Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #290 (11.03.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 11 marzec 2013Numer 10/2013 (290)


Poprzedni tydzień przyniósł początek szumnie zapowiadanemu "Age of Ultron", a w kilku seriach zdarzyły się momenty, które mogą znacznie wpłynąć na kilka postaci oraz najbliższe wydarzenia.

A+X #5
S_O: Zdecydowanie najlepszy numer serii i nie obchodzi mnie, co jest planowane na przyszłe wydania, i tak nie zmienię zdania.
Pierwsza historia to Doop w wykonaniu pani Kasi Immonenowej, a skoro to Doop i pani Kasia, należy spodziewać się ostrej jazdy bez trzymanki po linie zawieszonej nad przepaścią wypełnionej atomowymi krokodylami. Z zasłoniętymi oczami. Nadal nie jestem całkiem pewien, co się wydarzyło, ale bawiłem się przednio.
O, i gdzieś się tam kręcił Iron Fist i do niego mam jedyne zastrzeżenie - dowcip nie działa, jeśli wszystkie jego ataki mają dziwaczne, nie-do-końca-mistyczne nazwy.
Druga historia to Kieron Villain Team-up z Lokim i Sinisterem w rolach głównych. A że Sinister był najlepszą częścią i tak świetnych Uncanny X-Men Gillena, a Loki zawsze świetnie mu wychodzi... Wystarczy powiedzieć, że obaj panowie przez całą historię kradną sobie nawzajem sceny.
jdtennesse: Pierwsza historia podobała mi się chyba tylko dlatego, że wystąpił w niej Doop. Było po prostu śmiesznie i bez sensu. Ale tak miało być. Wiele historii jest pozbawionych sensu i na siłę śmiesznych, ale niechcący. Tu wszystko jest zabawne, przemyślane i celowe. Tyle. Chyba mam sentyment do Doopa :).
Druga historia była pokręcona i zbędna jak dla mnie.
Gil: Iron Fist i Doop… To spora obietnica. W rękach pani Kasi zdawała się być bezpieczna. No, ale niestety – oczekiwania przerosły rezultat końcowy. To niestety częsta wada podobnych sytuacji. Najbardziej zawiodły mnie rysunki, na których tylko Doop wygląda jak powinien. Niespecjalnie zachęcił też fakt, że połowa dialogów toczy się w języku doopnym, którego nie chciało mi się dekodować, bo pora była późna. Sama historyjka może być, nawet uśmieszek jakiś wyciśnie, ale – że się tak wyrażę – doopy nie urywa. Co innego druga historyjka. W rękach Gillena Loki i Sinister to mieszanka wybuchowa, która nie mogła zawieść. I nie zawiodła. Mógłbym po prostu czytać ich dialogi i to by mi wystarczyło, ale akcja też jest świetna i rysunki niczego sobie. Za pierwszą opowiastkę dam więc 5/10, a za drugą 7/10, więc wypadkową będzie szóstka.

Age of Apocalypse #13
S_O: Wygraliśmy wojnę, teraz musimy więc wygrać pokój. Albo coś w tym stylu. Problem w tym, że odbudowa cywilizacji przebiega zbyt gładko jak na taki postapokalipstyczny (get it?) świat. Oczywiście chodzi o to, żeby wszystko spektakularnie dupnęło, jak zacznie się X-Terminated, ale oczywistość, z jaką jest to przygotowywane, jeszcze obniża poziom historii.
jdtennesse: Przeczytałem ten numer dość szybko i nawet co nieco zrozumiałem. A to dlatego, że nie czytałem wszystkich poprzednich, tzn. mam pewne braki. Zacznę od tego, co widać na pierwszy rzut oka, czyli rysunków. Są one po prostu byle jakie, no, chyba, że taki cel założyli sobie autorzy od początku. Niektóre postaci trudno rozpoznać (wiem, że są po prostu rożni od swoich odpowiedników 616, a inni całkiem nowi, ale lubię się czepiać). W dużej mierze ten numer jest epilogiem całej historii, więc trudno go oceniać, dlatego też nie zamierzam tego robić. Niech za ocenę posłuży fakt, że nabrałem ochoty uzupełnić luki w mojej wiedzy na temat całej historii AoA.
Gil: Okładka wygląda całkiem zachęcająco, ale szybko okazuje się, że jest bezczelnym kłamstwem. Creepy-Crawler pojawia się na dwóch pierwszych i ostatniej stronie, więc nie powiem, żeby był to jakiś wielki wstęp. Zamiast tego, mamy przegląd laurek pod wspólnym hasłem "many happy endings". Czy coś tam się dzieje? No, niby tak – niby nie. Ot, hurtowe domykanie tak wielu wątków, jak tylko się da. Może niektóre z tych rozwiązań byłyby interesujące, gdyby seria zdołała utrzymać moją uwagę przez cały czas, ale tak to zwisają mi jak sznurówki. No i oczywiście to, czego domknąć się nie da i ma się przydać w crossie, jest przestawiane na właściwą pozycję. Chyba. Czyli koniec już blisko i nikomu nie będzie żal. Możemy zacząć odliczać od 3/10.

