Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #291 (18.03.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 18 marzec 2013Numer 11/2013 (291)


Cztery odrębne serie, cztery zupełnie różne historie, opowiadające o zupełnie różnych bohaterach zdominowały to wydanie Pulse'a.

Age of Ultron #2
Hotaru: Fabuła musiała być dla mnie tak szokująca, że zaraz po skończeniu lektury już jej nie pamiętałem. A tak na serio - nie pamiętałem, bo i nie ma czego. W tym numerze praktycznie nie dzieje się nic istotnego. Połowa objętości na ekspozycję Black Widow i Moon Knighta to zwykłe marnotrawstwo. Bryan Hitch też nie miał zbyt wiele okazji na popisywanie się panoramicznymi kadrami. Mam wrażenie, że ten komiks mógłby wyglądać lepiej, gdyby inker Paul Neary nie nakładał tyle tuszu. Takie zagęszczenie grubych topornych linii niestety owocuje ogólnym wrażeniem toporności. Pamiętam szkice Hitcha, i nie wyglądały tak kiepsko...
S_O: W San Fran Black Widow i Moon Knight trafiają na jeszcze jednego ocalałego, przerażonego cywila, który, tak, jak oni, próbuje przeżyć w świecie opanowanym przez robota-ludobójcę. Krok pierwszy - sprawdzić, czy posiada coś przydatnego. Krok drugi - upewnić się, że nie stanowi zagrożenia. Krok trzeci - odstrzelić mu łeb. MUH HEROES!
Po drugiej stronie kontynentu, w Mieście, Które Się Liczy, nie jest wiele lepiej. Jeśli liczyliście na jakieś retrospekcje, to mam dla Was złe wieści. Jedyne, czego się dowiedzieliśmy, to: Shit happened. Również, najwyraźniej łotrzyki chciały sprzedać Spider-Mana Ultronowi. Na wypadek, gdybym nie wyraził się jasno: Chcieli go sprzedać. Ultronowi.
Za to Cap wstał, co było najlepszym cliffhangerem w serii zaraz po "Cap siedzi". Trzeci numer zakończy się pewnie Capem podnoszącym rękę. CO ZA EMOCJE.
avalonpulse0291b%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Cap był załamany. Siedział w kącie i myślał. Teraz wstał.
Dobrze, że w tym numerze mamy również Black Widow i Spectora w opanowanym przez Skynet San Francisco, bo w siedzibie ocalałych nowojorskich bohaterów nic, tylko bendisowa paplanina z której nic nie wynika. Jak już dotarłem do strony ze wstającym Capem zdziwiłem się, że to już koniec, bo naprawdę nic w tym komiksie się nie wydarzyło.
grzgrzegorz: To dopiero drugi numer, ale już powoli tracę nadzieję na to, że coś dobrego z tego wyjdzie. jedynym jak dla mnie pozytywnym elementem tego numeru jest SpiderMan. No i KapitanAmerica wstał!!. Od strony wizualnej komiks jest dla mnie mocno średni. Ocena 4/10.
kuba g: Primo, czytam z digitala więc nie mogę ocenić czy wydanie jest też tak ładne jak numeru pierwszego ale obstawiam, że raczej tak i będzie już to trwało do końca. Secundo, póki komiks skupia się na Moon Knight i Black Widow to jest rewelacja, zniszczenie i klimat beznadziei ale nie wymuszony tak jak w drugiej połowie zeszytu gdzie Peter coś nawija do reszty niby-Avengers. Serio, póki obserwowałem Spectora i Widow wszystko było na miejscu, interakcje, logika, klimat, potem nagle Bendis próbuje zainteresować mnie twistem ze złoczyńcami na smyczy Ultrona i wszystko pada bo paplanina jest przeprowadzona tak jakby pisał to ktoś inny niż Bendis (sry, wg. mnie typ umie przynudzać tak w dialogach, że nie nudzę się, a tu jest inaczej). I te powstanie Capa... Litości. Ale, niech nikt nie oczekuje ode mnie pisania, że spisuje serię na straty albo, że komiks pokazuje wszystko czego spodziewałem się po serii. Nie. Podoba mi się koncept, podba mi się wykonanie, ale mniej niż w numerze pierwszym.
Gil: Hm… gdyby to był Pan Tadeusz, dotarlibyśmy do momentu, w którym dzięcielina pała. Gdyby to był Władca Pierścieni, po przeglądzie pejzaży z Shire i przebitce na Boromira w podróży, skończylibyśmy na promie Buckleberry, słuchając jak Merry opowiada, skąd się tam wziął, by na końcu Frodo oznajmił, że wie gdzie iść. Gdyby... ah, nevermind – wiecie, o co chodzi. Tempo tej historii rozkręca się jak pędzący ślimak, a treść zatacza szerokie kręgi, byle dalej od fabuły. Jedyna treść treściwa, jaką tu dostajemy to wspomnienie Pajęczaka, że obudził się już po końcu świata i go zaraz porwali. Wsio. Oprócz tego znów dużo splashów (cokolwiek ładnych, ale równie zbędnych), wyrwane z kontekstu przebitki i dyskusje praktycznie o niczym. Ale hej, Cap ma plan, więc może coś się w końcu zadzieje. Oby, bo zaczyna mnie ten stan irytować. Wciąż oceniam na 5/10.
Gamer2002: Przy scenach z Black Widow czułem te post-apo Terminator klimaty, ale podczas wielkiego gadania o niczym w NY już niezbyt. Cap wstaje i ma plan, ale z zapowiedzi wiadomo, że skończy się to jeszcze gorzej i pewnie kompletnie się załamie albo zginie by pokazać jak walka jest beznadziejna. Rzeczywiście przydałoby się wyjaśnić, jak Ultron poradził sobie z najpotężniejszymi istotami na Ziemi. 6/10.

