Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #289 (04.03.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 4 marzec 2013Numer 9/2013 (289)


Dzisiejszy Pulse jest sponsorowany przez dwa słowa: Uncanny i Avengers (zarówno razem, jak i każde z osobna). Zakończyła się ostatnia seria pisana przed Grega Ruckę dla Marvela oraz powracają Guardians of the Galaxy.

Astonishing X-Men vol. 3 #59
Hotaru: Ot, taki średnio wciągający prolog do "X-Termination". Nie wiem, co bardziej mnie drażniło - drążenie wątku Kyle'a i Northstara, czy też idiotyczne zachowanie Logana i nieudolne jego wytłumaczenie. W sumie tylko specyficznym rysunkom Walty nie mam niczego do zarzucenia.
S_O: Zaraz, zaraz. Jeśli dobrze pamiętam, Kyle jest menadżerem marki Northstara i w ogóle poznaliśmy go, jak pomagał promować Kyle'a na trasie, gdzieś w Andach albo co. Więc co to za bzdury, że nagle Northstar jest nielegalnym imigrantem bez paszportu? Czy menadżer nie powinien się zajmować tego typu rzeczami?
Równocześnie toczy się też wątek Nightcrawlera, który nachodzi swoją "żonę". I nie jestem pewien, czy te sceny miały sprawić, że czytelnik będzie mu współczuł, czy stwierdzi, że to zboczeniec.
Swoją drogą, ja też, podobnie jak Gambit, tęsknię za czasami, gdy X-Men walczyli raz na jakiś czas z łotrami.
Gil: Zapamiętałem z tego zeszytu dwie rzeczy: że wszyscy mają kwadratowe głowy i że jest to jakiś rodzaj wstępu do X-Termination. Fakt pierwszy przywołał wspomnienia o tfurczości niejakiego Chaykina Howarda, który wiedzie prym wśród rysowników odrzucających mnie od lektury komiksów. Fakt drugi… to właściwie jedno wielkie meh. Na paru stronach AoAcrawler, czy raczej Creepy-Crawler, bawi się w stalkera, a na pozostałych mamy górę waty w postaci nic nie wnoszących (wątek Bobby-Logan) lub wręcz irytujących (Northstar i wszystko, co z nim związane) wątków. Nie wiem, skąd w ogóle wykiełkował mi pomysł, że warto było czekać na tego crossa, ale chyba lepiej będzie, jeśli zmienię nastawienie, zanim jeszcze na dobre się zacznie. Natomiast ktoś powinien wytłumaczyć pani Liu, że nikogo nie obchodzą losy Northstara i nieważne, jak mocno wypycha go na pierwszy plan, nie zmieni tego, bo to po prostu marna postać jest. To rzekłszy, wystawię znudzone i poirytowane 3/10.
jdtennesse: Poza kiepskimi rysunkami uważam ten numer za całkiem udany, nawet jeśli jest to tylko preludium do X-Termination. Podobało mi się tu to, co zawsze mi się podobało w historiach o mutantach, czyli osobiste rozterki i ludzka strona mocy. Fajne interakcje między postaciami – Kyle i Jean-Paul, Bobby (upierdliwy i nawet zabawny, na swój sposób) i Logan, zabawna Shan (chwilami), a także strony bez tekstów, całkiem wymowne. Nightcrawler jest z pewnością zagubiony, jest również ważną postacią w tej historii, i jeśli to ma być wstęp, to czemu nie. Bardzo podoba mi się zagubienie Logana, który bardzo przyjaźnił się z Kurtem. Problemy są typowo ludzkie, pozbawione często obecnego u mutantów patosu. Przyjemnie się czytało. Z rysunków, tylko okładka mi się podobała. 6/10.