Age of Ultron #1
Hotaru: Dałem się zaskoczyć i teraz nie bardzo wiem, co mam na ten temat napisać. Czytałem zapowiedzi wieszczące wrzucenie czytelników na głęboką wodę i przygotowałem się na to, że Bendis napisze jakąś "szokującą" scenę, która zamiast mnie zszokować, wywoła politowanie. Ale scenarzysta niczego takiego nie napisał. Nie ma tu nic szczególnie szokującego. Powiem więcej - to numer wyjątkowo zachowawczy i mało oryginalny. Gdyby nie rozkładówki Bryana Hitcha (i tylko splashe, bo na pozostałych kadrach artysta się nie popisuje), w ogóle nie zapamiętałbym żadnej sceny z tego komiksu. Czyli wyszło jak zawsze: szumne zapowiedzi, marne wykonanie.
S_O: Zabawne, że na początek kolejnego wielkiego letniego eventu sypnęło śniegiem. But I digress.
Podobnie, jak w przypadku Guardians of Galaxy, tutaj również mamy do czynienia z historią, której część, wyrwana z kontekstu, pojawiła się już w jednym z komiksów zajawkowych Marvela, tym razem Point One z 2011 (tak na wypadek, jakbyście nie potrafili wyjaśnić dziwnego uczucia deja vu. Swoją drogą, zastanawiałem się, czy mieliśmy tam do czynienia z Owlem).
Jak już pewnie zdążyliście zauważyć, historia zaczyna się od środka - wojna z Ultronem została już przegrana, a herosi, którzy przetrwali, zeszli do podziemia. W połączeniu z brakiem jakichkolwiek wyjaśnień pozostawia to czytelnika całkiem zagubionego, co może nie być takim dobrym pomysłem - kto wie, jak długo przeciętny zjadacz chleba wytrzyma bez jakichkolwiek wyjaśnień. Problemem jest też ostatnia strona - nie dlatego, że dla shock value znowu roztrzaskano tarczę Captaina (ciekawe swoją drogą, że powstrzymali się od tego w AvX - Phoenix powinno nie mieć z tym większych problemów), ale dlatego, że w związku z uporczywym robieniem z Capa dupka przez ostatnie kilka lat, wielu czytelników będzie jej przyklaskiwało.
Undercik: ... i kolejny raz tarcza Capa rozwalona. Naprawdę, robienie tego co drugi event nie będzie przynosić oczekiwanego efektu. Czekam na to, aż w końcu rozwalą ją ostatecznie, że Rogers nie będzie z nią latał.
Poza tym jest przyzwoicie. Póki co za dużo nie wiadomo, ale zapowiada się ciekawie. Nadal jednak będę podchodził ostrożnie do AoU po tym, co Marvel wyczyniał ostatnio z Eventami.
Krzycer: Jesteśmy wrzuceni na głęboką wodę, nie wiadomo, co się dzieje, ale dzieje się dość przejmująco, czuć desperację, zniechęcenie, rezygnację. Jest dobrze. Ale.
Ale Marvel wychodził z siebie, by zareklamować ten event jako "to się dzieje tu i teraz", więc zaczynanie od głębokiej wody nie jest najlepszym pomysłem, bo wydarzenia z tego komiksu nijak się mają do marvelowego "tu i teraz". Ale mniejsza o wydarzenia, w Marvelu za rogiem zawsze czają się mordercze roboty i dinozaury. Problem jest z postaciami. Hawkeye morduje ludzi na lewo i prawo. Cage jest bucem. She-Hulk również... She-Hulk! Jedna z najzabawniejszych i najbardziej pozytywnych bohaterek Marvela! Jasne, alternatywne postapokaliptyczne rzeczywistości rządzą się swoimi prawami... ale to miało być "tu i teraz". To za cholerę nie jest "tu i teraz".
A poza tym komiks jest spoko.

kuba g: Nie ma co ukrywać, że będę porównywał ten komiks/event non stop do OMAC Project z DC, tylko dlatego, że to ostatnia podobająca mi się próba przedstawienia czegoś, co ma ocierać się o roboapokalipsę w komiksowym mainstreamie, która mi się podobała. Od razu też uprzedzam, że mam zamiar ignorować do ostatniego numeru kwestię jak w kontinuum będzie osadzona ta historia. A zaczyna się to wszystko dobrze, tak, że ktoś, kogo rozczarował "Terminator: Salvation" powinien być jeszcze bardziej wkurzony, że podróba z Marvela lepiej przedstawia świat po apokalipsie niż 4 część T. Oczywiście, w sumie ciągle mało wiemy, dostaliśmy tylko szybki ogląd świata po, urywek relacji między tymi, co przeżyli, ale mnie satysfakcjonuje to (nie licząc Cage'a, który czasem przedstawiony zostaje tak, że przestaje już być jedną z moich ulubionych postaci). Mało się dowiedziałem, fakt, ale to, co przeczytałem, podoba mi się.
jdtennesse: Przeczytałem, ale zachwytu nie odczułem. Trochę pociętej historii, walka, ucieczka, jakieś roboty (czyli Ultron?). Niestety nie za bardzo wiem, kim jest Ultron, ale nie wiem również, czy ta historia takiej wiedzy wymaga. Wydarzenia, których jesteśmy świadkami, ewidentnie rozpoczęły się dużo wcześniej. Cap w kącie (to akurat mi się podobało, hehe), załamany/bezsilny, ze (znowu) zniszczoną niezniszczalną tarczą. MEH. 4/10.
Gil: Wszyscy wiemy, że największą siłą rysunków Hitcha są pełne detali splash-page, tym lepsze, im większa jest na nich rozpierducha. I trzeba przyznać, że akurat ten fakt został wykorzystany do maximum. Niestety, trochę gorzej to wygląda, kiedy na rysunkach zaczynają się pojawiać ludzie. Ale ogólnie rysunki wychodzą na plus. Drugi znany fakt jest taki, że jeśli w tytule eventu znajduje się słowo Age, to historia zaczyna się od środka. Tu również zostaliśmy rzuceni w środek zawieruchy i obserwujemy jakąś dość przypadkową akcję, która niewiele nam mówi o zaistniałej sytuacji, poza tym, że Ultron rządzi, a herosi kryją się po kanałach. I to akurat niespecjalnie mi się podoba. Nie ma ani słowa wyjaśnienia, wprowadzenia, czy czegokolwiek, co umieściłoby wydarzenia w kontekście. Owszem, podobne zabiegi już się zdarzały, ale zwykle poprzedzone były jakimś prologiem, który pomagał wejść w nowy świat. A tutaj: SRU! Deal with it! I nawet nie wiadomo, czy traktować to jako świat alternatywny, apokaliptyczną przyszłość, iluzję, czy co tam jeszcze. Pewnie wyjaśni się z czasem, ale póki co, wygląda to bardzo przypadkowo i ciężko się ustosunkować. No i tak po prawdzie to niewiele się tu dzieje, więc jak na otwarcie wielkiego eventu jest raczej słabo i brakuje haczyka na czytelnika. Odczucie po lekturze to raczej "no dobra, zobaczę jeszcze, co będzie dalej" niż "o kurde! ja chcę więcej!". I właśnie dlatego zacznę od oceny 5/10.
strz1: Tak zupełnie szczerze to ten komiks był... świetny. Dlaczego zatem nie ma wielkich och i ach? Bo wszystko było już omówione w spoilerach. Nie wiem, czy to kolejna rzeczywistość, czy nie, ale w obecnych komiksach brak nawiązania. Tym samym o ile zeszyt klimatu ma mnóstwo, to póki co cross nie. Ale może się to zmieni z napływem tygodni. Ostatni kadr świetny. I właśnie tutaj złamana tarcza doskonale pasuje do najwyraźniej złamanego i załamanego Kapitana.