Alpha: Big Time #2
S_O: Historia rozwija się całkiem ciekawie, postacie są interesujące, wątpliwości bohatera wiarygodne, w ogóle miniseria okazuje się nie być taką chałą, jakiej się spodziewałem. Duża w tym zasługa Fialkova, który jest w stanie wycisnąć z postaci Alphy znacznie więcej, niż Slott.
Gil: Przy odsłonie pierwszej tej historii zgodziliśmy się w większości, że Alpha nie jest już tak irytujący. Zaczynam mieć wątpliwości. Może nie jest już takim wkurzającym, rozpieszczonym co_to_nie_ja palantem, ale teraz zaczyna przeginać w drugą stronę z tym "nobody understands me". Well, boo-hoo… Albo minęło już zbyt dużo czasu odkąd byłem nastolatkiem i rzeczywiście już nie daję rady sympatyzować z tymi rozterkami, albo po prostu są bez sensu, z czapy wzięte i w ogóle abstrakcyjne. Obstawiam opcję drugą. A ten twist na końcu to już zupełnie nie wiem, do czego przyłatać. Czy on teraz rozdaje moce każdemu, kogo dotknie? Na plus mogę zaliczyć najwyżej starcie z potworem i rozmowę z policją. A rysunki wciąż na minus. Czyli ostatecznie 3/10.
Gamer2002: Wciąż mi się podoba, choć zapoznanie się bliżej z dziewczyną było ciut za szybkie, ale to w końcu mini. Poza fajnym potworkiem (co prawda znikąd, ale to w końcu NY), Andy zmaga się z myślą, że zabił człowieka. Spore punkt za gotowość do zostania aresztowanym i ponownej utraty mocy. Miło widzieć wyrozumiałych gliniarzy. Bawi mnie to, że w czasach Alpha, gdy Captain America atakuje nacje i nie potrafi przyznać się do błędu także gdy niszczy Inifity Gems, Tony Stark pierze mu mózg, Beast w tym mu towarzyszy i narusza kontinuum czasoprzestrzenne dla zemsty a Spider-Man to Doc Ock, staje się powoli jednym z najbardziej odpowiedzialnych superbohaterów. Może nadwyżam, ale 7/10.

Avengers Arena #6
Hotaru: Jak dla mnie Hopeless mógł napisać ten komiks tylko o dzieciakach z Braddock Academy. Bo kiedy tylko skupia się na tych bohaterach, zaczyna robić się ciekawie. Sceny z innymi nastolatkami są czasem w porządku, czasem nie, ale śledzenie perypetii dysfunkcjonalnej młodzieży z Wielkiej Brytanii to czysta przyjemność. Po raz kolejny Kev Walker odwalił kawał fenomenalnej roboty. Nie rozumiem, dlaczego nie słyszałem o tym rysowniku wcześniej, bo to chyba nie możliwe, żeby jego talent objawił się dopiero w tej serii?
S_O: Dem Atlantean wymyn, brah. Hos be crazy.
Numer znowu skupia się głównie na dzieciakach z Wysp, tym razem na Anachronismie i jego wesołej ferajnie. I nadal mi się oni podobają - takie właśnie szkolne dramaty są znacznie ciekawsze (i naturalniejsze), niż "a teraz dobieramy się w pary" z czasów Akademii. No i Kid Briton dał się wykiwać panience i stracił głowę. Pewnie będzie miał do 'Nisma żal, jak już przyjdzie pora na respawn.
Krzycer: Panie i panowie, zaczęło się. Game on. Pierwszy zgon młodego z ręki innego (panującego nad sobą) młodego. Nie mam żadnych zastrzeżeń. I choć Hopeless położył fundamenty pod tę scenę dopiero w poprzednim numerze, to jak przyszło co do czego wszystko było na swoim miejscu, konflikty były wyraźne i wiarygodne, a na dokładkę do samego końca nie wiedziałem, kto z 3-4 bohaterów uwikłanych w kłótnię polegnie.
Szapo ba, bo AA nie przestaje mnie pozytywnie zadziwiać.
No, może poza trigger scentem, którego wykorzystanie wytypowałem po pierwszych teaserach serii... Liczę, że to nie zamieni Laury w berserkera do końca historii, tylko po prostu nie będzie się mogła zbliżyć do Hazmat i Reptila. Czyli, że trigger scent będzie działał tak, jak trigger scent dotąd zawsze działał.
avalonpulse0291c%20%5B1600x1200%5D.JPGwolvie111: That's what I like! To wreszcie jest prawdziwy Murder World... grupa z Braddock Academy wydawała się początkowo nudna, potem rozkręcała się powoli i wreszcie pokazali na co ich stać! Coś tak czułem, że prawdziwa akcja zacznie się właśnie od nich, bardzo fajny i przyjemnie pogmatwany wątek. Seria podoba mi się coraz bardziej. Mieliśmy długą i dla mnie dość nużącą przerwę od prawdziwych igrzysk śmierci, ale ten numer wywołał we mnie te same wrażenia co pierwszy. Nieprzewidywalne, trzymające w napięciu...do samego końca nie wiesz na kogo padnie kolej.
Co do postaci. Nara wydawała się zwykłą szkolną ździrą, ale w tym numerze błyszczy i powiem szczerze, że ją polubiłem... sam nie wiem jak to możliwe, ale chyba po prostu lubię, gdy dziewczyny w komiksach wykorzystują swój urok dla osiągnięcia RÓŻNYCH celów, bo to jak zakręciła Rudym koesiem z toporkiem mistrzowskie. Tak więc zdecydowanie to było jej 5 minut. Jej i małego Punishera, kadr ze spulwą i pączkiem jak najbardziej na plus. Katy pokazuje swoją prawdziwą twarz i widać, że całkiem nieźle gra w tę grę, choć wydawała się dość niepozorna. A jeszcze X-23 gone wilde... wreszcie!
Ostatni scena bardzo dobra, czytałem z podnieceniem, o który bym się nie podejrzewał, gdy ta seria się zaczynała.
Ogólnie jest bardzo dobrze, Arcade wreszcie zaczyna świntuszyć o i jeszcze rysunki... dobre i świetnie pasujące do klimatu serii. Daję 9/10. Go Nara! Go Nara... chociaż pewnie i tak długo nie pociągnie :D .
grzgrzegorz: Podobało Mi się. Przed przeczytaniem tego numeru podjąłem decyzję, że jeżeli nie wydarzy się nic ciekawego to rezygnuję z czytania tej serii. No więc udało się Hopelessowi przekonać Mnie do czytania dalej. Wreszcie jakieś interesujace rzeczy dzieją sie w tej serii. Interakcje między postaciami są ciekawe- zwłaszcza grupa Anachronisma wybija się ponad resztę. podobało MI się użycie trigger scenta na 23-ce. W końcu na moją ocenę wpłyneło rozwiązanie problemu Kid Britona. Rysunki też są bardzo dobre, nie dopatrzyłem się jakichś przykrych wizualnie dla mnie kadrów. Ocena 7/10.
Gil: Wciąż skupiamy się na dzieciakach z Hogwa… ehm, sorry… z Braddock Accademy, które dopiero co poznaliśmy, podczas gdy scenarzysta dwoi się i troi, żeby pokazać jak bardzo interesującymi postaciami są. I nie udaje się to za bardzo, bo wciąż pozostają postaciami dwuwymiarowymi, których jedyną wyraźną cechą jest konfliktowość. Reszta obsady robi za przebitki, część w ogóle jest pominięta, a całość numeru można streścić tak: człap-człap, bla-bla, powtórz. Aż do ostatniej strony, gdzie mamy niespodziewanego trupa. I wiecie, co wam powiem? To chyba pierwszy przypadek w historii ludzkości, żeby komuś obcięto głowę dzidą. Osiągnięcie to niebywałe, bo w końcu to broń kłująca i nawet ostrza nie ma. Ale hej, w końcu to wirtualna rzeczywistość, więc pewnie błąd matrixa. Who cares? Not me. Rysunki generalnie niezłe, tylko ta końcówka trochę spaczona. Nadal będzie to 4/10.

