Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #295 (15.04.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 15 kwiecień 2013Numer 15/2013 (295)


Kolejny tydzień z Ultronem i aż pięć pozycji z Avengersami w roli głównej (okej, niekoniecznie w roli głównej). Do tego dochodzą komiksy niejako powiązane z Mścicielami i kilka zeszytów o mutantach.

Age Of Ultron #5
Hotaru: Nie trzyma się to kupy. Z każdą kolejną stroną narasta moje zdziwienie, jak bardzo mało zaangażowany jestem w tą historię. Bendis stworzył coś, co w ogóle mnie nie wciągnęło. Numer jest przegadany, Nick Fury to oklepany schemat fabularny, a pomysł Logana jest idiotyczny i niezgodny z tym, jak ten zaczął zachowywać się po Schism. Hitch po raz kolejny zaprezentował kilka zapierających dech w piersi kadrów, które jednak nie równoważą zalewu średniawki w pozostałych ramkach. Na razie "Age of Ultron" ciągnie się jak gumka w majtkach zawodnika sumo.
avalonpulse0295b%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Która to już historia w której Bendis pakuje Tony'ego w oldschoolową zbroję? Poza tym - technobabble o tym jak Nick Fury odkrył, że Ultron atakuje z przyszłości, rozmowy o tym i owym i wreszcie ktoś skacze w czasie. Pięć numerów o niczym lub prawie o niczym, żeby historia mogła się naprawdę zacząć. Świetny wynik.
S_O: Mamy jakąś akcję (a w każdym razie jakieś wyderzenia) na początku i końcu, ale nadal większość numeru to siedzenie i gadanie. Tym razem większość gadania dotyczy dylematu na temat zabicia Hitlera - a raczej Pyma, ale koncepcja jest taka sama. I tu Bendis mnie - odrobinę, ale zawsze - zaskoczył, bo nie każdemu podoba się plan Logana "Sniktnijmy buba, co może się stać". Tak samo zaskoczyła mnie decyzja herosów, by przenieść się do przyszłości i TAM (a raczej WTEDY) powstrzymać Ultrona, choć w sumie nie powinna, bo w końcu herosi tak powinni robić. Miło wiedzieć, że nawet w postapokaliptycznym świecie istnieją jeszcze bohaterowie (no, może poza Bitch Widow).
Koniec końców to byłby całkiem niezły TRZECI numer sześcioczęściowej historii. Jedno jednak nie daje mi spokoju - herosi od razu skoczyli do przyszłości (która, w związku z tym, że mówimy o podróży w czasie, nigdzie nie ucieknie), całkowicie bez planu, nie spojrzawszy nawet na przytachaną przez Rulka dronę. Więc po co była cała ta impreza w Chicago? Czemu w takim razie Taskmaster musiał to przepłacić życiem? Czy Black Panther zginął jak fajtłapa za nic?
No i jak Fury zbudował tajny bunkier w Savage Land? Tajne bazy pod gabinetami balwierskimi to jedno, ale tutaj trzeba było sprowadzić materiały, siłę roboczą (choć do tego można zaprzęgnąć LMD), maszyny...
kuba g: Ha, jest Nick Fury! Ha, mamy maszynę do podróży w czasie. Ha, Logan chce zabijać aby powstrzymać apokalipsę. Zero zaskoczenia, no może oprócz tego, że tym razem w zalewie gadanego komiksu trochę wyszło to drętwiej niż dotychczas (nie licząc Nicka). Tak o to kończymy gadaną część komiksu z obrazami dystopijnej przyszłości, która jest teraźniejszością, żegnami Briana i czekamy na rozpierdol, który ma zmienić wszystko (tylko i "modlę się" aby z retconami nie przesadzili). Jakby to był filmweb to dałbym za ten numer tylko 6/10. I jako PS: widok Red Hulka z toporem Aresa jest najlepszym momentem numeru.
grzgrzegorz: Sam nie wiem dlaczego wciąż czytam ten komiks, rysunki są brzydkie, postaci które się jeszcze ostały są mocno przypadkowe [oprócz Rulka i jego "słomki" nikt nie wymógł u mnie żadnych reakcji podczas czytania komiksu, no może oprócz sceny Z hologramem Furyego co wywołało wielkie meh z mojej strony] (apropos, to czy ta scena z uruchomieniem Visiona była gdzieś wcześniej pokazana? Czy Pyma i Reeda nie "wepchnięto" do tej sceny na potrzeby tej historii?). Ogolnie to dam 5.5/10.
Gil: I dochodzimy do momentu, w którym powiązanie historii z podróżami w czasie stawia ją na rozstajach. Najpierw retrospekcja, powiązana z powrotem Visiona, której zasadniczym tematem jest – bo jakże by inaczej – dyskusja o możliwości powrotu w czasie i ewentualnych konsekwencjach niedopuszczenia do powstanie Ultrona. I tu jest całkiem nieźle, bo argumenty są na miejscu, a cała scena przypomina trochę dyskusje Illuminati. Potem wracamy do stanu obecnego i Savage Landu, więc historia zaczyna się toczyć swoim zwyczajowym głupawym tempem. Najpier znajdują ten bunkier, który jest tak nowoczesny, że ma zamek szyfrowy i dopiero Hulk musi wywalić pancerne drzwi. Cóż za technologia! Żeby bylo zabawniej, wywala te drzwi do wewnątrz (co pewnie nikomu oprócz mnie nie wyda się specjalnie zabawne, więc w ramach ćwiczenia zaproponuję, żebyście spróbowali na przykład wepchnąć kapsel do butelki palcem). A teraz czas na pokaz Października, czyli kolejną odsłonę serialu The Awesomness Of Nick Fury. Oczywiście, Nicky jest jak zawsze gotowy na wszystko i ma plan! Waitaminute... myślałem, że to Cap ma plan? Chyba, że jego planem było zapytać o plan Nicka? W każdym razie, po kolejnej całkiem przyzwoitej dyskusji na temat podróży w czasie i ich konsekwencji oraz naturze Pyma, decydują się wysłać ekipę – surprise! – w przyszłość, żeby tam dopaść Ultrona. A kiedy już sobie lecą, Wolviek postanawia na własną rękę udać się – even bigger surprise! - w przeszłość, żeby tam załatwić Pyma. Bingo! Aha, jeszcze gdzieś w międzyczasie mamy zupełnie od czapy wsadzoną scenkę rodzajową z Texasu. I jeszcze gdzieś między numerami Peter Parker znów przejął swoje ciało, by teraz poruszać kwestie moralne. No, chyba że to jakiś podstępny wybieg Ottona, by przypadkiem nie strzelić sobie w kolano, zmieniając przeszłość. Ale tak poza tym, to muszę przyznać, że jak dotąd był to najbardziej konkretny numer tej serii. Jeśli pominąć parady i relatywnie drobne głupotki, to nawet było o czym poczytać, a dyskusje miały sens. Rysunki pozostają na stałym poziomie, a lekka zwyżka treści sprawia, że numer prawie dotyka szóstki, chociaż wciąż wystawię mu 5/10.
jdtennesse: Odnaleźli tajną kryjówkę Nicka, do której kod znał RedHulk. I podjęli decyzję, której nikt(taa, jasne) się nie spodziewał. podróż w czasie, dzięki „platformie czasowej Dooma”. No i jedna drużyna udaje się w przeszłość, żeby porozmawiać z Pymem. A Wolvie jak to Wolvie, woli wziąć sprawy w swoje ręce, a właściwie swoje pazury. 4/10.

