Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #294 (08.04.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 8 kwiecień 2013Numer 14/2013 (294)


A+A (nie mylić z serią A+X) cieszyło się największą popularnością w minionym tygodniu. Po piętach deptał im Wschodzący Thanos, który uraczył nas najładniejszą okładką.

Age of Apocalypse #14 (Final Issue)
S_O: Ja rozumiem, że świadomość Złotego Celestianina nie siedzi dłużej w jego "ciele", tylko pije razem z Fulcrum na innym świecie, ale serio. Najwyraźniej dorwał się do niego jeden z najgroźniejszych przeciwników Celestiali z czasów przed czasu i takie tam, a jedyne, co Złoty może zrobić, to majtać rękami i mruczeć "Stop it, dude, seriously, stop"? Ale skoro jedyny sposób, żeby największe zagrożenie, z jakim spotkał się Wszechświat, dostał się do czegoś unoszącego się w powietrzu, to wyrzutnia liny...
Czyli tak, nadal jest głupio.
Krzycer: "Widzieliście McCoy'a? Nie przejmuj się nim, mamy ważniejsze rzeczy na głowie!"
W tym momencie przestaję to czytać jako komiks supebohaterski, zaczynam jako parodię. Albo podręcznik "jak nie pisać komiksów".
Na dodatek Lapham robi to dwa razy, bo jeszcze Northstar i Wolverine mają identyczną rozmowę o kolejnych zjadaczach rzeczywistości.
Gil: Gdybym miał rozłożyć ten numer na czynniki pierwsze tak, jak poniżej zrobiłem to z AoU, pewnie dostałbym przy tym wylewu, albo jakiegoś innego urazu śródmózgowia. Jest do tego stopnia kiepsko, że chyba nawet autorzy nie wiedzą, co się dzieje (może jest ich za dużo?), nie wspominając już o postaciach. Generalnie wygląda to mniej więcej tak: mamy plan, więc trzymajmy się goalbonieee... zróbmy coś dziwnego od czapy! I udawajmy, że tak miało być. Specjalnie jeszcze raz wróciłem do poprzedniej części, żeby się upewnić, jak bardzo to zboczyło w krzaki. Bo na przykład ostatnio podzielili się na 3 grupy, jedna miała wrócić na główną ziemię, druga szukać koncentratu Apocalypse’a, a trzecia zostać na miejscu i robić za przynętę dla niebieskich. Tak więc, numer zaczyna się od tej wracającej grupy (i już nawet nie będę mówił jak sugestywnie wyglądają kadry z Herculesem i Northstarem, bo zaczniecie mnie podejrzewać o jakieś bezeceństwa), a potem nagle nie wiadomo skąd pojawiają się członkowie tej trzeciej grupy, których nie powinno tu być. Czy kid-Kurt nauczył się teleportować między światami? Czy uznali może: „a pieprzyć te ruiny, lecimy do San Fran!”? It’s magic! A druga grupa znalazła czego szukała, tylko po to, żeby Jean krzyknęła „LOL!” i zwiała ze słoikiem. A potem Mroczny Beast wykręcił jej ten sam numer. Okazało się natomiast, że niebiescy mają chyba strasznie śmierdzące pachy i to do tego stopnia, że sam zapach zabił Gayculesa. Przynajmniej nie widzę w tej sytuacji nic innego, co mogłoby go załatwić. No i znów mamy dwóch rysowników, którzy pasują do siebie nieco lepiej, aczkolwiek nie do końca. A treść? Nie stwierdzono. Czyli ocena 2/10.
jdtennesse: Co tu się wydarzyło? Tyle, że wiemy już na pewno, że tych bastardów nie da się tak łatwo pokonać. Szczególnie kiedy dobrał się do Celestiala. A poza tym? Apocalypse seed zostaje wykradziony przez McCoya. To było za łatwe, pewnie Kurt teleportuje i je odzyska. Dobrze, że już zmierzamy do końca, bo na razie tylko giną ludzie a potwory rosną w potęgę. A, i Kurt ma małe wyrzuty sumienia, że to wszystko chyba przez niego… Rysunki są już prawie nie do zniesienia, jedynie czasami twarze jeszcze rysownikowi w miarę wychodzą, ale tło i większe sceny są brzydkie. 4/10.