Avengers Arena #5
Hotaru: Cieszę się, że Kev Walker wrócił, bo seria od razu wróciła do swego poprzedniego, dość wysokiego poziomu. Całkiem miło było też bliżej poznać dysfunkcjonalnych nastolatków z Braddock Academy. Przyznaję, że Hopeless dotrzymuje słowa i rzeczywiście ci bohaterowie stają się w moich oczach czymś więcej, niż tylko mięsem armatnim. Intryguje mnie wątek Deathlocket i Darkhawka i jestem bardzo ciekaw, w którym kierunku scenarzysta zabierze tych bohaterów.
S_O: Skupiamy się tym razem na dzieciakach z Wysp i muszę powiedzieć, że wyszło to lepiej, niż migawka z drugiego numeru. Naprawdę zacząłem się interesować, jak potoczą się losy tych postaci (a w każdym razie, jak dysfunkcyjną grupą się jeszcze okażą) - coś, czego przez czterdzieści numerów nie udało się Gage'owi w Akademii. No i tajemnica nocnych ataków została rozwiązana, przynajmniej po części - nadal nie wiemy, co się właściwie dzieje.
Acha - Cammie trafiła na Nico z Chasem. Nie obraziłbym się, gdyby po tym, jak już uciekną z tej wirtualnej rzeczywistości i pokonają Arcade'a, dołączyła do Uciekinierów. Zważywszy na jej historię, świetnie by tam pasowała.
Krzycer: Bliższe spojrzenie na Braddock Academy i... dobrze jest. Alternatywny Brian jest niezłym bucem, ale to jego dziewczyny należy się bać. Wyjaśnia się również tajemnica nocnych ataków i... czemu tego nie przewidziałem? Wydaje się takie oczywiste. Choć musiałbym sprawdzić poprzednie numery, żeby zobaczyć, czy to wszystko trzyma się kupy i nie było przypadkiem jakiejś bilokacji.
Natomiast setup do rozbicia ledwo co zawiązanego przymierza Nico i Chase'a z Cammie jest zbyt nachalnie podany. Poza tym - wciąż jest dobrze. No i wrócił Kev Walker. A, no i Hopeless sam sugeruje, że nawet, jeśli to wirtualna rzeczywistość, to nie ma to żadnego znaczenia... Nie ma? Jak to nie ma?
Gil: Tym razem dostajemy garść informacji na temat Braddock Academy, o której wcześniej w ogóle nie słyszeliśmy, skupiając się na postaci Kid Britona, o którym również wcześniej nie słyszeliśmy. A ponieważ okazuje się, że to mały wredny dupek, to jakoś wcale nie jestem zachwycony. Mógłbym się obejść bez większości tych brytyjskich dodatków. Ale za to okazuje się, że Deathlokówka jest niebezpieczna i nieprzewidywalna. To już ciekawsze. I reguły gry się zaostrzają... bo czemu nie. Ostatnio trochę nudno było. No ale przynajmniej Kev Walker wrócił, więc całość wygląda lepiej. No i ostatecznie mogę dać zwyżkujące 5/10.

Avenging Spider-Man #17
S_O: Hej, to dzieciaki z FF! Ale się za nimi stęskniłem, szkoda, że nie pojawiają się w żadnej innej serii po tym, jak w swojej własnej zostali podmienieni przez mongoloidów.
No i spotkanie z Time Variance Authority nawet nie sugeruje, ale wprost mówi, że Potto to sytuacja tymczasowa. Już choćby za to Yost ma u mnie plusa. He don't give a shit.
Swoją drogą, Yost prowadzi dwie nie-główne pajęcze serie i pokazał, że sobie z nimi radzi. Gdyby tylko był w stanie wyrwać flagową ze szponów (On)Slotta...
Gil: Wiemy już, że Yost lepiej prowadzi Pottera Partaviusa, teraz dowiadujemy się też, że lepiej w jego rękach wypada aktualna wersja Future Foundation. To miła odmiana po tym, jak w tym tygodniu Fraction dokonał masowej character assassination na tych dzieciakach. I nawet nie będę ukrywał, że pierwsze słowo tego numeru – "infraction" – mocno mnie zachęciło do dalszej lektury. Rzeczywiście, jest niefractionowo, bo dzieciaki mają tutaj poprawne i różne charaktery, daje się je rozróżnić i czytać z przyjemnością. Plus, wprowadzenie TVA jest chyba również puszczeniem oka w stronę czytelnika względem dalszych planów odnośnie Pajęczaka. Czyli ogólnie jest całkiem fajnie, a kilka tekstów wybitnie mnie rozbawiło (głównie te wokół Bentleya) i rysunki też w porządku, tak więc ostatecznie ocenię na 6/10.

Castle: A Calm Before The Storm #3
Krzycer: Zupełnie jak serial - śmieszne, ale po chwili zapominasz o czym to było. Przyczepiłbym się do tego, że bohater będzie zapobiegał wybuchowi trzeciej wojny światowej, ale w serialu Castle już uratował Nowy Jork przed brudną bombą, więc...