Alpha: Big Time #3
Krzycer: Całkiem przyjemne, co nie zmienia tego, że Alpha jest kolejnym młodym bohaterem/"bohaterem", który nie znajdzie dla siebie miejsca w Marvelu obok praktycznie całej obsady ostatniego Young Allies...
S_O: Nadal mi się podoba - proste, niezobowiązujące czytadło. Jasne, wątek "romantyczny" trochę na chybcika poprowadzony, ale cała reszta wywołuje uśmiech. No i z jakiegoś powodu rozśmieszył mnie Spock zawiedziony, że matka Andy'ego jest wolna.
Gil: Ludzie i koty wyrażają się często pozytywnie o tej serii, a ja jakoś nie mogę się przekonać. Pierwsza bariera to rysunki, które mi nie pasują, bo są zbyt charakterystyczne. To zazwyczaj dobra cecha, ale od każdej reguły są wyjątki i to jest właśnie jeden z nich. Druga zasadnicza przeszkoda… I don’t care! Zupełnie nie obchodzi mnie Alpha i jego nastoletnie rozterki, ani też te nie-nastoletnie, ani w ogóle nic, co się tu dzieje. Nie tak dawno temu, konkurencja wypuściła miniserię The Ray, która była baaaaardzo podobna do tej tutaj, ale stała o jakieś trzy/cztery poziomy wyżej. Tam zerknąłem z ciekawości i do końca doczytałem z wypiekami, ta seria nie dała mi nawet małej bułeczki. A skoro coś nie trafia, chociaż wcale nie jest złe, dostaje 4/10.

Avengers Arena #7
Hotaru: To był... ciekawy odcinek. Szczerze mówiąc, spisałem go na straty jak tylko przeczytałem zapowiedź. Po pierwsze, nie czytam Avengers Arena dla Arcade'a, ale dla dzieciaków. Po drugie, Alessandro Vitti to nie Kev Walker. A jednak, przeczytałem zeszyt od deski do deski i ani przez chwilę nie czułem znużenia. Owszem, kilka kadrów jest wyjątkowo szkaradnych, a kilka scen można by rozegrać lepiej, a jednak Hopeless pozytywnie mnie zaskoczył. Po raz kolejny. Ciekawe...
Krzycer: Mógłbym przeczytać cały komiks o Taskmasterze zachwycającym się żarciem na imprezie Arcade'a.
Poza tym - kolejny fajny numer. W sumie najbardziej zaskoczyło mnie to, że Hopeless nie zrobił nic rewolucyjnego z Arcadem i tak naprawdę to wciąż ten sam trochę śmieszny, trochę straszny, ogólnie żałosny Arcade. Tylko tym razem ma nowe zabawki.
S_O: Poprzedni numer zakończyliśmy śmiercią jednej z postaci, co więc robimy w tym? RETROSPEKCJĘ! Tak się właśnie bawi z publicznością.
Mamy tu bliższe spojrzenie na Arcade'a, który jest tu tak samo, a może nawet bardziej żałosny, niż zwykle. I bardzo dobrze, bo nagłe zrobienie z niego przekozaka było jednym z głównych argumentów przeciwników serii. Dobrze wiedzieć, że mamy do czynienia z tym samym starym, dobrym Arcadem.
No i jego nowa asystentka... złoto.
grzgrzegorz: Na pierwszy rzut oka rzuca się zmiana rysownika, która niestety wyszła tytułowi na złe, po drugie kiedy wreszcie pokazano nam Arcade'a to zrobiono to głupio [motyw z urodzinami] i do tego mocno przewidywalnie. Jedynym pozytywnym akcentem jak dla mnie jest asystentka Arcade'a. Za historie 2/10 za rysunki 3/10. Całościowo 2.5/10.
Gil: Nie było w tym zeszycie ani Avengers ani areny, za to dostaliśmy spory kawał backstory Arcade’a. I było to nawet całkiem fajne. Na początku trochę się bałem, że odkryją od razu wszystkie karty, ale jednak udało im się nie zdradzić najważniejszej informacji: czy arena jest wirtualną rzeczywistością, czy wybitnie zaawansowaną wersją Murder World. A nawet podkopali trochę stuprocentową pewność co do tej pierwszej wersji. Sama historia jest dosyć zabawna, a przy tym pokazuje, z jakim świrem mamy do czynienia i jak pokręcona jest jego motywacja. Humoru natomiast dostarcza glównie Miss Coriander, a okazyjnie rownież Constrictor. Jedyne, czego mogę się przyczepić to trochę zbyt duża jokerowatość Arcade’a. W sumie, to taki przerywnik był całkiem dobrym pomysłem, a i rysunki dość dobre były, więc tu również będzie 6/10.

