowo średnie, a Bendis pisze Scarlet Witch w sposób, który budzi mój wewnętrzny sprzeciw. Poza tym, mamy kolejne pogadanki, które tak naprawdę nie dążą do rezolucji sytuacji, w której piątka młokosów znalazła się poza swoim czasem. Nijakie to wszystko...
S_O: No dobra, dla scen między Scottem i Alexem warto było ściągać dzieciaki do teraźniejszości. Poza tym, powinniśmy się byli domyśleć, że jeśli ktoś napisze herosów rozmawiających na temat nieporozumienia zamiast od razu rzucać się sobie do gardeł, to będzie to właśnie Bendis.
Nawet, jeśli dyskusja szybko schodzi na inne tory, dając supporterom Right-Mana więcej amunicji poprzez kolejne ukazanie hipokryzji Mścicieli. Choć zgaduję, że jak Xavier w końcu zmartwychwstanie, Scottowi również wybaczą - w końcu najwyraźniej to wszystko działa na zasadzie "no harm, no foul".
Krzycer: Wszystko fajnie - wiadomo było, że oba zespoły sobie tylko pogadają i rozejdą się - ale to nie zmienia cliffhangera z poprzedniego numeru, w którym Thor zestrzelił Blackbirda tylko po to, by Avengers mogli poprosić Logana o "wyjaśnienia". Thor, god of overkill...
Ale - ale scena z Havokiem i miniScottem była fajna, reakcja Rogue na wybryki miniJean też, jak i wyjaśnienie Wolverine'a, jak wygląda jego "understanding" z Capem.
No i Mystique jednak nie ma w d***e losu mutantów, tylko tak mówi. To miło.
...ale... czy w dzisiejszych czasach naprawdę są banki, do których można wbić, żeby wynieść stamtąd tony banknotów? Wiem, drobnostka, albo kwestia komiksowych realiów, ale nie daje mi to spokoju. Zwłaszcza, że odpowiedź Bane'a na pytanie, czemu atakuje giełdę, była jedną z najlepszych kwestii w TDKR i wbiła mi się w pamięć.
No i radzę wszystkim, by za każdym razem, gdy ktoś mówi Marvel Girl po imieniu, czytać to jako "JEEEEEAAAAN!!!"
kuba g: Najlepszy element tej historii (obok rysunków) to Jean. Jej zachowanie jako jedynej jest na tyle realne, że niezależnie czy się zgadzam z nią czy nie, jest postacią, która mnie tu interesuje. Cap jest ustawicznie starym trepem, który zatracił wszystko co było w nim fajne gdy pisał go Waid i Rieber, X-Meni to takie pizdeczki i popychadła nie ważne jak butne teksty walą... no może jeszcze Beast jest ok, ale na to może mieć wpływ spory mój sentyment do postaci (Kitty pominę bo robi znów za ozdobnik). Ta historia dalej mnie wciąga, szkoda tylko, że nie lubię obecnie 3/4 obsady (ale to nie wina Bendisa, on robi tu dobrą robotę, po prostu tak obecnie wyglądają charaktery tych postaci ogólnie).
Wilsonon: Pisanie nastolatków świetnie wychodzi Bendisowi. Dostaliśmy ckliwe momenty między Summersami i kolejne problemy z młodą Jean. Ale najciekawsze w tym zeszycie było rzucenie hipokryzją w twarz Avengersów, szczególnie w dwóch buraków i jedną tępą dzidę. Szkoda że dzieciaki tak mało wiedzą o AvX. Przy każdej odpowiedzi czy to Wandy, czy Capa mogłyby kończyć konwersację słowami "A co ze Scottem?". Szkoda że Bendis dopiero teraz pokazuje jakimi niekonsekwentnymi bucami są Mściciele.
Immonen dalej przykłada się do każdego kadru sprawiając, że nawet bez dialogów dałbym wysokie 8/10 temu komiksowi.
Tori: Hej no, tak bez zwyczajowej bijatyki? Od razu pogadanka? Normalnie w szoku jestem. Ale bardzo dobrze, bo rozmowa X-ów z Avengersami jest zdecydowanie na plus. Spotkanie Summersów bardzo miłe, a olewka Capa bezcenna. Dalej mamy zestawienie Jean z Wiedźmą i chyba poczyniliśmy kolejny krok w kierunku zdarksajdowania panny Grey, ale w jakim stylu. Wreszcie, wreszcie ktoś bardzo ładnie podsumował to, co Avengersi odstawiają. No dobra, generalnie to bardziej scenarzyści niż Avengersi, ale wiadomo o co chodzi. Po tym wszystkim co Szkarłatna nawyrabiała, po rozwaleniu Avengers i po "No more Mutants" ot tak przyjmuje się ją z powrotem do drużyny? Bzdura, głupota i sam nie wiem co jeszcze. Jean pięknie im to wszystko wygarnęła i jeśli Bendis planuje w przyszłości starcie obu pań, to jestem jak najbardziej za i dobrze wiem, komu będę kibicował. Właściwie cały numer zszedł na pogadance obu drużyn, na koniec uraczono nas Brother-Hugsem (awww... ^^ ) i lecimy nastukać Raven. Podsumowując, znów bardzo miło się czytało, rysunki również na poziomie, nic tylko czekać na więcej.
jdtennesse: Chyba po raz pierwszy, oczami juniorów zobaczyłem, jak łatwo Wolverine i jego szkoła zapomnieli o poczynaniach niektórych swoich obecnych "sprzymierzeńców". Jean nadal posługuje się swoimi mocami bez większych zahamowań i czyta myśli Wandy. Ten moment bardzo mi się podobał, bo tej postaci nie trawię od dawna i sam nie rozumiem, jak Havok może stać obok Wandy jakby nigdy nic. Myślę, że odmienny punkt widzenia, który prezentuje Scott senior został dziś lepiej przedstawiony i uzasadniony niż kiedykolwiek, mimo że nie pojawił się w sumie jako taki. Fajna jest rozmowa Alexa z młodszym bratem, ale jednak młodszym, czyli nieprawdziwym. A w tle znowu pojawia się Mystique ze swoją zgrają i, podobnie jak my, wszyscy zastanawiają się po co robią to co robią. Dyskusja w samolocie „młodych” ze "starymi" X-Men jest dla mnie nieprzekonująca, Kitty używa argumentów typu "mutanci pojawiają się na całym świecie" – i co z tego? Pojawiali się od dawna, a to że przestali zawdzięczają tylko jednemu z członków Avengers. I trzeba było rozłamu i walki AvX, żeby mogli na nowo zacząć się pojawiać. Oby tak dalej. Może jednak przekonam się do sloganu "Cyclops was right". 6/10.
wolvie111: Ja również spodziewałem się bijatyki, ale rozmowa Scotta i Alexa jest świetną rekompensatą. Ale najlepsza zdecydowanie Jean i jej: "You killed as all". Aż mi się morda sama uśmiechnęła. Oczywiście wiem, że jakośtam próbowano Wandę wytłumaczyć i zwalić winę na Dooma, że bidulka była pod czyjąś kontrolą. Ale tu znowu się nasuwa pytanie z jakiej, więc racji ścigają Scotta, który również był pod "złym wpływem", gdy zabijał Xaviera i na dodatek nie wymordował tysięcy istnień jak Wiedźma. Skoro Wanda dostaję mimo to drugą szansę, to po co się przyczepiać do niego:) Oczywiście tu znowu wychodzi moja frustracja po przegranej mutantów w AvX, ale mam nadzieję, że któryś ze spostrzegawczych, oryginalnych X-men zauważy zależność i kiedyś to wypomni nadętemu Loganowi lub Capowi.
Poza tym numer bardzo dobry, lekturę chłonie się jednym tchem. Podoba mi się tu stara dobra złodziejka- Mystique i bardzo słuszne wątpliwości Lady Mastermind. Swoją drogą zastanawiam się czy akcje Raven na łamach ANX nie kłócą się trochę z tymi z Wolverine and the X-men? Sam nie wiem, bo tę drugą lekturę porzuciłem na dobre pare numerów temu.
Od strony graficznej bardzo przyzwoicie, Immonen nie obniża poziomu, rysunki świetne.
Dam za numer 8/10.
Gil: Kolejny numer, który mogę podsumować jako całkiem fajny, chociaż z pewnym "ale". Spotkanie z Uncanny Avengers wyszło pod wieloma względami lepiej, niż się spodziewałem. Przynajmniej raz obyło się bez bezsensownej bijatyki wstępnej. Jeden Alex postanowił najpierw na spokojnie pogadać i jego spotkanie z młodszym-starszym bratem wypadło świetnie. Może nawet idealnie. Nie mogę też nie zauważyć, że Uncanny Avengers w rękach Bendisa wypadli lepiej niż u Remendera. Przynajmniej nie żrą się między sobą, a współpracują i wspierają się. I tu pierwsze ale: tylko Cap zachowuje się jak buc, chociaż wcześniej Bendis nie prowadził go w ten sposób. Żeby nie było tak całkiem cukierkowo, mamy też małą akcję, kiedy Jean dowiaduje się, co uczyniła Wanda. Okej, mogę powiedzieć, że jej reakcja jest w jakimś stopniu uzasadniona i dość przyzwoicie potraktowana. Zakładam przy tym, że jeszcze nie wie, jak Phoenix narozrabiała w jej imieniu i ciekaw jestem, co będzie, kiedy w końcu się dowie. Drugie „ale” to cały pretekst do tego spotkania i działania kompanii Mystique. Nadal nie widzę w nich sensu. Natomiast nie przeszkadza mi to, że Wolviek niezwykle szybko się domyślił wszystkiego, bo parę sugestii wcześniej było. Dla odmiany reakcja Avengers była trochę pochopna i ratuje ją tylko fakt, że nie przesadzili z agresją. No i plusem są dobre rysunki, na których nawet nowy dresik Havoka wygląda dobrze. Tak wiec, znów dam mocne 6/10.