All-New X-Men #8
Hotaru: Przyjemne czytadło. Wprawdzie tak naprawdę nie kupuję sposobu, w jaki Bendis prowadzi teraźniejszego Angela, kompletnie jego przeszła Jean mi nie leży, a "interwencja Avengers" to jakaś kpina, ale komiks czyta się przyjemnie. Zapewne dzięki rysunkom Davida Marqueza, który nadal o wiele bardziej przykłada się do Ultimate Comics Spider-Man, lecz i tak daje radę. Nie wierzę, że Bendis poprowadzi to w kierunku, który nie przeora ustanowionej continuity, lecz do tej pory mam zamiar bawić się przednio.
S_O: Mam nadzieję, że podbudowanie Hydry w tle ostatnich kilku(nastu) numerów Avengers Bendisa nie sprowadzało się do szturmu na Avengers Tower i dostaniu w tyłki od dwóch Angelów. Swoją drogą nadal nie jestem pewien, czy podoba mi się Nowy Angel w wykonaniu BMB.
Zabawne swoją drogą, że to Warren pierwszy się złamał - jasne, ma ku temu powody, ale problem polega na tym, że ich NIE ZNA. Z jego perspektywy wygląda to tak, że zyskał tabun nowych mocy i skrzydła rodem z lat 90-tych (so edgy!), a jedyny problem jest taki, że będzie cierpiał na amnezję, która równie dobrze może nie być trwała. A tymczasem Hank przeszedł kilka bolesnych mutacji drugorzędnych, zmieniając się we włochatego trolla, Scott został opętany, zabił ich mentora, a teraz jest głównym X-łotrem, a Jean, och, no wiecie, ZGINĘŁA. I to by wystarczyło, żeby go uciszyć, razem z celnie wymierzonym policzkiem od Marvel Girl. Ale zamiast tego dostajemy narodziny super-łotra w wykonaniu rudej. Nie wiem, w którą stronę ten wątek podąży. Liczę na walkę z szaloną Jean w przyszłości, ale obawiam się całkowitego olania sytuacji albo wręcz kreowania jej na silną czarną kobietę co nie potrzebuje żadnego chłopa.
kuba g: Zacznę od tego, że w tym tygodniu dostałem aż cztery komiksy pisane przez Bendisa. To oczywiście jego hejterom daje duże pole do popisu, ludziom takim jak ja, którzy zawsze jarali się jego komiksami, ale czasem dostawali po dupie przez takie potworki jak Avengers vol. 4, daje to dużo powodów do obaw. Na całe szczęście przynajmniej ANXM trzyma poziom (jak nie idzie dla mnie w górę). Czekałem trochę na poważne interakcje starego i młodego Angela, dostałem pokazane naprawdę fajnie. Podobnie uwiązanie Avengers. Wszystko luźno, zabawnie, tak jak chciałby robić to Aaron w Wolverine and the X-Men, ale mu nie wychodzi (scena Kitty/Iceman mistrz). Dobry numer.avalonpulse0290b%20%28Kopiowanie%29.jpg
jdtennesse: Podobało mi się trochę bardziej niż ostatnio, ale nadal nie jestem fanem tego tytułu. Podobało mi się indywidualne podejście do postaci, konflikt Warren/Angel jest interesujący, bo w sumie obaj wydają się dziecinni i niedoświadczeni, a jednak stają do wspólnej walki z Hydrą. Nie wiem, czy był to tylko powód do wciągnięcia Avengers do historii, ale w efekcie doszło do uzasadnionego konfliktu – Warren od początku był przeciwny pozostaniu w obecnych czasach. Zobaczył co go czeka i ma prawo nie akceptować takiego stanu rzeczy. Może to zwykła ucieczka, ale kto mu jej zabroni? A tak przy okazji – to, co młodzi X-Men robią, by zmienić/naprawić obecny stan rzeczy spowodowany przez Scotta Seniora? Zadziwiające jest zakończenie, w którym Jean przejmuje kontrolę nad sytuacją. Nie wiem, czy TA Jean byłaby zdolna do czegoś takiego. Wiem, że widziała co ją czeka i na pewno miało to na nią ogromny wpływ, ale jednak… (a czytam akurat Marvel Masterworks X-Men i wiem, że Jean taka nie była, a nawet powiedziałbym, że była nieco nijaka). Uważam, że najlepszym podsumowaniem numeru są słowa Warrena Juniora: "If this is the way our lives go, it's because we earned it!" To również podsumowuje zasadność bycia młodej drużyny w teraźniejszości, jak i całego pomysłu All-New. Rysunki dobre. Ocena (mimo wszystko): 6/10.
logan-san: Wspaniały numer. Brian Michael Bendis dodaje do tego komiksu wiele wspaniałego humoru i ekscentryczności, a wszytko okraszone dobrymi (nie rewelacyjnymi) rysunkami Davida Marqueza, które są ekspresyjne, przejrzyste z wyraźnymi postaciami bez użycia zbyt wielu kresek. Jednocześnie rysunki prezentują wciągające ceny walki (szczególnie sposób użycia swoich skrzydeł przez Angela podczas walki). To wszystko jest uzupełnione wspaniałym wykorzystaniem layoutu stron.
Bendis wspaniale bawi się dialogami. Szczególnie jest to widoczne w gagu, który prezentuje podczas rozmowy Icemana i Kitty Pryde, bawiących się w parafrazowanie rozmowy Beasta i Captaina America oraz kiedy młody Scott Summers dołącza się do rozmowy Capa i Beasta i w jednym panelu kradnie cały show. Jednocześnie pokazuje to, jak dojrzały był/jest młody Scott na tle obecnie teoretycznie dorosłych X-Men. Wydaje mi się, że to pozwala lepiej zrozumieć obecne motywy dorosłego Scotta. Jednocześnie, jeśli mowa o dorosłym zachowaniu, to trzeba tu zwrócić uwagę na ostatnią scenę z panną Jean Grey, ona w tej scenie wydaje się bardziej dojrzała niż reszta bohaterów, wliczając w to dorosłego Beasta.
Problemem tego komiksu jest zbyt wielka liczba bohaterów (ale to problem każdego komiksu o super-grupach), jednak Bendis broni się tym, że umiejętnie skupia się na danych bohaterach co jakiś czas. Nadal nie do końca przekonuje motyw z młodymi X-Men z przeszłości w teraźniejszości, jednak z numeru na numer ich wykorzystanie do opowiedzenia historii może nie nabiera sensu, ale jest zabawne i wciąga. Jest to typowy numer stanowiący niejako przygotowanie gruntu pod dalsze historie, ogólnie rzecz ujmując na razie ta seria stanowi takie przygotowanie do jakieś większej historii. Potrzeba jeszcze trochę czasu na ocenę pomysłu i pracy Bendisa.
Simon:Tak sobie czytam All-New X-Men i mam poważne obawy, że ta seria ok. 20. numeru zacznie zjadać swój ogon. Wprawdzie cenię Bendisa i póki co wszystko jest ok, pojawili się Avegers i historia ciekawie się rozwija, ale moim zdaniem koncept tego komiksu jest dobry na miniserię, a nie długi ongoing... chyba że coś się wydarzy. Jednak nie wyobrażam sobie przygód oryginalnej piątki X-Men w teraźniejszości przez kilkadziesiąt lub więcej odcinków. Ciekawe, czy wrócą w którymś momencie do przeszłości :).
Gil: Całkiem nieźle się bawiłem przy tym numerze, bo odebrałem go z wyraźnym przymrużeniem oka. Najpierw cały oddział Hydry dostaje bęcki od dwóch Angelów. To już samo w sobie jest kuriozalne i zabawne, bo wiecie: banda mechów i dwóch chłoptasiów ze skrzydłami. Funny. Ale najlepsze przyszło później, kiedy już wszystko się wydało i Cap wpadł na pogaduchy, a zamiast treści właściwej dostaliśmy przedrzeźnianki w wykonaniu Kitty i Bobby'ego. No i na koniec mocne wejście Jean. Pewnie jakby się tak dobrze przyjrzeć, to znalazłyby się tutaj jakieś drobne minusy, ale nie zamierzam ich szukać. I na rysunki znów miło było popatrzeć, więc z bardzo pozytywnym nastawieniem wystawię 7/10.