 Age of Ultron #4
Hotaru: Czyta się to całkiem przyjemnie, pod warunkiem, że nie zastanawiamy się nad tym, co czytamy. Bo niestety scenariusz najeżony jest dziurami, których nie omieszkał już wymienić Delirium. To już czwarty numer, a ja nadal mam wrażenie, że dzieje się niewiele... no, może poza pogarszającą się jakością ilustracji Bryana Hitcha...
S_O: Nareszcie coś się dzieje. Szkoda tylko, że nadal bez sensu. Śmierć Shulkie z palca Ultrona, nie-śmierć Cage'a (lekcja na dziś: jeśli jesteś wystarczająco zdeterminowany, będziesz w stanie pilotować samolot, nawet, jeśli nie powinieneś tego umieć), śmierć Taskmastera z rąk Rulka, podróż z Nowego Jorku do Savage Land (to już trzeci Bendisowski event, w którym się pojawia, swoją drogą... Chyba, że policzymy jeszcze początek New Avengers) za pomocą silnego wiatru... Czyli tak, nadal jest głupio.
Krzycer: Red Hulk zabija Taskmastera ot, tak. Jest to tylko trochę mniej out of character niż mordujący na lewo i prawo Hawkeye w pierwszym numerze.
A, no i Cage potrafi przeżyć wybuch bomby atomowej a Shulkie ginie od jednego strzału. Cool story, bro.
W ogóle te cztery numery wyglądają jakby Bendis je pisał na kolanie, byle jak najszybciej przejść do wątku podróży w czasie. I jak Natasza i Spector dostali się z San Francisco na biegun? Na piechotę?avalonpulse0294b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Xavier83: Właśnie przeczytałem ten komiks. Poziom dalej jest dobry: czyli nie tragiczny i nie wyśmienity w wykonaniu Bendisa. Tylko jedno mi się nasuwa po przeczytaniu: coraz bardziej przypomina mi to Flashpoint. W sensie, że podróż w czasie odwróci to co się wydarzyło, ale z drobnymi zmianami. A jak jeszcze okaże się, że to wszystko wina jakiegoś herosa [?Pym ?] to mamy kalkę tego co DC zrobiło zamykając stare Universum. 5/10.
kuba g: Są rzeczy w których Bendis jest konsekwentny. Jego Nick Fury to 1000 razy lepsza wersja Batmana. Od początku obstawiałem, że ok połowy serii pojawi się Fury lub jego jakiś nowy avatar z rozwiązaniem problemu. I bam, 4 numer i Widow znajduje wszystkie scenariusze apokalipsy od Nicka. I żeby była jasność, ja nie narzekam, ja lubię tak właśnie pokazywanego Fury'ego, nawet jeżeli to co robi to pomoc zza grobu.
Czy przeszkadza mi Ultron poza czasem, czy w końcu zacznę narzekać? Nie, od początku wiadomo było, że będziemy mieli tu zabawy z kontinuum, od początku było wiadomo, że apokalipsę odkręcać będziemy bawiąc się w Podróżnika Wellsa. Więc wszystko zależy od tego jak dojdziemy do tegoż, a to mi jak na razie się podoba... choć skłamał bym jakbym napisał, że bezdyskusyjnie.
Bendis kocha swoje zabawki, tak o to zabija sobie rodzinę Cage'a, zabija jego samego i przy tym jak zwykle robi z niego krzyżówkę Supermana i Martina Luthera Kinga, to już czasem zbyt dużo. Ale trzyma się to kupy, jeżeli myślę o "Age Of Ultron" jako o właściwym zakończeniu jego runów w Avengers/New Avengers/Dark Avengers/Mighty Avengers. A tak właśnie widzę AoU, jako właściwe zakończenie tego, a nie te nieszczęsne "End Times".
Volf: Motyw z Cagem fajny. Gdyby nie to, że to akurat Cage - Bendis naprawdę robi co może, żeby "przedobrzyć" tą postać. I mu się udaje, bo coraz mniej chce się o niej czytać. Ciekawe, kiedy wepchnie go do swojego X-versum albo kosmosu. Rulk zabijający Taskmastera "bo tak" był trochę dziwny, ale w sumie nie czytam tej postaci, może to nie było out of character. Plusem jest to, że w końcu dzieje się coś konkretnego, nawet jeśli zakłada to podróże w czasie, a to rzadko wychodzi dobrze.
Gil: Pewnie większość opinii będzie w stylu “ooo, wreszcie coś się dzieje”, więc ja dla odmiany zajmę się sypaniem piasku w tryby tej machiny. I tak już niewiele jej brakuje, żeby się rozpadła ze zgrzytem, więc zobaczmy, co tu nie trybi.
Ultron steruje wydarzeniami z przyszłości. Tiaaa… najbardziej klasyczny paradoks historii związanych z czasem. Gdyby tak było, wiedziałby co herosi zaplanują i zawczasu temu zapobiegł. Chyba, że oni chcą, żebyśmy tak myśleli, a tak naprawdę historia ma się zapętlić i wyprawa w przeszłość, aby zmienić przyszłość da właśnie taką teraźniejszość. Wszystko jasne? Ta, jasne.
Shulkie ginie od strzału z palca, podczas gdy Cage przeżywa nuklearną eksplozję. To w końcu ona jest Hulkiem czy nie? No bo wiecie, Hulki to są generalnie niezniszczalne, a tu nie dość, że jednego załatwili off panel, to jeszcze teraz to. Strzał z palca, jakiś bzykolaserek i to wystarczy?
A teraz Cage… Bendis zaprzecza sam sobie, bo w Secret War i Pulsie pokazał, że on nie jest niezniszczalny, a zwłaszcza jego wewnętrzne organy są podatne na uszkodzenia. Jest silny i ma skórę nie do przebicia, ale w takiej walce jak tutaj powinien połamać wszystkie kości i odnieść śmiertelne obrażenia wewnętrzne. Nie wspominając już o przetrwaniu atomowej eksplozji, która nawet gdyby oszczędziła jego cudowną skórę, usmażyłaby wszystko w środku na węgiel w ułamku sekundy. Dalej…