Avengers Arena #10
Hotaru: Obiektywnie mówiąc, ten numer był całkiem w porządku. Riccardo Burchielli godnie zastąpił Keva Walkera przy rysunkach, a Dennis Hopeless napisał naprawdę wstrząsającą historię. I chociaż zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę, to najchętniej skopałbym scenarzystę za to, co zrobił w finale numeru. Niech cię szlag, Hopeless!
S_O: Pierwsza DUŻA śmierć po pierwszym numerze, oczywiście więc numer wywołał sporo szumu. I szczerze? Nie bardzo wiem, o co. Nico zrobiła wszystko, co mogła, postawiła dobro reszty grupy przed swoim, jak przystało na liderkę, i tylko nieszczęśliwa kontuzja uniemożliwiła jej ucieczkę - co w świecie, w którym co druga historia zawiera jakiś niewiarygodny zbieg okoliczności, nie powinno nikogo dziwić. Ale oczywiście zginął ktoś, kto nie był uprzywilejowanym białym, heteroseksualnym cis-mężczyzną, więc to skandal.
A do hejterów: spójrzcie na to w ten sposób - nawet, jeśli to nie jest wirtualna rzeczywistość czy coś w tym stylu, przynajmniej młodzi giną z hukiem, zamiast powoli umierać w redakcyjnym limbo, odkopywani raz na sto lat, żeby występ gościnny w jakiejś podupadłej serii podniósł na chwilę liczbę sprzedanych egzemplarzy.
Demogorgon: Chciałbym zadedykować Denisowi Hopelessowi i całemu Marvel Comics ten oto cytat z niesławnego dodatku do Dungeons & Dragons, Book of Erotic Fantasy:
<cenzura>
Ten komiks, jakby to powiedział pewien mój przyjaciel, <cenzura>. Nie tylko wszyscy zachowują się jak cholerni idioci (Czemu X-23 rzuca się do walki bez jakiejkolwiek analizy sytuacji? Czemu do diabła po tym jak Hopeless tyle gadał jak to zawsze analizuje ona swoje otoczenie w poszukiwaniu najlepszych metod zabijania wszystkich wokół po prostu leci do przodu i atakuje od frontu jak idiotka? Czemu Whatshername po całej tej gadce jak to gra by wygrać nie zabija jej? Czemu Chase od tak daje się usadzić na rozkaz Laury? Czemu ekipa nie próbuje zwyczajnie rozwalić Sentinela? Czemu Nico nie spróbowała zaklęcia Help W PIERWSZEJ CHWILI GDY TELEPORTACJA NIE ZADZIAŁAŁA?!) , z tego co rozumiem cała sytuacja ma miejsce, bo wszyscy zachowywali się wcześniej jak cholerni idioci, co i mnie wcale nie dziwi, biorąc pod uwagę moje wcześniejsze doświadczenia z tą papierową wersją snuff filmu. Co zresztą sprawia, że jakakolwiek tragedia, jakikolwiek emocjonalny ciężar jaki mogła mieć śmierć Nico wyparowuje - jak mam czuć smutek, kiedy wszystko co do tej śmierci doprowadziło było głupie jak but?
avalonpulse0303c%20%5B1600x1200%5D.JPG Samej śmierci zostaje poświęcony cały numer i Hopeless próbuje nam to przedstawić jako bohaterskie poświecenie się, ale jest takim niekompetentnym kretynem, że w ogóle mu się to nie udaje. Ponieważ jet to ripoff Battle Royale, myślę, że mogę sobie pozwolić na porównanie ze sceną, którą Hopeless próbuje tu skopiować - pojedynkiem Sugimury z Kiriyamą (mówię tu o wersji mangowej, jako, że to to samo medium). Schemat jest ten sam - desperacka walka przeciw o wiele lepszemu od naszego bohatera socjopacie w celu obrony ukochanej osoby/towarzyszy niedoli, która po ulotnej chwili nadziei zostaje brutalnie zakończona śmiercią. Różnica polega na tym, że pojedynek w Battle Royale zajmuje osiem rozdziałów, każdy mniej więcej długości przeciętnego komiksu Marvela, rozłożonych na przestrzeni dwóch tomów, a w jego czasie dochodzi do głębokiego rozwoju charakteru, który zostaje zwieńczony przezwyciężeniem dawnych ograniczeń i wybiciem się na poziom, o którym nie mógłby marzyć. Sugimura rozkwita w tej walce, akceptuje to, że zapewne zginie, ale mimo to prze naprzód, a nowo odnaleziona odwaga zostaje nagrodzona osiągnięciem doskonałości, przez co jego późniejsza śmierć jest poprzedzona czystą zajebistością (to jedyny facet który, przed finałową walką, zdołał cokolwiek zrobić Kiriyamie, nastoletniemu T-800 Battle Royale), możemy z czystym sumieniem powiedzieć, że zginął tak, jak giną bohaterowie. Nico z kolei dostaje wpierdol przez kilka stron jednego zeszytu, nie ma żadnego rozwoju charakteru a jej wielki moment to znalezienie sposobu aby teleportować resztę gdzieś daleko. Gorzej, nawet w chwili nadziei zostaje jej odebrana wszelka inicjatywa. W Battle Royale, we wspomnianym przeze mnie pojedynku, chwila nadziei przychodzi gdy Sugimura w końcu pojmuje nauki swego mistrza i zaczyna zamiatać podłogę Kiriyamą i chociaż jest to koniec końców nic nie warte, bo i tak zostaje pokonany, to inicjatywa w tej chwili jest jego, to jest jego moment, to jego działania dają nam te scenę. Tutaj moment nadziei Nico zostaje jej odebrany, dostaje w nim bierną pozycję panny zagrożonej, która zaczyna piszczeć na widok kawalerii, co zarazem niszczy wszelkie resztki heroizmu, który jej śmierć mogła mieć. Jej śmierć to nic innego tylko kolejna tania próba dania nam dramatu bez jakiegokolwiek zrozumienia ze strony autora jak powinno się to robić. To bezmyślne kopiowanie motywów z Battle Royale w celu przerobienia ich na własne, w czym nie byłoby nic złego, w końcu nawet Shakespeare kradł motywy i przeżuwał je na nową masę do swoich sztuk, ale w tym wypadku robi to kretyn, który nie rozumie co takiego czyniło te motywy dobrymi w oryginale, skupia się tylko na powierzchowności i gubi cały sens i urok. To bezmyślne mordowanie i masturbacja do tej podróbki T-X (Hoepelss nawet ma własną podróbkę Terminatora, no serio, powiedzcie mi, że to nie jest zrzynka z Battle Royale, no dalej) która to jest taaaka wspaniała, że potrafi przejąć kontrolę nad zbroją Darkhawka (Bullshit na skalę galaktyki swoją drogą, aż się prosi o powtórkę sceny z Unitem i Danger). Ten komiks to bezwartościowa kupa gówna i tak zostanie oceniony, w duchu starej pulsowej tradycji - na Bristolskiej skali uformowania stolca daję mu 1 - pojedyncze zbite grudki podobne do orzechów, trudne do wydalenia.Bo jeśli czegoś jestem pewien to, że długo nie wydalę z siebie całego obrzydzenia do Marvela, jakim napełnił mnie ten komiks.
I nie mówcie mi, że zostało rzucone zaklęcie, bo szczerze powiedziawszy, mam to głęboko w miejscu, gdzie słońce nie dochodzi. Jedyny "Help" jaki chciałbym zobaczyć to help psychiatryczny, udzielony ludziom, którzy dopuścili to coś do druku. Albo banda piratów, która wpadłaby porwać Hopelessa i przeciągnąć go pod kilem, śpiewając piosenki Alestormu.
A tak przy okazji - 4chan twierdzi, że za miesiąc minie dziesięć lat od premiery Runaways. Szczęśliwej rocznicy, Marvel z tej okazji postanowił zabić kolejnego członka zespołu.
Niech mnie ktoś przytuli.
Krzycer: No i mamy pierwszy zgon postaci, na której mi zależy. I podoba mi się to, jak został przeprowadzony. Nie był to pierwszy heroiczny zgon - w sumie poświęcenie Mettle'a (...Mettla? Mettle? Szit, zaraz Lotar mnie dopadnie... o, wiem, poświęcenie Kena!) też się kwalifikuje. Ale Nico wcześniej stawiła czoło wielkiemu robotowi (i małej robotniczce), więc ona miała autentyczny last stand, a Mettle... a Mettle nie.
Nie bardzo wiem, co jeszcze można napisać o tym numerze. Chyba żaden z poprzednich nie był tak wypełniony akcją, jak ten. Szkoda, że X-23 służyła li tylko i wyłącznie za worek treningowy, no ale to nie był jej numer.
Z drobiazgów - zabrakło Keva Walkera. Poza tym - w końcówce poprzedniego numeru Apex zabiła Justona przy obozowisku, na ziemi. W tym numerze każe robotowi wyrzucić jego zwłoki z kabiny. Ot, dziwny błąd. Jasne, mogła uciekając kazać robotowi zabrać jego zwłoki, ale po cholerę miałaby to robić?
Gil: Uuu... They made it serious now! Cóż, pewnie nie zaskoczę nikogo, jeśli powiem, że ten numer podobał mi się najbardziej z dotychczasowych. Po pierwsze, wreszcie zaczęło się dziać coś konkretnego. Po kilku zeszytach ciuciubabki, wreszcie zostały wyraźnie zdefiniowane role większości postaci i podział na frakcje. Apex jest tą złą i kropka. Przeszło mi przez myśl, że byłoby ciekawym twistem, gdyby okazało się, że jest ona jakimś avatarem Miss Coriander (a jej brat, Arcade'a), albo jakimś botem, wpisanym w tę wirtualną rzeczywistość. Aczkolwiek byłoby też ciekawie zobaczyć, jak poradziłaby sobie z konsekwencjami tych wydarzeń jako postać, gdy już dobiegną końca. O ile w ogóle Hopeless zna pojęcie konsekwencji, w co trochę wątpię. Po drugie, wreszcie w centrum znalazły się postacie, które mnie interesują. A skoro i tak ktoś inny pewnie zaspoileruje, to nie będę sobie żałował i dodam, że wykończenie Nico było tym impulsem, którego potrzebowałem, żeby bardziej się zainteresować wydarzeniami tutaj. I sposób jego przedstawienia był odpowiednio mocny. Nawet brutalny. I tutaj wielkie uznanie należy się rysownikowi (kurcze, dopiero po fakcie zauważyłem, że to nie Walker), bo zaważyła głównie wizualizacja sytuacji. Nie ma cackania się i cukierków - brutalna walka to krew i sterczące kości. Był dreszczyk. No i teraz jestem naprawdę ciekaw, co wywiną dalej, bo taką akcję można przebić tylko czymś jeszcze mocniejszym, a to nie będzie łatwe (tak, Nico była moją ulubioną postacią z tej grupy). To czekam na ciąg dalszy i daję 7/10.