Avengers vol. 5 #7
Hotaru: Bardzo podobają mi się rysunki Dustina Weavera. Zgoda, nie wszystkie kadry prezentują równie wysoki poziom, niektóre są tak statyczne, że aż wybijają czytelnika z rytmu, ale koniec końców całość sprawia estetyczne wrażenie. O wiele lepsze, niż ostatnie prace Adama Kuberta. To już siódmy numer, ale na temat fabuły nadal nie chcę się wypowiadać. Czyta się to przyjemnie, ale Hickman więcej ukrywa, niż pokazuje. Dlatego choć lektura sprawia mi frajdę, pozostaję nieufny.
S_O: Nie mam zielonego pojęcia, co się stało na pierwszych kilku stronach. To znaczy, mam mgliste pojęcie, nie mam za to pojęcia, jak to opisać w streszczeniu. Damn you, Hickmaaaaaan!
Większość numeru spędzamy, szukając nowego Starbranda, i tu trzeba pochwalić scenarzystę za mistrzowskie wykorzystanie chwytu "bait and switch" - po zaprezentowaniu kilku kandydatów do tego miana przypomina nam, że system jest wadliwy, a prawie boska moc ląduje w rękach sfrustrowanego 4chanisty. I to mógłby być ciekawy wątek, gdyby nie kilka problemów: Po pierwsze, dopiero co przerabialiśmy to z Alphą (chociaż teraz mamy szansę zobaczyć, jak ta historia będzie wyglądała napisana przez kogoś, kto zna się na rzeczy), a po drugie różnicę między Star-nerdem a Avengers zaciera nieco fakt, że wszyscy inni herosi też byli przez ostatnie lata pisani jak skończone dupki.
Tak, czy inaczej, nie mogę się doczekać kolejnego numeru.
Gil: The White Event is here! Wydarzenie, które kształtowało wygląd kilku innych rzeczywistości dotknęło tej podstawowej, więc jak tu się nie ekscytować? W dodatku ten Event jest ostatni i inny od poprzednich, więc nie sposób się spodziewać czegokolwiek. I ten fakt został fajnie wykorzystany przy wprowadzaniu StarBranda, gdy scenarzysta odwrócił naszą uwagę od właściwej postaci, podając na pierwszym planie inne, które mogłyby pasować do schematu znanego choćby z newuniversal. Co prawda, mamy przez to nieco mniej skupienia na postaciach z samych Avengers, ale nie przeszkadza mi to. Tym razem nasi bohaterowie muszą zareagować na wydarzenie, więc właściwie robią to, do czego są przeznaczeni. Czekam zatem na ciąg dalszy, bo już chciałbym zobaczyć wszystkie efekty Eventu. Szkoda tylko, że tutaj Dustin Weaver nie wspiął się na wyżyny swojego talentu, bo widziałem już znacznie lepsze jego rysunki. Ale i tak będzie 7/10.

