Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #293.1 (02.04.2013)

avalonpulse0.png
Wtorek, 2 kwiecień 2013Numer 13.1/2013 (293.1)


Chyba jakieś skrzaty namieszały nam w redakcji, ponieważ opublikowaliśmy wczoraj numer Pulse'a pochodzący jeszcze z czasów bety i testowania nowej bazy. Niniejszym przepraszamy za zaistniały problem i przedstawiamy wersję poprawną.

A+X #6
S_O: Ciekawy przypadek, bo obie historyjki mają ten sam motyw przewodni - pokera. I co więcej, obie są w miarę fajne. Przekomarzanie się Logana i Carolki w wykonaniu PADa wyszło tak, jak zawsze wychodzi przekomarzanie się w wykonaniu PADa, a i "przygoda" Thinga i Gambita ciekawa. Przyznam, że nie kojarzę Mike'a Costy, ale na wstęp ma u mnie plusa.
Krzycer: To chyba najprzyjemniejszy numer tej antologii jak na razie. PAD zawsze potrafi wycisnąć z tych krótkich zapchajdziur sporo fajnych rzeczy, a numerowi jako całości bardzo pomogło owinięcie obu historyjek wokół jednego tematu (w tym wypadku - pokera). PAD dodaje do tego coś więcej, no ale PAD to PAD, ale nawet jeszcze prostsza historyjka o Gambicie i Thingu jest przynajmniej znośna. Szkoda, że całe A+X nie było tak skonstruowane - nie jest to wielkie dzieło komiksowe, ale jak obaj scenarzyści mają ten sam punkt wyjścia, to jakoś jestem bardziej zainteresowany tym, gdzie poprowadzą swoje fabułki.
jdtennesse: Captain Marvel + Wolverine
Nie wiem, czy to zasługuje na recenzję, ani czy to w ogóle będzie recenzja, ale… To chyba najgłupsza historia, jaką czytałem. Chociaż, mimo wszystko, na końcu szeroko się uśmiechnąłem. Mam jednak wrażenie, że takie historyjki są potrzebne. Czysta abstrakcja. Nie ma walki, jest tylko pojedynek na słowa. I gra w karty. Pojawia się nawet pewne zagrożenie, podejrzewam nawet że jest potężne. Na ostatniej stronie brakuje tylko Doopa. 6/10.
Thing + Gambit
Przyjemna czytanka, bez zobowiązań, tak chyba mógłbym to nazwać. Znowu gra w karty, chociaż tym razem mamy wyraźnego zwycięzcę/zwycięzców. Co tu pisać. Można przeczytać, nie trzeba. 4/10.
W sumie miało wyjść to, co wyszło. 5/10.
Gil: Jednak co Peter David, to Peter David. Nawet z dyskusji przy stole do pokera o abstrakcyjnym pojedynku między astronautą i jaskiniowcem potrafi zrobić kawałek niezłej historyjki. Ba! Nawet bez krótkiego przerywnika akcjowego mógłbym tylko czytać ten dialog i czytać i czytać w nieskończoność, bo był po prostu świetny! Nie trzeba było go przerywać, ale skoro już do tego doszło, to rozwiązanie jeszcze dołożyło plusów, bo było równie abstrakcyjne jak temat dialogu. A w dodatku całość dobrze wygląda, więc za tę część należy się 7/10. Historia druga rozgrywa się – surprise! surprise! – przy stole do pokera. Inni gracze, inny styl, inna pointa… Wolałem tę pierwszą. Ta jest trochę zbyt typowa, chociaż próbuje zaskoczyć. Ale za to ma świetne rysunki Stefano Caselli i już samo to wystarczy, by wyciągnąć ją nad kreskę i dostanie 6/10. Czyli po zsumowaniu wychodzi, że to jeden z lepszych zestawów w tej serii.
avalonpulse02931b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Age of Ultron #3
S_O: Na początek trochę narzekania: jasne, Red Hulk jest Hulkiem, ale jest też generałem i jeśli herosi planują cokolwiek, jego doświadczenie na pewno by się przydało. No i She-Hulk podczas walki z Cagem nie pozostawia cienia wątpliwości co do tego, że Hitch nie potrafi rysować twarzy.
Za to jeśli chodzi o to, co jest w numerze dobrego - w końcu coś się dzieje. W końcu herosi zaczynają formować jakiś plan. Co prawda nie jest to zbyt genialny plan - włażenie lwu do paszczy rzadko kiedy jest - ale przynajmniej COŚ się dzieje. To byłby całkiem dobry DRUGI numer.
No i zaskoczka z końca... Najwyraźniej związek z obu stron był patologiczny...
Hotaru: Pozostaję odporny na ewentualne zalety tego komiksu. Może i Hitch rysuje świetne apokaliptyczne tła, ale co z tego, kiedy pierwszy plan mu nie wychodzi za dobrze? Nawet moje podejrzenia, że to nie tyle wina rysownika, co inkera, jakoś nie sprawiają, że ogląda mi się to lepiej. Fabuła nadal mnie nie przekonuje. To już prawie 1/3 eventu, a Bendis nadal skupia się na jałowych pogadankach. Wygląda na to, że będzie to kolejny co najwyżej w porywach średni event.
Krzycer: Ok, twist. A i przed twistem jest fajnie, bo i Black Panther, i Dave, i Taskmaster (Taskmaster z czymś, co się zapowiada na sporą rolę w dużym letnim evencie? Jupi!), i w ogóle wreszcie jest jakaś fajniejsza akcja. Wciąż wolałbym, żeby dylematy w Avengers Sewer skompresować, w końcu zaczęli gadać w #1 i dopiero teraz coś robią, ale poza tym to pierwszy numer, którym Bendis mnie autentycznie zaciekawił.
Na koniec wrócę do swojego lejtmotywu: "to się dzieje tu i teraz!" huczała maszyna marketingowa marvela. Przemilczmy już Octopuso-Parkera, który u Bendisa jest znakomitym aktorem, bo Bendis nie miał o nim pojęcia - ale jeśli to jest "tu i teraz", to czy Hitch nie mógł przynajmniej ubrać te postaci w ich właściwe kostiumy? Niech będzie, że Storm akurat była na porannej przebieżce, niech będzie, że po apokalipsie Emma znalazła szafę ze swoimi starymi ciuchami, ale co Wolverine ma na sobie? Mam wrażenie, że nigdy wcześniej nie widziałem tego wzoru.
A, no i - Stark nie znał tożsamości Parkera? Musiałbym się przebić przez wszystkie komiksy post-Heroic Age, ale wydawało mi się, że prawie wszyscy Avengers go teraz znają, nie tylko Bendisowi "New".
Simon: Nie byłem wielkim entuzjastą tego eventu po dwóch pierwszych numerach. Jednak zwrot akcji i Vision na końcu sprawiły, że czekam na kolejny odcinek. Ten numer był naprawdę dobry. Świetna ekipa biega po Chicago, Red Hulk robi to w czym jest najlepszy, do tego mamy Taskmastera i T'Challę. Duży plus za te trio.
Gil: No dobra, coś się zaczyna dziać. Cap nie tylko podszedł do stołu, ale nawet usiadł na nim. A i to nie wszystko, bo po przydługiej pogadance, w której treści było niewiele, nasi bohaterowie wcielają w życie swój plan. A jaki to plan? Oczywiście najbardziej rozsądny z możliwych: Została nas garstka, więc wyślijmy dwójkę w paszczę lwa, a dalej będziemy improwizować. To zaś prowadzi nas do jakże zaskakującego odkrycia, że jakąś rolę odgrywa w tym wszystkim Vision. Co może i byłoby zaskakujące, gdybyśmy nie pamiętali, że w końcu Ultron jest poniekąd twórcą Visiona, to i pewnie zhakował mu mózg or something. Jedna rzecz, jaka rzuciła mi się w oczy, to fakt, że Wolverine nosi ciuch przypominający Hooded Mana z... jak im tam było, tym millarowym uciekinierom z alternatywnej przyszłości? No i jest jeden moment w dyskusji, który mi się spodobał: Hawkguy wytykający Starkowi rozgrzeszanie Pyma. There is logic in what he says. Natomiast w rysunkach coraz bardziej drażni mnie to, że wszyscy mają tę samą twarz, chyba że są na drugim planie, to nie mają jej w ogóle. A ogólnie to nadal będzie 5/10.
Gamer2002: Event o walce bohaterów z złoczyńcą jest naprawdę o walce bohaterów z bohaterem, WHAT A TWEEST! Okay, żartuję sobie, z SS-manowego tie-ina wiadomo, że Ultron kieruje wszystkim, ale z innego miejsca.
Poza tym, po zeszycie w którym stwierdzano że nie ma planu oraz drugim w którym mówiono o tym, że trza stworzyć plan, mamy zeszyt w którym dyskutują o planie. Przynajmniej jednocześnie zaczęli go wykonywać. No i Black Panther ginie, przeżył zalanie swego kraju przez Phoenix Namora, ale nie miał szczęścia z zawalającą się podłogą. Podsumowując, te 3 numery mogły być jednym.
Popieram opinie, że twórcy kopią tu sprawę tym jak off-panel zabili najpotężniejsze istoty Marvela. Nie mam jednak takich wymagań, by pokazali dokładnie jak to się stało, jedynie czego chcę, to by pokazali coś, co by świadczyło o tym jak to mogło się stać. Rozumiem, Ultron zdołał wszystkich zaskoczyć i wylądował swoimi gigantycznymi statkami wszędzie z zylionem robotów, w pierwszym uderzeniu zabrał się za najgroźniejsze cele... Ale brutalna siła oraz niesprecyzowana supertechnologia kamuflażu to dla mnie mało przekonujące. 5/10.