Deadpool: Killustrated #2
S_O: Czyli "Mszczę się na wszystkich lekturach, które musiałem czytać w szkole, część druga". Równie mało interesująca, co część pierwsza, zwłaszcza, że łączenie archetypów z marvelowymi postaciami robi się naciągane (To znaczy, nigdy nie czytałem "Little Women", ale nie wydaje mi się, żeby stanowiły one podstawę dla takich postaci, jak Black Widow czy She-Hulk). Ale hej, jeśli zabicie Ahaba oznacza, że nigdy nie powstał "Star Trek: First Contact", to przyklaskuję pomysłowi.
Gil: Podpierając się cytatem z wnętrza zeszytu, panie Bunn: "you're taking all the fun out of this". Tak jak przy numerze poprzednim, tutaj również uważam, że ta mordercza eskapada a) nie ma sensu, b) jest zbyt przypadkowa, c) zbyt brutalna jak na standardowy komiks z 'Poolem i d) friggin' creepy! Teoretycznie, pomysł mógłby się udać, ale nie z tym scenarzystą, bo – patrz wyżej. I nie rozumiem, o co chodzi z tymi zmianami postaci w marvelowe, ale spoko – nie potrzebuję tej informacji i zwyczajnie nie chciało mi się szukać jej w samej treści tego komiksu. Po prostu chciałem go mieć jak najszybciej z głowy. Rzucę jeszcze tylko 3/10 i szybko zapomnę, że istnieje. Po następny numer już raczej nie sięgnę.

FF vol. 2 #4
S_O: Rzadko zdarza się, żebym tak znienawidził jakiś komiks po zaledwie dwóch stronach. Tyrada Alexa jednak tak śmierdziała internetowym pseudoliberalizmem, że czytanie jej sprawiało mi fizyczne cierpienie. Pod koniec byłem szczerze zaskoczony, że nie wspomniał o 99% albo podobnym sloganie. Do tego argument "to tylko dzieci" POWINIEN nie mieć sensu w sytuacji, gdy wszyscy poza dwoma z nich są geniuszami rozwiązującymi problemy milenijne (i podobne) na kibelku tak, jak inni rozwiązują sudoku. Powinien, ale tak nie jest, bo Fraction nie potrafi pisać nawet osób o średniej inteligencji bez ich ogłupiania. Szczerze nie rozumiem, kto zdecydował się oddać naczelną SCIENCE serię Marvela w ręce kogoś, kto nie raz i nie dwa razy udowodnił już, że w większości wypadków nie ma pojęcia, o czym mówi.
A JESTEŚMY DOPIERO NA DRUGIEJ STRONIE.
To powiedziawszy, "wcale-nie-randka" między Jen a Wyattem i nieco kreskówkowe próby jej zepsucia przez Moloidy ma swoje zabawno-urocze momenty. Nadal jest to jednak łyżka miodu w beczce dziegdziu.
Krzycer: Fajna randka Shulkie z Wyattem, spółka moloidów z Bentley'em - zabawna. Natomiast wątek Johna donikąd w tym numerze nie prowadził, a końcówka z Medusą była... dziwna. Bardzo, bardzo dziwna. A nawet niepokojąca. Mam nadzieję, że Fraction nie zrobi czegoś wyjątkowo głupiego.
Gil: Jakby jeszcze ta seria nie była wystarczająco weird, tym razem dostajemy numer poświęcony moloidom stalkerującym Shulkie. Czyli nieoficjalnie tytuł przechodzi z Future Foundation we Fractioning Fraction. A ja nie specjalnie lubię kiedy Fraction... no wiecie, fractionuje. Jest to raczej creepy niż funny. Poza kilkoma wyjątkowymi momentami, kiedy rzeczywiście dowcip się udaje. Jak z tym wielkim potworem – to mu się udało. Co nie zmienia moich odczuć względem całości, bo historia sprawia, że dzieciaki z Fundacji z małych geniuszy powoli zmieniają się w małe freaki. A w dodatku Medusa coś kombinuje. Niby ma to sens, biorąc pod uwagę jej historię z Bentleyem oryginałem, ale jednak mam wrażenie, że to kolejny krok do rozbicia Fundacji. Tym razem nie dam więcej niż 4/10.