Cable And X-Force #5
S_O: Wygląda na to, że nowe X-Force nie do końca opanowało koncepcję "ukrywania się". A może po prostu USA i Meksyk nie mają umowy o ekstradycję (muszę to sprawdzić...), a rząd amerykański nie chce ryzykować wojny zaraz za granicą. W końcu Bóg jeden wie, ilu imigrantów przekradnie się przez granicę.
Jeśli zignoruje się ten fakt (i paskudne rysunki Larroci), resztę numeru czyta się całkiem przyjemnie. Niespodziewana przyjaźń Forge'a i Nemesisa, jeszcze bardziej niespodziewana... przyjaźń... Piotra i Domino - którą, swoją drogą, potrafię zrozumieć: Neena nigdy nie potrafiła utrzymać nóg razem, a w ostatnich latach życie miłosne Pete'a szantażowały dwa wszechmocne bóstwa, nie dziwię się, że postanowił zacząć od nowa (a jego syn siedziący w Savage Land i tak udowadnia, że Piotruś to manslut). Najsłabszą częścią numeru, jak zwykle, jest Cable.
Gil: Chciałem napisać, że ten komiks jest o niczym. Ale jak się trochę zastanowiłem, to okazało się, że jednak coś reprezentuje i tym czymś jest całkowity brak odpowiedzialności. Towarzyszymy naszym tak zwanym bohaterom w kilku raczej przypadkowych sytuacjach w ich wolnym czasie, albo raczej obserwujemy, jak robią różne głupie rzeczy w czasie, gdy ukrywają się w Meksyku. Cable najpierw buja się beztrosko z harleyowcami, potem zakrada się do domu Hope, ryzykując schwytanie lub rozróbę. Opowiada przy tym o konieczności oczyszczenia się z zarzutów, co w ogóle nie byłoby potrzebne, gdyby od początku nie zachowywał się jak ćwierćmózg i wyjaśnił swoje motywy, gdy miał okazję. Domino z Colossusem propagują pijaństwo i przypadkowy sex (wręcz nieco perwersyjny) – świetne wzory do naśladowania. A Forge z Nemesisem urządzają bijatykę między wielkim skorpionem i robotem, która nie tylko ściąga na nich uwagę, ale też odbywa się w niezabezpieczonym obszarze pełnym przypadkowych gapiów. Jako rzekłem: doskonały przegląd działań głupich i całkowicie nieodpowiedzialnych. A oprócz tego mamy też paskudną i kłamliwą okładkę oraz niedbałe rysunki (zwłaszcza Hope wygląda, jakby miała ze 40 lat). Zatem po raz kolejny całość składa się na mocno przereklamowane 3/10.

Daredevil: End of Days #6
S_O: O tak, Timmy to zdecydowanie nowy DD. I to słodkie, jak Bendis udaje, że sekret nadal się nie wydał.
Ciekawy pomysł z zalegalizowanymi łotrami, choć tani chwyt ze skasowaniem Purple Mana chwilę przed tym, jak miał się podzielić czymś istotnym, jest nieco... no, żałosny. Nieustanne rzucanie kłód pod nogi protagoniście nie jest receptą na dobry scenariusz.
kuba g: Ha, jestem już coraz bardziej pewny, że to, co pisałem wcześniej jest prawdą i Timmy jest nowym Daredevilem. A nawet jeżeli nie, to i tak cieszy mnie, że wątek Timmy'ego w życiu Uricha jest ponownie eksponowany (choć szkoda, że nie w regularnym Daredevilu). Nic więcej nie mam co pisać, bo też nie jest jakoś strasznie naładowany akcją komiks, mimo pojawienia się "nowego" Daredevila już oficjalnie.
Gil: No i wszystko jasne. Gdy tylko syn Bena zajmuje swoje miejsce na scenie, jego daredevilowatość nachalnie wręcz sama się narzuca. A może się mylę? Cóż, w tym przypadku nie miałbym nic przeciwko, bo takie rozwiązanie średnio mi pasuje. Może jeszcze Bendis zdoła coś wycisnąć i nas zaskoczyć? A może to po prostu jedna wielka średniawka? Cóż, to wszystko wyjaśni się niedługo. Póki co, nie wydarzyło się w tym numerze nic ekscytującego i niewiele z niego zapamiętałem, poza jednym, wspomnianym wyżej szczegółem. Dlatego i ocena będzie średnia, a nawet nieco poniżej średniej: 4/10.