Astonishing X-Men vol. 3 #60
S_O: Zaraz, ale że co? Co się właściwie wydarzyło?
Przyleciało trzech Galactus-wannabe i żrą energię. Welp, I guess we're all FUCKED now.
Naprawdę nie czuję zagrożenia. Zwłaszcza, że Northstar ich (czasowo) spowolnił, przelatując przez nich z olbrzymią (pomińmy milczeniem "nadświetlną") prędkością. Gdyby tylko istniało jakieś urządzenie, które potrafiłoby wysyłać w określonym kierunku przedmioty z naddźwiękową prędkością... Świat na pewno wyglądałby lepiej.
Krzycer: Serio? SAoAbretooth przeżył AoA Laphama tylko po to? Poza tym Sage mówiąca do Gambita per "hot stuff" - nie wiem, czy zaliczyła jakiś dziwny character development od czasów X-Treme X-Men Claremonta, ale zdecydowanie mi to nie pasuje.
A poza tym... no jest komiks. Biją się. Dramaturgii nie ma w tym prawie żadnej, ale żadne obrażające czytelnika głupoty nie wpadły mi w oko.
Czemu Cyclops jest murzynem z okresu wojny secesyjnej? Alternatywne rzeczywistości alternatywnymi rzeczywistościami, ale... dobra, nieważne, za dwa miesiące nikt nie będzie pamiętałem o niczym, ani z tego crossovera, ani z X-Treme Paka.
jdtennesse: No tak, dzieje się dużo, ale czy z sensem? I gdzie się podział Kurt? To znaczy jest, ale jakby go nie było. Najpierw jesteśmy bombardowani jego obecnością w kilku numerach, zapowiadających nadchodzące wydarzenia, a potem nagle Kurt nie ma żadnej roli do odegrania? Rozumiem, że jeszcze trochę przed nami, ale żeby tak marginalizować postać która zapowiadał event? No dobra. Mamy dużo walki, dużo walki i dużo walki. Wiadomo, że żeby był event, musi być ciężko pokonać wroga. I tak jest. Jest też propozycja obudzenia/odrodzenia Apocalypse’a. No to już w ogóle mi się nie podoba. No i zmiana rysownika albo inkera w rozdziale czwartym jest wyraźnie na gorsze. Trochę to wszystko poplątane. W sumie to nie wiem któremu światu co grozi. Co nie znaczy, że nie będę czytał dalej. 5/10.
Gil: Niestety, obawiam się, że moje rzucone żartem porównanie do tragifarsy pod tytułem Countdown, jaką popełniła ongi konkurencja Marvela, okazała się nad wyraz trafna. Tak samo jak tam, tutaj również nikt nie wie, co się dzieje, nie ma żadnych wyjaśnień, a skołowani tak zwani bohaterowie przerzucają się w kółko tekstami „We should do something!” i „Should we do something?”. I bynajmniej nie są to najgłupsze teksty w tym numerze. „I can run at the speed of light” na przykład. Ja wiem, że od jakiegoś czasu jedynym celem tej serii jest polerowanie sztućców Northstarowi, ale bez przesady. Krótko: nie biega z prędkością światła! Ale i tak najbardziej rozłożył mnie panel, na którym Gaycules łapie od tyłu obu Wolverinów na raz, a zwłaszcza miny, jakie wszyscy na nim mają. A podobno nie pisał tego Pak. No a skoro o rysunkach mowa, to mamy tu aż dwóch rysowników, o zupełnie niekompatybilnych stylach. Pierwszy zbyt kreskówkowy i chyba nie bardzo wie, kogo rysuje, za to drugi bardzo statyczny i niestaranny. Czy już mówiłem, że cały ten cross jest porażająco kiepski? Nie pozostaje mi nic innego jak dać mu 1/10.

Deadpool: Killustrated #3
S_O: Tak, tego brakowało. Żeby Bunn z głowy Wade'a zdobył własne ciało.
Lektura nadal, choć teoretycznie miała być zabawna, jest jedynie męcząca. Poza zabawą w zgadywanie "kto jest kim" nie ma tu niczego, co mogłoby zainteresować. Na szczęście został tylko jeden numer.