Avengers Assemble #14AU
Krzycer: Nazwisko autora nic mi nie mówi, ale relaks Wdowy w San Francisco bardzo mi się podobał i coś więcej w takim luźnym klimacie od niego bym przeczytał. Kiedy pojawia się Ultron wszystko staje się dość sztampowe. Bez zarzutu, ale po co.
S_O: W końcu ktoś zdecydował się pokazać właściwy atak Ultrona na świat. Jasne, nie ma niczego konkretnego, ot, roboty się pojawiają i wszystkich mordują, ale to nadal jest JAKIEŚ spojrzenie na te wydarzenia poza jednym splashpagem w głównej serii.
Świetnie jest też przedstawiona Natasha, próbująca uratować, kogo się da. Choć trochę mi się to gryzie z Bitch Widow z głównej miniserii, która na śmierć cywila zareagowała wzruszeniem ramion.
Gil: Największy plus tego numeru nazywa się Guice. Nawet mimo faktu, że rysunki noszą ślady pośpiechu (zwłaszcza w tuszowaniu), to przede wszystkim one tworzą tutaj klimat. Numer został napisany przez scenarzystę, którego nazwisko nie kojarzy mi się w ogóle, ale widać, że odrobił lekcje i sięgnął aż do czasu niesławnych Champions. Natomiast historia, którą zbudował, jest co najwyżej średnia. Ot, sielankowy dzionek został przerwany przez koniec świata i coś trzeba zrobić, żeby postacie znalazły się na końcu w z góry ustalonym punkcie. Nie ma w tej historii nic rażącego, ale nie ma też nic szczególnego. Właśnie takie typowe ćwiczenie pisarski typu: zacznij jak chcesz, potem rozpierducha i skończ tutaj. Miałem też nadzieje, że coś bardziej efektownego oszpeci buźkę Nataszy. Byłaby to średnia ocena, ale ździebko podciągnę za rysunki i załapie się na niższe rejony 6/10.

Avengers vol. 5 #9
Hotaru: Podoba mi się, nawet bardzo. Rysunki Dustina Weavera są świetne, nie myślałem, że tak bardzo wczuje się w klimat rozbuchanego superhero i tym artysta mnie zaskoczył. Pozytywnie, ma się rozumieć. Kolory Justina Ponsora są fenomenalne, jak zwykle. Fabuła też jest niczego sobie. Hickman snuje naprawdę epicką historię i to czuć, chociaż oczywiście na razie widzimy dopiero malutki kawałeczek układanki. Ciekaw jestem, czy scenarzysta zdoła utrzymać moje zainteresowanie. Mam nadzieję, że tak.
Krzycer: Jestem zbyt leniwy, żeby chciało mi się odcyfrowywać dialogi zapisane znaczkami Budowniczych, więc nie wiem, ile fabuły w ten sposób przegapiłem. Ale kosmiczne przygody Starbranda i Nightmaska były całkiem fajne - zwłaszcza, że na Marsie rysunki Weavera nieźle naśladowały Openę. Dopiero na chorwackiej plaży były wyraźnie inne. I to na chorwackiej plaży komiks przestał mi się podobać, wraz z nadejściem Avengers, bo bijatyka składająca się z serii pocztówek z narracją niemiło skojarzyła mi się z "End Times" Bendisa w jego Avengers.
A na końcu Starbrand i Nightmask lądują w sferze Dysona którą Stark zaczął budować w New Avengers, a ja się głowię, co to znaczy i dokąd to prowadzi.
avalonpulse0295c%20%5B1600x1200%5D.JPGS_O: Potężny byt, który z nudów sprawia problemy... nie wiem, czy to najgorsza motywacja, czy najlepsza. W sumie jakbym miał wielką armatę strzelającą kodem genetycznym (...i właśnie się zorientowałem, jak to musi brzmieć) w inne planety, też bym czasem trochę potrollował.
Tymczasem obudziła się kolejna strefa "skażona", dostaliśmy też krótkie pocztówki z pozostałych sześciu. I gites, przygotowujemy się do rozwoju tego wątku. Sama walka Avengers z White eventowym duetem jednak trochę... rozczarowująca. Dużo formy, mało treści. Ale to tylko łyżka dziegdziu w beczce miodu.
kuba g: I znów przypomniało mi się czemu tak bardzo lubiłem New Avengers kosztem faktycznego Avengers. W tym numerze znów pięknie widać pokazano jak Avengers decyduje się walczyć z problemami na które są za ciency w uszach, ale skoro sami się do tej funkcji nominowali to będą konsekwentnie brać to na barki, znaczy się robić groźne miny, tłuc zamiast myśleć i pod koniec zamykać problem w izolatce. Jack Of Hearts, "World War Hulk", AvX i Hickman teraz też dołączył do tej grupy. Tak, wolałem NA będące po prostu street teamem lub uciekinierami. Ale żeby nie było, ten numer mi się podoba, po prostu cierpię, że aby pisać Avengers "in character" trzeba robić z nich hipokrytów i odbicie idealne odbicie tego co szaraki widzą w amerykańskim interwencjonizmie. 7/10.
grzgrzegorz: Numer moge uznać za udany. Scena na Marsie mogłaby byc dłuższa, ale i tak konfrontacja Abbys z naszym młodzikiem wypadła fajnie. Bardzo ucieszyło mnie wprowadzenie Omega Flight do historii (to co, że na razie tylko na jednym kadrze). Inwazja jest fajnie pokazana i walka w Chorwacji wypadła przyjemnie dla oczu. I na sam koniec - Sfera Starka nadal robi na mnie wrażenie (coś czuję, że już nie długo będzie z nią jakaś fajna historia). Za całość 8/10.
Gil: Czy to możliwe, żeby stale wysoki poziom serii w końcu przestał dostarczać pozytywnych bodźców? Bo nie mogę zaprzeczyć, że ten numer utrzymuje swój stały poziom, a jednak jakoś mało frajdy przy nim miałem. Może dlatego, że motyw zmiany Ziemi w myśląca planetę kojarzy mi się z podobnym wątkiem, który zapodał ongi Bedard w Exiles. A potem próbował ją ożenić z Ego... Tutaj egzekucja jest dużo lepsza, ale jednak ciężko mi ten pomysł przełknąć. Dobre jest też starcie ze Starbrandem i Nightmask, chociaż zauważyłem, że pierwszemu z nich brakuje cech innych niż geekowatość i wieczna konfuzja. Z kolei Ex Nihilo się nudził i dlatego postanowił coś zrobić. Nie wątpię, że wyjdzie z tego coś fajnego, ale tym razem przejście między motywami obyło się bez rewelacji. Za to rysunki fajne i nawet Deodato jakby w lepszej formie. Tak więc dla mnie będzie to mocne 6/10.