Guardians of the Galaxy: Infinite #1
Undercik: Podoba mi się takie luźne wprowadzenie do Guardians of the Galaxy. Czyta się szybko, jest za darmo i co najważniejsze - jest na poziomie. Mam jednak wrażenie, że pierwszy numer z imprintu Infinite (ten z Novą podczas AvX) lepiej wykorzystywał tę technologię. Nie jest jednak źle i w końcu od czasu Avengers vs X-Men dostaliśmy znaczący komiks w tej formie. Ten ze Spider-Manem się nie liczy, bo był... eee... już o nim zapomniałem. Tymczasem jeszcze trzy numery GotG: Infinite przed nami i myślę, że nie powinienem się zawieść.
Krzycer: Historii dużo tu nie ma, więc będzie w skrócie:
1) rysunki Oeminga są fajne, przypominają mi styl animacji Bruce'a Timma. Nie pasują mi do tego komiksu i takiej tonacji. Ale, bo ja wiem, jakiegoś Samuraja Jacka rysowanego przez Oeminga chętnie bym poczytał.
2) Drax, ostatnio widziany jako trup, zostaje odwiedzony przez Quilla, ostatnio widzianego w umierającym Wszechświecie. Żaden nie dziwi się obecności drugiego (ok, Quill szukał Draxa, więc wiedział). A Drax mówi, że ma opory przed ruszeniem w kolejną trasę koncertową zespołu z uwagi na to, jak to "skończyło się ostatnim razem".
W sensie, że co? Że Drax wtedy umarł? To go ruszyło? Jakoś mi to nie pasuje do postaci i zaczynam się zastanawiać, czy aby Bendis nie wepchnął tu chyłkiem jakiegoś przeskoku czasu - i czy aby GotG nie zreformowali się i ponownie rozpadli przed rozpoczęciem akcji tego komiksu/tych komiksów. Pewnie za dużo kombinuję, ale... ot, dzielę się luźną myślą.
3) Ojej, brakowało mi Draxa. Fajnie, że znowu jest. Komiks spoko. Tylko czemu wydawało mi się, że marvelowi Rigelianie mają nieproporcjonalnie wielkie głowy? Chyba w Nova Corps była Rigelianka z wielką głową? Czy myślę o kimś innym?
Gil: Nie lubię formuły Infinite Comics. Od strony technicznej zupełnie mi nie leży, z tymi nakładającymi się panelami, warstwami i pojawiającymi się nagle dymkami… Druga rzecz, o której już wspominałem co najmniej raz, to rysunki Oeminga – dla mnie absolutnie niestrawne. Połączenie jednego z drugim, no cóż… That's a big no-no. Przynajmniej dla mnie. A jeśli dodać do tego jeszcze znikomą zawartość fabularną, to przed absolutną klapą ratuje tę publikację jedynie fakt, że główną postacią jest Drax. A to wystarcza na 3/10.

Iron Man vol. 5 #7
Hotaru: W ogóle nie kojarzę 451, a Death's Heada pamiętam tylko z miniserii S.W.O.R.D., ale Gillen poradził sobie z tą przeszkodą i podczas lektury szczególnie nie odczułem, że jakieś istotne szczegóły mi umknęły. Oprawa graficzna też była w tym numerze jakoś wyjątkowo bezbolesna. Chociaż odpowiada za nią Greg Land, to i tak tę zaletę przypisuje Kieronowi Gillenowi. Bo napisał scenariusz, w którym humanoidalnych osobników płci żeńskiej jest jak na lekarstwo, a wszyscy wiemy, że to je Land najbardziej masakruje...
S_O: No cóż, w poprzednim numerze Tony nie załapał się na Pon Farr, to z braku laku może być też Shay-Tah Run.
Domyślam się, że w następnym numerze Death's Head podda walkę - w końcu walczy z multi-milionerem, a on jest biznesmenem, yes? Bardziej interesuje mnie, co planuje 451 (poza paleniem książek). I czy rzeczywiście jest tym, kim twierdzi.
Od strony graficznej typowy Land. Już na pierwszy rzut oka można odnaleźć kilka z jego ulubionych ksero-póz, jak palec skierowany w stronę czytelnika czy stanie z rozciągniętymi ramionami. Ale muszę przyznać, miny Starka podczas pogaduszek z jego "prawnikiem" mu wyszły.
Gil: Mam teraz wybór, jak to ocenić: mogę albo psioczyć na to, jak numer jedzie na kliszach science-fiction, albo zachwycić się tym samym faktem. I chyba wybiorę opcję drugą, bo jednak fajnie się to czytało. Oczywiście, klisz nie zabrakło, ale wywołały uśmiech, zamiast irytować. No bo na przykład wiadomo nie od dziś, że jeśli obca rasa zamierza kogoś sądzić, to zaraz się okaże, że mają jakiś rytualny pojedynek, w którym można się wybronić. Ta-DA! There ya go. I oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże naszemu bohaterowi. W tym przypadku, zbuntowany Recorder o nie do końca czystych intencjach. I powiem Wam, że w przeciwieństwie do Unita (a.k.a. Hannibal Toster), tego mechanicznego manipulatora od razu polubiłem. No i na końcu pojawia się Death's Head. He surely gets around a lot lately, yes? Czyżby wygasał trademark i trzeba było go gdzieś upchnąć? Zapowiada się niezła akcja w następnym numerze, więc trochę na kredyt wystawię tym razem 7/10.