Fantastic Four vol. 4 #5AU
S_O: Wydaje mi się, że te tie-iny powstały tylko dlatego, że sztucznie przeniesiono event jakiś rok w przyszłość i trzeba było jakoś na siłę to wszystko wpasować w obecny stan rzeczy - FF poza ziemią, Otto jako Spidey, takie rzeczy.
Pomijając całkowity brak organizacji w przygotowaniu tego crossovera, jak wyszło? Zaskakująco mało Fractionowo. Oczywiście, nadal znajduje się miejsce na potworne durnotki (lol, trolled you, to nie Doom!), ale jeśli się je zignoruje (czytaj: wbije się nóż w udo, żeby ból odwrócił od nich uwagę), czyta się całkiem przyjemnie.
No i oczywiście, fakt, że bez szczypania się wybito prawie całą obsadę obu serii tylko potwierdza podejrzenia, że wszystko zostanie zresetowane.
Krzycer: O-kay, nie przypuszczałem, że Fraction potrafi być taki bezwzględny wobec swoich bohaterów.
A ponieważ przestałem czytać tę serię - wyjaśnił, czemu jego Valeria przestała być nad wiek rozwiniętym geniuszem?
Gil: Alternatywna historyjka, nawiązująca do AoU. W sumie to całkiem sprytne rozwiązanie, uczynić z tego numer równoległy do serii, zamiast typowego 1-shota. A już z pewnością lepsze niż wbijanie w serię oderwanego od głównych wątków numeru lub jakaś niepotrzebna i porozciągana mini. Ale zajmijmy się samym zeszytem, który jest… całkiem przyzwoity. Wyjaśnia, skąd Sue wzięła się w tamtej serii i co się stało z resztą familii. Sposób, w jaki to zostało rozegrane jest średni, bardzo fractionowy, ale od bólu da się kupić. Po prostu wygląda tak, jakby w momencie kiedy wreszcie pozwolono te postacie pozabijać, zabrakło na to pomysłu. Ale za to bardzo fajnie rozegrana została część z dzieciakami. To chyba pierwszy raz, kiedy to Fractionowi wyszło. No i rysunki mi się podobały, chociaż ta mimika u dorosłych nie zawsze się sprawdza. To będzie mocne 6/10.
Gamer2002: Scena wiadomości była dobra, jedynie rewelacja Thinga wywołała u mnie podniesienie brwi. Wyjaśniamy jak Sue się znalazła na Ziemi, choć nie wyjaśniono czemu F4 nie wróciło po 4 minutach od odlotu (nie czytam F4). Dowiadujemy się, że Doom też dał się zaskoczyć off-panel i jest to dla mnie eh. Rysunki brzydkie. 6/10.

FF vol. 2 #5
S_O: Mam pewną teorię: Medusa, która się dobiera do Bentley'a, to ten cały Juliusz Cezar (oczywiście opieram się tylko na kolorze jej dymków, więc...).
Moja kolejna teoria brzmi: Fraction próbuje się opierać na oryginalnej Czwórce Lee i Kirby'ego - dlatego na początku pojawił się Mole Man, dlatego w poprzednim numerze mignął Miracle Man, i dlatego tutaj Torch kręci się po Bowery i zachowuje się tak, jakby dopiero co sobie przypomniał, kim jest. No i dlatego w następnym numerze pojawi się Doctor Doom, prawdopodobnie.
A skoro o Doomie mowa - Co Alex robi w Latverii? Aż tak mu się nie podoba Scott, że udał się do najgroźniejszego dyktatora na półkuli północnej? Overreacting much?
Krzycer: Niektóre wątki i sceny mi się podobają - Medusa z Luną, wprowadzenie Ahury, ciągła niechęć prasy do FF. Niektóre są po prostu dziwne - wszystko związane z crazyTorchem. Niektóre mnie szczerze niepokoją - końcówka. A inne... innych w ogóle nie potrafię ogarnąć rozumem, mruczę pod nosem "Fraction" i wzruszam ramionami. Co tam robi fotoreporter z lat 40?
Gil: Future Foundation – organizacja założona przez teoretycznie najmądrzejszego człowieka na tej ziemi, by kształcić i wychowywać przyszłe pokolenie geniuszy. To nie jest trudna definicja, prawda? Czytasz i wiesz o co chodzi. Ale widać, nie wszyscy są w stanie to pojąć i do tego grona nieszczęśników zalicza się osobnik, który dostał w swe łapy tę serię. Byłem cierpliwy, dawałem mu czas, znosiłem różową bździągwę, ant-męczennika i królową grzebieni, ale pałka się przegła w momencie, gdy Fraction wymyślił sobie, że lekcje może prowadzić tu nawet listonosz. Nie, &^#$@! To jest po prostu debilne! Mimo całego kredytu, jaki dostał, Fraction wciąż i wciąż udowadnia, że nie radzi sobie z science w science-fiction. A ta seria powinna być esencją tego gatunku. Zamiast tego, pisze o pierdołach, wpycha tony waty, a z genialnych dzieciaków robi kretynów, jeśli już łaskawie zdecyduje się je w ogóle pokazać. Czuję, że zaczęło się odliczanie do mojego rozstania z tą serią, a tymczasem 2/10.
Gamer2002: Medusa jest świetnie prowadzona w tym zeszycie (zwłaszcza scena z córką Crystal), podejrzewam że jest ona pod mind controlem tylko gdy gada na różowo a reszta to jej króleswko dumna postawa. Było jeszcze parę innych śmiesznych scenek (na nagłówki Bugle'a zawsze można liczyć) a Mąż Mrówek i Syn Boba uspokaja się trochę i grzeczniej prosi dzieci o pomoc.
Nie muszę czytać Hickmana by wiedzieć, że Fraction od niego lepszy nie jest, ale jego seria jest niezłą lekką serią dziecięcą. Założeniem Marvel NOW była zmienienie zespołów twórczych i koncepcji starych tytułów (za wyjątkiem WatX), a obrany kierunek scenarzyście wychodzi. 7/10.

FuryMax #10
S_O: Nadal nie czuję tej serii. Cały czas powtarza ten sam schemat - Fury leci gdzieś, gdzie Stany próbowały wsadzić swoją wielką Rooseveltową pałę, shit hits the fan, Fury ledwo uchodzi z życiem, lather, rince, repeat. Może jakbym był z MURRIKI, to by mnie to bardziej obchodziło.