Avenging Spider-Man #19
Krzycer: Fajne. No i proszę, u Yost nawet pojawienie się Casper Parkera robi wrażenie. Co myśmy Marvelowi zrobili, że główna seria Pająka wciąż tkwi w szponach Slotta?
S_O: Nie możemy zapomnieć, że Otto miał trudne dzieciństwo, prawda? Bo jak nie może zostać zgwałcony, to jest drugi w kolejności sposób, jak zrobić z kogoś GŁĘBOKĄ postać. Śmierdzi mi tu edyktem edytorskim.
Nadal jednak dostaliśmy pierwszy występ Sleepwalkera od czasów... Secret Invasion? No i gigantyczną latającą ośmiornicę, która jednak jednak tylko drugą najlepszą gigantyczną latającą ośmiornicą miesiąca.
Mimo wszystko, da się przeczytać z przyjemnością.
Gil: Ten numer sprawił, że się wkurzyłem. Nie na Yosta, nie na rysownika, ani nawet nie na żaden jego element. Wkurzyłem się, bo nabrałem ogromnej ochoty by poczytać więcej przygód Sleepwalkera w wykonaniu tej samej ekipy, podczas gdy Marvel katuje nas takimi bobkami jak Morbius, Venom czy inne bunnshity. Innymi słowy: ten numer był świetny! Nowy design Sleepwalkera i lekka zmiana w jego modus operandi, przeciwnik i koszmary w jego wykonaniu, a nawet sam Potter i jego wewnętrzne zmagania z własnymi traumami – wszystko było super. Nawet taka drobnostka jak ornamenty w koszmarnych scenach. Chciałbym więcej takich właśnie historii i w takim wykonaniu. Ale jak znam życie, to solówki Sleepwalkera się nie doczekam, więc muszę się nacieszyć tym zeszytem i aby to podkreślić, dam mu tytuł numeru tygodnia i 8/10.

Fantastic Four vol. 4 #6
S_O: "Nie możemy zostawić świadomej istoty na śmierć!" "A nie, to Blastaar, chyba jednak możemy." MUH HEROES!
Największym zaskoczeniem tego numeru jest fakt, że według naszego etatowego fizyka Fraction odrobił lekcje, a w każdym razie przepisał to, co znalazł na wikipedii. W końcu mówimy tu o człowieku, u którego Chińczycy używają mil do mierzenia odległości, a Kanadyjczycy zdają SATy. Szkoda, że nie zrobił tego samego, żeby dowiedzieć się o postaciach, o których pisze, bo nagle robi z Franklina jednego z geniuszów (choć pewnie gdzieś ta cała inteligencja wyssana z FF musiała się podziać).
grzgrzegorz: Spodziwałem się czegoś wiecej po tym numerze, chociaż muszę przyznać, że jak przeczytałem go 3-krotnie to zaczął mnie do siebie przekonywać. Bardzo podobał mi się występ Blastaara i jego rola w tym wszystkim. Problemy Thinga, głupoty Franklina i Jego Siostry - to jest to co bardzo podnosi wartośc tego numeru i całej serii. Za całość 6/10.
Gil: Baaardzo niezrównoważony numer. Początek był obiecujący, bo widać, że Fraction odrobił lekcje z kosmologii, a przynajmniej coś ściągnął z książeczki dla dzieci Stephena i Lucy Hawking. Ale potem zaczął dorzucać coś od siebie i najpierw wywrócił całą teorię na lewą stronę, potem zaplątał i w końcu zupełnie się zgubił. A najzabawniejsze w tym wszystkim było to, jak sam sobie wytknął brak logiki w tym co robi, rzucając porównanie z Alienem. No i wciąż nad tymi wszystkimi wydarzeniami wisi jedno zasadnicze pytanie: jak to wszystko ma się do celu ich misji? Widać, że coś się dzieje z Thingiem, Reed się rozpada, a mimo to trwonią czas na wycieczki i inne pierdoły. Nawet przez chwilę myślałem, że wrócą do tego i okaże się, że w konserwie siedzi właśnie Thing, ale nie – zamiast tego Matty-boy stara się nas przekonać, że ma crusha na punkcie Blastaara. I nie jest to King Blastaar, ale jakaś fanfikowa wersja. W dodatku Bagley przechodzi sam siebie jeśli chodzi o dziwne twarze. Tak więc, mimo pewnych nadziei, wyciągnę najwyżej 3/10.