Avengers Assemble #13
S_O: Czy... czy cała ta historia była tylko pretekstem do tego, żeby wykorzystać cytat z filmu o czerwonym Ledgerze? Bo jeśli tak...
Problemem jest też fakt, że już na pierwszych stronach numeru wspomniano, że transformacja w jaszczurkę nie jest permanentna. A przez to znika jakiekolwiek napięcie. Tym razem pani Kucykowej się nie udało.
Gil: Rosja… kraj w którym dywany wiesza się na ścianach, niedźwiedź to zwierzątko domowe, a mężczyzna oświadcza się jaszczurce… Są na tym świecie rzeczy, o których się fizjologom nie śniło. A jak się tak zastanowić, to sporo jest ich w tym komiksie. Już nawet nie mówię o tym, jak zmiennocieplne gady przetrwały syberyjskie mrozy, ale na przykład: dlaczego jak Natasha zmieniła się w jaszczura to miała włosy i kły, a nikt inny nie miał? Weird, huh? A właściwie, to o czym była ta historyjka? Bo jakoś tak zjechała z torów i popędziła w krzaki, że ciężko mi powiedzieć, czy w ogóle domknęła wątek, z którego wyszła. I czy to naprawdę napisała pani Konik? Bo wygląda prawie jak zakamuflowany Bunn. Tak po prawdzie, to chyba nawet nie chce wiedzieć, bo nie jest warta tego, by ją zapamiętywać, a co dopiero głowić się nad tym. Dam 3/10 i szybko zapomnę.

Avenging Spider-Man #18
S_O: Electro dostaje powerboosta! Because SCIENCE! I teraz trzeba go powstrzymać! With SCIENCE!
Historyjka przyjemna, relacje między Otterem a Thorem ciekawe i nawet Electro interesująco rozwinięty. Tylko technobełkot wyjątkowo bełkotliwy.
Gil: Yost jest generalnie dobrym scenarzystą, ale nawet takim zdarzają się bolesne wpadki, jeśli są zbyt leniwi, żeby odrobić lekcje, zanim zabiorą się do pisania. Ten numer również jest przyzwoity pod względem fabularnym – dobrze osadzony w continuitym fajnie buduje relacje między Potterem a Thorem i kładzie podwaliny pod coś większego. Niestety, Chris Yost całkowicie nawalił w (pseudo)naukowym wyjaśnieniu boosta jakiego dostał Electro. Podejrzewam, że większość czytelników tego nawet nie zauważy, ale niestety trafił Wam się fizyk, który przyczepi się każdego szczegółu :P . Nie obrażę się, jeśli nie będzie chciało się Wam tego czytać, ale muszę sprawić sobie tę perwersyjną przyjemność i klepnąć tyradę ;) .
Podstawowy błąd scenarzysty: PROTON nie jest antycząstką elektronu, jest nią POZYTRON. Mamy więc dwie opcje do rozważenia: co by było, gdyby stało się to, o czym pisał Yost i co by było, gdyby spróbować zastosować ten pomysł poprawnie, czyli z użyciem pozytronów.
Zacznijmy więc od tego, że zamiana elektronu w proton jest absolutnie niemożliwa. Elektron jest cząstką elementarną, a konkretnie leptonem. To znaczy, że według obecnej wiedzy naukowej nie jest złożony z mniejszych cząsteczek. Proton dla odmiany jest hadronem – cząsteczką zbudowaną z trzech kwarków, które należą do tej samej grupy cząstek elementarnych co elektron. I zupełnie przy okazji, jest o prawie 4 rzędy wartości (mniej więcej 10000 razy) cięższy od elektronu. Upraszczając sprawę: to trochę jakby próbować zamienić piłeczkę pingpongową w planetę. No i prawo zachowania masy by na to nie pozwoliło. Głupi błąd scenarzysty wziął się najprawdopodobniej z faktu, że proton i elektron mają przeciwne ładunki elektryczne, co oczywiście nie oznacza, że są antycząstkami i mogą anihilować, bo w ogóle byśmy nie istnieli. Gdyby nawet jakimś cudem udało się zamienić te elektrony w protony, to właściwie nie stałoby się nic... poza rozerwaniem nieszczęsnego Electro na cząsteczki, bo ładunki jednoimiennie by się odepchnęły i atomy by się rozpadły. Funny :) .
A teraz w drugą stronę: załóżmy, że jednak zamienili te jego elektrony w pozytrony. Krótko mówiąc: BUM! Bo widzicie, anihilacja nie czeka – anihilacja jest natychmiastowa. Gdy cząstka spotka antycząstkę, obie natychmiast zostają zniszczone i całkowicie zamienione w energię w postaci fotonów. Koniec bajki. Nawet w świecie marvelowej fizyki Photon to ktoś zupełnie inny, więc tak czy inaczej to nie działa :P .
A teraz wróćmy do oceny tego numeru i meritum sprawy: nawet dobra konstrukcja fabyły nie usprawiedliwia lenistwa i braku researchu, więc tym razem pan Yost zasłużył sobie na karnego... ehm... kaktusa. Niemniej jednak, ta dobra konstrukcja i całkiem dobre rysunki podciągną ocenę i zamiast bani będzie 3/10.