Gambit vol. 4 #9
Hotaru: Clay Mann powrócił i chociaż Diogenes Neves i Pasqual Ferry rysują całkiem spoko, to jednak Manna trudno zastąpić. Podoba mi się też, że w tym zeszycie Asmus wraca do wątku tajemniczej Joelle, który stanowi oś fabularną tej serii. To, że w międzyczasie przygotowuje grunt pod małe crossover z Uncanny Avengers, to tylko wisienka na torcie.
S_O: No dobra - nowa wersja Łotrowskiej Knajpy to ciekawy pomysł. Cała reszta jednak... Gambit, rujnujący Panienkę, Która Nikogo Nie Interesuje i jej szanse na niezbyt uczciwy zarobek z powodu swoich chuci, całkiem olewając jej możliwe motywy, wyrasta na hipokrytę i dupka (czy muszę przypominać, że wszystkie te perypetie zaczęły się od tego, że Remy postanowił coś ukraść, żeby udowodnić sobie swoją męskość?), a i ujawniona na ostatniej stronie motywacja Jakjejtam jest boleśnie kliszowata (czemu po prostu nie została striptizerką, jak Demi Moore?). Im szybciej ta seria padnie na ryj i zginie w ogniu gwałcona przez stu murzynów z Burkina Faso, tym lepiej.
Krzycer: Było dobrze aż do końcówki, w której Joelle - dotąd słusznie krytykująca Gambita za jego działania - ostatecznie się łamie. Poza tym fabułka taka jak zwykle - znośna akcja, znośne dialogi, nic, nad czym warto by się rozpływać. Za to Clay Mann jak zwykle super.
Gil: Okay, wracamy do głównego nurtu tej serii. Ma to swoje bardzo dobre strony, bo znów rysuje Clay Mann. Ma też swoje gorsze strony, czyli… całą resztę. Gambit próbuje odnaleźć Joelle z pomocą swojego długoletniego współpracownika, Fence'a (o którym usłyszeliśmy dopiero w poprzednim numerze i będę to uparcie wypominał). Jego ostatnie figle zwracają uwagę Avengers (oczywiście tych z Rogue w składzie), ale zamiast cokolwiek wyjaśnić, odgrywa bad boya. Bo tak. I znów przerabiamy niedorzeczny, chociaż miejscami zabawny wątek knajpy dla superłotrostwa. I obowiązkowo, na końcu musi być dramatyczny twist. Czyli raz jeszcze podsumowując: na plus mamy rysunki oraz parę zabawnych momentów, a na minus całą resztę. Ale dobra, 4/10 uciągnie.

Guardians of the Galaxy vol. 3 #0.1
Hotaru: Chociaż byłem fanem kosmosu autorstwa Dana Abnetta i Andy'ego Lanninga, to jakoś nie wpadłem na pomysł, by zainteresować się bliżej pochodzeniem Star-Lorda. Dlatego trudno mi stwierdzić, jak mocno Bendis je zniekształcił. Przejdę jednak nad tym do porządku dziennego. Komiks czyta się dobrze. Fabuła nie zwala z nóg, a Steve'owi McNivenowi zdarzało się rysować lepiej - na przykład na ostatniej stronie na jednym kadrze Starka otaczają Groot, Rocket i Drax, a w kolejnym strażników nigdzie nie uświadczysz. Ale koniec końców to przyjemne czytadło.
avalonpulse0289c%20%5B1600x1200%5D.JPGS_O: Niespecjalnie kojarzę origin Star-Lorda (to znaczy wiedziałem, że jest pół-Spartoitem i że trafił na gadający statek, ale niewiele poza tym), więc nie mogę oceniać Bendisa pod tym względem. Szybki gógiel-sercz ujawnia jednak, że Pete spotkał się już ze swoim ojcem i się pogodzili, choć z drugiej strony w związku z tym, że najwyraźniej jego oryginalne przygody działy się niby w przyszłości... It's a mess.
Tak czy inaczej wolałbym, żeby zamiast przerysowywania jego originu na dwukrotnie większej liczbie stron Bendis wytłumaczył, jakim cudem Star-Lordowi udało się uciec z Cancerverse. No wiecie, coś poza znaczącym spojrzeniem i "pomyliliście się, przypadkiem wyteleportowało mnie do Microversum".
Krzycer: Brakuje mi poprzednich kostiumów. Te są trochę nijakie.
...i to by było na tyle. Poza tym - rysunki są fajne, dialogi są fajne, historii wiele tu nie ma. Wciąż najważniejsze pozostaje pytanie, czy Bendisowi uda się dobrze uchwycić całą grupę, a w tym numerze odpowiedzi na to nie ma.
Gil: Zważywszy, że spory kawałek tego zeszytu znalazł się już wcześniej w Point One, powinien on chyba dostać tytuł 0.2, albo nawet 0.1.1 ;). I również dlatego, ciężko napisać coś nowego o tym, co tu dostaliśmy. Tyle, że przed znanym nam już fragmentem dostajemny wstęp z rodzicami Petera, a po nim krótki epilog z pełną obsadą. Wstęp jest dosyć typowy: przystojny kosmita rozbija się na Ziemi i wiadomo, co dalej. Historia młodego Quilla również wpada trochę w kliszę, ale przynajmniej jest podana lepiej niż młodego Novy według Loeba. Oprawa graficzna jest całkiem dobra, chociaż w paru miejscach pojawiają się dziwne miny. Ale i tak jest całkiem nieźle jak na wstęniak, więc dam mu na zachętę 6/10.