Fearless Defenders #3
Krzycer: "Were it not for the armor's flawed Asgardian design". Największą wadą asgardzkiej zbroi jest to, że pani archeolog nie dostała żadnego napierśnika.
Poza tym - typowe bzdury Bunna, choć nawet zabawnie się je czyta. I trochę wbrew sobie muszę przyznać, że chyba polubię Bunnową Hippolitę. Chyba, że za moment zrobi z nią coś bardzo głupiego. Na co chyba mogę liczyć.
S_O: Ostatnio, jak widziałem Hippolitę, była ona bardziej rozważna, jak przystało na królową. No, właściwie, jak ostatnio ją widziałem, to była bardziej MARTWA, ale to szczegóły.
Głupota goni głupotę, nasze nieustraszone heroiny prześcigają się w popełnianiu złych decyzji, a po świecie latają martwe podróby Disir. Ale w końcu to jest seria o silnych czarnych kobietach, co nie potrzebują żadnego chłopa, więc i tak się sprzeda.
Gil: Ooookaaayyy… wygląda więc na to, że Bunn zamierza w tej serii zrobić Valkyrii to samo, co Way zrobił Ghost Riderowi. Character rape! Krótko: wyciągnął z dziupli jaką zrzynkę z Disir i zamierza wciskać nam, że Val jest jedną z nich. I call BUNSHIT!!! Nawet jeśli jest to postać z marginesu, która nie ma hardcorowego fandomu, najgorsze co można z nią zrobić, to pozwolić byle skrybie dłubać u jej podstaw. To jest facet, który myśli, że wystarczy dać byle dziewce siekierę i hełm, żeby zrobić z niej Walkirię, więc nie pozwoliłbym mu dłubać nawet przy originie moich chińskich kapci z bazaru. A co się tyczy Hyppolity, to zrobił z niej jakąś cheerleaderkę, która zawsze i wszędzie musi okazywać swoją wyższość. No i poszedł na łatwiznę, jeśli chodzi o jej powrót do żywych. Aha i jeszcze Misty Knight – jak na wiodącą postać serii, właściwie nie istnieje w tym zeszycie, bo odzywa się tylko kiedy czemuś się dziwi. Wszystko to nie warte jest czasu i nerwów, więc odliczam do rozstania z serią od 3/10.
avalonpulse0295d%20%5B1600x1200%5D.JPG
Hawkeye vol. 4 #9
Hotaru: David Aja to geniusz. Nie mniej, nie więcej. Geniusz. Ani razu podczas lektury tego zeszytu nie pomyślałem, że coś można by narysować lub rozplanować na stronie lepiej. Ba, co chwila wstrzymywałem oddech w zachwycie, absorbując czystą zajebistość (wybaczcie język...). Matt Fraction może nie radził sobie w Uncanny X-Men, Fear Itself lub w Mighty Thor, ale tutaj... tutaj jest świetny. Tak świetny, że wybaczyłem mu już jego poprzednie wybryki, bo doprowadziły one do Hawkguy'a.
Krzycer: To w dalszym ciągu najlepiej narysowany komiks Marvela. W dalszym ciągu czyta się go przyjemnie. Pozostaje czytać dalej, by przekonać się, czy gwałtowny zwrot akcji z końcówki się przysłuży serii. Do dotychczasowego klimatu pasuje jak pięść do nosa.
S_O: Jakiś czas temu znalazłem sposób, dzięki któremu myślałem, że w końcu będę mógł zmienić nastawienie do tej serii - nie myśleć o głównym bohaterze jako o Hawkeye'u, ale o Hawkguy'u, kimś zupełnie niezwiązanym, który nie zginął dwa razy w ciągu ostatnich dziesięciu lat (więc pewnie dwóch lat w czasie komiksowym). Problem pojawia się jednak, gdy historia skupia się na jego przynależności do Avengers.
Swoją drogą, jakim cudem jakiś byle kto byłby w stanie dojść do drzwi Avengers Mansion, zamiast zostać rozerwanym na strzępy przez zautomatyzowany system bezpieczeństwa?
Kolejna rzecz, która mi się tu nie podoba, to powrót do szatkowania chronologicznego, który Fraction wykorzystał w numerze świątecznym. Czemu? Czy jakby pisał wszystko normalnie, to ludzie zauważyliby, że nie ma tak naprawdę wiele do powiedzenia?
Czyli nie, nadal mi się to nie podoba.
kuba g: Ta seria chyba nigdy nie przestanie mnie bawić. Aniłoki Hawkguya, Bro, Bro i najlepsze rysunki jakie ma do zaoferowania Marvel. I dobrze, że w końcu wrócił wątek playboya i wybuchł w twarz. Takie Fractiona lubię, za takie komiksy od niego nie krytykuję go aż tak bardzo jak niektórzy i mam nadzieję, że szybko się nie wypali w tej serii.
Gil: Bro bro bro, brobrobro? Bro bro brobro… No, nie wiem, co mam napisać… To już właściwie dziewiąty numer, który jest praktycznie o niczym. Jakieś ziarenko fabuły, a wokół niego cała góra waty. Ciągle ktoś wchodzi i wychodzi, i gada o niczym, po czym kogoś bije, a nasz tak zwany bohater jest przez ten cały czas zupełnie nietomny i w ogóle niewiele kojarzy z tego co się dzieje. Znów jedyną postacią, która wydaje się tu być przytomna jest Kate. I w dalszym ciągu to ona i rysunki Davida Aja są jedynymi powodami, dla których jeszcze śledzę tę serię. Bo cała reszta to jedno wielkie brobrobro i jest porywające jak film o facecie w łódce. Maksymalnie 4/10 i to tylko dlatego, że nic mnie szczególnie negatywnie nie nastroiło.

Secret Avengers vol. 2 #3
Krzycer: Hm. Powolutku-pomalutku zaczynam się przekonywać do tej serii. Podoba mi się próba zrobienia czegoś z AIM - nie pamiętam, czy oni kiedykolwiek byli poważnym zagrożeniem, więc autor dostaje punkty za same starania. Podoba mi się rozjaśnienie sytuacji z nowym kierownictwem SHIELD. Reszta wciąż niespecjalnie mi się podoba, komiksowy Coulson nie ma za grosz uroku filmowego agenta, a reszta agentów... cóż... chyba nie ma co liczyć na character development, jeśli fabuła jest oparta na wymazywaniu im pamięci.
S_O: Jak na przywódcę potężnej agencji wywiadowczej Daisy jest strasznie głupia. Bo jak inaczej mam ją nazwać? Dała się podpuścić jak dziecko AIM, którzy nawet nie musieli wprowadzać w życie żadnego planu, bo pani derektor z własnej głupoty posłużyła im za zasłonę dymną. I w dodatku zginął przez nią Rebel Ralston.
Inna rzecz, że Scientist Supreme też jest najwyraźniej idiotą, skoro uważa, że odpowiednią odpowiedzią na oskarżenie o kradzież eksperymentalnej technologii jest "Tak, ale zostaliśmy zaatakowani, więc wszystko jest w porządku".
Gil: Jeśli ktoś potraktował okładkę jako obietnice, to pewnie wnętrze numeru zawiodło go srodze. Iron Patriot pojawia się tylko jako eksponat i trochę się gada o tym, jak przerobić go na androida, a potem kradnie go AIM w całość kończy się w niejednoznaczny sposób. Hm... czyli właściwie już trzeci raz seria podąża za tym samym schematem. Zaczynają jakąś akcję, wywracają ją na lewą stronę jakimś twistem, a na końcu nie wiadomo, do czego właściwie to wszystko prowadziło. Zaczyna się klarować, że AIM knuje coś dużego i widać jakiś zarys samej grupy, ale nadal jest to wszystko w powijakach i nie mogę powiedzieć nic konkretnego. Tak jakby rzucali wątkami na oślep i czekali na reakcję czytelników, zanim zdecydują się, w którą stronę z tym ruszyć. Jedyny plus jest taki, że tym razem wygląda to trochę lepiej i za to może awansować na poziom 4/10.

Secret Service #6
S_O: Zaraz, skoro dowództwo MI6 wiedziało wszystko o planach Doktora Zło i zamierzało się do niego przyłączyć, to po co w ogóle wysyłać agentów, by go powstrzymali? A jakby im się przypadkiem udało?
Sam atak na tajną bazę, choć kliszowaty jak diabli (głupi dorośli na nic się nie przydają, sprawy w swoje ręce muszą wziąć młodziki), i pożeganie z wujaszkiem całkiem przyjemne, ale cały ten numer stoi na glinianych nogach. Jak chyba zawsze, Millar nie potrafi skończyć.
Pewnie to dlatego odreagowuje swoje frustracje w komiksach.