Red She-Hulk #63
S_O: Dużo gadania, mało akcji. Ale nie narzekam, bo to dobre gadanie. Choć trzeba przyznać, że oczekuję od serii z Hulkiem (jakiejkolwiek płci) więcej miażdżenia. Ale jak już przechodzimy do miażdżenia, twórcy wynagradzają moją cierpliowść świetnym reaction imagem. Good times, indeed.
Gil: Nadal sie to strasznie ciągnie… Wcześniej zasugerowali pojawienie się Jen, do którego nie doszło, jeśli nie liczyć wzmianki w dialogach. Teraz dla odmiany wymachują nam przed oczami Bannerem (pun intended), a ja znów mam wrażenie, że to tylko podpucha. A nasza Thelma ze swoim Louisem jeżdżą z miejsca na miejsce i gadają. Dużo gadają. Ale hej, przynajmniej okazuje się, że Echelony naprawdę są wadliwe, więc przyszła pora, żeby ktoś pacnął się w czoło i powiedział "ojej, miała rację". I autentycznie rozśmieszył mnie pierwszy kontakt z SHIELD. Za to końcówka… WTF?!? No cóż, standardowo będzie 5/10.

Superior Spider-Man #5
S_O: Wiecie, co zauważyłem? Od kiedy Casper-Man się ujawnił, stracił większość kontroli nad swoim ciałem. Bo zanim dowiedzieliśmy się, że Pete nadal w jakiejś formie istnieje, udało mu się: zatrzymać złodziejaszka, którego Potto zignorował (Avenging #15.1), ocalić policjanta przed atakiem Boomeranga i powstrzymać Potta przed obiciem tegoż Boomera (oba w SSM#1). A teraz jedyne, co robi, to narzekanie, podczas, gdy SS-Man łamie główną zasadę superbohaterstwa. Choć wiem, jak to brzmi, zaczynam mieć nadzieję, że Pete jednak nie wróci do swego ciała. Nie zasługuje na to.
Krzycer: Ciekawe, że mimo wszystko końcówka była dla mnie zaskoczeniem. Naprawdę spodziewałem się, że Otto daruje mu życie i pokaże, że po mału, z oporami, idzie w ślady Spider-Mana.
Jednak nie. I, cholera... jakoś nie żałuję. Wracamy do tego, że Parker Slotta był dość żałosny, ale naprawdę wolę Spocka. Przede wszystkim jest ciekawszy.
Oczywiście, serię w dalszym ciągu ciągnie w dół kotwica w kształcie ducha Parkera. Choć jego interwencja przy chłopcu na linii ognia to chyba pierwszy zwrot akcji uzasadniający jego obecność w komiksie. Wciąż wolałbym, żeby go nie było, ale przynajmniej na coś się przydał po raz pierwszy.
avalonpulse0290c%20%28Kopiowanie%29.jpgjdtennesse: Historia Masakra/y dobiegła końca. Czy tak, jak powinna? SSM w końcu kogoś zabił. Nie Peter, tylko Otto. Fakt ten będzie na zawsze przypisany SM. Trudno mi to ocenić. Wiele razy, gdy słyszy się o mordercach niewinnych ludzi, w przypływie gniewu i silnych emocji życzymy mordercy śmierci, co najmniej tak strasznej, jaką on zadał swojej ofierze lub ofiarom. Czy życzymy śmierci Masakrze? Oczywiście. Czy jesteśmy tego samego zdania, kiedy już dochodzi do tego? Hmm. Ja jestem. Otto jest o wiele bardziej przebiegły i w pewien sposób bardziej skuteczny od Petera, ale jednocześnie pozbawiony współczucia. Można się również spodziewać, że pani prezes Miranda otrzyma karę, na jaką zasłużyła. To przecież dobrze. Zastanawia mnie jeszcze jedno – czy SSM nie będzie bardziej skuteczny teraz, kiedy przestępcy i jego wrogowie dowiedzą się o jego pozbawionym skrupułów postępowaniu? Nie chciałem tego, ale SSM podoba mi się bardziej, niż bym przypuszczał. 6/10.
logan-san: Superior Spider-Man budzi wiele wątpliwości, jeśli chodzi o ocenę. Trudno ocenić ten numer, jeśli chodzi o jakość opowiadanej historii w oderwaniu od tego, że stanowi ona moment przełomowy w historii o Otto Octaviusie jako Spider-Manie. Z jednej strony, rysunki Giuseppe Camuncoli są wspaniałe, ale niektóre wydają się bardzo płaskie, przez co sama wartość obrazkowa jest nierówna. Scenariusz Dana Slotta zawiera wiele nowych zwrotów akcji osadzonych na sytuacjach stanowiących klisze poprzednich pomysłów, ale przez to niektóre rozwiązania zaskakują. Wszystko to w miarę dobrze sprawdza się do ostatniej sceny, stanowiącej zwieńczenie tej historii z dwóch numerów. Stanowi ona punkt, w którym Octavius przekracza linię, której Peter nigdy by nie przekroczył i tylko z czasem poznamy jej prawdziwą wartość i znaczenie. Jeśli jest to powrót Petera Parkera, to może być to ciekawe rozwiązanie, ale jeśli jest to tylko pokazanie czegoś, czego Peter nie zrobiłby, to będzie ciężko trzymać się mantry powtarzanej przez Slotta: "Czytajcie dalej...".
Wydaje się, że Slott próbując pogłębić opowiadaną historię, nie osiągnął tego celu, a wręcz spłycił ją niektórymi wstawkami, które poza zaskakiwaniem nie wnoszą za wiele do historii, a jedynie rozmywają całą historię. Zamiast mówić o ciągłych zmianach, jakie zachodzą w postępowaniu Spider-Mana/Petera-Otto Octaviusa, lepiej byłoby, gdyby potrafił to przedstawić w historii, ale rzemieślnik, jakim jest Slott, chyba tego nie potrafi.
Ponadto, jak wcześniej było nawiązanie do Batmana w postaci Bat-sygnału, to teraz Spider-Man używa kolejnego urządzenia zapożyczonego z filmów o Batmanie, a dokładniej z "The Dark Knight", urządzenie do wyłapywania osób z tłumu. Jeśli Batman potrafił po użyciu go do odnalezienia Jokera zniszczyć je, tak Otto-Spider zdecydowanie pokazuje swoje mroczne oblicze i zamierza z niego teraz korzystać do własnych celów. Czyżby dawny Otto wracał? Szczerze powiem, że mam nadzieję na zakończenie tego etapu i powrót dawnego Petera-Spider-Mana, ale już bez pana Slotta, którego run znajdzie się obok nie-sławnej historii z klonami. Sam komiks czyta się średnio-dobrze, nic ponad to.
Gil: Pierwsza połowa tego zeszytu to głupota jakich mało. Jakie ropuchy trzeba lizać, żeby wpaść na taki pomysł jak Massacre? Już kurde widzę, jak w przyszłym tygodniu posypią się w TV doniesienia typu: "pracownicy Pepsi wjechali ciężarówką Coca-Coli w fabrykę Doctora Peppera!" Dan Slott is the true evil genius! NOT! Później znów Otto udowadnia, że jest sprytniejszy od przeciętnego pająka, aby po chwili marnować czas swój i nasz na wizytę u jakiejś... uhm... jak to będzie poprawnie politycznie? Niepełnowymiarowej Amerykanki? I dopiero gdy przychodzi właściwa konfrontacja, robi się naprawdę ciekawie. Pociągnie za ten spust, czy nie pociągnie? Spoiler! Pociągnął. Aaaaale… nic jednoznacznego oczywiście nie pokazali, a fakt, że później jeszcze złożył wizytę pani od napojów, sugeruje, że miał od kogo wyciągnąć informacje. Czyli napięcie trwało chwilę i natychmiast prysło. Ale przynajmniej w tym jednym momencie zadziałało, więc jest to jakiś plus. I ostatecznie to, co dobre z tym, co głupie nam się wyzeruje do oceny neutralnej, 5/10.