Avengers vol. 5 #13
Hotaru: Znając Hickmana - a raczej znając opinie, jakie o Hickmanie krążą - ten numer nie jest wcale tak pusty, jak mogłoby się wydawać. Zgoda, niecny plan High Evolutionary'ego byl wyjątkowo mało odkrywczy i absorbujący. Zgoda, Avengers nie popisali się niczym szczególnym. I zgoda, nie pcha to meta-wątku do przodu w żaden dostrzegalny sposób. Ale to Hickman, a to coś znaczy, prawda? Zapewne za 10 numerów okaże się, że to jeden z najważniejszych numerów w historii. Wystarczy uzbroić się w cierpliwość. Co to dla mnie...
S_O: W numerze nie dzieje się wiele - ot, podczas, gdy reszta Mścicieli walczy z gigantycznym robotem, którego poprzednim razem położył nastolatek (a wcześniej potrzeba było crossovera między annualami), Hyperion wchodzi w tryb "Ripley pod koniec Aliens" i tłucze High Evolutionary'ego. Poza tym Thor ostrzega przed zbliżającym się Infinity (chyba, że event ma być zaledwie tym, czym dla jego runu w F4 było "Three"), a Potter nadal jest dupkiem. Całkiem miła lektura, choć nie wnosi wiele.
Gil: Ech, oczekiwania - jaką krzywdę czasem mi wyrządzacie... Już się nastawiłem na epicką konfrontację, a tymczasem okazało się, że jest tylko bardo dobra. Aczkolwiek, niewiele jej brakowało, bo starcie Hyperiona z Evolutionarym było świetne, a i walka z Terminusem niezła, choć zdecydowanie za krótka. Mogło to potrwać dłużej - jakiś solidny cliffhanger i jeszcze jeden numer by nie zaszkodziły. Tymczasem mam wrażenie, że nieco zbyt łatwo im poszło i zabrakło mi konkretnego zakończenia. Wprowadzenie do akcji też zresztą było dość skrótowe - Garrok zaprowadził ich na miejsce i już. Ale, jak już wspomniałem, sama bijatyka była bardzo dobra i mogła być jeszcze lepsza, gdyby oprawa wycisnęła więcej z grafiki. No i może dałoby się ją lepiej zbalansować, bo bardziej skupiła się na Hyperionie, spychając w tło resztę grupy. No, ale było warto, bo jego pojedynek one-on-one i egzekucja Terminusa były świetne. Superman może mu buty czyścić! Tak więc mamy sporo solidnych wrażeń, brak większych zgrzytów i jedynie lekkie rozminięcie z oczekiwaniami. Wystarczy na 7/10.