Thor: God Of Thunder #7
Hotaru: To jedna z tych serii Marvel Now!, które okazały się o niebo lepsze od tych, które zastąpiły. Aaron ma na Thora pomysł. I to dobry. A co więcej, potrafi go zrealizować. Wynik nie byłby tak fenomenalny, gdyby nie Esad Ribic. Jego oprawa graficzna jest po prostu natchniona i buduje klimat na równi ze scenariuszem. "Godbomb" zapowiada się smakowicie.
Krzycer: ...przeczytałbym one-shota "Shadrak: God of Kittens and Coconuts". A w międzyczasie: Aaron wciąż dobrze sobie radzi w tej serii. Segmenty z wszystkimi trzema Thorami są super, nie wiem za to co myśleć o bombie. Wydaje się głupia i niezgodna z charakterem Gorra - wydawałoby się, że miałby cierpliwość, by zemścić się na wszystkich bogach osobiście. Bomba eliminuje ten osobisty kontakt z ofiarą.
S_O: Spotkanie Thora z Thorem wspaniałe. Panowie mają świetną chemię, dobrze też wiedzieć, że dziewięć wieków nieustannej walki nie stępiło sThoruszkowi jego ciętego języka, a nawet wręcz przeciwnie. Nie obraziłbym się, gdyby po pokonaniu Gorra trójka Thorów spędziła następny rok w tej serii, szlajając się od baru do baru.
No i przynajmniej dowiedzieliśmy się, czemu Szarik nadal żyje.
grzgrzegorz: Nie dość, że historia jest pięknie narysowana, to jeszcze podoba mi sie kierunek w stronę której zmierza historia. Relacje Thora i Old Thora są przedstawione genialnie. Bardzo podobał mi się cliffhanger, chociaż, jesliby wziąść pod uwagę tytuł numeru to wydaje się oczywisty. Najlepszy tytuł tego tygodnia jak dla mnie. Za całość 8.5/10.
Gil: Paradoksalnie, całkiem nieźle się ubawiłem przy tym numerze, chociaż podejrzewam, że nie do końca taki był zamysł. Jeśli dobrze zrozumiałem, postacie zapowiadane jako Girls of Thunder, to te kobitki z początku. Cóż, przynajmniej wiem już o jaki rodzaj grzmocenia chodziło. Muszę przyznać, że znalazło się tu parę scen wyjątkowo odważnych jak na ten rating. Potem przechodzimy do konfrontacji między Thorem współczesnym a przyszłościowym Thor-Fatherem i tutaj pewnie już większość humoru była zamierzona. Co nie zmienia faktu, że bardzo fajnie się czyta te ich starcia słowne, a rewelacyjne jest odkrycie tajnej komnaty Odyna. A potem zaczyna się czasowy misz-masz i skoki między scenami, które prowadzą do odkrycia, czym jest tytułowa Godbomb. Parafrazując: This is no moon and definitely not a space station! Chociaż tak po prawdzie to nie wiem, w którym momencie w czasie się to mieści. Ale za to mamy też parę fajnych scenek w boskiej bibliotece. No i oczywiście powrót genialnych rysunków Ribica, więc będzie to zasłużone 7/10.

Ultimate Comics: Ultimates #23
Krzycer: Mam nadzieję, że z wątku Infinity Gauntlet wyjdzie coś ciekawego, bo cała reszta komiksu jest nudna, a West Coast Ultimates w akcji rozczarowują.

Ultron #1AU (one-shot)
Hotaru: Mam mieszane uczucia. Jestem fanem Victora Manchy. Jestem fanem Kathryn Immonen. A jednak, chociaż zeszyt ten ma kilka świetnych momentów (ze sprytnymi retrospekcjami poprzednich numerów Runaways na czele), to jednak nie rozumiem, czemu miał służyć. Vic w kontekście "Age of Ultron" ma olbrzymi potencjał. Potencjał, który scenarzystka zarysowała. Kiedy jednak przyszło do jego realizacji, komiks się skończył. Po co więc to było? Żeby dać nam zwiastun czegoś, co nigdy nie nadejdzie?
S_O: O rany, Hostel. Nigdy nie myślałem, że jeszcze go zobaczę.
Historia całkiem... chcę powiedzieć "przyjemna", ale to niespecjalnie pasuje do sytuacji. Miło jednak, że Marvel nadal pamięta o Runaways i ich fanach i czasem rzuci im taki smakołyk, nawet, jeśli wiele z niego nie wynika.
No i tu też mamy więcej emocji związanych z utratą przyjaciół, niż w głównej serii.
Gil: Po numerze AA, w którym nie ma Avengers, dostajemy zeszyt z Ultronem w tytule, w którym nie ma Ultrona. No dobra, jest parę robotów, które można nazwać jego avatarami, ale to nie zmienia faktu, że ten 1-shot powinien się w najlepszym wypadku nazywać Son of Ultron. Bohaterem jest nasz dobry znajomy z lekko zapomnianych już Runaways – Victor. Patrzymy jak radzi sobie w zultronizowanym świecie, ratując ocalałe dzieciaki i dużo – naprawdę dużo - monologując. Całość napisała pani Kasia Immonen, więc ma to swój flow i czyta się dość lekko, ale ma jedną zasadniczą wadę: jest właściwie o niczym. Jest niczym więcej jak okołoeventowym skokiem na kasę, na który pewnie będą się wściekać niedzielni czytelnicy, którzy nie skojarzyli po okładce, czego się spodziewać. Ewentualnie może to być jakiś spotlight przed włączeniem Victora do składu Avengers AI, żeby w ogóle przypomnieć, że ktoś taki istnieje. Aha, do pewnego stopnia minusem są też rysunki. Tak więc ostatecznie wyląduje na tym samym pułapie co główna seria eventu, czyli 5/10.