Gambit vol. 4 #10
S_O: Nieźle musieli ciepłem buchać, skoro wytopili kilka metrów kwadratowych śniegu. But I digress.
Nie dość, że cały skok na opuszczoną bazę HYDRY przebiegł bez większych problemów, to jeszcze te mniejsze problemy, które się pojawiły (czyli armia mecha-zombie, przez którą Remy się przebił i nawet się nie spocił), zostały zamiecione pod dywan. A ja się pytam - czym się tu w takim razie ekscytować? Może jedynie faktem, że Tombstone jest na tropie Gambita, ale... w końcu to Tombstone, mimo swoich mocy zawsze kończy jako dowcip.
Hotaru: Świetny numer! Podobały mi się fenomenalne rysunki Claya Manna, porządne fill-iny Leonarda Kirka i przede wszystkim fabuła, która czyni z Joelle personę tajemniczą i niejednoznaczną i zmusza czytelnika do zgadywania. Ostatnia strona to tylko bonus.
Gil: "Any means necessary", taaa… Ech, ty Gambicie jeden… żadnej okazji nie przepuści! Szkoda tylko, że jak już wrócą, to się pewnie okaże, że nie ma żadnej córeczki, a kobitka wbije mu nóż w plecy. No, oczywiście o ile Rogue mu wcześniej czegoś nie urwie i w ogóle wróci. Właściwie to jakoś tak od samego początku numeru miałem wrażenie, że Joelle wykręci jakiś numer, ale wraz z wejściem Tombstone’a doszedłem do wniosku, że to raczej będzie long con. A może jednak scenarzysta zdoła czymś zaskoczyć? Zobaczymy. Póki co, historia nie jest zła, ale przyjmuje się ją jak każdy przeciętny film przygodowy, powielający schematy z Indiany Jonesa. Brakuje jakiegoś haczyka i jest to brak odczuwalny. Za to niezmiennie genialne są rysunki, zwłaszcza ta część w górskiej scenerii. I ogólnie jest to takie średnie 5/10.
avalonpulse02931c%20%5B1600x1200%5D.JPG
 Guardians of the Galaxy vol. 3 #1
S_O: Coś nowego spod pióra Briana Bendisa - postacie, które wcześniej nimi nie były, są teraz całkowitymi dupkami żołędnymi! Jakie to świeże! Zaczynam się zastanawiać, czy nie odnaleźć oryginalnych komiksów o Starlordzie i nie sprawdzić, jak to wyglądało tam, skoro niby Bendis wraca do źródeł Quilla.
Nie jestem też pewien, czy Guardians of the Galaxy powinni się przejmować tym, że Ziemia może się znaleźć w niebezpieczeństwie, bo żyją na niej postaci, które mogłyby pokonać całą drużynę jednym ruchem, gdyby tylko wstały od stołu z chińszczyzną. Ale zobaczymy, co BMB wysmaży.
Hotaru: Jakoś nie odniosłem wrażenia, żeby historia zaczęła się od trzęsienia ziemi. Jest bardzo "bendisowsko"... a nie tego bym oczekiwał. Scenarzysta cały czas szarpie te same struny, przez co mam wrażenie, że czytam "Avengers w kosmosie" a nie Strażników Galaktyki. McNiven za to nie zawodzi. Widywałem lepsze z jego prac, ale i tak poziom rysunków jest dostatecznie wysoki bym nie miał się czego czepić.
Krzycer: Jak na Bendisa, to całkiem sporo upakował w tym numerze. Wprowadzenie Quilla, zarysowanie jego relacji z ojcem, pokazanie reszty Strażników, wprowadzenie Starka i zawiązanie akcji koło Ziemi z sugestiami, że papa Star-Lord manipuluje wydarzeniami. W porównaniu z "Kapitan Ameryka siedzi, Kapitan Ameryka wstaje" w Age of Ultron to naprawdę dużo.
No więc jest tego dużo - i w sumie fajnie. Typowo bendisowe dialogi, gdzie nikt nie może powiedzieć trzech zdań, żeby ktoś inny mu trzy razy nie przerywał i nie powtarzał jego słów, doskwierały mi tylko w jednym miejscu - gdy Quill ze zdziwieniem powtarza słowa o "radzie galaktycznych władców", która w tej czy innej formie istnieje od dawna i Peter temu akurat nie powinien się dziwić.
Poza tym mam cichą nadzieję, że to, co widzieliśmy na rozkładówce to skafandry próżniowe, a na co dzień Strażnicy będą biegać w czym innym... Mieli takie fajne mundurki w poprzedniej wersji, po co to zmieniać?
Ale tak poza tym - jest w porządku, czekam na więcej. Wciąż z taką pewną nieśmiałością, wciąż się boję, że Bendis to skopie, ale na razie dobrze jest.
Gil: Chyba nie skłamię, jeśli powiem, że seria była wyczekiwania. Bo nowa ekipa, bo film się smaży, a przede wszystkim, bo są pytania, na które chcemy dostać odpowiedzi. Cóż, nie dostaliśmy tych odpowiedzi, ale pytania zostały ponownie zaadresowane, więc jest to jakaś obietnica na przyszłość. A tymczasem skupiamy się na świeżym wątku, rozstawianiu pionków i tym, jak skrzyżowały się drogi Guardianów i Tośka. Niby wszystko fajnie, niby nie ma jakiś większych zgrzytów, ale kurcze nie czuć w tym Guardians of the Galaxy. A już zdecydowanie nie tych, których znaliśmy z poprzedniej serii. Peter Quill jest kimś zupełnie innym i tylko dialog dowodzi, że to ta sama osoba. Gamora też wygląda jakoś inaczej, Groot ma jakieś świecidełka wrośnięte, Drax jest... jakby go nie było. Jeszcze tylko Rocket jest bliski pierwowzoru, chociaż zapomniał bantera. I ogólnie mam wrażenie, że jest to jakieś takie na pół gwizdka. Może muszę się przekonać? Może... Póki co, mogę tylko przyznać, że obiektywnie numer zasługuje na 6/10, ale jeszcze muszę w to uwierzyć.

Journey Into Mystery #650
S_O: Trochę się pod koniec chaotycznie zrobiło, no i pani Kasia wywinęła lekkiego M. Nighta z ujawnieniem prawdy o "zaklęciu Berserkera", ale koniec końców była to świetna lektura. Sif godnie zastąpiła Kid Lokiego, mimo, że style Kathryn Immonen i Kierona Gillena są bardzo różne. Jestem na tak.
Hotaru: Kathryn Immonen i Valerio Schiti zamknęli pierwszą historię i jestem gotów obwołać ją całkowitym sukcesem. Scenarzystce udało się z miejsca zainteresować mnie bohaterką, która do tej pory była w moich oczach jedynie tłem dla Thora. Uczyniła z Sif postać z krwi i kości, boginię, którą targają wyjątkowo ludzkie emocje. Odkryciem jest też artysta. Schiti nie tylko rysuje dokładnie i estetycznie - jego storytelling jest fenomenalny. W jego wykonaniu świetne są dynamiczne sceny akcji, małe przerywniki komediowe, jak i dramatyczne ujęcia na twarze bohaterów. Dawno żadne rysunki nie cieszyły mojego oka tak, jak jego prace. Więcej takich historii, więcej Journey into Mystery!
Krzycer: Dzieciaki z South Parku w Broxton!
A poza tym dość chaotyczna końcówka, z której ostatecznie wynika, że całe zaklęcie berserku było ściemą? Chyba? To było dość chaotyczne.
W każdym razie, jak w poprzednich numerach, było tu sporo humoru i trochę fajnej akcji. Ciekaw jestem, co z tą serią stanie się dalej.
Gil: Nie ma to jak pocztówki od pani Kasi, które ubarwiają każdy numer. Tym razem rządzi God of Pizza i wszystkie sceny z pizzą związane. Reszta zeszytu… jest fajna, ale nie tak świetna jak kilka poprzednich. No cóż, jak już trzeba domykać historię, to trzeba się skupić na wątkach i poświęcić im trochę miejsca, kosztem wariacji. Ale i tak dobrze jest, a zwłaszcza podobała mi się końcówka, kiedy już wszystko trochę ucichło i zrobiło się sielankowo. Fajnie też wypada Heimdal i mam nadzieje, że będzie odgrywał większą rolę. A największą siłą serii są rysunki, które podobają mi się bardziej z każdym kolejnym zeszytem. Tutaj również będzie mocne 6/10, blisko siódemki.
Gamer2002: Nastąpiła konkluzja pierwszego arcu i zakończył się on sympatycznie, choć może za szybko weszliśmy w ostatni konflikt. Rysunki ładne a serii udało się sprawić, że polubiłem Sif i uznałem ją jako samodzielną bohaterkę a nie wyłącznie tło Thora, więc ogólnie było udanie. 8/10, choć bardziej dla arcu niż dla zeszytu.

Morbius: The Living Vampire vol. 2 #3
S_O: Okej, to już drugi raz, jak ci "gangsterzy" byli świadkami śmierci i zmartwychwstania Morbiusa. Czy kiedykolwiek zamierzają na to zareagować? Czy są cały czas tak naćpani, że nie pamiętają, że zwykle to tak nie wygląda? Czy może cały czas zjawiają się u nich postaci z czynnikiem samogojącym? Czy w następnym numerze zjawi się Wolverine, chodzący od baru do baru? Bo to właściwie wiele by wyjaśniało.
Poza tym jednak, nie dzieje się prawie nic, ot, gość, który pod koniec poprzedniego numeru zginął, teraz też ginie, tym razem na dobre (a przynajmniej dopóki nie zostanie ożywiony jako wampirozombieniewaiodomoco). Czekam na zamknięcie serii.
Gil: Nuda, panie… Kolejny zeszyt, w którym nasz tak zwany bohater użera się z bandą punków. I kolejny, w którym to użeranie jest jeszcze bardziej naciągane i jeszcze bardziej męczące. Już chyba nawet Typeface lepiej by sobie z tym poradził… A najgorsze jest to, że nie ma tu nic więcej. Nie ma ciekawych postaci drugoplanowych, nie ma komediowych odskoczni, nie ma haczyków, podtekstów, hintów na przyszłość… NIC! Po raz trzeci z kolei powiem, że nie wiem kto i po co zdecydował się wydać to coś. I tym razem nie zamierzam już więcej tracić na to czasu. 2/10 na dowidzenia.