Fantastic Four vol. 4 #5
S_O: Z każdym dniem stan Valerii się pogarsza, niedługo nie będzie w stanie zapamiętać własnego imienia. Ale rodzina całkowicie nie zwraca na nią uwagi, zamiast tego udając się w przeszłość w bliżej nieokreślonym celu. Może choroba Reeda zaatakowała też jego córkę, tylko że zamiast ręki, pożera jej mózg? Podobnie, jak u Johnny'ego?
Sam jednak pomysł z czasonautą podszywającym się pod postać historyczną, by nie naruszyć kontinuum ciekawy. Choć mam wrażenie, że już nie raz go widziałem...
Gil: Najkrótsza recenzja: kiepska podróbka Doctora Who w wykonaniu Fractiona. Fantastyczni w jakiś dziwny sposób trafiają do Rzymu za czasów Cezara, który okazuje się być nieśmiertelnym kosmitą i pomagają mu przetrwać idy marcowe. Tia... Tylko czy przypadkiem w pierwszym numerze nie powiedzieli jasno i wyraźnie, że będą podróżować po innych światach, bo w tej rzeczywistości nie ma leku na przypadłość Reeda? Więc po jakiego czorta mieliby lecieć do starożytnego Rzymu i co spodziewali się tam znaleźć, żeby go uleczyć? Serio, jak na umierającego naukowca, to jakoś wyjątkowo beztrosko marnuje on czas. W dodatku, w tym numerze dzieciaki zachowują się wyjątkowo głupio. Zwłaszcza Val wydaje się mocno przymulona, jakby gdzieś po drodze zgubiła mózg. Jedynym plusem jest lekkie podniesienie stawki sugestią, że choroba może też dopaść resztę grupy. Ale co z tego, jeśli wciąż marnuje się czas i miejsce na krążenie wokół tematu, a nic się z nim nie robi? Cóż, tym numerem Fraction strzelił sobie w kolano i mocno osłabił przyzwoity dotąd odbiór serii. I rysunki wydają mi się z każdym numerem coraz bardziej niedbałe. Tym razem 4/10 i zanosi się na trend spadkowy.

Fearless Defenders #2
S_O: Widzę, że autor serii, podobnie, jak bohaterki, również nie zna strachu. Nie boi się na przykład, że ktoś zauważy, że bezczelnie zrzyna pomysł Gillena z Disir.
Cóż więcej powiedzieć? Nic się nie dzieje, ludzie zachowują się jak idioci i najwyraźniej Flash-Venom był jedynie przelotną miłostką, bo Bunn nie może pozwolić, by ktoś dotknął jego przeczystej nordyckiej waifu. Czyli nadal typowy Bunnshit.
Gil: Drugi numer serii, w którym właściwie nic się nie dzieje. Zaczynam zauważać jakiś trend w historiach Bunna, polegający na tym, że złoczyńca jest korporacyjny. Ale jak dotąd, w każdym przypadku sprowadzało się to do całkowitego braku charakteru i niczego poza tym. A skoro mowa o braku charakteru, to można powiedzieć dokładnie to samo o naszych bohaterkach. Wszystkie daje się sprowadzić do sloganu „Girl Power, ho!” I właściwie to ta sama postać, tylko inaczej narysowana. No właśnie – rysunki. Co prawda nie są brzydkie, ale czasami bywają dziwne, zwłaszcza jeśli chodzi o pozy podczas walki. I to właściwie wszystko, co mogę o tym komiksie powiedzieć, bo trudno dostrzec w nim jakąś bardziej interesującą zawartość. A, byłbym zapomniał: w roli bezczelnego plagiatu Wonder Woman występuje Hypploita. Ledwie odnotowałem ten fakt, bo całość jest tak mało interesująca. Tak więc wystawię mało interesujące 3/10.