Uncanny Avengers #6
Hotaru: Nie jestem fanem Daniela Acuny, ale muszę przyznać, że do oprawy graficznej tego numeru się przyłożył. Dzięki temu rysunki nie drażniły mnie... tak mocno. Wygląda na to, że Remender w końcu poczuł się pewniej. Wprawdzie napisał numer Uncanny Avengers bez Avengers, lecz wreszcie zacząłem dostrzegać w nim scenarzystę z planem. Swoim planem, a nie narzuconym odgórnie, którego nie czuje, co zaczynałem podejrzewać po jego pierwszych numerach. Kto wie, może ta seria dorośnie kiedyś do nadanego na wyrost tytułu komiksu flagowego?
Krzycer: Młody Thor i przeciwnik z gałką oczną zamiast głowy. Czy aby na pewno tego komiksu nie napisał Aaron?
Kto by go nie napisał, miałem z niego dużo radochy. Manipulacje Kanga, średniowieczni Jeźdźcy Apocalypse'a, młody i głupi Thor odlatujący kozłami na tle wybuchu... oraz Folkbern Logan, zwykły człowiek (?) eliminujący poza kadrem pozostałą dwójkę Jeźdźców, jeśli dobrze zrozumiałem tę scenę. Hm.
W każdym razie, było tu mnóstwo fajnej, komiksowej rozwałki i kolorowych postaci. Gdybym miał wskazać jakąś wadę, to byłby to detal - Thor wyzywa Apocalypse'a za "chęć zabicia dziecka by uniknąć wojny w przyszłości", co pewnie ma przypominać czytelnikom o działaniach Wolverine'a i spółki z Uncanny X-Force, tylko... po pierwsze Apoc nie chce zabić dziecka, tylko dorosłego, a po drugie, skąd Thor miałby w ogóle o tym wiedzieć? Ale to detal, komiks był bardzo fajny.avalonpulse0295e%20%5B1600x1200%5D.JPG
S_O: Okej, ostatnio, jak widziałem Barona Mordo, to był on nadal żywy i nie miał żadnego topora wystającego z twarzy. Chyba, że o czymś zapomniałem.
Remender, podobnie jak Hopeless wyżej, trolluje czytelnika, każąc mu czekać kolejny miesiąc na kontynuację wątku z teraźniejszości. I nadal to działa.
Tymczasem przenosimy się w przeszłość, gdzie możemy śledzić machinacje Kanga. No i walkę Młodego Thora z Poxym, która ma swoje momenty. No i jest też Folkbern Logan, od którego prawdziwie nie ma lepszego w tym, co ten zdecyduje się czynić.
Czyli, krótko mówiąc, przyjemna historia. Tylko jeśli dobrze kojarzę, w 1013 nie istniał jeszcze podział wśród Katolików (czy Schizma wschodnia nie nastąpiła kilkadziesiąt lat później?), więc używanie sformułowania "Rzymskokatolicki" nie jest specjalnie na miejscu.
kuba g: Po ostatnim numerze UA, który w końcu mi się podobał (co było dobre zważywszy, że chciałem już olać tę serię) miałem znów spore oczekiwania względem tego odcinka. I w końcu dostałem Remendera jakiego lubiłem. Totalnie nie przeszkadza mi brak praktyczny Avengerów i X-Menów w odcinku, sama historia była dobrze poprowadzona, ciekawa i naprawdę ciekawy jestem machinacji Kanga. Aha, no i zaczynam wierzyć redaktorowi Newsaramy, że narastająca ilość podróży w czasie w Marvel NOW! znaczy tylko tyle, że czeka nas dość radykalna zmiana. UA, AOU, All-New X-Men... Tak, "Flashpoint" chyba to będzie przy tym mały pikuś.
Gil: Ot, zaskoczenie. I o dziwo, to jak dotąd najlepszy numer tej serii. Pewnie dlatego, że właściwie nie ma w nim tytułowych bohaterów, za wyjątkiem Thora. I musiałem się upewnić, że nie napisał tego numeru Aaron, bo wyglądało to i czytało się zupełnie jak jeden z jego numerów Thora. Cała akcja umieszczona jest w przeszłości i skupia się na starciu między dawno niewidzianym Apocalypsem (zakładam, że tym oryginalnym), a sporo młodszym Thorem, z machinacjami Kanga w tle i epizodyczną obecnością praszczura Logana. Samo starcie jest całkiem fajne, wle widać, że prym wiedzie tutaj Kang, który ostro coś kombinuje. I pewnie to coś wypełznie nam w nadchodzących numerach. Pozostaje mieć nadzieje, że nie tylko po to, by nas ugryźć w tyłek ;) . A tymczasem dostajemy bardzo fajne rysunki Acuny, które pasują do tego klimatu. Bardzo bym chciał, żeby ta historia wyszła Remenderowi tak jak Dark Angel Saga i nawet dam mu na zachętę 7/10.
jdtennesse: Cały zeszyt jest jednym wielkim preludium do tego, co dopiero nastąpi. Nie doznamy tu drużyny Uncanny Avengers. Doznamy za to historii z przeszłości Thora, która to zapewne będzie uznawana za bezpośredni powód obecnych wydarzeń. Thor, wbrew ojcu, użył czaru i pokonał Apocalypse’a za pomocą swojego topora, pragnąc się na nim zemścić. W ten sposób wprawił w ruch ciąg zdarzeń. jakich? Tego jeszcze nie wiemy. Trudno mi ocenić ten numer. Jest to niby nie związane z historią drużyny, ale zapewne już wkrótce będzie. Obrazki są znośne. Nie podoba mi się tak częsta zmiana tempa z jednego numeru na drugi i rysowników. Ogólnie średnio, może będzie fajnie. 5/10.