Scarlet Spider vol. 2 #15
S_O: I... to wszystko? Poskakał trochę, postraszył, pogadał w "potwornych" dymkach i tyleśmy "Innego" Kaine'a widzieli? Wystarczało jedno kliszowe "Wiem, że gdzieś tam jesteś!"? Naprawdę, Yost, czuję się zawiedziony.
Krzycer: Kaine'owe The Other jakoś się wiąże z azteckim końcem świata który już był? Mniejsza o długofalowe plany Yosta, skupmy się na tym konkretnym numerze. Jest dość mocny - otherKaine nieźle się prezentuje jako potwór, choć Aracely zbyt szybko przywołuje go do porządku. Ale przynajmniej wcześniej zrobił parę brutalnych rzeczy, żeby mu nie było za lekko na duszy. Wiadomo, Parkery muszą się obwiniać o wszystko.
Wrażenie popsuły trochę wilkołaki Lobo - fajnie, że w epilogu widzimy, jaki skutek miało dla nich starcie z Kainem, ale "obiecałeś, że spotkam brata" - "i słowa dotrzymałem"... serio, Yost? Ten numer ma mniej więcej taką brodę, jak Kaine po zrzuceniu pajęczej wylinki.
(Z jakiej paki on miał pod tym brodę? Myślałby kto, że nowonarodzony byłby gładki jak niemowlak... nieważne, detale.)
Gil: I to tyle? The other Other skończył sie dość szybko i rozminął się o milę z moimi oczekiwaniami. Kaine i tak cały czas monologował, że w lustrze widzi potwora, więc właściwie nic się nie zmieniło. No, może poza tymi paroma przebitkami, które sugerują, że ktoś lub coś zwróciło uwagę na jego przepoczwarzenie. Ale to wciąż tylko kolejna z serii obietnic, których realizacji nie mogę się doczekać. Tak jak ten kolejny krok w wątku Aracely, który zapowiada wizytę kolejnych meksykotematycznych łotrzyków. A gdyby tak wreszcie któryś wątek porządnie zakończyć, zamiast ciągle dorzucać i obiecywać? Pretty please? Póki co, moje nastawienie do serii się nie zmieniło, więc i ocena wróci do standardowej 4/10.

Superior Spider-Man #6AU
S_O: Fakt, że musieli sprowadzić innego scenarzystę, żeby popełnił tie-in do AoU potwierdza moje przypuszczenia, o któych już wspomniałem przy Fantastycznych - napisane na szybko, żeby dopasować historię do teraźniejszości. Ech, Marvel...
To powiedziawszy jednak... Nie jest tak źle. Gage odkopuje jakiś stary wynalazek jeszcze bodajże z czasów WWH, i wykorzystuje go jako pretekst do zajrzenia Otterowi do głowy. Głowy nie wypełnionej Casper-Peterem i wspomnieniami, jaki to nasz antybohater był w dzieciństwie biedny, ale chłodną kalkulacją.
Nie wiem, czy to brak Slotta podnosi jakość historii, czy brak Ghost Spidera... Na wszelki wypadek radzę pozbyć się obu.
Krzycer: Jesus Christ Superstar. Christos Gage, palant który zajeździł Legacy po Carey'u, okazuje się lepszym scenarzystą OctoPająka od Slotta. To już się robi przykre.
Ale skupmy się na komiksie - jest w porządku. Jego największą zaletą jest właśnie OctoPająk i to, jak odbiera całą sytuację i podejście klasycznych bohaterów do tematu. I nawet czegoś się uczy pod koniec, i to wszystko jest spoko - i ładnie, a nawet bardzo ładnie zilustrowane przez Soy'a - a mimo to wolałbym, gdyby tego tie-inu nie było. Po pierwsze, nic nie wnosi do głównej fabuły eventu (do tego jest bardzo na siłę wciśnięty gdzieś między kadry #2 i #3 głównej miniserii). Po drugie, jeszcze go demoluje wprowadzając w to wszystko Octaviusa, którego ewidentnie nie ma w głównej miniserii. Eventy zawsze rozłażą się w szwach, nie trzeba im dodatkowo pomagać takimi posunięciami...
Gil: Po raz drugi w ostatnim czasie Gage wykorzystał swoją szansę rehabilitacji po klęsce w X-Men: Legacy. I tym razem wyszło mu nawet lepiej niż w niedawnym Annualu. Zupełnie jakby problem stanowiły dla niego tytuły z większą obsadą, albo coś… Zasugerowałbym obecność Rogue, ale w Academy jej nie było, a też ssała. Ale skupmy się na tu i teraz. Ten 1-shot wpisuje się pomiędzy dwa niedawne numery AoU i pokazuje, jaką lekcję życiową otrzymał Potter. A pokazane jest to bardzo dobrze, chociaż może w nieco uproszczony sposób (ale przynajmniej bez łopatologii się obyło). Na początku nasz anty-bohater zachowuje się tak, jak można się po nim spodziewać, ale znów okazuje się, że jego ego przerosło umiejętności i musi przełknąć gorycz porażki. A przede wszystkim musi uznać czyjąś wyższość i przyznać się do błędu. Zarówno ta część, jak i wypełniona akcją centralna część zeszytu są dobrze poprowadzone i dopiero pod koniec zabrakło trochę miejsca, żeby położyć nacisk na pewne elementy. Jakby tak porównać stan obecny z początkami jego kariery w Marvelu, to można zaryzykować stwierdzenie, że Gage jest mistrzem tie-inów i wypełniaczy, ale z seriami regularnymi radzi sobie kiepsko. A poza tym, ten numer ma naprawdę dobre rysunki, z bardzo plastycznymi kolorami. A, nawet dam mu takie słabsze 7/10.
Gamer2002: Poza zastanawiającym u Starka braku wiedzy o Peterze Parkerze jest to dobry numery z dobrymi rysunkami i dzieje się tu więcej, niż w 3 numerach serii głównej. Mamy zapoznanie z Spockiem w nowej sytuacji, akcje, wykonanie jego konkretnego planu, nową informację o Ultronie i naukę którą Otto wyciąga z niepowodzenia. 8/10, obecnie najlepszy numer crossa.

Thunderbolts vol. 2 #7
S_O: W związku ze zmianą rysownika seria przestała być tak zła, że aż dobra i jest po prostu zła. Zwłaszcza, że ktoś (kolorysta?) się wybitnie nie postarał i wszystko wygląda jak z plastiku.
Fabuła nadal głupia jak nieszczęście, podobnie, jak wszyscy jej bohaterowie. Nie mam nawet już siły ani ochoty zasypywać Was pytaniami wytykającymi głupoty i dziury fabularne. Zmiana scenarzysty była jedną najlepszych informacji zeszłego tygodnia.
Gil: O, wreszcie wszyscy nie wyglądają jak Frank. Wait… nawet Frank nie wygląda jak Frank… Czyli ze skrajności w skrajność. Za to włączyło mi się inne skojarzenie i ciągle zdawało mi się, że zamiast Elektry widzę X-23. Cóż, jednak schematyczność rysownika trochę się mści. Co zaś się tyczy fabuły… Nadal trudno ją tutaj zlokalizować. Ta grupa, teoretycznie złożona z weteranów i profesjonalnych zabijaków, zachowuje się jak banda pierwszoklasistów. Najpierw wyśmiewają się po kątach z Frania i Elektry siedzących na drzewie, a potem szykują po lekcjach zasadzkę za barakami na typka, który zabiera im kasę na lunch. A w tle jakieś małpy, jakieś spiski, jakieś… czy to ma być cała banda Crimsonowych Dynam? Jak ja się cieszę, że Way opuści tę serię wkrótce. Tymczasem, tylko ze względu na rysunki podniosę ocenę do 3/10.

