Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #167 - Journey Into Mystery TP vol. 4 - Manchester Gods

Journey Into Mystery TP vol. 4 - Manchester Godsjim4tp.jpg

Scenariusz: Kieron Gillen, J.M. Dematteis
Rysunki: Richard Elson
Okładka: Stephanie Hans
Data wydania:
12.12.2012
Liczba stron: 120
Cena:
$14,99
Zawiera: Journey Into Mystery #639-641 oraz, The Mighty Thor Annual #1

Demogorgon:
Superbohaterowie zawsze byli równie blisko spokrewnieni z gatunkiem fantasy, co z pozornie bardziej oczywistym krewnym science-fiction (a nawet najbliższy mu podgatunek tego ostatniego to Space Opera, sama w sobie bardzo bliska fantasy). Pokrewieństwo to pozwoliło nie tylko na istnienie tytułów z ich pogranicza, jak Sandman i Lucyfer, albo Incredible Hercules i omawiane tu Journey Into Mystery, ale nawet na bezpośrednie spotkania miedzy tymi światami. Conan Barbarzyńca Roberta E. Howarda jest tak samo częścią świata Marvela, jak Thor, czy Wolverine (których to obydwu spotkał zresztą w serii What if..?), a Wonder Woman ma w swojej bogatej historii starcie z bohaterami opowiadań Fritza Leibera, Fafhrdem i Szarym Kocurem.

Gatunki fantasy i superhero są obie podobne w jednej, interesującej kwestii – obydwa są silnie konserwatywne. Fantasy to gatunek, który w kółko, męczy te same motywy. Co drugi tytuł wciąż dzieje się w identycznym świecie, wzorowanym na średniowiecznej Europie (co zazwyczaj oznacza stereotyp średniowiecza, a nie konkretny okres historyczny), zamieszkanej przez białych heteroseksualistów oraz fantastyczne rasy jak Krasnoludy i Niziołki zajmujące miejsce mniejszości. Są też oczywiście Elfy, które są najpiękniejsze, najmądrzejsze i najlepsze we wszystkim, czego tylko się dotkną, szczególnie w pokazywaniu, jak to poglądy autora są jedyne prawe i słuszne; jakby ten czuł się zobligowany odpowiedzieć na pytanie jak wyglądałby Hitlerowski ideał rasy panów, gdyby taka naprawdę istniała. Zawsze jest też starożytne zło, które właśnie się budzi, albo jest gdzieś tam daleko i warczy na cywilizowane krainy, siedząc na plecach dzikich i złych Orków, Goblinów i innych ras zazwyczaj przedstawianych jako brzydkie. Zawsze jest jakiś smarkacz, mieszkający na farmie, który odkrywa, zazwyczaj za sprawą mądrego czarodzieja-mentora, że jest wybrańcem, któremu przeznaczone jest wyruszyć na wyprawę i pokonać Władcę Ciemności™. A jak go nie ma, to jest syn króla, którego ojciec został zamordowany przez złego wuja, który musi wyruszyć na wyprawę, aby zyskać wielką moc i odzyskać królestwo. Czasami są obaj, albo nawet stanowią jedno, to też się zdarza. Zawsze jest wyprawa, na której dołącza się do bohatera drużyna, zazwyczaj z jakiś ponurym, muskularnym wojownikiem, tchórzliwym złodziejaszkiem, mądrym magiem i pewnie jakąś Elfką, która pomimo wspomnianej wyższości swej rasy, jest tu chyba tylko po to, aby główny bohater mógł skraść jej tysiącletnie dziewictwo. Mam kontynuować, czy łapiecie, o co mi chodzi?

Jasne, nie twierdzę, że całe fantasy jest właśnie takie. Istnieje wiele wspaniałych pozycji, które wyłamuje się z tego schematu. Wspaniała "Córka żelaznego smoka", twórczość literacka Neila Gaimana, China Mieville'a albo Catherynne M. Valente, czy absolutnie genialny Roger Zelazny, by wymienić parę. Są autorzy, którzy wezmą standardy i zrobią z nimi coś niezwykłego – Guy Gavriel Kay i Glen Cook z odpowiednio "Fionavarskim gobelinem" oraz "Kronikami Czarnej Kompanii" są tego dobrym przykładem. Nie zmienia to jednak faktu, że lwia część głównego nurtu fantasy w dalszym stopniu nie wychodzi poza plac zabaw "Śródziemie", a J.R.R. Tolkien obserwuje ich wyczyny ze swojej werandy. Jasne, takie coś może się ludziom podobać i nie ma w tym nic złego, ale jednak jest spora grupa, która gustuje w bardziej kreatywnej formie twórczości spod znaku smoków i magicznych mieczy.

