Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Iron Man 3" - Krzycer

Iron Man 3 w reżyserii Shane'a Blacka to jedna z ciekawszych ekranizacji komiksów i jeden z lepszych filmów na podstawie komiksów Marvela. Ale pierwsza część trylogii pozostaje niedościgniona.

Recenzja filmu "Iron Man 3" - Krzycer

Nie zbroja czyni człowieka

Iron Man 3 logo


Iron Man 3 w reżyserii Shane'a Blacka to jedna z ciekawszych ekranizacji komiksów i jeden z lepszych filmów na podstawie komiksów Marvela. Ale pierwsza część trylogii pozostaje niedościgniona.

Bardzo ciekawie wypada w tej części zbliżenie na Tony'ego Starka. Widzimy piętno, jakie odcisnęły na nim superbohaterskie przygody. Moim zdaniem wypada to wiarygodniej i ciekawiej, niż brodaty Wayne-pustelnik z "The Dark Knight Rises". Porównań z finałem trylogii Nolana można znaleźć więcej, ale nie będę w to głębiej wchodził. Zresztą są już takie teksty w sieci, m.in. na IGNie.

Oczywiście to, że pogłębienie postaci Starka się udało, to zasługa przede wszystkim Roberta Downey Juniora. Nie od dziś wiadomo, że to po prostu dobry aktor, zdolny dać z siebie dużo więcej, niż szelmowskie uśmiechy i uroczy egocentryzm… a do tego ta rola sprowadzała się w poprzednich filmach (a zwłaszcza w koszmarnej dwójce).

Reszta obsady wypada równie dobrze. Nawet Gwyneth Paltrow, której nie lubię i która zazwyczaj jest na ekranie drewniana, była tu całkiem znośna. Więcej, nawet dziecięcy aktor dał radę, a wiadomo, że dziecko na ekranie to ryzyko. Tu też było parę momentów, w których ta postać ocierała się o granicę, za którą uznałbym ją za nieznośną (niestety, film nie unika rozwiązań z cyklu "pomagające bohaterowi dziecko pomaga pokonać przeciwnika, który daje się podejść jak dziecko." [Śnieżka? Serio?]), ale nie przekroczyła jej.

A Ben Kingsley! Można nie lubić tego, jak Mandaryn został przedstawiony w tym filmie – do pewnego stopnia rozumiem fanów, którzy mają z tym problem – ale choćby się miało rzucać klątwy na scenarzystów za ten manewr, nie można nie docenić tego, co Kingsley robi ze swoją rolą.

Maya Hansen (Rebecca Hall)

Jeszcze parę słów o obsadzie: Guy Pearce jest porządny, ale – to zażalenie do scenarzystów – jego postać nie jest wystarczająco wyraziście nakreślona, przez co wypada trochę blado. Za to Rebecca Hall jako Maya Hansen wykorzystuje swój czas ekranowy – a ma go mniej, niż się spodziewałem – by pokazać, że jest lustrzanym odbiciem Starka. Morał z końcówki filmu wyraźnie to podkreśla, ale i bez niego przekaz jest zrozumiały.

Skoro już jesteśmy przy morale – o ciemnej stronie nauki czy, szerzej, jakiejkolwiek pasji - film przywołuje w tym momencie postać Guy'a Pearce'a. I to jest moje zażalenie do scenarzystów, bo film wyraźnie sugeruje, że on też miał w sobie, uogólniając, dobro i zło – a tego zupełnie nie było widać. Killian był najbardziej jednowymiarową postacią na ekranie (no dobra, drugą po Savinie, ale on miał taki być).

Napisałem we wstępie, że pierwsza część trylogii pozostała niedościgniona. To chyba nie najlepsze określenie. Trójka jest od niej ambitniejsza i ciekawsza, jedynka nawet nie próbowała tyle powiedzieć. Ale przy jej skromniejszych ambicjach, forma jedynki idealnie pasowała do treści. A trójka zgrzyta. Nie mam nic przeciwko dowcipowi w filmie akcji. Więcej, nie mam nic przeciwko dowcipowi w dramacie – humor potrafi podkreślić wiele emocji. I nie twierdzę, że w trzecim "Iron Manie" jest za dużo dowcipu. Ale bywa niewłaściwie wykorzystany. Czasami jest nie na miejscu, czasami jest na siłę. Parę razy scena zostaje przeciągnięta do tego stopnia, że puenta staje się oczywista na długo zanim padnie, a dowcip na tym traci. Jeszcze kiedy indziej postaci zachowują się nienaturalnie, byle było śmiesznie. Jeśli Tony dowcipkuje w momencie, gdy coś mu grozi – nie ma problemu, to pasuje do jego charakteru. Ale wojskowy służbista Rhodes odbierający telefon w środku akcji bojowej? No i Pakistańczycy podśmiewający się z gościa, który do nich celuje z diabli wiedzą ilu luf. Scena jest zabawna, śmiałem się, ale to nie zmienia tego, że jest niewiarygodna. "Iron Man 3" próbuje być jednocześnie zaskakująco poważny, i jeszcze zabawniejszy od poprzednich filmów. Przez większość czasu to działa, ale nie zawsze.