Fury ma scenariusz na to. Of course! Z pewnością w swej nieskończonej przenikliwości przewidział dokładnie taki rozwój wydarzeń, wiedział, które miejsca pozostaną nietknięte i kto przeżyje. A może Fury steruje wszystkim z przyszłości?
Dygresja: zgaduję, że nikt nie trudziłby się z detalami na panelu ze ścianą i zdjęciami w tle, gdyby nie miało to znaczenia. A dobór postaci i ich wygląd sugeruje, że to była alternatywna rzeczywistość jeszcze przed Ultronem. I oczywiście rzuca się w oczy kobitka z wielkim znakiem zapytania.
Herosi opuszczają miasto. WTF? Dlaczego mieliby to robić, skoro wysłali właśnie dwójkę swoich na zwiad do obozu wroga? Dialog sugeruje, że nie wiedzą, co się z nimi stało, więc co? Tak po prostu ich porzucają na pastwę losu? I skąd wiedzą, dokąd mają się kierować? Też znaleźli jakiś tajny bunkier i mają plan Nicka? Jeśli tak, to czemu nie ma o tym ani słowa? Poprzednio nie mieli pojęcia, co robić, więc skąd to nagłe i ukierunkowane działanie?
Hulk bez powodu zabija Taskmastera… yeah, whatever.
I nagle hops! 8 dni naprzód. Po tym jak poświęciliśmy prawie cztery zeszyty na pokazanie paru godzin, teraz mamy 8 dni przerwy, w czasie których najwyraźniej wszyscy ciągną do Savage Landu. I co? Nie było w tym czasie żadnej pasjonującej wymiany zdań, którą można by wypełnić ze dwa numery? Żadnej fascynującej acz zbędnej akcji? A może cały ten czas nasi dzielni nowojorscy herosi spędzili w powietrzu?
No i pach! Od razu znajdują właściwe miejsce i rozbitego Quinjeta. Wolverine mówi, że nie wyczuwa nosem obecności maszyn. Po pierwsze: czy ktoś wąchał ostatnio jakąś maszynę i mógłby mi powiedzieć czym one pachną? A może Ultrony się pocą i mają specyficzny zapach? Po drugie: stoją obok Quinjeta, który jest cholerną maszyną. Zakładając, że Wolviek umiałby wywęszyć maszynę, a wszystkie pachną tak samo, to i tak nie wyczułby nic poza tym wielkim klocem, który maskowałby inne tropy. Po trzecie: powinien z daleka zwęszyć Ka-Zara i rozpoznać zapach pilota (chyba, że poczuł tylko skwarki).
Aha, i jeszcze rzecz oczywista: Savage Land. To zawsze musi być Savage Land…
O, i teraz Wolviek zwęszył obecność Cage’a, więc dlaczego nie wyczuł jego zapachu we wraku? Ale to nie jest najważniejsze, bo prawdziwego cudu dokonał Cage! Wyobraźcie to sobie: wyczołgał się, konający, z atomowego krateru, przeczołgał się przez całe gęsto patrolowane miasto, znalazł Quinjeta, o którego istnieniu nikt inny nie wiedział, dotarł nim do miejsca, o którego istnieniu nie powinien wiedzieć i rozbił się tam, po czym znów wyczołgał się z wraku i dotarł do osady, o której istnieniu nie powinien wiedzieć i w ten sposób wytrzymał 8 cholernych dni, żeby wyzionąć ducha sekundę po tym, gdy zjawił się telepata zdolny odczytać jego myśli, o czym również nie powinien wiedzieć. Że się tak nieładnie wyrażę, to vhooy WIELKI zbieg okoliczności i jeszcze większy fuks!!!
No i patrzcie, reszta wesołej kompanii również tu trafiła. Nawet zdołali się znaleźć po drodze i nie pozabijać. Oczywiście tylko ci, którzy występowali w przerywnikach, bo nikt inny na świecie nie pozostał żywy.
To teraz nie mogę się już doczekać, kiedy przeczytam, na czym polega ten genialny plan... bo chyba nie będą próbowali zabić Pyma w przeszłości, nie? A, BTW, spoilerek: w zapowiadanej po AOU serii Avengers AI, Pym żyje i wygląda zdrowo.
No i na koniec wielkie dzięki dla osoby, która zdecydowała o umieszczeniu na końcu galerii postaci z podpisami, bo z takim talentem do twarzy jaki ma Hitch, w niektórych przypadkach od początku serii nie wiedziałem, na kogo patrzę. A na zakończenie tego przydługiego wywodu dowalę jeszcze ocenę: 4/10 ale tylko dlatego, że tydzień jest ubogi w lepszy materiał.
jdtennesse: Podobało mi się, że chwilami było mało do czytania, więc mało głupot mogli wypisać. She-Hulk szybko została załatwiona, a Vision przez chwilę wydawał się być jedynie marionetką w „rękach” Ultrona. I chyba nie był z tego zadowolony. Luke sobie walczy, fajnie rozwala te roboty kuchenne. A Storm przenosi wszystkich z pomocą wiatru do Savage Land, wszyscy kryci przez Sue. To jest absurdalne, czy tylko mi się wydaje? Chyba że w ciągu tych ośmiu dni zmienili środek transportu, jeśli nie to Storm i Invisible padłyby z wyczerpania. No i tak przypadkiem Wdowa znajduje plany Nicka, i już wiedzą jak się uratować. Coś chyba za szybko i za łatwo idzie to wszystko. Na początku niby bohaterowie ginęli jak muchy, a teraz rozwiązanie samo się znajduje. Rysunki paskudne. 3/10.