Uncanny Avengers #5
S_O: Kto jest waszym ulubionym Alexem? Bo w tej chwili moim ulubionym Alexem jest Legion.
Mamy chwilę wytchnienia i dzięki temu jest to na razie najlepszy numer serii. Oczywiście Remender nie z chwil wytchnienia jest znany, więc pewnie wkrótce znowu wszystko padnie na ryj. A szkoda, bo nawet mu to wyszło. Przynajmniej do momentu, w którym zaatakował Grim Reaper. Co robił wtedy Thor, który pojawił się w tle kilka stron wcześniej? Czy znudziła go przemowa Alexa i poszedł się najeść? Czy pierwsza strona następnego numeru będzie przedstawiać go wychodzącego z rezydencji z gigantycznym kuflem w jednej ręce i udźcem z dzika czy innego bawołu w drugiej, zastanawiającego się, co się stało?
Hotaru: Numer zaczyna się trochę drętwo, old-schoolową nużącą narracją. Ale potem jest tylko lepiej. Remender w końcu zaczął używać relacji między bohaterami i to z miejsca procentuje (chociaż Wanda nadal zgrzyta mi między zębami). Na lepsze serii wyszło też przejęcie obowiązków rysownika przez Olivera Coipela. Cassaday miał swoje momenty, ale ewidentnie nie zgrał się ze scenarzystą tak, jak wcześniej z Jossem Whedonem. Podsumowując, jest to pierwszy numer Uncanny Avengers, który oceniam pozytywnie. Lepiej późno, niż wcale.
Krzycer: Humor! Tego było trzeba tej serii! Złośliwie nieprzyjazna Rogue, próbujący wszystkich zadowolić Havok i odrobinę zmierzająca ku kreskówce kreska Coipela nadały serii nową jakość i zamieniły pierwszą połowę tego numeru w najprzyjemniejszy fragment tej - krótkiej jak dotąd - serii. W końcówce znowu mamy dramat (a przy okazji, czy Grim Reaper nie zszedł w tie-inie do Chaos War? I w ogóle, myślałem, że to Chaos War go ożywiło, a nie Wanda... a może coś mi się miesza), ale ponieważ przechodzimy do dramatu od humoru, to jego wydźwięk jest dużo mocniejszy niż w poprzednich czterech numerach.
A w ogóle jak mówię "humor i dramat w komiksie" to myślę "X-Factor", więc liczę, a może łudzę się, że Remender popchnie serię w tym kierunku i nie był to tylko jednorazowy wyskok, bo naprawdę strasznie mi się podobało to, co w tym numerze się znalazło.
Przy okazji - Rick często udowadniał, że orientuje się w continuity i czerpie z niego garściami, więc liczą na jakąś wzmiankę o tym, jak to Rogue wpędziła Shiro w śpiączkę zabierając mu moce. Chyba za jego zgodą, nie pamiętam już jej solowej serii.
avalonpulse02931d%20%5B1600x1200%5D.JPGjdtennesse: Nareszcie! Jest to pierwszy numer (może poza pierwszym), który naprawdę mi się podobał. Mam wrażenie, że w końcu nie jest chaotycznie, szybko, dużo, na siłę i bez sensu. Jest nareszcie zmiana rysownika, która na pewno wpływa na odbiór historii, niech pan Cassaday lepiej odpocznie albo weźmie kilka lekcji rysunku. Ad rem. Historia w końcu nieco się klaruje. Mamy prolog historii z Apocalypse Twins w roli głównej. Niestety, nie czytam Avengers więc nie wiem kim jest Kang. Poznajemy kulisy pojawienia się kolejnych członków zespołu. Simon i Wasp oraz Sunfire jako nowi członkowie. Będzie gorąco. Bardzo celnie skomentowana jest scena z Rogue wieszającą obraz Charlesa w miejsce portretu drużyny Mścicieli, pokazuje chyba całą dynamikę między członkami zespołu. Najbardziej podoba mi się Havok, jako nowy kapitan drużyny, który zaczyna wykonywać swoje obowiązki. Cap nadal jest bucem, tu nie trzeba argumentów. Ale Alex przejmuje stery i podejmuje decyzje. No i jego ujawnienie się przed kamerami jest imponujące, szczególnie jako brat Scotta, którego zna już cały świat. Logan i Shiro też mają swój moment, mam wrażenie że to właśnie odpowiednia dawka relacji międzyludzkich i akcji sprawia, że dobrze się to czyta. Przemowa Alexa na konferencji jest bardzo ciekawa. Słowo mutant dzieli, a nie określa. Wszyscy jesteśmy ludźmi. Echo Xaviera? Nawet atak Grim Reapera (też nie znam człowieka) jest interesujący. W kilku zdaniach dowiadujemy się kim jest i dlaczego ściga Wiedźmę (jako że nie czytam Avengers, to dla mnie jest to wyjaśnienie ważne). Końcówka intrygująca, z Rogue nieświadomą mocy Simona i na oczach kamery powalająca łotra jednym ciosem. Oczywiście może to zostać źle odebrane(jak zwykle), ale przecież broniła ludzi. Z chęcią przeczytam kolejny numer. 6/10.
Simon: Oliver Coipel is in the house! Po pierwszych czterech numerach i strasznych rysunkach Cassaday'a myślałem, że już nic z tej serii nie będzie. Jednak jestem pozytywnie zaskoczony. Po pierwsze formuje nam się nowy skład i uwidaczniają się pewne uprzedzenia w drużynie. Po drugie zaczyna się intrygująca historia związana z narodzinami Apocalypse Twins. Po trzecie Havok spod pióra Coipela wreszcie wygląda normalnie - co jest dość istotne biorąc pod uwagę fakt, że jest ważną postacią w tej serii. Jeśli nie wróci Cassaday, będzie dobrze.
Gil: Zeszyt poświęcony na przejście pomiędzy historiami, poszerzenie składu i trochę porządków... I sporo bullshitu. Początek jest okay, nawiązuje do największego osiągnięcia Remendera, więc i nie dziwota, że wątek jest kontynuowany. Może nawet okaże się ciekawy. Po tym krótkim wstępie, przechodzimy do naszej Uncanny ekipy i się zaczyna... Od początku podejrzewałem, że znajdziemy w tej serii masę sztucznie wykreowanych konfliktów i tutaj mamy całą ich paradę. Praktycznie każdy w tej grupie ma do kogoś grudge’a, albo o coś z przeszłości, albo o coś zupełnie z dupy wziętego. A szczytem wszystkiego jest kłótnia o wystrój wnętrz. Na tle tej parady głupot całkiem nieźle wypada wprowadzenie Sunfire’a i przemowa Alexa. O dziwo, akurat on jest tutaj chyba najlepiej prowadzoną postacią, chociaż z początku zdawał się nietrafionym wyborem. A potem znów mamy głupią bitkę od czapy, która prowadzi do szokującego finału. Musiałbym w życiu nie przeczytać żadnego komiksu, żeby łyknąć tego cliffhangera. Za to mogę postawić każde pieniądze na to, że zaraz okaże się, że to jakaś zaplanowana akcja tych złych, coby zdyskredytować ten team na starcie. Czyli fabularnie bez rewelacji, a rysunki? Zmiana Cassadaya na Coipela wydaje się korzystna, chociaż wiemy, że jest chwilowa. Niestety, wygląda to tak, jakby ktoś powiedział rysownikowi, że ma tydzień na zrobienie całego numeru. Efekt końcowy jest daaaaaleki od zwyczajowego poziomu rysunków Coipela. Tak więc, po zsumowaniu wszystkich za i przeciw, 4/10 jest maksymalną oceną, jaką mogę wystawić.