Cable And The X-Force #9
S_O: Okej, coś musimy sobie wyjaśnić. Jakim cudem Hope udało się w ogóle spotkać z Purple Woman? I czy jej rodzice zastępczy zgodzili się ją podwieźć do więzienia? Haki, na którym zawisła moja niewiara, nie wytrzymują takiego obciążenia.
Poza tym, w czasie rozmowy z Hope X-Vengers... nie mają tak naprawdę żadnych dobrych argumentów poza "słuchaj dorosłych". Zupełnie, jakby było gdzieś przykazane, że w każdej X-Serii muszą wyjść na tumanów.
Co do grafiki - Hope nadal wygląda na czterdziestkę, bawią mnie za to tycie skrzydełka na czepku Captaina, które pojawiają się mniej więcej na co drugim kadrze.
Krzycer: Czemu Frank Tieri same mikropierdółki ostatnio dla Marvela robi? Tu jakiś numer, tam jakaś mini... Ale skupmy się na tym numerze: jest to zapychacz. Ale jest to przynajmniej porządny zapychacz. Tieri dostaje mnóstwo punktów za bycie pierwszym scenarzystą po Second Coming, który pamięta o "specjalnej więzi Rogue z Hope", a to wątek, na rozwinięcie którego czekałem mniej-więcej od zakończenia SC właśnie. Tieri nie robi z nim wiele (ok, nie robi z nim prawie nic), ale daję mu punkty za to, że przynajmniej o tym wspomniał.
Oczywiście, nie mógł zrobić nic z podstawowym idiotyzmem obecnego status quo Hope, tzn w świecie, w którym swobodnie działają Runaways, Young Allies, Young Avengers (...i Uncanny Cyclops-Men, ale to inna kwestia), Hope, która ma dość siedzenia z przydzielonymi jej rodzicami (...zabrakło łóżek w szkole Logana? W Avengers Academy? W Avengers Mansion?)... siedzi z przydzielonymi jej rodzicami całe miesiące. Jasne, idea była taka, że Hope zasłużyła na bycie normalną nastolatką, ale czemu wszyscy kostiumowcy chcą jej zapewnić bycie normalną nastolatką wbrew życzeniom samej Hope?
I jeszcze minibzdurka na koniec, i to już spada na Tieriego... Hope cytuje "Nową nadzieję"? Dziewczyna wychowywana w przyszłości tak odległej, że nie chce mi się sprawdzać, kiedy to było, która po powrocie spędzała cały wolny czas w strzelnicy, teraz rzuca cytatami z popkultury? Jasne, miała parę miesięcy by nadgonić zaległości, ale to i tak nie jest Hope, którą dotąd znaliśmy.
W sumie może to i lepiej, Hope była dotąd dość wkurzająca, z niewieloma "redeeming qualities", z których większość sprowadza się do "złamała nos Scarlet Witch w nic nieznaczącym tie-inie".
jdtennesse: To był jeden z najbardziej udanych numerów tej serii – może dlatego że nie pojawili się tam Cable i X-Force? Pierwsze skrzypce odgrywają tu mutanci z Uncanny Avengers (plus buc w tle) oraz oczywiście Hope. Trzeba przyznać, że w rozmowie Alexa z Rogue jest sporo racji, a najlepsze jest podsumowanie, że trzeba by mieć listę z tym, kogo bić a kogo już nie. A Hope nieźle sobie poczyna ze swoimi mocami, będąc uparcie nastawioną na pomoc "ojcu". Aha, no i takiej Hope chyba jeszcze nie widziałem, zasługa w tym Salvadora Larroca, albo mi się wydaje, albo nawet się tym razem przyłożył do pracy i rysunki nawet mi się podobały. Fajna manipulacja Hope dokonana na Alexie i Stevie, wyszły na jaw skrywane (chociaż podejrzewane przez wielu) animozje. Z tym pożyczaniem przez nią mocy to do końca nie pamiętam ile mocy i na jak długo potrafi skopiować. Ogólnie bardzo dobry numer. 7/10.
Gil: Gdy w jednym tytule Hopless zdołał wzbudzić we mnie nadzieje, że może pisać lepiej, to widocznie zużył wszystkie siły, bo w tym zastępuje go Tieri i... WTF was he thinking?!? Pierwsza rzecz: Hope. Kreowana na najważniejszą postać w universum, sto razy była celem różnych ataków, rozpoznają ją nawet dzieci w autobusie, a tymczasem... absolutnie nikt jej nie pilnuje, robi co chce, znika im z radaru co chwilę. Nie żeby cokolwiek ważnego robiła, ale jednak wypadałoby w jakikolwiek sposób jej pilnować. Choćby po to, żeby dotrzeć do Cable'a, skoro taki mają cel. A do tego jeszcze pozwalają jej kontaktować się z łotrzykami i całkowicie bezkarnie wykorzystywać ich zdolności do kontrolowania przypadkowych ludzi. WTF?!? Po drugie: przychodząc do niej, Avengers robią szereg idiotycznych rzeczy. W ogóle nie są przygotowani. Osaczają osobę dysponującą nieznanym zestawem mocy w miejscu publicznym (tylko z lenistwa Lorroci na tym dworcu nie ma ani żywej duszy). Okay, chcą tylko pogadać, ale co to za podejście? "Przecież nas znasz" powiada Havok - człowiek, którego wcześniej nie spotkała, brat faceta, który nią pomiatał i chciał wykorzystać do swoich podejrzanych celów, stojący obok faceta, który próbował ją siłą odbić z rąk tego poprzedniego. Jedyną osobą, której mogłaby zaufać jest tutaj Rogue... ale oczywiście nie zamierza jej słuchać, bo jest najbardziej irytującym i rozpuszczonym bachorem na świecie. Serio - przestaję się dziwić Bishopowi, że chciał ją zlikwidować, bo naprawdę jej głupota jest niebezpieczna. Rozpętuje bijatykę w miejscu publicznym, kontroluje i kieruje przeciwko sobie ludzi, którzy właściwie są funkcjonariuszami prawa (jak by nie patrzeć, Avengers obecnie działają z ramienia SHIELD), po czym daje nogę. I UCHODZI JEJ TO NA SUCHO! Dlaczego? Każdy inny zostałby potraktowany odpowiednio i zawleczony do celi, ale nie w tym komiksie, gdzie nie istnieje pojęcie konsekwencji. Zamiast tego, wszyscy powtarzają w kółko "ależ nie ma sprawy, nic sie nie stało". I potem dziwić się, że Cable i jego banda są traktowani jak terroryści... Sam bym się bał, gdyby taka banda nieodpowiedzialnych idiotów z mocami grasowała w mojej okolicy. Po trzecie: nieścisłości. Persuassion (już dawno nie Purple Girl) nie powinna siedzieć w pudle, bo nie powinna być traktowana jako złoczyńca. Wcześniej była w Beta Flight, a w ostatniej wersji Alpha Flight wystąpiła jako przeciwnik tylko dlatego, że była pod kontrolą Mastera. W dodatku wydarzyło się to w Kanadzie. Zatem pierwsze pytanie: dlaczego jest tutaj? I drugie: Jeśli została skazana za coś takiego, to dlaczego Hope uchodzi na sucho kontrolowanie innych?!? No i wreszcie po czwarte: rysunki. Larroca wspiął się na szczyt - czy może raczej opadł na dno lenistwa. Na rysunkach widać ślady ołówka, których nie chciało im się wymazać, tła są prawie puste, a w miejscach, które powinny być zatłoczone, nie ma ludzi. Do tego cieniowanie jest robione na odpał, a kolory mdłe. Aha, i wszystkim brwi wyrastają na maski, co jest mucho weirdo. Generalnie kaszanka. A uwzględniając współczynnik irytacji, muszę dać 2/10.