Hawkeye vol. 4 #8
Hotaru: Poezja. Tego nie da się nazwać inaczej. Hawkeye to klasa sama w sobie, zarówno jeśli chodzi o rysunki, jak i - chociaż w odrobinę mniejszym stopniu - scenariusz. Doceniam, że Fraction odwala swoją robotę i tak oszczędnie korzysta z występów gościnnych. Że nie boi się przedstawić Kate jako odważnej, upartej i mającej własne zdanie dziewczyny. Wstawki Annie Wu są świetne. Nie mogę się doczekać #11, który ma być z perspektywy psa. Tymczasem, ta seria mnie nie zawodzi. Jeden z najlepszych wydawanych teraz przez Marvela tytułów.
S_O: Zaraz... skoro Ruda wysłała te komiksy z ukrytą kombinacją do Hawkeye'a, oznacza to, że znała kombinację do sejfu, wokół którego toczy się historia. Dlaczego więc potrzebne jej były te komiksy? Zapomniała kodu? Bo pomyślałby kto, że warto byłoby zapamiętać coś tak ważnego. Chyba, że domyśliła się, że jest bohaterką w komiksie Fractiona i chciała się zabezpieczyć przed nieuniknionym udarem mózgu.
Tymczasem zebranie nowojorskich capo decyduje, żeby usunąć Hawkeye'a. Hej, Clint, hej! Chcesz może wezwać do pomocy swoich kumpli z Avengers? Bo wiesz, razem z grupką ulicznych herosów pokroju DD czy Spider-Mana bez problemów położylibyście całą tę ruską bro-mafię, a jestem pewien, że z chęcią by się przyłączyli do takiej inicjatywy. Że co? Że to mija się z założeniami serii? Że perypetie zajmują tyle miejsca, że nie ma już miejsca na sens? Acha, tak myślałem.
Krzycer: Fraction prowadzi akcję jak Hitchcock lub Nolan. Byle się działo. No i dzieje się. Dzieje się, że hej. Ale Hitchcock i Nolan nadają swoim filmom takie tempo, że widz zazwyczaj dopiero po wyjściu z kina zaczyna dostrzegać, że to dzianie się nie miało sensu (czy, w moim wypadku, dopiero po trzecim obejrzeniu Dark Knighta...). A że każdy czyta komiks w swoim tempie, to czasu nigdy nie brakuje. I jeśli bohaterka wspomina te nieszczęsne komiksy w 1/3, a potem dopiero w końcówce się oburza za nie na Clinta - choć to ona wymyśliła idiotyczny plan - to nie ma bata, czytelnik się skupi na tym idiotyzmie i całe dotychczasowe dzianie się na nic się nie zda. Bo to niemiłosiernie głupie było.
Co powiedziawszy, działo się w komiksie dużo i fajnie. Aja jest chyba moim ulubionym marvelowym rysownikiem obecnie. Do tego fajnie wpleciono stylizowane okładki starych komiksów w akcję, a Fraction wreszcie się odniósł do tego, że Clint ma dziewczynę, więc przynajmniej to przestało uwierać.
Naprawdę szkoda, że ten - skoro już sięgnąłem po Hitchcocka - MacGuffin był taki głupi, bo trochę mi popsuł radochę z lektury. A miałem jej - jak zwykle - sporo.
Gil: Jest to z pewnością przełomowe dzieło w historii dzieł Fractiona, ponieważ bro spotkało się z dummy w jednym dialogu. Wydarzenie to jest na tyle epickie i poważne, że wszystkie kryminalne organizacje Nowego Jorku postanowiły załatwić Bartona, gdyż azaliż, jeśli zdarzyłoby się to ponownie, gramatyka języka angielskiego zostałaby bezpowrotnie unicestwiona. I to tyle, jeśli o ten komiks chodzi. Pojawiła się tam gdzieś babeczka, którą Clint puknął parę numerów wstecz, a nawet i inne jego zdobycze, ale nie stwierdzono pojawienia się treści. Rysunki za to bardzo fajne były, bo David Aja powrócił. No i… cholera, nie wiem, co mam tu oceniać… Ur dummy, bro.