Iron Man 3

Trochę o detalach technicznych: nie lubię 3D i pewnie już go nie polubię, ale nie przeszkadzało mi w odbiorze filmu. Efekty specjalne są fajne, a prawa fizyki zostają zawieszone. To nic nowego – odkąd Tony po raz pierwszy wyszedł bez szwanku po zderzeniu z wydmą w rozpadającej się w locie Mark I trzeba po prostu przyjąć to na wiarę i nie czepiać się, kiedy sytuacja się powtarza. A tutaj powtarza się wielokrotnie.

Przeszkadzało mi co innego, choć może to też ma związek z zawieszeniem praw fizyki: miałem wrażenie, że zbroje Tony'ego są z plastiku. I nie chodzi mi o to, że rekwizyty pewnie takie były. Kiedy lata, kiedy w coś uderza, kiedy zbroja się rozsypuje – miałem wrażenie, że nie ma takiej masy, jaką powinna mieć, że to wszystkie jest za lekkie. Może to kwestia malowania postaci w komputerze, jeśli dobrze kojarzę Downey Jr. niemal nie nosił na planie zbroi. Kiedy na ekranie widzimy Starka w zbroi, jest to obraz generowany komputerowo.

Za to sekwencje akcji robią wrażenie – zwłaszcza te, w których Tony musi improwizować, kiedy patronuje mu św. MacGyver. Był kiedyś odcinek "Batman Beyond" o tym, jak kostium się zbuntował i Terry musiał walczyć za pomocą najprostszych gadżetów, udowadniając sobie i Bruce'owi, że najważniejszy w Batmanie jest "man". Spora część filmu jest dokładnie o tym samym – i tu również wypada to bardzo dobrze.

Finałowe starcie było dla mnie trochę zbyt chaotyczne – zbyt wiele elementów na ekranie, zbyt wiele się działo, nawet nie było czasu, by się przyjrzeć kolejnym zbrojom. Dla mnie najlepsza była sekwencja z lataniem na jednym bucie i rękawicy – nie wiem, czy to było wszystko w komputerze, czy na linkach, ale choreografia była oszałamiająca.

Przydałoby się to wszystko jakoś podsumować. "Iron Man 3" to dowcipne kino superbohaterskie z ambicjami. Nie zawsze idealnie łączy te trzy wątki, czasami szwy wyłażą na wierzch, i kto wie, czy film nie zyskałby na paru cięciach. Ale wszystkie wady to przysłowiowa łyżka dziegciu w beczce miodu, bo to po prostu kapitalny film. I kto wie? Może te wady tylko dodają mu charakteru? Nie mnie oceniać.

Aha, poniżej jest bardzo spojlerowe postscriptum. Ostrzegałem.

Autor: Krzycer


PS: Film ma otwarte zakończenie. Można snuć różne wnioski na temat tego, co Stark z tego wszystkiego wyniósł i jaki to będzie miało wpływ na jego przyszłość (…choć stuprocentowo pewna obecność w "Avengers 2" rozwiewa część wątpliwości). W każdym razie, zakończenie jest z założenia niedopowiedziane. I fajnie, niech się ludzie zastanawiają, co Stark zrobi, ale... Zabrakło mi domknięcia wątku Extremis. Czy Stark je zneutralizował u Pepper, czy dopracował formułę tak, by było bezpieczne? Czy sam je sobie zaaplikował? W końcu wyciągnięcie szrapnela miało być niemożliwe, więc... Więc jak mogło być możliwe bez Extremis?
I jeszcze jedno pytanie, które pewnie nie obchodzi nikogo poza mną: co z córką wiceprezydenta? Chłopak z Tennesee dostał cały garaż gadżetów, zabrakło mi dosłownie sekundowego ujęcia z dziewczynką z jakąś zaawansowaną protezą made by Stark.

PPS: Uzależniony od narkotyków aktor gra rolę życia, o nic nie pytając i nad niczym się nie zastanawiając. Czyżby twórcy chcieli nam coś powiedzieć o samym Downey Juniorze?
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.