Uncanny X-Force vol. 2 #3
S_O: Pomyślałby kto, że profesjonalny złodziej próbowałby się przedostać z jednego miejsca na drugie tak, by wywołać jak najmniej podejrzeń. Porwanie i rozbicie samolotu pasażerskiego jakoś nie brzmi na zgodne z takim opisem.
Tymczasem walka z Bishopem to jedno wielkie "Co?". Nawalają się bez ładu i składu, nikt nie ma motywu, by robić cokolwiek, nic nie zostaje wyjaśnione - poza tym, czego każdy, kto nie jest skończonym idiotą, pewnie i tak się już domyślił - to dziewczynka jest "narkotykiem".
Hotaru: Komiks ma swoje momenty. Ale nic więcej. Te kilka rodzynków zatopionych w zakalcu nie wpływa znacząco na ocenę całości. Humphries się nie popisał - intryga jest czerstwa, a bohaterowie zachowują się jak po praniu mózgów. Rysunki Garneya są nierówne, a te kilka stron Adriana Alphony tylko powoduje irytujący niedosyt. Szkoda.
Krzycer: Dobra, autor ewidentnie nie wie, czym Bishop się popisywał przez ostatnie parę lat. Tzn słyszał, że polował na Hope (a przy okazji ogłupia Storm, która pyta w tym numerze, cytuję "naprawdę sądzisz, że Bishop zabiłby małą dziewczynkę?"), ale chyba na to leje. I to mi przeszkadza. Wciąż nie widzę sensu w klnącej Psylocke. No i nienaturalnie brzmi Spiral mówiąca o Psylocke "Betsy". Czyli takich minusów jest sporo. Ale.
Ale rysunki są fajne, a walka w tunelach metra ma fajny, niemal klaustrofobiczny klimat i nieźle dawkowane napięcie.
I gdyby nie kontynuowanie wątku masturbacji Fantomexa to byłby mimo wszystko fajny numer. A tak jest po prostu w porządku.
jdtennesse: W tym komiksie najbardziej podoba mi się klimat lat 80-ych. Czytając ten numer czułem gdzieś w pobliżu obecność Claremonta. Ale to chyba tyle jeśli chodzi o pochwały. Historia? Uważam, że, po pierwsze, niektóre retrospekcje są zbędne i niczego nie wnoszą do historii (Betsy w NY? po co to komu?). Początek też rozczarowuje. Bishop uciekł. Kilka przegadanych stron i rewelacyjne odkrycie, że to Ginny jest narkotykiem. Kto jeszcze tego nie wiedział? A najbardziej męczą mnie wstawki z Fantomexami, to tak dla zabicia miejsca, czy w ogóle gdzieś z tym zmierzamy? Sceny walk w tunelach metra nawet nawet, ale to historia powinna się bronić. A z tą jest średnio. Spiral znowu dba tylko o własne interesy, chociaż chroni dziewczynkę. Może jest jeszcze inny powód niż czysta chęć zysku. Ale przynajmniej zakończenie nie rozczarowuje aż tak bardzo. Sprawy przybierają nowy obrót, gdyż to Psylocke była celem Bishopa a nie Ginny. Intrygujące. Ogólnie cała historia jest taka sobie. Nie jest źle, ale może być lepiej. Cały czas mam wrażenie, że bujamy się w okolicach średniej przeciętności, a chciałbym czegoś więcej. Rysunki cały czas są dobre. 5/10.
Simon: W tym numerze wydarzyło się naprawdę niewiele. Jesteśmy dwa kroki dalej od wydarzeń z poprzedniego odcinka. Na dobrą sprawę mamy tu jedynie pogoń za Bishopem oraz wspominki z przeszłości Bettsy i Spiral oraz dość zaskakującą wizję wnętrza umysłu tego pierwszego. Myślę, że gdyby historia nie dotyczyła mutantów, przestałbym ją śledzić. Kreska niestety jak dla mnie jest nieco bez charakteru. Cytat numeru: "This stinks like yesterday fish".
Gil: Z jednej strony, zaczyna się tu klarować jakiś kierunek, a z drugiej, to klarowanie jest strasznie rozciągnięte. Wyjaśniło się co nieco jeśli chodzi o współpracę między tą grupą a Spiral, natomiast nic się nie wyjaśnia w kwestii Bi-ech, zapomniałem… PeboBearShopa. Poza tym, że coś mu się w głowie potentegowało. I trochę się obawiam, że tym potentegowaniem będą chcieli naprawić wszystko i przeciągnąć go z powrotem na jasną stronę mocy. Bo był czyimś ulubionym bohaterem, bo taki przyszedł dekret z góry, albo z jakiejś równie prozaicznej przyczyny, która ponownie podkopie i tak już wątpliwą reputację komiksowej logiki. Ale z tym rantem zaczekam i zobaczymy, co wyjdzie z worka. Póki co, trochę się ganiają, trochę biją i zupełnie niepotrzebnie dorzucają trochę retrospekcji. A zabrakło mi najbardziej tego fajnego Pucka, który zarządził ostatnio. Ale za to rysunki nadal fajne i będzie to jeszcze 6/10, chociaż trochę słabowite.

Wolverine and the X-Men #27
S_O: Podobała mi się rozmowa kadry pedagogicznej na początku numeru - odpowiedź na odwieczne pytanie "czemu nikt nigdy nie pomaga Wolverine'owi, gdy ten zaginął", z pewnym przymróżeniem oka.
Na tym jednak zalety się kończą. W historii została bowiem przedstawiona najbardziej zawodząca motywacja łotra, z jaką się spotkałem od czasu filmowego Thora (ta sama swoją drogą - "daddy didn't love me"), a i rysunki za bardzo nie pociągają.
Krzycer: Pamiętacie "Origin"? Historię o podziałach klasowych, samotności, niemożności uniknięcia przeznaczenia? Spodziewaliście się, że coś, co w gruncie rzeczy jest sequelem tej historii będzie zawierało roboty, kowbojów i jaskiniowców?
(Jaskiniowców mówiących po angielsku. Oczywiście, że tak.)
Motywacja Doga jest żałosna... i byłoby to wadą komiksu, gdyby nie to, że Quentin rzuca mu tym w twarz. Poza tym Wolverine chyba po raz pierwszy w tym tytule autentycznie robi co może, żeby czegoś uczniów nauczyć i im pomóc.
To wciąż jest porąbany numer z robotami, kowbojami i jaskiniowcami, ale przynajmniej jest tu parę fajnych scen i rozwijania postaci. No i hej, chińska mutantka z dziwną skórą dostała wreszcie rolę wykraczającą poza "jestem w tle".