Daredevil: Dark Nights #1
S_O: Czyta się całkiem nieźle, Lee Weeks najwyraźniej nie należy do tej części starej gwardii, która zapomniała, jak dobrze pisać.
Pomysł jest ciekawy i mnie wciągnął, choć nie do końca widzę w nim ośmioczęściową miniserię.
kuba g: End Of Days się kończy Dark Nights się zaczyna. Czekałem na tę serię nie mniej niż epitafium Bendisa dla Daredevila, nie wiedząc zbytnio czego mogę się spodziewać. Miniserie otwiera pierwsza z trzech części "Angels Unaware" od Lee Weeksa. Graficznie mogłem bys spokojny, ale scenariuszowo nie miałem pojęcia co dostanę... a dostałem całkiem dobry komiks, który raczej nie będzie zachwycał wielu obecnych czytelników. To czyta się jak Daredevila sprzed 20/30 lat. Narracja, motyw przewodni. To wszystko bardzo przypomina mi czasy gdy Weeks rysował DD dla Chichestera, czy też resztę innych historii w DD już po Millerze. Ja jestem zadowolony, dostałem świetne rysunki, klimatyczną historię i to co w DD najważniejsze, Nowy Jork jako bohater równoprawny.
Gil: Jedna mini z Rogaczem się kończy, kolejna się zaczyna. I obiektywnie przyznać trzeba, że historia (pierwsza z kilku mniejszych) oparta jest na ciekawym pomyśle. Matt trafia do szpitala z amnezją i musi sobie jakoś poradzić, angażując się w pomoc rannej dziewczynce. Weeks nadaje tej historii klimat tak samo grafiką, jak i elementami scenariusza, tworząc coś fajnego, co przypomina mi komiksy z drugiej połowy lat 80-tych. A gdyby ktoś podmienił głównego bohatera na Batmana, pewnie nie zauważylibyśmy różnicy. Problem mam tylko z umieszczeniem tego w kontekście, bo mam wrażenie, że brak możliwości identyfikacji Murdocka w szpitalu jest mocno naciągnięty. To i fakt, że nosi swoje bohaterskie fatałaszki w walizce. Ale nawet ta odrobina naiwności wpisuje się w klimat, dlatego przymknę na nią oko i dam 6/10.

Daredevil: End of Days #8
S_O: I to by było na tyle. Pogrzeb Bena był całkiem przyjemny (jeśli w ogóle można tak nazwać pogrzeb), uśmiechnąłem się na widok Fury'ego gubiącego się w ych wszystkich Benach, ale ta seria to nadal fajerwerk, który wybuchnąć, tylko pyknął, puścił trochę smrodu i zgasł.
No i problem się pojawia z Mapone - major spoiler, ale w końcu dowiadujemy się, czym, a raczej kim, to-to jest - córką Matta i Natashy. Co rodzi kolejne pytania - jest ona wyraźnie starsza od Timmy'ego, który na początku drugiej serii Daredevila miał co najmniej kilka lat. Kiedy więc musiała zostać poczęta? Gdy DD i Wdowa działali razem w LA w okolicach setnego numeru pierwszej serii? Jeszcze wcześniej? Czemu w takim razie nigdy nie została wspomniana? Czemu Natasha nigdy nawet o niej nie pomyślała? Czy jest takim hardkorowym radzieckim szpiegiem, że zmusiła samą siebie do zapomnienia o własnej córce?
Krzycer: A Nick wiedział, nie powiedział... Ale co to ma być za imię, "Mapone"? Tradycyjne rosyjskie? Abstrahując od tego, wolałbym, żeby "Mapone" pozostało MacGuffinem, i żeby wątek skończył się spaleniem koperty.
Poza tym - o, w Bendisverse Peter Parker związał się z Kitty Pryde. Urocze.
kuba g: Tu mam problem. Podoba mi się wszystko w tym komiksie mniej lub bardziej oprócz dwóch ostatnich stron. Albo ja czegoś nie nadgoniłem, albo Bendisowi zmieniła się koncepcja kto ma być reinkarnacją Sticka i sam zlał to co pisał w Daredevil: Ninja. A może po prostu muszę przeczytać te 8 numerów jeszcze raz pod rząd i na coś oczy mi się otworzą. To dalej dobry komiks, ale liczyłem na majstersztyk.
Gil: No i koniec Dni Ostatnich. Tym razem skupiamy się już na dziedzicu spuścizny Daredevila i możemy przyjrzeć mu się bliżej. No i przez to mógłbym wymienić całą litanię wątpliwości, którą skrócę do jednego pytania: dlaczego właśnie on? Nic go nie wyróżnia i wydaje się raczej kiepskim materiałem na herosa. Poza tym, że teraz ubili mu ojca, więc może się poczuć trochę jak Batman. Ale przynajmniej Bendis doprowadził do końca wątek Rosebund, chociaż już zacząłem w to watpić. Tylko, że w tym kontekście mam pewną wątpliwość... Co to w ogóle jest za imię Mapone? Chyba, że... Jeśli jest to córka Natashy, to może powinno być po rosyjsku, a jakiś głąb źle to przeczytał? Марoиe albo Марoнe - jako wariant imienia Maria? Ma to trochę więcej sensu, chociaż sprawia, że autor wychodzi na tumana... Kto wie? W każdym razie, możemy przyznać to za przyzwoite domknięcie, bo pasuje do całej gromady dzieciaków Murdocka i innych zapodawanych wcześniej wątków. Ale też nie jest szczególnie porywające, więc będzie najwyżej 5/10. Aha, i był fapping.