All-New X-Men #10
Hotaru: Nie podobało mi się. Główny punkt programu, czyli pogawędka między Cykiem i jego przydupasami a Wolvie'em i jego hałastrą była - delikatnie mówiąc - wnerwiająca. Bendis miota się i nieudolnie próbuje przekonać nas, że obie strony stoją na tym samym moralnym poziomie, ale polega w tych wysiłkach sromotnie. Rysunki są dobre, ale Immonen potrafi rysować jeszcze lepiej. Chyba też nikt nie ma wątpliwości co do tego, kto zapewnił w tym numerze "zaskakujący" cliff-hanger.
S_O: Miło, że wystarczyło, że Right-Man z ferajną wpadł w odwiedziny i powiedział to, co chciał powiedzieć, by O5 (a w każdym razie Cyke) zaczęła kwestionować to, co usłyszała od Troll-Beasta i Sniktbuba. Inna rzecz, że trochę sztucznie z grona pedagogicznego robią idiotów. Za to wątek Mystique i jej Bractwa ciekawie się rozwija. No i mamy zaskakujący cliffhanger. Ciekawa sprawa, bo jednocześnie wiem, i nie wiem, o kogo chodzi - to znaczy, nie wiem, kto się zgłosił, ale wiem, że będzie robić jedynie za szpiega.
Krzycer: O, Immonen pamięta o istnieniu Cypher i wrzuca ją w tło jednego kadru. Zaskoczenie numeru.
Mam nadzieję, że Mystique ściemnia, i chodzi jej o coś więcej niż samą kasę. Obstawiam, że młody Beast przejdzie do obozu Cyclopsa. Ogólnie numer fajny.
kuba g: Ostatnio czytałem na forum newsaramy albo comicvine opinię dlaczego jeden z userów przestał czytać X-Men od kiedy jest tam Bendis, argumentem było, że gdyby chciał oglądać X-Men jedzących płatki i gadających na kanapach oglądał by "Wonderful Years" albo coś innego (to już mogłem pokręcić). Cóż, ja chyba jednak nie ma problemu z tym, że akcji w komiksie mam na 4 strony a reszta to pseudo polityka w wykonaniu wyimaginowanej mniejszości. Zwłaszcza kiedy te interakcje są takie jak tu, aha i postaram się nie zgadywać "kto" poszedł z Cyclopsem z oryginalnej piątki. Po prosu nie.
venom: Chyba miałem jakieś większe nadzieje co do tego numeru, bo czuję pewne rozczarowanie po nim i niedosyt. Dialogi nadal ciekawe, np. rozmowa młodego Cyclopsa z Beastem. Rekrutacja przeprowadzona przez starszego Cyclopsa jednak już nie wypada tak dobrze, serio tylko blond siostrzyczki chciały z nim pójść? Uważam, że Cyclops przedstawił uczniom dobrą alternatywę do obecnej szkoły, wielu z uczniów zawsze chciało walczyć, np. Hellion, a tu nagle wolą zwykłą szkołę... co do końcówki, to ja uważam, że pójdzie z nim jeszcze młody Angel, bo mu się śpieszy do powrotu do domu, więc może pomyślał, że to odpowiedni czas by zacząć działać i zrobić to, po co oryginalna piątka została ściągnięta. No, ewentualnie jak nie Angel, to Jean.
avalonpulse0294c%20%5B1600x1200%5D.JPGGil: Miałem pewne obawy, ale jednak okazało się, że to kolejny dobry numer. Początek kontynuuje wątek „let’s get rich” i to jest jedyna słabsza część tego zeszytu. Potem przechodzimy do dyskusji i... Heeeej! Bendis ukradł nam dowcip o cyclopsowych cojones! Powinniśmy mu wytoczyć jakiś proces zbiorowy o tantiemy! No ale dobra, niech ma, bo ta dyskusja jest fajna i konkretna. Wreszcie argumenty obu stron w miarę trzymają się kupy i widać tutaj, że ktoś miał jakiś pomysł na ciąg dalszy, kiedy decydował się na pewne ruchy (albo przynajmniej wie, jak wybrnąć z tego bałaganu). Konsekwencje tej dyskusji też są dobrze przedstawione i nawet przerywnik w postaci telefonu od Maryśki jest na miejscu. W końcu ktoś w tym świecie najpierw pyta, a potem bije. No i mamy końcówkę z wielkim znakiem zapytania, która tym razem została wykonana również zaskakująco dobrze, bo niczego nie sugeruje i nie ujawnia od razu. Ktoś zdecydował się dołączyć do Summersa, ale na ten moment nie wiemy zupełnie, któż to jest. A kandydatów jest wielu. Tak więc czekam na ciąg dalszy, żeby się przekonać, a tymczasem wystawiam solidne 7/10.
jdtennesse: No to już wiemy po co im Lady Mastermind. Ale kradzież dla pieniędzy(„18 million./that’s a start”) mnie nie przekonuje. I pojawia się Scott ze swoim wiecznym tłumaczeniem – to nie ja zabiłem Xaviera, czy na pewno to widzieliście? Nie, to pewnie Lady Mastermind go zabiła, albo Mystique jako Phoenix Cyclops. Ileż można, zabił go i tyle. Po co Logan się zastanawiał, trzeba było od razu na niego skoczyć. Tymczasem uprzedził(a) go Krakoa. Nuży mnie to robienie z Cyclopsa bohatera w dwóch seriach. Ciągle te same argumenty i wymówki. Jean też walczyła z profesorem jako Phoenix i go nie zabiła. Tyle jeśli chodzi o rzeczowe argumenty. A po co znowu Storm się tu pojawia? Jako ładne tło. I czy mnie oczy nie mylą, czy to biała ręka Storm na ramieniu Logana? Ehem… Scott i jego oferta ujdą, ale nazywanie swojego bunkra szkołą imienia Xaviera? Bendis chyba przegina(pun intended). Kukułki idą, a z nimi… Wydaje mi się że Jean, aby działać undercover albo Angel, bo od początku mu się tu nie podobało. Rysunki nawet ładne. 4/10.
Wilsonon: Uch! Od pierwszych stron boli mnie nadmierna ekspresja na twarzach bohaterów. Każda emocja musi osiągnąć swoje ekstremum, które zostaje przedstawione na fizjonomii postaci. Najbardziej obrywa Wolvie, który z kadru na kadr przeistacza się z rosomaka w buldoga.
Zmiana Cyclopsa mi sie podoba. Przez całe AvX nie potrafił się bronić a teraz przynajmniej coś tam wydusi. Mała zmiana na lepsze.
Prawie cały komiks przesycony był dialogami, ale mi to nie przeszkadza. Co gorszę odczuwam potrzebę sięgnięcia po kolejny numer co mi się nie przydarzyło od dłuższego czasu w przypadku komiksów Bendisa.
Stawiam na Jean lub Warrena. Może to nic nie znaczy ale byli po prawej młodego Cyclopsa, więc...
Liczę że dalsze zeszyty będą na podobnym poziomie. Ocena: 7/10.