Secret Avengers vol. 2 #2
S_O: Zaraz, zaraz... AIM jest konklawą super-geniuszy, czemu więc muszą werbować swoich przywódców politycznych z zewnątrz? Już nie wspominając o tym, że jeśli próbują ze swojej wyspy zrobić legalny i szanowany przez pozostałe państwa kraj, to budowanie Rządu złożonego ze znanych łotrów jest równie skuteczne, co Kim Dzong Un wrzucający na Fejsa fotki zatytułowane "Me and my bitches at the nuclear missile silo".
A tymczasem główny wątek numeru - odbicie Taskmastera... no, istnieje. Choć miło wiedzieć, że Mockingbird ma coś do roboty. No i ostatnia strona to ciekawy pomysł.
Gil: Obawiam się, że moja prognoza na podstawie numeru pierwszego była przynajmniej częściowo prawdziwa. Po lekturze tego zeszytu też nie wiem, co właściwie się wydarzyło. Znów wydaje się, że akcja idzie jednym torem, potem nagle coś wykręcają, i na ostatniej stronie robią fikołka, po którym nic nie wiadomo. Niby Junior próbuje zrekrutować Taskmastera, podczas gdy równolegle szefu AIM rekrutuje swoich ludzi – z których, tak przy okazji, co najmniej dwoje zginęło i nie ma wyjaśnienia ich powrotu. Potem nagle mamy (nie)spodziewaną zdradę i zbędną bitkę, a na końcu... no właśnie, nie wiadomo, gdzie właściwie trafił Tasky i co tu zaszło. Czyli znów: confusing much. I to mnie mocno zniechęca do dalszej lektury. To i fakt, że z tytułowych Avengers pojawiła się chyba trójka i to może na dwóch stronach, więc jakby tytuł mija się z celem. No i znów nie przekonały mnie rysunki, więc skończy się na 4/10.

Thor: God of Thunder #6
Hotaru: Chyba nikt nie spodziewał się, że Butch Guice będzie emulował styl Esada Ribica, ale i tak pierwszych kilka stron było dla mnie dekoncentrujące. Później wczułem się w klimat i zacząłem czerpać z tej - nie oszukujmy się - totalnie przewidywalnej i wypranej z oryginalności historii pochodzenia Gorra, Rzeźnika Bogów. Sam nie wiem, czego się spodziewałem, ale chyba nie aż takiej kalki. Wprawdzie łyknąłem ją bezboleśnie, lecz Jason Aaron w poprzednich numerach zaostrzył mój apetyt na coś bardziej wykwintnego.
S_O: Jasne, origin Gorra jest schematyczny - całe jego życie to jeden zawód za drugim, co w końcu zmieniło go w pierwszego na swoim świecie ateistę. Schematyczność jednak nie zmienia faktu, że Aaronowi udaje się wykreować Gorra na łotra tragicznego, czego nie można powiedzieć na przykład o niedawnych robotach w Secret Remenders czy starszego już Króla Inhumans, Którego Imię To Gruba Czarna Krecha. No i pod koniec pojawia się dylemat - "He who fights monsters" i takie tam...
Gil: Pierwszy numer serii bez rysunków Ribica i od razu spadek na skali odbioru. O ile bardzo lubię rysunki Guice’a, to największą ich siłą są ludzie i lokalizacje miejskie. Na obcej planecie i przy kosmitach z dziwnymi wyrostkami niezbyt się sprawdzają. Zwłaszcza, gdy tuszowanie i kolory bardziej przeszkadzają niż pomagają. Ale przynajmniej treściowo jest dobrze. Origin Gorra nie zaskakuje, ale jest jak najbardziej zgodny z tym, co o nim wiemy i tworzy wiarygodne podstawy jego zachowań. Fajnie wyszła też końcówka, tym bardziej, że o tym samym rozwiązaniu sam pomyślałem: zabójca bogów sam stał się bogiem, więc teraz musi stanąć przed dylematem. Good stuff. I nawet jeśli trochę mi wrażenia opadły, to i tak ocena nadal mieści się w zakresie 7/10.
grzgrzegorz: Nadal uważam, że ta seria jest genialna. Na początek rysunki - obecnie tylko serie z Avengers w tytule mogą konkurować z tą pozycją pod względem rysunków, resztą nie liczy się pod tym wzgledem. W tym numerze poznaliśmy motywacje głównego antagonisty i ...tak, jest ona bardzo logiczna i przemawia do Mnie. Końcówka zrobiła na mnie wrażenie i czekam na ciąg dalszy. Mocne 8/10.
Gamer2002: Historia Gorra jest w sumie taka jaką można się domyślać, ale jest dobrze przedstawiona. Rysunki rzeczywiście nie te, ale klimat wciąż ten sam. Zastanawia mnie dzieciak na końcu, czy Gorr nie mógł się powstrzymać i wskrzesił swego syna? A może jego moc płata mu figle? Albo Loki znalazł sposób jak przetrwać? Choć nie wiem, czy Aaron mógłby go wprowadzić w złej przyszłości nie spoilerując planów Gillena za bardzo. Ale poza tym 8/10.

Thunderbolts vol. 2 #6
S_O: Czemu Rulk próbował zabić Leadera? A jeśli Mercy ma rację i ma on namieszane w mózgu, to czemu później ani razu tego nie okazuje? Czemu Venomowi i reszcie zespołu był potrzebny Łysy Hulk? Czy Flash w ogóle wspomniał komukolwiek, że armia powstańcza, której pomogli odbić kraj, zginęła bez wyraźnego powodu? Czy może bohaterowie uznali, że skoro już nie są im potrzebni, ich życia się już nie liczą? Czy Frank i Elefrank naprawdę zrobili sobie w środku misji przerwę na baraszkowanie? Czy nie zostali oni wybrani przez Rulka dlatego, że są profesjonalistami? Jeśli olbrzymi i super-złożony mózg Leadera nie był w stanie pomieścić wszystkich informacji, o które toczy się gra, to ile miejsca musiałyby one zająć w internecie?
Po przeczytaniu tego numeru czuję się wyraźnie głupszy.
Gil: Dobra, musiałem sobie wygóglać, kim w ogóle jest Mercy i - surprise-surprise! – nadal nie mam pojęcia, po co tu jest i co robi. Ale to właściwie mogę powiedzieć o całej tej historii, która próbowała dramatycznych skrętów tyle razy, że wypadła z toru i dachowała w rowie. Nawet nie wiem już, które właściwie Franki są w drużynie Franków, a które tylko plączą się między nogami przelotem. Ale hej, po co komu spójna fabuła, jak można wcisnąć dziecinną kłótnię między Frankiem a Deadpoolem (który na pewno też jest Frankiem pod maską) o Franka – tfu! znaczy się, o Elektrę. Wybaczcie porównanie, ale to jak z jedną suką w psiarni. A przy takim buzującym zbiorowisku chodzących testosteronów to już zupełna apokalipsa się szykuje. Wait… o czym właściwie miał być ten komiks? Nieważne. I tak 2/10 to zbytek łaski.