Journey Into Mystery #649
Hotaru: Rysunki Valerio Schiti są pierwsza klasa. Wiem, że się powtarzam, ale te dynamiczne ujęcia, przykładanie uwagi do detali i genialna mimika bohaterów to coś, obok czego nie można przejść obojętnie. Mam trochę żalu do Kathryn Immonen, bo w tym zeszycie nie dzieje się dużo. Podejrzewam wręcz, że występ gościnny Spider-Otta ma służyć tylko chwilowemu zwiększeniu liczby sprzedanych egzemplarzy. Wybaczę to jej jednak, bo ostatnia strona jest soczysta.
S_O: Pani Kasia na pełnych obrotach. Nie dzieje się wiele, jeśli chodzi o fabułę, ale w pełni rekompensują to widokówki z reszty świata, a co jedna, to lepsza. Widać, że scenarzystka świetnie się bawi, i ja też zamierzam.
Krzycer: Otto podrywający Sif był fantastyczny. Podobnie jak Tony i Monica. I reporter z rodzinnego miasteczka Hellcat. Ale perłą numeru była pocztówka z Tokio.
A poza tym - tradycyjnie Immonenowo. Dużo się dzieje i za cholerę nie wiadomo co i dlaczego, zwłaszcza na ostatniej stronie. Ale czyta się fajnie.
A okładki pozostają świetne.
Gil: Hehe, mam wrażenie, że wielkie marvelowe potwory wracają do łask, skoro tutaj jest ich cały wysyp, a i w FF pojawił się jeden. Początkowo miałem wątpliwości, ale teraz, gdy seria nabrała rozpędu, podoba mi się coraz bardziej. Pani Kasia złapała dynamikę postaci i świetnie prowadzi nie tylko samą Sif i jej kompanię, ale także Octo-Spider-Mana. I nawet Patsy Walker pojawia się na chwilę, przynosząc ze sobą miłe wspomnienia. Akcja jest konkretna i dynamiczna, rozwałka jednocześnie fajna i sensowna, a do tego dochodzą bardzo fajne elementy komiczne. Zwłaszcza ta scenka z potworem w Japonii mnie rozbawiła. Coraz bardziej podobają mi się też rysunki, więc i na ocenie nie będę oszczędzał: zasłużone 7/10.
Gamer2002: Radosnych przygód Sif ciąg dalszy i przy okazji mamy team-up z SS-manem. W sumie chyba raczej Sif nie zna zbytnio Petera, więc jej akceptacja zachowania Spocka jest bardziej na miejscu niż u innych. Poza humorem i rysunkami podoba mi się także to, że komiks pamięta o tym, że Marvel Universe jest w stanie samo się obronić i nie ma takich akcji, że Red Skull dewastuje NY i reaguje tylko 6-osobowy zespół.
A swoją drogą wiecie, że potwory, z którymi walczy Sif, pochodzą z przedthorowych numerów JiM? 8/10.

Punisher: War Zone vol. 3 #5
S_O: Avengers przestali się bawić i uderzyli na Franka jak Armia Radziecka na destylarnię. I co ważne, szybko sobie z nim poradzili, bo nie ma tu niedorzecznego windowania zdolności Punishera - po chwili przewagi osiągniętej jedynie dzięki zaskoczeniu koncertowo dostał w tyłek i trafił do super-paki. Swoją drogą, nie mogę nie zauważyć, że zupełnie to nie pasuje do tego, co widzieliśmy w FrankerFranks, ale że jest to prawdopodobnie ostatni środkowy palec pokazany przez Ruckę Marvelowi i ich pomysłowi na Puniego, jakoś nie mogę tego uznać za minus.
Krzycer: ...crap. Teraz powinienem przeredagować mój felieton o Punisherze Rucki, bo mi się końcówka przestała zgadzać. Wolałem swoją wersję od ostatecznego losu Rachel Cole-Alves, zwłaszcza, że zapowiada zagubienie w redaktorskim Limbo zamiast porządnego domknięcia historii.
A Castle robi to, co od początku było wiadomo, że zrobi. Ale przynajmniej dostajemy parę fajnych scen i gnojenie Iron Mana, a to się zawsze podoba (patrz: Thor JMSa).
Gil: Podobno Rucka dużo zrobił dla Punishera… Hm… Z tego, co ja tutaj widzę, to uczynił go Batmanem Marvela. Postacią, która w ogóle nie powinna mieć racji bytu, ale jest kreowana w taki sposób, że wszystkich wciąga nosem i wypierduje w kolorowych banieczkach, w takt Marsylianki. Zatem po raz setny oświadczam: I don't buy it! To nie ma sensu i nie byłoby możliwe w sytuacji, gdzie działa realna logika. Cała historia jest usprawiedliwiona jedynie crushem twórcy na punkcie postaci, a wszelkie próby uzasadniania wydarzeń rozwalają się o mur poczucia rzeczywistości u czytelnika. Nawet tej fikcyjnej rzeczywistości, w którą scenariusz też się nie wpasowuje. Nie, nie i po trzykroć nie dla podobnych publicznych masturbacji nad którąkolwiek z postaci. Dla mnie 2/10.