Fearless Defenders #5
S_O: Prawie cały numer to spęd superheroin i wielka kotłowanina, z której niewiele wynika. Każda z gościnnych bohaterek dostaje - może - dwa panele [na jednym panelu pojawiają się nawet Spider-Woman i Tarantula. Bo obie mają pajęczy motyw] i jeden dowcip, i głównie majtają kończynami na wszystkie strony, nie osiągając niczego wielkiego.
Jedyne, co dzieje się poza tym, to fakt, że najwyraźniej wszystko to było częścią planu naszej łotrzycy... Co jest jednym z bardziej irytujących rozwiązań stosowanych w literaturze. A grafika też nie nastraja pozytywnie.
Acha - ta Valkyrie ze strony z listami to facet, prawda? Prawda?
Krzycer: Hej, okładka nie kłamie, te wszystkie panie tu występują. Wszystkie są tu tylko po to, by ładnie wyglądać i rzucić sucharem. Po kiego grzyba ja to czytam? (No, przeglądam...) Ani rysunki nie są takie, żeby się zachwycać, ani scenariusz nie jest taki głupi, żeby się pośmiać... jest akurat na tyle głupi, by wynieść z lektury wyłącznie poczucie straconego czasu.
Gil: Pierwsza rzecz: okładka jest genialna! Niestety, po raz kolejny życie uczy nas, by nie oceniać wnętrza po okładce. Bo w środku niewiele jest ciekawego, chociaż początek daje trochę nadziei. Nawet udał im się dowcip z filmami dozwolonymi w Hadesie, a wejście całego zastępu heroin robi niezłe wrażenie. Ale to właściwie wszystko, co pozytywnego można powiedzieć o tym zeszycie. Gdy już zaczynają się tłuc, wszystko bierze w łeb, bo gubi się gdzieś sens, a rysownik jest zbyt leniwy, żeby zapanować nad wielością postaci, więc udaje, że ich tu nie ma. Poza tym, coraz bardziej razi sztuczna feminizacja komiksu. Jedyny facet jest tym złym i wyróżnia się jak jedyny biały w filmach z Black Enterteinment Television. Parytety parytetami, ale nie o to chodzi, żeby robić wszystko na siłę, tylko żeby miało sens. A tutaj niewiele go uświadczymy. Dostanie 4/10, ale tylko dlatego, że jakoś musiałem rozdysponować gorsze oceny.

Iron Man vol. 5 #11
Hotaru: Za sprawą Dale'a Eagleshama, numer ten mile pieści moje oko. Nie mam problemu z oprawą graficzną, gorzej z fabułą. Doskonale wiem, że Kieron Gillen ma plan, ale jakoś go nie czuję. Spływają po mnie wszelkie wynikające z (kolejnych) retrospekcji implikacje i chciałbym, żeby w końcu zaczęło się dziać coś naprawdę emocjonującego. Może w następnym numerze...?
S_O: Gillen stąpa po kruchym lodzie. Wybitnie nie podobało mi się, jak Waid jednoznacznie stwierdził, że Daredevil ma supermoce, nie podoba mi się też fakt, że najwyraźniej Tony też od urodzenia był podrasowany, a większość jego cech charakterystycznych została mu zaprogramowana przez robota z kosmosu. Mam nadzieję, że to jedna wielka podpucha przygotowana przez 451. Inaczej... ech.
Krzycer: Tony Stark w 616 nigdy nie był zwykłym człowiekiem. Meh. Liczę, że kolejna odsłona Secret Origin - do czego właściwie Stark ma posłużyć 451 - będzie ciekawsza, bo ta rewelacja, sama w sobie, absolutnie nic nie wnosi. A nawet zubaża tę postać - zwłaszcza sugestia, że alkoholizm Tony'ego był wynikiem manipulacji genetycznej. To jest strzał w stopę.
Gil: Zacznę od ciekawostki, bo właśnie skojarzyłem, że numerek naszego robota to nawiązanie do klasyki science-fiction: Fahrenheit 451. I z tego skojarzenia wypełzły mi inne, dotyczące fabuły, więc może coś jest na rzeczy? W każdym razie, powoli (może nawet ciut zbyt wolno) odkrywamy kolejne karty. Wielkiego zaskoczenia nie ma, bo właściwie od początku można było przewidzieć, w jaki sposób 451 pomoże Starkom. Bardziej interesujące są jego motywy, bo wiedząc, do czego jest zdolny, raczej ciężko uwierzyć w ich szczerość i przez to automatycznie zaczynamy się doszukiwać jakiegoś większego planu. No i prawdopodobnie w końcu go odkryjemy. Tymczasem posuwamy się ledwie o krok do przodu na obu płaszczyznach. W teraźniejszości, Antek i robot docierają do jakiegoś celu, dostarczając obligatoryjnej dawki akcji, a w przeszłości szykujemy się do starcia z Szarymi. Ech, ciągle nie mogę przełknąć tego pomysłu. Aha, jest pewien element, który wzbudził moje wątpliwości: wzmianka, że skłonność do uzależnień jest efektem ubocznym genetycznych manipulacji. To i inne wspomniane uwarunkowania zdejmują z Antosia odpowiedzialność za wiele istotnych poczynań z jego przeszłości, więc zaczynam się zastanawiać, czy aby ten retcon wyjdzie nam na zdrowie? Ale póki co, jeszcze łapie się na niezłe 6/10.

Red She-Hulk #66
S_O: Oh, wow. Na ostatnich stronach Jen dostała od rysowników ciało Srulkie. THEY DON'T EVEN GIVA A FUCK ANYMORE! I pomyśleć, że na początku runu narzekałem na tak nieznaczące błędy jak pozostawione na miejsca notki od rysownika do kolorysty.
Nie mam swoją drogą pojęcia, jaki jest cel tego numeru, poza "nasi bohaterowie trafiają na przeszkodę, dzięki której zostają dogonieni przez swoich przeciwników". Jasne, Parker miał ciekawy pomysł na alternatywną rzeczywistość, ale to powinno trafić do jakiegoś numeru What If?. No, ale przynajmniej miał szansę jeszcze raz użyć swojego gadającego Man-Thinga, zanim zostanie on całkiem zapomniany.
Krzycer: Ale ten Swamp Thing uroczy! Znaczy, miałem na myśli - Man-Thing. Swamp-Man? A, walić to.
A poważnie... czemu właściwie służy ten numer? Wątek zielonej She-Hulk trochę się rusza (dość przewidywalnie), widzimy w miarę interesującą alternatywną rzeczywistość, ale co czerwona ma z tego wynieść?
Gil: Mam wrażenie, że w którymś momencie swojej pracy, Parker uznał, że jak nie walnie gdzieś równoległych lub alternatywnych rzeczywistości, to nie da się napisać dobrej historii. Trochę jak Fraction i te jego bro-gangi. I podejrzewam, że przejedzie się na tym szybko, tak jak w Dark Avengers, bo tak właściwie to nic ten pomysł nie wnosi i służy przede wszystkim wypełnieniu kolejnego zeszytu, czyli dodania kolejnego kilometra na drodze do wyjaśnienia wątku, który i tak ciągnie się już zdecydowanie za długo. Prześlizgnąłem się przez ten numer pędzikiem, bo nic nie było w stanie utrzymać na dłużej mojej uwagi. I jeśli tak samo postąpi większość czytelników, to niedługo scenarzysta dostanie licencję na wykańczanie serii. Ale przynajmniej wyglądało to nie najgorzej (no, może poza fragmentami z Monster-Srulkie), więc mogę naciągnąć do 4/10.