Ultimate Comics: Wolverine #1
grzgrzegorz: Podobało Mi się. Po całej tej historii z Dakenem w 616-tce jestem mocno uprzedzony do wszelkiej maści potomstwa Logana i podchodziłem mocno sceptycznie do tej mini. Jednak ostatecznie Bunn przekonał mnie tym numerem do sięgnięcia po nastepne części tej mini. Jimmy prezentuje się ciekawie, podobała mi się zwłaszcza jego interakcja z Kitty ( nie za bardzo się w tym orientuje, ale czy Ona nie powinna jednak wyglądać trochę bardziej doroślej-tak jakoś Mi się ze USpidermana kojarzy, że jakoś tak "poważniej" wyglądała, ale może po prostu się czepiam :P ). Rysunki też są bardzo dobrze. Mocne 6/10.

Ultimate Comics: X-Men #24
jdtennesse: W sumie to znowu wiele się nie dzieje. Jest to tak naprawdę wstęp do historii i jej tło. Poprzedni numer był ciekawy, bo skupiał się większości na jednej postaci(na szczęście nie Kitty), a to często dobrze wychodzi po przeładowanych historyjkach. Tym razem poznajemy rozwój Utopii, zarówno pod względem liczby mieszkańców, jak i przyrodniczym. Pojawiają się też rebelianci oraz rząd, który znowu knuje przeciwko mutantom, jak zwykle bez żadnego powodu. To znaczy bez rozsądnego powodu. Co nie znaczy, że nie dzieje się nic. Karen ujawnia się jako Jean – kto się zdziwił? Chyba zaczynam widzieć nadzieję na lepszą przyszłość dla tego komiksu. Ale na pewno nie dzięki Kitty. To chyba ona trochę ściągała ten komiks na dno, sorry to say. Oby do przodu. 5/10.

Uncanny X-Men vol. 3 #3
Hotaru: To chyba ostatni raz, kiedy opiniuję tą serię. Na razie Uncanny X-Men w wykonaniu Bendisa i Bachalo to średni scenariusz i średnie (ale koszmarnie pokolorowane) rysunki. Szkoda czasu na pisanie tego samego po każdej odsłonie.
S_O: O, rozmowa. Tego się po Bendisie nie spodziewałem.
Ta seria wygląda trochę tak, jakby po zakończeniu AvX BMB, wbrew zdrowemu rozsądkowi, wszedł sobie na jakieś forum komiksowe i zobaczył, co ludzie naprawdę myśleli o całym tym konflikcie i postanowił udobruchać czytelników, dając Scottowi i ekipie szansę na wytknięcie Avengers bullshitu. I jest to naprawdę miła odmiana po sześciu miesiącach mieszania Cyke'a z błotem, choć teraz Bendis przesadza w drugą stronę, bo większość argumentów Capa to "hurr durr filthy muggas, truth, justice and american way!". Nie pomaga też fakt, że wszyscy co pół strony tracą wątek.
Ale Zagrywka Magneto ciekawa.
Krzycer: Ha. Wątpiłem w Bendisa, a jednak wyprowadził sytuację z Magneto na prostą. Więcej, spodziewałem się bicia ryjów, tymczasem Cyclops i Cap tylko rozmawiali. Więcej, wreszcie - wreszcie! - padły pod adresem Avengers zarzuty za ich działania w AvX.
A końcówka... cóż, wizyta Cyke'a w Instytucie Jean Grey była jednym z najlepszych elementów AvX (na łamach Lolverine and the X-Men). Po cichu liczę, że tak będzie i tym razem, i kolejny numer UXM będzie jeszcze lepszy od tego. A ten podobał mi się bardzo.
To znaczy, pod względem scenariusza i dialogów. Bo rysunki... Będę to powtarzał za każdym razem: lubię porządnego, przykładającego się do pracy Bachalo. Tu go nie ma. Są za to rozwodnione twarze (jest taki kadr z Magik zadzierającą głowę - koszmar! Koszmar!), żyrafie szyje, rozciągnięte torsy, plastelinowe kończyny... jest źle, jest bardzo, bardzo źle.avalonpulse0291d%20%5B1600x1200%5D.JPG
jdtennesse: Po pierwsze – czy ktoś może pana Bachalo nauczyć rysować? To już nie są złe rysunki, to są fatalne rysunki. Jak można wykonywać tak spartaczoną robotę w takim tytule? To nie są jakieś X-popluczyny, tylko najważniejszy tytuł X-Men. Kto aprobuje takie rysunki? Powinni zwolnić ich wszystkich. Ludzie wyglądają jak jakieś potwory bez ust, z pazurami zamiast palców. To nie rysunki, to w większości niedokończone szkice. I do tego niedokładne. Wstyd. A poza tym, to historia mi się w końcu podobała. Rozsądna rozmowa, rzeczowe argumenty, Scott przedstawił swoje poglądy i stanowisko, a Cap i jego A-Team nadal nie słuchają. I udało się wszystko załatwić bez walki. Fajnie. Wyjaśnienie poczynań Magneto tłumaczy jego zachowanie, ale jakoś nie wiem, czy rząd uwierzy w jego podwójną grę(double-crossed?). Jest nawet żarcik – Magik i jej pomysł na szuflady w Avengers Tower. Trochę na drugi plan zeszły problemy z mocami, ale raczej o nich nie zapomnimy. Jedyny rysunek, jaki mi się podobał to dwie ostatnie strony – widok szkoły jest zachwycający. 6/10.
Gil: Na początek krótka anegdotka: akurat jak czytałem ten komiks, ogłosili w TV, że pojawił się biały dym, a gdy odwróciłem stronę, pojawił się tam Mags w swoim nowym białym wdzianku i zachciało mi śmiać ;) . Potem przypomniałem sobie 1602 i już się nie powstrzymałem :D . Anyways... Mamy starcie Cyc-Men z Avengers. Na słowa. I może byłoby to ciekawe urozmaicenie, gdyby argumenty obu stron nie były tak straszliwie głupie. Jedni zacięli się na „you evil”, a drudzy na „revolution, biyatch!” i nie ma mowy o żadnym porozumieniu. Mógłbym rozłożyć tę dyskusję na czynniki pierwsze i pokazać wszystkie jej idiotyzmy, ale tak szczerze to zupełnie mi się nie chce, bo szkoda prądu. Głupie i tyle. Na szczęście robi się dużo lepiej, jak już przestają sobie pyskować i się rozchodzą. Potem Mags przedstawia swój plan, a Magik wnosi trochę humoru i drugą połowę przyswaja się znacznie przyjemniej. Rysunki pozostają na tym samym poziomie i na części paneli są fajne, a na części niedbałe. A ponieważ odbiór ogólny był gorszy niż ostatnio, dlatego też ocena pójdzie w dół i zostanie na 5/10.
Gamer2002: O, jednak Bendis zrobił coś bardziej skomplikowanego niż uczynił Magneto zwykłym zdrajcą a spotkanie z Mścicielami poszło lepiej niż się spodziewałem. W sumie nawet zaczyna mi się podobać jego Magik, w jednej scenie mówi o tym jak mogłaby zabić Capa a w następnej proponuje o tym, by wykorzystali wstrzymanie Avengers by zapchać u nich klozety ich ubraniami. Spodziewam się w następnym numerze spotkania z mutancką częścią Uncanny Avengers, może być interesująco. Tylko te rysunki, nawet ja rysuję staranniej, 6/10.