X-Men: Legacy vol. 2 #8
S_O: Tym razem historia skupia się na naszej dwójce bohaterów skupiających się na pewnym nowym mutancie. I fajnie to wychodzi, tak moc Sardynki, jak i rozważania Ruth i Davida. A tymczasem dostajemy pewne nowe wskazówki co do Żółtego Xaviera Z Głowy Legiona, i obietnicę wyjaśnień kiedyś w przyszłości. Nadal świetna lektura, mimo tego, jak Tan Eng Huat krzywdzi ludzkie twarze.
Krzycer: Chyba nie wiedziałem, a przynajmniej nie pamiętałem, że Spurrier jest Brytyjczykiem. Wystarczyła kartka "Rugby - like football, but for men" na jednym z kadrów by rozwiać wszystkie wątpliwości.
A wracając do komiksu - wciąż jest dziwnie, wciąż jest fajnie. Niby kolejny one-shot, ale poznajemy jakieś dziwne psioniczne zagrożenie, więc są tu jakieś tropy rzucane na przyszłość. Najważniejsza pozostaje dla mnie relacja Davida z Blindfold, którzy szybko wyrastają na jedną z moich ulubionych komiksowych par. Rysunki Tan Eng Huata wciąż mi nie do końca pasują, ale nie da się ukryć, że Santi Sardina po raz kolejny wykonał przy tym numerze fantastyczną robotę.
jdtennesse: Od okładki po ostatnią stronę – jestem na tak. Bardzo dobry kolejny numer. Legion ładnie nam się rozwija, jak i jego związek/znajomość z Ruth. Ich astralna randka jest o tyle nietypowa, co udana, mimo zakończenia. Pomysł Legiona z nowym sposobem wyszukiwania młodych mutantów świetny – zamieńmy się w siano. Już na pierwszej stronie zacząłem się zastanawiać o co chodzi z tym Santi Sardiną (BTW – czy to przypadek że chłopak nazywa się jak sławny Rafael?). Jeśli chodzi o jego moce, no cóż, mieliśmy już kilka przykładów bezużytecznych mocy, ale ta…? Przypisywanie sobie zasług za dzieło innych ludzi? Robione zresztą na razie nie celowo – trzeba nauczyć się kontroli. Moim zdaniem plan Legiona, aby uczynić z Santi pierwszego prezydenta mutanta jest naprawdę świetny, ale nieco nierealny, wygrana w jednej debacie, wspinanie się na szczyt, nie wiem czy byłoby to aż tak łatwe. W ostatecznym rozrachunku to Ruth miała rację i Santi w końcu otrzymał uznanie za swoją pracę i to bez użycia sowich mocy. Świetna lekcja uczciwości. I tak się tylko zastanawiam, czy ten atak potwora w wymiarze astralnym był do końca uzasadniony, czy po prostu musieli wrzucić trochę akcji w obawie przed znudzeniem czytelnika. Niby jest jakieś uzasadnienie – dostajemy kolejny raz postać niby-ojca Davida. Kim jest naprawdę? Dokąd zmierza historia jeśli chodzi o ten wątek? Pewnie wkrótce się przekonamy. Rysunki są w porządku, chyba dzięki dobrej historii, nie przeszkadzają. Z rysunków zawsze najbardziej podobają mi się okładki, są bezbłędne. 7/10.
Gil: Seria po raz kolejny udowadnia, dlaczego zasługuje na miano najlepszej spod znaku X, mimo faktu, że ma strasznie kiepskiego rysownika. Ten pojedynczy numer jest po prostu świetny! Spurrier pokazuje nam, że można jeszcze wymyślić jakąś oryginalną mutacyjną zdolność, inną niż strzelanie czymś z czegoś, albo zmienianie się w jeszcze bardziej niedorzecznego zwierza. Pokazuje nam też, jak można taką zdolność wykorzystać, a potem wywraca sytuację do góry nogami. A przy okazji, jest to także historia o dokonywaniu wyborów i odpowiedzialności. No i cały czas w tle rozwijają się nam konsekwentnie wątki w głowie Davida i jego niekonwencjonalny związek z Ruth. Jestem na tak! I żaden Huat mi tego nie zepsuje, choćby nie wiem jakie szkarady popełniał! Raz jeszcze zasłużone 7/10.

Young Avengers vol. 2 #3
S_O: Seria powoli nabiera rozpędu, drużyna zaczyna się nieśmiało formować, i to w zgodzie z najlepszymi tradycjami Mścicieli - po trochu z przypadku, po trochu za sprawą Lokiego. Fabuła też zaczyna nabierać prędkości, no i dowiedzieliśmy się, że Miss America Chavez ma dwie matki, jakby podobieństw do Wonder Woman było zbyt mało.
Hotaru: America w wykonaniu McKelviego jest cudowna. Cu-dow-na! Wiem, że brzmię teraz jak jakiś napalony nerd, ale po lekturze zacząłem komiks kartkować od nowa, tylko po to, żeby popatrzeć sobie, jak fenomenalnie America wygląda. Fabularnie zaś - uczta! Odniesienia do pop-kultury (nawet te na stronie z napisami) są tak smakowite, że aż nie mogę przestać się do siebie szczerzyć. Gillem i McKelvie świetnie się bawią, a ja razem z nimi.
Krzycer: Przed Gillenem długa i ciężka praca, by cała obsada YA działała na rzecz tytułu. Na razie Loki pozostaje główną zaletą. Ale co to za zaleta - i w zupełności wystarcza, by lektura była czystą przyjemnością.
Kreska McKelviego jest w porządku, choć nie do końca mnie przekonuje w scenach akcji. Za to podoba mi się wyróżnianie bohaterów kolorami w bijatyce w klubie.
Gil: Historia złych rodziców z innego wymiaru nam się rozwija i zatacza szersze kręgi, a na scenę wkracza Miss America Chavez. I cóż to jest za wejście! Jeśli równie dobrze przebiegnie integracja reszty nowych członków, to stracę wszelkie wątpliwości, że mamy szanse na najlepszy skład Young Avengers z możliwych. Tymczasem Loki jest bezkonkurencyjny, ale Chavez już zajęła miejsce drugie na mojej liście ulubieńców. Wciąż czekam na Kate i Noh-Varra oraz Speeda. A wiecie, kogo jeszcze chętnie bym tu dodał? Amadeusa Cho. Z nim w roli mózgowca, to byłby idealny skład. Ale odbiegłem trochę... W tym numerze dostajemy trochę odpowiedzi, sporo tego lovely dovey stuffu i zakończenie, które jest jednak trochę zaskakujące, nawet jeśli nie powinno. No i wciąż świetne rysunki, nawet jeśli zabrakło takich zabaw kompozycją jak ostatnio. Czyli kolejne 7/10.
Gamer2002: Mam nadzieję, że dalej historia nabierze przyspieszenia, bo trochę wolno obecnie to idzie. Wiadomo już czego Loki chce i dostaliśmy nową porcję hintów o Miss America (choć nie czytałem serii w której oryginalnie się pojawiła). Trochę to jednak za mało, zwłaszcza gdy postępy bohaterów cofnęły się o krok. 7/10.
Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse02931a.jpgYoung Avengers vol. 2 #3
Autor:
Jamie McKelvie

Hotaru: Jedna z tych okładek, które chciałbym znacząco powiększyć i powiesić sobie na ścianie. Kadrowanie jest natchnione, strój Americi i czarny krzyżyk używany w klubach na oznaczenie klientów w wieku zbyt młodym, by kupować alkohol, jest jednocześnie świetnym ukłonem w stronę współczesnych nastolatków, jak i zawartości numeru. I jeszcze ta szklanka z przepięknie rozlewającą się wodą...





Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.03.27
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: S_ORedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.