Deadpool vol. 3 #7
S_O: A jednak nie dostałem "Two in Me" z 'Poolem w roli Steve'a Martina. Ale to w porządku, bo przerywnik całkiem fajny, a do czytelnika zostało puszczone tyle oczek, że autorzy pewnie się nabawili tiku. Zdecydowanie do pośmiania się, i to nawet w ten dobry sposób.
grzgrzegorz: Niepotrzebnie po to sięgałem. Niestety przeczytałem ten numer i teraz żałuję, że zepsułem sobie odbiór całej serii. Niby miało być śmiesznie i w ogóle old-schoolowo a tu taki łatwo przewidywalny gniot. Za całość 2/10.
Gil: No, wreszcie doczekałem się numeru, za który mogę szczerze pochwalić nowych twórców. Oczywiście, jeśli najpierw przymknie się oko na taki drobny fakt, że jest to wszystko zupełnie wyrwane z kontekstu i nijak ma się do zakończenia poprzedniej historii, które sugerowało bezpośrednią kontynuację. Ale tak prawdę mówiąc, to wolę taki rozwój wypadków niż to, co wyobrażałem sobie po wspomnianym zakończeniu. Razem z Poolem trafiamy do czasów słusznie minionych na przełomie lat 70tych i 80tych, zaś osią numeru jest jego spotkanie z Hard-Drinking Manem. I chociaż ten wątek sam w sobie dostarcza wielu radosnych bodźców, to jeszcze więcej dostarczają ich subtelne nawiązania w tle, których wyłapuje się tym więcej, im lepiej zna się komiksy z tej epoki. No i mamy jeszcze takie drobne smaczki jak okładka albumu Pink Floyd tu, czy Aniołki Charliego tam… Już samo wygrzebywanie tego to fajna zabawa. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby częściej robili nam takie psikusy i wrzucali jakieś numery z kosmosu. No i w końcu, po raz pierwszy od dłuższego czasu, naprawdę szczerze się ubawiłem przy Deadpoolu, więc za to należy się 7/10.