Wolverine And The X-Men #26
S_O: W kolejnym numerze Wolverine and no X-Men przyglądamy się historii Doga i jego motywacji. Która jest z tyłka wyciągnięta i szczerze wolałbym, żeby po prostu chciał się zemścić za śmierć ojca i odebranie mu tych niewielu rzeczy, które posiadał (albo wydawało mu się, ze posiadał). Krótko mówiąc, Gorrem to on nie jest.
jdtennesse: Średnio mi się ten numer podobał. Po pierwsze – gdzie są uczniowie? Po drugie – to nie jest solowa seria Wolverine’a. Po trzecie – po co znowu wracać do originu Logana? Chyba za dużo się zeruje obecnie na jednej historii stworzonej jakiś czas temu. Średnio mnie interesuje przeszłość Psa. Historia jak historia – nie wzruszyła mnie. Najgłupsze w niej jest znalezienie przez Psa tych kamieni magicznych. Zbieg okoliczności jest niewiarygodny. Bez większego wysiłku ktoś wpadł na pomysł, jak rozwlec kolejną nudną opowiastkę. Sam Pies może by wystarczył, ale te istoty z różnych stref czasowych? Niepotrzebne. Poza tym miała to być walka o przetrwanie – uczniowie kontra Savage Land. 3/10.
Gil: Dog se vratil. I przez pierwsze parę stron zapowiada się, że może być z tego całkiem przyzwoita historia, która sięga aż do Originu… a potem przysłowiowe ekskrementy uderzają w przysłowiowy wentylator. O ile jeszcze byłbym w stanie przetrawić pomysł z tym rodzinnym grudgem i wykrzywioną chęcią przekazania doświadczeń, to przegięciem jest już eskalowanie tego pomysłu do skali kosmicznej i międzyczasowej. W końcu jak by nie patrzeć, Dog jest co najwyżej tanią kanadyjską podróbką Kravena, a tutaj dostaje pałer rzędu Immortusa. Przegięcie, którego absolutnie nie kupuję. I nie kupuję też grafiki, więc walnę 3/10.

Wolverine vol. 5 #1
S_O: Paul Cornell wrócił i tym razem dla odmiany nie bierze się od razu za Brytyjczyków (chociaż Kanada jest częścią Commonwealthu). Tu także historia zaczyna się In Medias Res, ale w przeciwieństwie do NIEKTÓRYCH, Cornell szybko tłumaczy czytelnikom, co i jak. Swoją drogą, jakby do mnie trafił futurystyczny dezintegrator, to też bym udawał, że to on mnie namawia do zabijania innych.
grzgrzegorz: Jestem pod dużym wrażeniem. Dawno nie było tylu dobrych serii o Rosomaku (3!!). Historia jest pożądnie napisana, główni antagoniści są zaskakujący, fabuła wciąga. Czekam na nastepne numery. Na poczatek daję 7/10.
Gil: Wow! Nie pamiętam kiedy ostatnio zdarzyło się w komiksie z Wolverinem w tytule, żeby historia była naprawdę interesująca, a nie tylko warcząco-siekajaca. Innymi słowy: welcome back, Paul Cornell. We’ve missed you :) . Chcąc-nie chcąc, znów muszę się odwołać do Doctora Who, bo klimat tego numeru bardzo mi przypominał jeden z odcinków tej serii (w sumie, to nie ma się co dziwić, bo Cornell kilka z nich napisał). Nagle zupełnie przypadkowa osoba wyciąga jakąś kosmiczną giwerę w miejscu publicznym i zaczyna dezintegrować wszystkich dookoła, a nasz bohater musi reagować. To dość nietypowe dla Wolverine’a, ale właśnie przez to chwyta. W dodatku, to miła odmiana od mafii, ninja, cyborgów i takich tam. A sam Logan wypada tutaj nawet dość sympatycznie. Jedyną wadą są więc dla mnie rysunki Alana Davisa, które... są rysunkami Davisa. Facet wszystko rysuje tak samo i nie ma w jego stylu za grosz elastyczności, a tutaj przydałoby się jednak jakoś obciążyć klimat. Ale dobra i tak seria ma u mnie na dzień dobry 7/10.