Superior Spider-Man #11
S_O: Podoba mi się, że Slott zwalczył w sobie chęć powiedzenia wprost, w jaki sposób Spider-Doc domyślił się, na jakie metody ucieczki wpadł Smythe. To miło, gdy choć raz mainstreamowy komiks nie traktuje swoich czytelników jak idiotów.
Koniec końców, poza sceną, w której SS-Man ZNOWU zachwyca się samym sobą, był to całkiem niezły numer. I sam się dziwię, że to napisałem.
Krzycer: Całkiem spoko numer. Dobre fundamenty, ładne wprowadzenie Kontuzjowanej Trójki, przewidywalny zwrot w drugiej połowie, absurdalnie - wręcz kreskówkowo - przygotowany na wszystko Octo-pająk, i wreszcie powrót Kontuzjowanej Trójki do gry. I to ostatnie autentycznie mnie zaskoczyło, myślałem, że Slott ich pokazuje wcześniej tylko po to, by wbić czytelnikowi do głowy, jaki z Ottona brutal i jak JJJJr go za to lubi. Co wynika raczej z tego, że mam bardzo niskie oczekiwania co do Slotta, niż z tego, że to naprawdę zaskakujące, ale, hej, dałem się złapać.
Gil: Dobra, jednego nie rozumiem - jak oni zamierzają utrzymać więzienie pełne superłotrów, skoro nawet nie odbierają im broni? Myślałby kto, że mając pod ręką kilku światowej klasy geniuszy, postaraliby się opracować jakiś system neutralizacji, rozbrajania cyborgów, zakłócania transmisji... COKOLWIEK! Ale nie... zamiast tego, trzymają Scorpiona w pełnym pancerzu, a Slayerowi zostawiają ten głupi hełm, dzięki któremu kontroluje swoje roboty. Seriously! Specjalnie sprawdziłem z tuzin jego biosów i nigdzie nie znalazłem wzmianki, że nie można mu tego zdjąć, więc byłaby to pierwsza rzecz, którą zrobiłby każdy ze sprawną choćby ćwiartką mózgu. Ale najwyraźniej nikt taki nie pracuje w Rafcie, bo zamiast tego wolą zatrudniać sadystycznych dupków i niekompetentnych żółtodziobów jako redshirtów. Albo wszystko to zostało specjalnie podkreślone, żeby pokazać, jak bardzo Superior jest ten Spider-Man, skoro przewidział wszelkie możliwe drogi ucieczki. Mimo wszystko… I call bullcrap! Ale gdy już się przez to przekopiemy, to możemy odkryć kawałek fajnej historii, w której Otton zostaje postawiony w interesującej sytuacji. Te fragmenty autentycznie mi się podobały, więc tym bardziej szkoda, że zostały przykryte grubymi warstwami chały. Zwłaszcza fajny był ten moment, kiedy SS-Man chciał wypomnieć Smithe'owi hipokryzję i musiał ugryźć się w język. Gdyby tak Slott zdecydował się równać do tego poziomu, zamiast w dół, byłoby o niebo lepiej. A tak, będzie tylko 5/10.

Thanos Rising #3
Hotaru: Chociaż większość numeru była dość nudna, to przyznają, że Jason Aaron zafundował nam całkiem mocną końcówkę. Nawet znając Thanosa i to, do czego jako anty-bohater jest zdolny, to było dość mocne. Brawo. Rysunki Simone'a Bianchi już nie zostawiają tak dobrego wrażenia. Chyba terminy zaczęły gonić artystę, przez co nie miał dość czasu na dopracowanie co poniektórych kadrów. Na szczęście te najważniejsze nie zawodzą.
S_O: ...Jak długo trwa ciąża u tych kosmitek? Dwa dni? Czy ci kosmopiraci przesiadają w jednym kosmoporcie po pół kosmoroku? To jest spore kosmoniedopatrzenie.
Sama historia... ech. Jasne, motyw z Thanosem próbującym uciec przed swoją naturą (znowu) teoretycznie mógłby być ciekawy, podobnie jednak, jak sam Thanos, ja także nie odczułem niczego podczas jego eskapad. Ale teraz ma swoją armię, którą może zaatakować Tytan, więc następny numer powinien być ciekawszy. Zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę jego lakoniczną zapowiedź.
Krzycer: Na litość makaronu, czy Aaron ma jakiś fetysz na punkcie bohaterów zabijających swoje dzieci? Fat Cobra, Wolverine, teraz Thanos... Jakim cudem Aaron nie napisał jeszcze dla Marvela niczego z Herkulesem? I dlaczego narracja twierdzi, że wszystkie bachory fioletowego "wyglądały jak ich matki", skoro Bianchi wszystkie rysuje jak mikro-Thanosy?
I czy na jednym z kadrów naprawdę mamy nie zacieniony, nie zasłonięty przelatującym gołębiem albo twarzą Hawkeye'a tyłek jakiejś kosmitki? I czemu ci nieszczęśni kosmiczni piraci są tak stereotypowi, że brakuje tylko papugi w skafandrze na ramieniu jednego z nich? I czemu w ogóle Thanos zostaje piratem?
Innymi słowy, komiks zasłużył na 4 na 5 pięć Aaronów, i ostrzeżenie o wysokiej zawartości Aarona w Aaronie.
Gil: Zabawne, jak próbują nam pokazać, że Thanos przechodził chwile zwątpienia, próbując prowadzić w miarę normalne życie i wyrzec się przemocy. Może dałoby się zrobić z tego sitcom? Niestety podejrzewam, że to nie miało być śmieszne. Najwyraźniej Aaron przeczytał parę biografii znanych psychopatów i również postanowił wprowadzić w swojej historii motyw poszukiwania normalności, by w końcu poddać się morderczym instynktom. Ale jakoś trudno mi sobie wyobrazić Thanosa robiącego coś takiego i dlatego mam problem z tą mini. Dlaczego Aaron nie buduje na tym, co wprowadzono wcześniej? Dlaczego w tej historii nie ma ani słowa o Starfoxie? Dlaczego wszystko jest tak na siłę upraszczane?!? Ale hej, przynajmniej udało mu się nawiązanie do Starlina. No i było parę fajnych rysunków, chociaż Bianchi nadal jest zbyt leniwy, by wygóglać sobie parę fotek Saturna i Tytana. Dam 4/10.