Guardians of the Galaxy Infinite #3
Krzycer: Jak dotąd to mój ulubiony numer GotG Infinitów. Fajna, dynamiczna kreska. Nie wiem, czy pan od layoutu się zmienił, czy Bendis zaczął robić lepszy użytek z cyfrowej formuły, ale miałem wrażenie, że kompozycje kadrów były bardziej dynamiczne, a całość miała lepsze tempo.
No i Bendis pięknie pokazuje czemu Gamora jest najgroźniejszą kobietą we Wszechświecie.
Efekt trochę psuje końcówka - gdyby Gamora przez cały numer w ogóle się nie odezwała, albo wypowiedziała tylko "You are free", wrażenie byłoby dużo mocniejsze. Ale w końcówce pojawia się Quill, a Bendis rysuje paralele między daddy issues Gamory i Quilla.
...serio? Znaczy, ok, w najprostszym możliwym ujęciu występuje podobieństwo, ale i tak - porównywanie Star-Lorda Spartaxu z Thanosem bo "on też zawsze knuje" wypada dziwnie.

Indestructible Hulk #6
S_O: Trochę nasikam na zieloną paradę, bo z tego, co rozumiem, mamy do czynienia z podróżą w czasie. Zapewne w głęboką przeszłość, do czasów, gdy młotek Thora był po prostu naprawdę ciężki, a Waid przeretconuje wszystko tak, że zaklęcie o byciu "godnym" dodane zostanie dopiero po tej historii. No i w sumie zgadłem, że kruszynka Uru była potrzebna, żeby rozpocząć fabułę.
Za to wątek laborantów Bruce'a zaczyna się ciekawie rozwijać. A w każdym razie może się ciekawie rozwinąć.
kuba g: Na szybko. Interakcje teamu geniuszy spoko i na plus. Potem bum bum bum i scena z młotem i butthurt wszystkich psychofanów Thora. Tyle. Więc odcinek spoko ale niezbyt interesujący dla mnie.
Gil: Zacznę od zmiany rysownika, bo jest ona najwyraźniejszym aspektem tego zeszytu. Owszem, jest to wyraźna zmiana, ale wbrew moim obawom nie przynosi tragicznego spadku jakości. Styl Simonsona bardzo różni się od stylu Yu, więc potrzeba trochę czasu, żeby się przestawić, ale też tutaj jego rysunki są dużo lepsze niż podczas ostatnich gościnnych występów w Avengers. Pomaga trochę fakt, że akcja szybko przenosi się do Asgardu i na scenę wchodzi Thor, więc jeśli ktoś pamięta prace Simonsona w tamtej serii z lat 80tych, może poczuć się przez chwilę jak za dawnych lat. I wygląda wręcz na to, że Banner z ekipą rzeczywiście przenieśli się do dawnych lat, kiedy Thor nie bywał często w Midgardzie. To plus starcie z Jotumami i wątek naukowej eksploracji złóż tych krain tworzą naprawdę ciekawą historię, która wciąga i chce się poznać ciąg dalszy. Tak więc wcale nie było tak źle, jak się spodziewaliśmy i miejmy nadzieje, że ten poziom się utrzyma. A póki co, daję mocne 6/10.

Red She-Hulk #64
S_O: Trochę ta fabuła zaczyna się rozciągać. Ale za to dostaliśmy ciekawą, zabawną epizodyczną postać: Mole Monstera, czyli końcowy efekt rozważań w stylu "Mole Man nie jest poważnym przeciwnikiem, czemu wszyscy udają, że jest inaczej?". No i powoli do Aarona wraca cięty dowcip. Też dobrze.
Krzycer: Mole Monster - fajna postać. Taki Namor, może być sprzymierzeńcem, może być wrogiem, ale w przeciwieństwie do Namora cały czas dobrze się bawi.
No i Aaron pomału nabiera charakteru. A w ogóle przestał mnie obchodzić cel, zaczyna mi się podobać sama podróż. Zupełnie jak przy Thunderboltach wędrujących w czasie.
Gil: Coraz bardziej mam wrażenie, że Parker stosuje tutaj ten sam wybieg co w swoich Dark Avengera: nie bardzo wiem, co z tą serią zrobić, więc będę skakał w losowe miejsca i pisał, co mi tylko do palców spłynie, aż wreszcie zdecydują się ją zamknąć. I w ten sposób dostaliśmy Mole Monstera – owoc miłości lub dzikiej imprezy między Mole Manem a jakąś przypadkową Dewiantką (i w tym kontekście jakoś to słowo nabiera podwójnego znaczenia). Nasi bohaterowie zostają pożarci i wydaleni przez wielką dżdżownicę tylko po to, żeby zasiąść do stołu ze swoim niedawnym przeciwnikiem (mam nadzieje, że umyli rączki), a potem popływać z nim łódką po jeziorze lawy. Tiaaa… Niestety sielanka zostaje przerwana, kiedy trafiają do piramidy na licencji TARDIS, a wkurzony Tesla posyła ich… No, gdzie? Ależ oczywiście, że do jakiegoś alternatywnego świata, w którym wszystko stoi na głowie! Czujecie ciąg dalszy? Tia, ja też. Ale mimo wszystko, momentami można było się tu i ówdzie uśmiechnąć, albo z ciekawością poprzyglądać potworkom i nawet oryginalna Shulkie pojawiła się na sekundę, więc aż tak źle nie było. Na 4/10 wystarczy.