Kieron Gillen jest jednym z takich ludzi. Chociaż twierdzi, że Tolkien jest bliski jego sercu, to - jak sam powiedział - zdaje sobie sprawę, że gdyby żył w Sródziemiu, byłby orkiem – pracowałby w jakiejś jamie, póki znudzony Elf nie przyszedłby go zabić. Nie tylko krytykuje on tendencje kiepskiej fantasy do robienia z obcokrajowców potworów i demonizacji postępu, ale jest też fanem Michaela Moorcocka, twórcy sagi o Elricu z Melnibone. Na dowód niech posłuży fakt, że wedle słów Gillena, we wczesnych wersjach fabuły Journey Into Mystery, w których Loki jest dorosły (autor dowiedział się praktycznie w ostatnie chwili, że Matt Fraction ma zamiar oddać mu bohatera w ręce, nie przywracając go do normalnej postaci) widział silne inspiracje właśnie w sadze o Elryku – Siege: Loki zawiera co najmniej jedno bezpośrednie nawiązanie do niej a i sposób, w jaki pisze dorosłego Lokiego, jest silnie inspirowany tytułowym bohaterem. Jest więc Gillen pod silnym wpływem Moorcocka, jednego z najgłośniejszych krytyków nie tylko kopiującej Tolkiena standardowej fantasy, ale nawet samego Tolkiena (kiedyś nazwał "Władcę Pierścieni" "Kubusiem Puchatkiem udającym epicką opowieść"). I miał szansę wyrazić swoje poglądy w tej historii.

Wszystko zaczyna się w miarę zwyczajnie – Otherworld, kraina Brytyjskiego folkloru i mitów, zostaje zaatakowany przez tajemniczych Manchester Gods, mających formę wielkich, chodzących miast. Asgard nie może się oficjalnie mieszać w sprawy innego panteonu, więc All-Mothers w sekrecie wysyłają Lokiego na pomoc. Jednak czy wszystko jest takie, jak się wydaje? Jak to powiedział Gillen, tylko w fantasy można umieścić faceta we fraku i zaskoczyć czytelników, gdy okaże się, że nie jest on tam tylko po to, aby zabili go piękni biali ludzie z mieczami. Historia jest krótka, ale pomysłowa, bardzo dobrze pogrywa z oczekiwaniami, jakie w czytelnikach wyrobiły lata kontaktu ze standardową fantasy oraz Dungeons & Dragons. Jednocześnie przygoda odbija się mocno na Lokim, na wielu poziomach. Jest to historia bardzo osobista zarówno dla głównego bohatera, jak i scenarzysty.

Całość jest powołana do życia przez piękne rysunki Richarda Elsona, mającego bardzo realistyczny i dokładny styl. Jest on też najlepszym powodem do przeczytania, dodanej do zbioru, historii J.M. DeMatteisa z The Mighty Thor Annual #1, która jest bardziej klasyczną opowiastką, niestety cierpiącą na zbytnie przedobrzenie – scenarzysta nawrzucał wszystko, co mu przyszło do głowy. Thor wplątany w walkę między dwiema kosmicznymi potęgami jest okej, ale autor pakuje do tego jeszcze Galactusa, Silver Surfera, Uatu i Obliviona. Lektura nie jest zła, to raczej nieszkodliwe czytadło, lecz strasznie łatwo się w nim pogubić. Ale przynajmniej armia alternatywnych Thorów i Surferów była fajna.

Fantasy i komiksy o superbohaterach mają wiele ze sobą wspólnego, nie wszystkie te cechy są jednak pozytywne. Dlatego dobrze jest mieć w swojej kolekcji historię taką, jak ta – która przypomina nam, że zmiana, nawet jeśli wydaje się straszna, wcale nie musi być zła.

lt_45pts.png
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.