Thunderbolts vol. 2 #5
S_O: Czuję się tak, jakbym pominął jeden numer. Czemu Ross nagle wrócił do ludzkiej postaci? Czemu jest osłabiony? Bo w jego poprzedniej serii ustalono, że nawet, jeśli został ranny albo otruty jako Czerwony, przemiana całkiem go leczy. Dalej: Czy jedna mina przeciwpiechotna wystarczyła, żeby powalić Łysego Hulka? Bo w takim razie to musiał być naprawdę cienki Hulk. Swoją drogą, czemu Łysy Hulk w ludzkiej postaci nie jest łysy? I gdzie się podziały jego blizny? Z Rulkiem miało to przynajmniej taki sens, że pozbawienie go wąsa pozwoliło ukryć przed czytelnikiem jego tożsamość, ale jaki jest sens całkowitego zmieniania wyglądu tego tutaj? I czemu po eksplozji, która położyła Łysego Hulka, Frank jest nadal przytomny i tylko z poobijanymi żebrami?
Przynajmniej na jedno pytanie znam odpowiedź: oczywiście, że Frank i Elefrank się zeszli. W końcu mają ze sobą tyle wspólnego. Twarz, to jedno. Poza tym, oboje są bezlitosnymi zabójcami. I oboje chcą się dostać do spodni Daredevila.
Lepiej się przyzwyczajcie, bo tak będą wyglądać wszystkie moje komentarze dotyczące tej serii.
Gil: W tym numerze Thunderfranks, Way i Dillon przefrankowali z Frankiem. Może i nie lubię Punishera, ale znam i rozumiem jego motywację, więc jakoś trudno mi przyjąć do wiadomości scenę, w której Franek całuje się z Elektrą o twarzy Franka. It's just so wrong! Ta jego wieczna pamięć o zamordowanej rodzinie… eh, screw it! Let's make out! Ale hej – czy to zdrada, jeśli robisz to ze swoją kopią? Jeez… To wszystko jest takie durne, że aż trudno to opisać. Przejdźmy więc do innych wątków… A tu mamy: bullshit, bullshit, bullshit, jakąś fioletową kobitę, more bullshit i… oh, surprise: bullCRAP! Czyli tak, jak przewidywałem: po próbie wbicia się na wyższy level alegorycznością numeru poprzedniego, teraz wszystko pierdykło o beton, bo już nic nie trzyma się kupy. Jestem gotów do skreślenia, a tymczasem 1/10.

Ultimate Comics: X-Men #23
Hotaru: Ręce mi opadają. Liczyłem na to, że Wood poradzi sobie lepiej, kiedy napisze komiks bez drętwej Kitty Pryde. Tutaj nie ma Shadowcat, ale i tak nie jest dobrze. Po ostatnim relaunchu uniwersum Ultimate schodzi na psy. Ultimate Comics Spider-Man to wyjątek potwierdzający regułę.