Superior Spider-Man #7
S_O: Mój Boże, więcej marudzącego Ghost Spidera. Zaczynam mieć nadzieję, że w maju Otto rzeczywiście go wyegzorcyzmuje, przynajmniej nie będę musiał czytać jego jojczenia. Choć z drugiej strony, może Slott właśnie na taką reakcję czytelnika liczy?
Po niewiele wznoszącym wątku A związanym z Cardiackiem, przechodzimy do tego, co obiecywały zajawki, czyli starcia z Avengers. A w każdym razie pyskówki, zakończonej cliffhangerem. Nie podoba mi się to, jak i fakt, że najwyraźniej Mściciele po zgrywaniu twardzieli pozwolą Spockowi dalej latać po mieście, jeśli zapowiedzi lipcowych historii mówią prawdę. Czyli pewnie po pięciu stronach następnego numeru nagle coś eksploduje i Avengers będą musieli się tym zająć, bo w końcu jest ich tylko pięciu.
Gil: Cardiac – tego nam było trzeba. Przypomnienia postaci symbolizującej manowce lat 90tych. Nie dziwi więc bardzo, kiedy okazuje się, że i tutaj robi za wypełniacz, żeby tylko cokolwiek działo się w pierwszej połowie numeru. I nie dziwi też, że tak naprawdę nic się tu nie dzieje, poza standardową bitką, w której Potter znów przegina. Ale, ale! Ciekawiej robi się w części drugiej (hm… właściwie to bardziej epilog, bo aż 4 strony), kiedy to wreszcie Avengers podejmują odpowiednie kroki i wzywają Octo-Pająka na dywanik. Wreszcie padają słowa, które już dawno paść powinny i dzięki temu czytelnik ma prawo oczekiwać, że pójdzie za nimi coś równie konkretnego. Ale czy pójdzie, dowiemy się dopiero w następnym numerze. Cóż, jak dla mnie, jego obiekcje wobec testów powinny być wystarczającym argumentem, że coś tu nie bangla, ale znając Slotta, to pewnie coś wykombinuje, żeby to przerwać i odwrócić uwagę, bo wątek trzeba przeciągać w nieskończoność. No i rysunki nadal nie są z mojej bajki. Ponieważ sama końcówka równoważy trochę pustkę w większej części numeru, ostatecznie podciągnę do 5/10.

Thanos Rising #1
Hotaru: Do bólu schematyczne, ale to porządny schemat, stąd czyta się dobrze. Może jacyś Thanosowi puryści będą kręcić nosem, ale ja do nich nie należę. Cieszy mnie też, że Simone Bianchi ograniczył trochę swoje zapędy i tym razem postawił na storytelling, a nie na zabawę kompozycją kadrów, która czyniła jego stronice trudnymi do przełknięcia. Fajna lektura - nie mniej, nie więcej.avalonpulse0294d%20%5B1600x1200%5D.JPG
S_O: Podobało mi się. Ośmieliłbym się nawet powiedzieć, że bardzo. Może "pochłonięty pracą ojciec" to wyświechtany banał, ale Aaron wynagrodził mi to w zupełności całkowitym postawieniem na głowie kliszy z dzieciakami znęcającymi się nad kujonem. Podoba mi się też pomysł, że Śmierć od początku go wybrała (bo nie udawajmy, że dzieje się tu coś innego). Jasne, to Aaron, więc wszystko może jeszcze runąć, ale poczekamy, zobaczymy.
kuba g: Nie, po prostu nie. Mimo świetnych jak zawsze rysunków Bianchiego totalnie nie kupił mnie ten odcinek. Jedno słowo: naciągane. I to wrażenie miałem od samego początku czyli motywu z matką po porodzie. Za dużo takich rzeczy czytałem, za dużo widziałem, nie kupuje mnie to. Ba, wręcz stwierdziłem, że w cale nie mam potrzeby znania przeszłości Thanosa (podobnie kiedyś miałem jak zaczęli grzebać z originem Bullseye'a).
Volf: Nie wiem na ile jest to zgodne z dotychczasowych originem Thanosa, ale wypada... intrygująco. Pewnie się skończy standardowym "od początku miałeś to w sobie, trzeba było cię tylko popchnąć w odpowiednim kierunku", ale na razie daje rade. I rysunki przyjemne. Czekam na więcej.
grzgrzegorz: Na początku odrzucił mnie wygląd młodego, szczupłego Thanosa, ale po chwili przywykłem do takiej Jego postaci i jakoś poszło. Jakoś dużo fabuły nie było w tym numerze, ale to co pokazano przemawia do Mnie ( zwłaszcza "Jego" kobiety). 6.5/10.
Gil: Hehe, Thanos w nawiązaniu do How I Met Your Mother, funny. I to właściwie wszystko, co mam dobrego do powiedzenia o tym numerze, który okazał się dla mnie dużym zawodem. Pierwszy panel na drugiej stronie to punkt, w którym zarówno scenarzysta jak i rysownik strzelili sobie w kolano. Bo nie odrobili lekcji i nie wleźli nawet na Wikipedię, żeby zobaczyć, jak wygląda Tytan, a to niedopatrzenie w kreowaniu lokalizacji wpłynęło na całą resztę numeru. A przynajmniej wpłynęło wyraźnie w moich oczach, bo jestem astronomicznym geekiem. Od tego momentu dostrzegałem głównie to, co jest nie tak, pomimo faktu, że kolonia Eternals rządzi się swoimi prawami. Jeśli zaś chodzi o samą historię, to zalicza się ona do tych, które próbują na siłę dorobić drugie dno do znanej postaci złoczyńcy. I prawdę mówiąc, jest to tak samo niepotrzebne jak remaki klasycznych horrorów, które wciskają nam, że Michael Meyers miał patologiczną rodzinę, a Freddy Krueger molestował przedszkolaków. Tutaj w tym samym stylu Thanos kreowany jest na outsidera, którego nikt nie rozumie, a zbieg okoliczności popycha go na ścieżkę ku zatraceniu. Wolałem wyjaśnienie: he is Thanos, that’s what he is. Ale żeby oddać temu numerowi sprawiedliwość, muszę przyznać, że historia nie jest przedstawiona źle. Co nie zmienia faktu, że jest wymuszona i nie trafia w moje oczekiwania. I w dodatku Bianchi rysuje jakby poziom niżej od oczekiwanego – zupełnie jakby nie umiał się odnaleźć w kosmicznej scenerii. I dlatego ostateczna ocena to 4/10.