Thunderbolts vol. 2 #10
S_O: ...Co? Nie mam zielonego pojęcia, co się wydarzyło w którymkolwiek momencie tego numeru. Sekretny brat Elektry, o którym zapomniała wspomnieć przez trzydzieści lat swojego istnienia, zabija swojego wspólnika, bo tak, a w tym czasie nasi dzielni herosi siedzą i gadają, choć nie mają wiele do powiedzenia. A Phil Noto nadal udowadnia, że nadaje się do rysowania tylko tych historii, w których wszyscy noszą maski. To, że jego sameface jest ładniejszy od Dillonowego nie robi z niego lepszego artysty.
Gil: Jakoś tak bardziej skupiłem uwagę na rysunkach Phila Noto i zacząłem zauważać, że wszyscy u niego wyglądają, jakby mieli najwyżej naście lat - nawet jeśli są siwi, mają wąsy lub łysieją. Poza tym, jego styl jest niemal tak samo statyczny, jak Dillona, więc trochę ciężko wczuć się w akcję, kiedy wszyscy stoją jak kołki lub w dziwnych pozach. Natomiast jeśli chodzi o treść... Niewiele jej tu jest. Próbują znaleźć tego niby-brata Elektry, a w międzyczasie Way rzewnie wspomina czasy, kiedy pisał Deadpoola. Mi też łzy się cisną, ale z innych powodów... Niech już zmienią tę ekipę, bo długo nie zdzierżę. Póki co, 3/10 to maximum.

Ultimate Comics: Ultimates #25
Spartan: Nowi twórcy zaliczają dobry start.Niestety nie wiem jeszcze czy to tylko efekt pierwszego numeru czy coś trwałego.Przekonamy się z czasem. Podoba mi się wyjaśnienie że gemy wiążą się w traumatycznymi wydarzeniami na ziemi. Podoba mi się że każdy z przeciwników ma swoje mocno osobiste powody by się zemścić na Ultimates. Co do rysunków to są niezłe choć trochę nierówne. Czekam na następny numer z niecierpliwością.

Winter Soldier #19 (Final Issue)
S_O: ...Co? 2: Electric Boogaloo. Elektryczna Duchówna tworzy swój własny Teserakt (movieverse ahoy!), który wygląda bardziej jak graniastosłup sześciokątny, i postanawia poretconować swoją własną historię, ale rezygnuje z tego... dzięki sile miłości? Cała ta historia nie miała wiele sensu i nawet aliteracja w nazwie Graniastosłupa Mocy mnie nie przekona.
Gil: Kolejny przypadek ostatniego numeru serii, który zamiast pozostawić dobre wrażenie, tylko do reszty znudził. Gdzieś po czwartej czy piątej stronie przestałem czytać dymki, bo mnie znudziły. Do końca tylko przekartkowałem, żeby zobaczyć, czy coś się wydarzy, ale nie - nic z tego. Może to i lepiej, bo przynajmniej nie jest mi żal tej serii, która tak naprawdę kipnęła wraz z odejściem Brubakera, a do tej pory trzymali ją jak mumię Lenina. Na pożegnanie pomacham oceną 3/10.

 X-Factor #257
Hotaru: Naprawdę wielka szkoda. Wielka szkoda, kiedy najlepszym elementem pierwszej części historii "The End of X-Factor", będącej zwieńczeniem wieloletniej pracy Petera Davida nad tą serią, jest okładka. Wiem, że zapowiadano, że będą to pojedyncze numery, a nie jedna narracja, ale oczekiwałem, że będą one... istotniejsze. Zapadające w pamięć. Świetnym ukoronowaniem świetnej serii. No i zawiodłem się. Szkoda.
avalonpulse0303d%20%5B1600x1200%5D.JPGS_O: Zaraz, jeśli w "prawidłowym" kontinuum Azizowi z wujkiem nigdy nie udało się otworzyć portalu, to co się zmieniło? Fakt, że Jamie jest teraz demonem? To nie może być to, bo Layla mimo tego nie sądziła, że zaklęcie poskutkuje. Więc pewnie poszczególne numery tej historii będą silniej ze sobą związane, niż się wydaje. Tak tylko hipotetyzuję, z nadzieją, że chociaż raz uda mi się domyślić, co planuje PAD.
Sama historia... Ciekawa, ale nic, o czym możnaby pisać elaboraty. No i fakt, że śmierć dziecka niespecjalnie poruszyła naszą bohaterkę trochę mnie zniesmaczył. Ale hej, w końcu to tylko Arab, nie?
Krzycer: Oj... czyżby "The End of X-Factor" miało być kilkoma nie powiązanymi ze sobą numerami? Na koniec tak długiego runu spodziewałbym się czegoś innego. No cóż, x-pect the un-x-pected. Mimo to liczę na konkretniejsze odpowiedzi i coś w rodzaju satysfakcjonującego zakończenia w kolejnych numerach.
W tym zaś mamy... cóż, tradycyjną mistyczną sprawę, w bardzo ogólnym zarysie detektywistyczną (bądź co bądź chodzi o znalezienie zaginionej...), która - oczywiście - idzie bardzo źle. Innymi słowy - to bardzo klasyczny x-factorowy numer, nawet, jeśli Madrox po drodze zmienił się w demona (i nigdy nie przestaną piać z zachwytu nad jego designem. Zwłaszcza na okładce wyszedł fenomenalnie.)
Po prostu nie był tym, czego się spodziewałem. Ale i tak mi się podobał.
jdtennesse: Bardzo byłem ciekaw tego numeru, niestety bardzo się zawiodłem. Nie dziwię się, że to ma być początek końca, to zmierza donikąd, więc równie dobrze może zmierzać do końca. Layla szuka męża, szybko go znajduje. Jamie udaje się do jakiejś wersji piekła, skąd sprowadza demona-matkę-chłopca(na prośbę tegoż chłopca), który zaczyna zabijać, zaczynając od swojego syna. Po chwili Jamie ratuje Laylę przed potworem, wrzucając ją tam skąd ją sprowadził. WTF? Myślę, że ostatnie zdanie komiksu podsumowuje sens całego numeru – chciałbym wiedzieć jaki jest jego sens. Albo nie widzę tego drugiego, głębszego dna historii, albo go po prostu nie ma. Był to dla mnie absurdalny zapychacz. 2/10.
Gil: Początek końca... Z jednej strony czuję żal, ale z drugiej zastanawiam się, czy to aby nie lepiej, bo już mocno odczuwam zmęczenie materiału. W tym zeszycie podążamy za Laylą, która udaje się do Marrakeszu, w poszukiwaniu demoMadroxa. Historia zawiera się w jednym numerze i niewiele wnosi poza faktem, że w końcu go znalazła i może nawet ważniejszym - że wydarzenia nie są takie, jakimi być powinny. Sam wątek przywoływania nieboszczki z zaświatów nie jest zły i w finale przynosi parę fajnych elementów, ale też nie jest specjalnie ekscytujący. Początek jest ciekawszy, ale gdy już dowiadujemy się, o co chodzi, staje się taki... aha, okej. Plusem może być tutorial z elementów kultury arabskiej, który prawdopodobnie zaprocentuje wkrótce przy historii skupiającej się na Monet. Ale cóż więcej mogę powiedzieć? Nie było za wiele emocji, a rysunki nadal średnie. Takie przyzwoite 6/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:


avalonpulse0303a.jpgSuperior Spider-Man #11
Autor:
Giuseppe Camuncoli

Hotaru: Po prawdzie, to ten tydzień nie przyniósł ze sobą jakiejś szczególnie dużej liczby fajnych okładek. Po zastanowieniu jednak, zdecydowałem się wyróżnić tą. Głównie dlatego, że jest estetyczna i przypomina mi pewien epicki kadr z Sin City.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.06.05

Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.