Uncanny X-Men vol. 3 #4
Hotaru: Zastanawiałem się, czy w ogóle zabierać się za opiniowanie tego numeru. Bo ja tak naprawdę, wbrew pozorom, nie lubię marudzić. A tutaj musiałbym sarkać na obrzydliwe kolory, skopane kadrowania i czerstwe teksty. A naprawdę nie chcę tego robić...
Krzycer: Tsk. Rozmowę z ostatniego numeru "All-New" dostajemy tu w takich skąpych fragmentach, że jeśli ktoś nie czytał tamtego komiksu, to i tak nie załapie wszystkiego. Wolałbym, gdyby w ogóle jej nie było, moglibyśmy się skupić na Emmie i Kukułkach. A to akurat fajnie Bendisowi wyszło. Chyba jednak całkiem nieźle czuje Emmę. Martwiłem się o to wcześniej.
Tymczasem, dzieciaki przypadkiem odpalają Danger Room. Hilarity ensues. Klasyka.
Ale Bachalo wciąż się nie stara.
S_O: Wiele się tu nie dzieje - ot, spojrzenie "za kulisy" rekrutacji z najnowszego numeru All-New. No i kilka stron zostało poświęconych nowym mutantom, którzy zyskują jakieś charaktery poza "byciem skołowanymi". Tylko nagła zmiana healera z grubaska w wysmukłego podrywacza trochę dziwna.
No i okazało się, kto z Orginalnej Piątki dołączył do Team Right-Man: Angel. Teraz trzeba się ich bać.
Gil: Kawałek tego numeru to powtórka ostatniego All-New X-Men, czyli znany już trick Bendisa przedstawiający tę samą scenę z dwóch punktów widzenia. Tym razem, scena uzupełniona jest o konfrontację Emmy z Kukułkami i jest to całkiem dobra konfrontacja. Drugi większy wątek to młokosy w starciu z ich nową siedzibą. I ten również jest całkiem niezły, jeśli przymknie się oko na fakt, że tutejszy Danger Room jest kontrolowany z iPhone’a. A poza tym okazuje się, kto jeszcze dołączył do Cyc-Men i tą osobą jest Warren. O dziwo, to właśnie on był pierwszy na mojej liście typów, bo build-up do tego wydarzenia był wyraźny. Chociaż spodziewałem się, że mogą nam wykręcić jakiś numer. I na koniec mamy bardzo krótki, ale intensywny wstęp do następnej historii za sprawą Illyany. I cóż więcej mogę powiedzieć? Po prostu kolejny fajny numer, w którym nadal dużo się buduje, ale jeszcze mało widać efektów. A do rysunków w obecnym kształcie już się przyzwyczaiłem. Czyli będzie to słabsze 7/10.
jdtennesse: W sumie to nie było tak źle. Może poza rysunkami. Bachalo nadal się nie stara, na niektóre kadry trudno patrzeć. Ogólnie część historii to powtórzenie poprzedniego ANXM. A reszta? Długa rozmowa Emmy z Kukułkami, nieco zbędna. No i nareszcie coś zaczyna się dziać z Magik. Chyba zaczyna ją wciągać do jakiegoś limbo czy innego szatańskiego zła. No i jednak to Angel przeszedł na złą stronę mocy. 1 z 2 moich typów. Szczerze, to jestem trochę zawiedziony, że to „tylko” on. W całym numerze najbardziej podobały mi się interakcje między nowymi mutantami. Było zabawnie, ale też poważnie. Nareszcie dostali trochę czasu antenowego. Zobaczymy na jak długo pozostaną na kartach komiksów. 5/10.

Wolverine vol. 5 #2
Krzycer: Nie mogę się przekonać do Davisa, ale porywacze ciał wciąż intrygują. Zastanawiam się tylko, czy Cornell będzie nam serwował "klasycznego Wolverine'a", czy ma zamiar popchnąć postać w jakimś innym kierunku. Bo jednak klasyczny Wolverine trochę mi się przejadł.
S_O: Bieganiny za gnatem ciąg dalszy. I w sumie niewiele poza tym się dzieje, ale relacje między Loganem a innymi postaciami są całkiem przyjemne. I tak właściwie możnaby opisać całą tę serię, przynajmniej na razie: całkiem przyjemna.
Gil: Wraz z numerem drugim nie osłabło żadne z wrażeń po lekturze pierwszego, czyli dobrze jest. Powiem więcej, nawet Davis jakby więcej wykrzesał ze swoich rysunków i wniósł coś świeżego w swój stały styl. To znaczy, że w tym samym dobrym stylu kontynuujemy historię tajemniczych złodziei ciał z potężną spluwą. Na pozór może się to wydawać mało atrakcyjny wątek, ale Cornell wyciska z niego zdecydowanie więcej niż mógłby wycisnąć przeciętny scenarzysta. Choćby tak prosta rzecz jak relacje między Loganem a postronnymi ludźmi wychodzi znacznie bardziej wiarygodnie niż w innych tytułach. Nawet to, że za wszelką cenę ratuje dzieciaka, z miejsca sprawia, że przybywa mi sympatii do niego. Wreszcie trafiła nam się solówka Wolverine’a, którą można czytać z przyjemnością i cieszę się z tego. Dam więc mocne 7/10.

X-Treme X-Men vol. 2 #13 (Final Issue)
S_O: Czyli tych potworków jest cała armia? Celestiale pokonały i uwięziły całą armię pożerających wszystko istot, po czym nie zabezpieczyły swoich własnych ciał na wypadek, gdyby kiedykolwiek się wydostali? Szczerze powiem, że od gigantycznych, starożytnych istot, których eksperymenty genetyczne trwają miliony lat, spodziewałem się myślenia długofalowego i przygotowania się na najgorszą ewentualność. Nawet nie po to, żeby pokonać panów złych, bo od tego najwyraźniej jest Apocalypse, ale chociaż żeby nie mogli zeżreć ich samych.
Reszta też jest niemądra. No i nie mogę zauważyć, że mimo groźby zniszczenia całego Multiversum jakoś nie czuję napięcia. Może to dlatego, że antagoniści nie robią praktycznie nic poza staniem w tle i świeceniem.
Gil: Ogłaszam to już teraz i na wypadek, gdybym wyparł ten fakt ze świadomości, zobowiązuję Was do przypomnienia mi, że ta historia zasługuje na Zvalonego za rok 2013 bardziej niż cokolwiek wydanego do tej pory. Myśleliście, że to nie może się stać jeszcze brzydsze i jeszcze głupsze? WRONG!!! Nie tylko może, ale stało się! I już nawet nie wiem, czego konkretnie mam się przyczepić, bo ta litania jest tak cholernie długa… Po prostu odradzam wszelki kontakt. Nie patrzeć, nie czytać. Burn on sight! Aż normalnie miałem po tym ochotę objąć Bunna i Waya, aby powiedzieć im, że wcale nie są tacy źli. Powiedziałbym, że w głowie się nie mieści, jak grupa przyzwoitych scenarzystów mogła stworzyć takiego potworka, ale potem przypomniałem sobie o AvX i już mnie to nie dziwi. Daję 0/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0295a.jpgHawkeye vol. 4 #9
Autor:
David Aja

Hotaru: Po raz kolejny, Aja nie dał innym okładkom szansy. Klimatyczna, astetyczna, świetnie skadrowana, bezbłędnie zrealizowana, kompletna. I z Kate Bishop w roli głównej. Czy coś może się z nią równać...?







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.04.10
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: S_ORedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.