Ultimate Comics: X-Men #25
Krzycer: Pomału zaczyna mnie to interesować. Czyżby to woodowe rozstawianie pionków z ostatnich... piętnastu numerów... zaczynało procentować? Wreszcie?
Poza tym - kiedy Ultimate Jean Grey zwariowała? I czy ktoś w końcu pokazał Woodowi Ultimate Psylocke sprzed Ultimatum?
Volf: Knują, spiskują, szpiegują, politykują. Wszyscy za plecami wszystkich. A jakiejkolwiek konkretnej akcji niet. Męczące się to robi, w bezprzymiotnikowych budowanie konfliktów w zespole szło Reedowi lepiej.
jdtennesse: Zastanawiam się, dokąd zmierza ta historia, a także cała seria. Czy zmierzamy do jakiegoś finału czy bardziej końca? Pojawia się Jean i od razu stosuje niezdrowe zagrywki – jeśli tak łatwo jest manipulować mentalnie mutantami na Utopii, to zastanawiam się, jakim cudem oni jeszcze wszyscy żyją. Przeciez Nomi ma Psylocke, więc atak nie powinien być trudny. A poza tym Jimmy zgaduje się z kolegami Mach. Rozmowa Jean z Kitty jest nienaturalna, bo Jean nie widzi Kitty jako bohatera, a jednak udaje. Ciekawe jak długo? A rząd amerykański knuje i spiskuje przeciwko mutantom. So, what’s new? Nothing. Rysunki są ok. 4/10.

Venom vol. 2 #33
S_O: Zaskakująco... mało głupie. Jasne, niewiele się dzieje, ale to, co zostało przedstawione, nawet mi się podobało. Może poza "boo hoo, I'm so dark and brooding, nobody understands me" w scenie z AA, ale to były tylko dwie czy trzy strony, więc postanowiłem je dla odmiany wybaczyć. A w następnym numerze w końcu Czerwony Venom zmierzy się z Czarnym Carnagem, więc...

Winter Soldier #17
S_O: Czemu najciekawsze wydarzenia w tym numerze wydarzyły się off-panel i z dala od głównego bohatera? A skoro o tym mowa, czy Francja naprawdę była siedzibą jednego z sześciu najgroźniejszych przywódców na świecie? Hiszpanię mogę jeszcze zrozumieć ze względu na Basków i Katalończyków, ale Francja?
A jak już zaczyna się akcja, którą WIDAĆ (choć trudno to tak nazwać z takim rysownikiem), ciągnie ją w dół narracja, a raczej smęty o tym, czy teleportacja niszczy duszę, czyli coś, co przerabialiśmty już ćwierć wieku temu, choćby w Star Treku. Czyli tak, nadal jest głupio.
Gil: Zabawne, jak można napisać historię, w której ktoś zagraża pokojowi na całym świecie, eliminuje przywódców państw i wali atomówami w losowe miejsca, a jednocześnie absolutnie nic się nie dzieje. O wszystkich tych wydarzeniach dowiadujemy się z dialogów, a z kim właściwie mamy do czynienia, z wyjątkowo kliszowatej i raczej niespójnej retrospekcji. Tymczasem nasz bohater strasznie długo się szykuje i sporo gada, by na ostatnich trzech stronach pobiegać po kosmicznej stacji z pistoletem, który robi zing-zing i dać się na niby załatwić, żeby był jakiś szokujący cliffhanger. Innymi słowy, podtrzymuję swoją opinię, że nowy scenarzysta nie ma pomysłu na serię, więc pisze cokolwiek i rozciąga, rozciąga, rozciąga. A rysownik nie ma talentu, więc sumuje się to w dół do 3/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0294a.jpgThanos Rising #1 (Babies Variant)
Autor:
Skottie Young

Hotaru: Young po raz kolejny popisał się świetnym poczuciem humoru. Wziął wszystkie atrybuty Thanosa i wykorzystał je do stworzenia przezabawnej kompozycji, ze słodkim urwisem w centrum. U niego nawet gwiazdy zrobione są z cukierków.

Sc0agar4k: Skottie Young jest już znany ze swoich okładek. Tym razem uraczył nas on młodym Thanosem, który w sam raz pasuje do zawartości tego numeru. Uroku dodaje mu, trzymany przez niego balonik. To wszystko sprawia, że jest to pierwszy komiks, który postanowiłem kupić z wariantem okładkowym. Dokładnie tym.



Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.04.03
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: S_ORedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.