Ultimate Comics: Ultimates #22
Spartan: Ostatnio narzekałem, ale ten numer mi się podobał. Bardzo :). Może to przez nawiązania do przeszłości, ale podoba mi się patent z West Coast Ultimates. Ciekawi mnie, kim jest Black Knight i jak działają moce Wonder Mana, choć wygląda na kolejną inkarnację Hulka. Rysunki również mi się podobają. Mam nadzieję, że poziom kolejnych numerów będzie coraz wyższy. Mocne 7,5.

Venom vol. 2 #32
S_O: Nadal nie wiem, czemu ta seria miałaby mnie obchodzić. Nowe postacie są boleśnie standardowe (high school jock, sassy goth chick) i z góry wiadomo, jak potoczą się ich wątki, dziwaczny kanibal to typowy Bunnshit, a zbliżająca się walka Venom vs. Red Venom na milę śmierdzi fanwankiem. Smutne, że Flash tak podupadł.

Winter Soldier #16
S_O: Tu także nie jestem pewien, czy seria zdoła utrzymać moje zainteresowanie. Ot, kolejna niedokończona sprawa z czasów Związku Radzieckiego wraca, żeby ugryźć Bucky'ego w tyłek. Ile razy już to przerabialiśmy z Black Widow?
Wiecie, co wolałbym zobaczyć w tej serii? Buckstera zadośćczyniącego zabitemu przez siebie Nomadowi i podróżującego po Stanach, pomagając ludziom w potrzebie jak jednoosobowa Drużyna A, nigdzie nie pozostając tak długo, by ktoś był w stanie go rozpoznać.
Gil: Tak jak przewidziałem poprzednio, seria jest martwa. Zmiana scenarzysty popchnęła ją w ślepy zaułek, gdzie czają się kiepskie zrzynki z filmów szpiegowskich i typki z metalowymi szczękami, a w powietrzu unosi się kupa biadolenia. Nie ma wątpliwości, że jedynym pomysłem Latoura na postać Winter Soldiera jest Punisher-slash-Bond. Bez polotu. A nawet bardziej do śmierci serii przyczyniła się zmiana ekipy graficznej z genialnej na koszmarną. O poprzedniej miałem najwyższe mniemanie – na obecną w ogóle szkoda mi słów. Pozostaje zapalić znicz Zimowemu Żołnierzowi i czekać na lepsze czasy. Tymczasem 2/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0290a1%20%28Kopiowanie%29.jpgAge of Ultron #1 (Babies Variant)
Autor:
Skottie Young

Hotaru: Skottie Young zaskoczył mnie tą okładką, bo w większości jego "dziecięcych" prac dominującym kolorem jest biel, której jednak tu jest jak na lekarstwo. Ta mała zmiana sprawiła, że cover zyskał niemal nowy wymiar, został osadzony w kontekście - wprawdzie kompletnie niewypowiedzianym, ale zachęcającym do odkrywania na własną rękę. Podoba mi się to.






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.03.06
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: S_ORedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.