X-Men: Legacy vol. 2 #7
S_O: Radosna przygoda z infiltracją zakonu świrów - czego chcieć więcej? Może tylko niespodziewanych odwiedzin od S.W.O.R.D. i Abigail BranOH WAIT.
Historia króciutka i bardzo satysfakcjonująca. David znajduje kolejny fragment układanki, jego związek z Blindfold się rozwija, a wszystko to okraszone niewymuszonym humorem lotów może nie najwyższych, ale nadal bardzo do mnie przemawiającym. Ba, nawet stare, wyświechtane "OM NOM NOM" mnie rozbawiło.
Krzycer: Dalej jest świetnie. Komiks pozostaje na poły porąbany, na poły zwariowany, z idiotycznymi przeciwnikami, dziwacznymi wynalazkami, nienaturalnymi dialogami z lat 90... Ale w tym wszystkim jest humor, są dobrze prowadzone postaci i mająca sens ogólna oś fabuły. I tak sobie myślę, co by było, gdyby to Spurrier, a nie Aaron, prowadził Wolverine And The X-Men, które wykorzystuje podobne scenografie i rekwizyty, celując w podobny klimat, a które wciąż pozostaje dużo słabsze (mimo paru bardzo udanych numerów).
Tymczasem cieszę się, że po panowaniu Gage'a Nudnego I Legacy wróciło na swoje miejsce w ścisłej czołówce x-tytułów. Rację miał wieszcz Joker mówiąc "whatever doesn't kill you simply makes you stranger". Legacy jest teraz bardzo, bardzo dziwne. I dobrze.
A, tylko wrócił Tang Eng Huat i jego plastyczne twarze. Na niektórych kadrach bohaterowie wyglądają dobrze. Na pozostałych w ogóle nie wyglądają jak oni sami. No i jak można rysować napakowanego Sydrena?
jdtennesse: Świetny komiks. Podobało mi się wszystko od okładki po ostatnią stronę. Konsekwentnie śledzimy historię od początku, póki co wszystko ma sens. Świetnie się bawiłem. Jest to bez wątpienia mój ulubiony X-Tytuł jaki jest obecnie wydawany. Ciekawie napisana historia, David i Ruth okazują się ciekawymi bohaterami i mogą być dobraną parą(kookoocrazy). Rysunki nie są może fantastyczne, ale pasują do Davida. A nawet mogą się podobać. A okładki, nawet jak innego rysownika, i tak świetnie pasują do całości. Argumenty Davida są ciekawe, a stanowisko „księży” bardzo przypomina uprzedzone stanowisko wobec mniejszości w naszym kraju. Poza tym, jak zwykle, nie brakuje tu humoru – gołąbki jako znak pokoju, hehe oraz agentka Brand opluta za związek z mutantem, buahahaha. 8/10.
Gil: Wrócił Huat i jego raczej paskudne rysunki. Na szczęście, to jedyny minus, jaki ma ten zeszyt, bo cała reszta pozostaje świetna. Chwilę trwało, zanim akcja się rozkręciła, ale gdy już David wszedł do tego kościoła popaprańców, zaczęło się dziać dużo i dobrze. Ten wątek, który był MacGuffinem numeru, wyszedł fajnie i całkiem zabawnie oraz przyczynił się do rewelacyjnego zakończenia z udziałem SWORD. To takie fajne połączenie totalnego szaleństwa z merytorycznym przekazem, którego nie powstydziłby się Monty Python. A obok rozwija nam się wewnętrzny wątek Legiona (który przechodzi chwilowy kryzys) oraz dużo ciekawszy w tym momencie wątek jego uczucia do Blindfold. Bo crazy + crazy = super awesome! I nawet rysunki mi tego nie zepsują, więc nadal będzie 7/10.

X-Treme X-Men vol. 2 #12
S_O: ...Jak początek tego numeru łączy się z końcem poprzedniego? Czy znowu zapomniałem coś przeczytać?
Najwyraźniej anulowanie serii tak zaskoczyło Paka, że wpadł w całkowity popłoch i zmiksował, co się dało, żeby móc jakoś sensownie zakończyć serię. I mu się to nieszczególnie udało. Numer wrzuca czytelnika pośrodku historii, prosto przed gigantycznego Xaviera-Sfinksa, gadające psy czy inne hieny pilnujące niewolników i wyrwę w rzeczywistości pożerającą ludzi, a jedynym "wytłumaczeniem" wydaje się być "YEAH, WELL, DEAL WITH IT".
Nie mogę jednak powiedzieć, że to znaczące obniżenie poziomu serii.
Gil: Hm… Sphinx-Xavier, ludzie-koty, niewolnicy… kolejne wątki wypadające przez okno z opętańczym śmiechem na ustach… Yup, it's official: they've lost it. I tak zadziwiająco długo to trwało. Kończ, Pak, wstydu oszczędź. Nawet nie będę tego oceniał.
grzgrzegorz: Jest to mój pierwszy kontakt z tą serią. Jako, że jest to prolog do X-Terminated postanowiłem zobaczyć jak to się wszystko zacznie i... zawiodłem się. Doza głupot ( Co do jasnej chol... robi tam Herc?) serwowanych w tym numerze powaliła mnie już po kilku pierwszych stronach i wiekszość numeru tylko przekartkowałem. Clifhanger nie zrobił na mnie wrażenia i tylko mam nadzieję, że sam właściwy event okaże się chociaż trochę lepszy od prologu. Rysunki tez nie powalają. Ocena: ledwo, ledwo 4.
Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0291a.jpgThor: God of Thunder #6
Autor:
Esad Ribic

Hotaru: Okładka obfituje w to, czego zabrakło w środku komiksu - zło. Gorr jest zdeterminowany, zaślepiony, a w swoim uporczywym dążeniu do celu przerażający. Ribic stworzył tego potwora i wydaje się doskonale rozumieć, co czyni z niego monstrum. Jeden rzut oka na ten cover i już nikt nie ma co do tego wątpliwości.






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.03.13
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: S_ORedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.