Uncanny Avengers #4
Hotaru: Ten numer miał swoje momenty. Ale koniec końców, wrażenie z lektury - jego i całej pierwszej historii - nie było pozytywne. Mam wrażenie, że wiem, co Remender próbował osiągnąć, ale w moich oczach chybił o kilometry. Epicki team-up Avengers i X-Men jest tutaj... cóż, na pewno nie jest epicki. Co gorsza, nawet nie jest team-upem. Te kawałki do siebie nie pasują i chociaż próbuję to sobie tłumaczyć faktem, że to dopiero pierwsza misja, to i tak nie potrafię patrzeć na te postaci jako na zespół. Cassaday też się nieszczególnie popisał, rysuje bardzo nierówno.
S_O: Czy to dziwne, że gdy Red Skull wytykał Captainowi arogancję i zapatrzenie w sobie, byłem w stanie jedynie przytakiwać? Za zabawny uważam też fakt, że to już druga w tym tygodniu tyrada na temat jednego procenta uciskającego społeczeństwo (a w każdym razie Red o tym wspominał), tym razem jednak w ustach łotra. I tu ma to jakiś sens.
Ot, powalczyli sobie, niewiarygodną siłą woli przemogli siły wroga, główny zły zwiał, a pod koniec Wolvie usłyszał, że urzeczywistnia Sen Xaviera lepiej, niż ten brudny mugas Cyclops kiedykolwiek mógł.
A pod prawdziwy koniec pojawia się Redslaught. Ha, ha, oh, wow. Tradycyjnie więc: Remender skończył się na Kill 'em all.
Krzycer: Koniec pierwszej historii, zespół się w miarę zgrał, relacje w drużynie zostały ustalone, a zły uciekł. Wszystko spoko.
Wszystko zasypane niemal claremontowskimi ilościami narracji... w podobnym stylu. "Ziemia się zatrzęsła, Kapitan jeszcze nigdy nie uderzył z taką mocą, Wanda wie, że to działanie grozi jej utratą zmysłów"... Ojej, ależ ja nie lubię takiej narracji w komiksach.
Ale poza tym - i poza Cassaday'em, który dał nam parę autentycznych koszmarów (jest taki kadr z Rogue wyprowadzającą cios, na którym jej oczy są różnej wielkości i nie mają tęczówek ani źrenic) - to było to fajne zakończenie. I Havok miał wreszcie jakąś rolę do zagrania, i parę fajnych akcji było (Havok i Wanda vs Thor, Rogue, Havok i Kapitan kontra Skull), i manipulacje Red Skulla wreszcie były trochę ciekawsze (porównanie Steve'owego ideału Ameryki z żoną w domu z białym płotem i walmartowej rzeczywistości).
A potem dostaliśmy epilog z Age of Ultron i takie koszmary na ostatniej stronie, że już się boję, co z tego wyniknie.
Bajdełej, na plakacie "slain/apprehended" Rogue występuje jako "Angel". Przy okazji - kim ma być mutant za zdjęciu pod nią? Czy to ma być Fantomex? Coś mi nie pasuje.
W ramach czystych spekulacji - Havok wygląda w tej wizji zupełnie jak w końcówce, więc zacząłem się zastanawiać, czy postaci z plakatu faktycznie w Age of Ultron będą martwe, ale chyba wiele z nich było już wymienionych w zapowiedziach. Wolverine na pewno.
Gil: Yyy… no dobra, stało się – narodził sie team. I to właściwie tyle. Trochę się pobili, zdecydowanie za dużo nagadali, a potem Skull zwiał i przyszła kolej na lizanie ran. Treści za dużo tu nie było. Ideologiczne ględzenie można by streścić w jednym zdaniu, walki nie zachwycały i zabrakło satysfakcjonującego finału. No okay, widać, że to część jakiegoś większego planu, ale można było rozegrać to lepiej niż pospolitą ucieczką antagonisty. Za to wyjątkowo niepokoi mnie padające na końcu słowo Onslaught. Jakoś tak niefajnie się kojarzy. Poza tym, jak na tak duże opóźnienie, to rysunki mocno zawodzą i w rezultacie najbardziej przykuwającym uwagę elementem grafiki stają się efekty kolorystyczne. I tak oto, seria nie wytrzymuje konfrontacji z hypem, jaki wokół niej uczyniono, więc oceną może być najwyżej 5/10.
jdtennesse: Po pierwsze – fatalne rysunki. Jak można mając takie opóźnienia rysować tak marnie i niedokładnie? Cassaday przechodzi siebie samego w rysowaniu twarzy, a właściwie ich masakrowaniu. Red Skull jest kim jest – czachą – wypadałoby tę czachę narysować anatomicznie, a nie jak pięciolatek kredkami. A historia? Bałagan. Raz moce działają, raz nie działają. Przecież jeśli RS ma moce Charlesa, to niech wszystkim wyłączy moce albo umysły, a nie tylko jak mu się przypomni. Red-Skull-Nimrody/Sentinele są śmieszne. A scena nawiązująca do Days of Future Past? To nie hołd, to karykatura (plus Rogue to Angel???). Historia kuleje tak bardzo, jak rysunki. W sumie to pomysł mi się podoba, bo to, co mówi RS, może przyprawić o ciarki, ale jest to tak kiepsko pisane i prowadzone, że aż żal. Wszystko jest przeciągnięte, niepotrzebnie przedłużone, Są fajne momenty, ale to za mało. No i główny antagonista ratuje się ucieczką, tak beznadziejną, jak Skullslaught z ostatniej sceny. Mimo wszystko: 3.5/10.
Gamer2002: I jak mówiłem: drużyna się zebrała, skopała Skrulla a ten dał nogę. Rysunki niewarte obsuwy, narracja męcząca, fabuła to przeciągane obijanie złoczyńcy, a team ponuro-poważny, że w ogóle jest niefajnie. Jedynie kuszenie Capa to była jakaś dobra scena.
A po tym mieliśmy epilog oraz na końcu... Scenarzysta grywał ostatnio w pierwsze Marvel vs Capcom i uznał, że czachę Onsla w ostatecznej formie można pofarbować na czerowno? I jeszcze ten Profesor Kubek. No cóż, twórcy od początku myśleli, że flagowy tytuł Marvela musi być SHOCKING. 4/10, rzucam tę serię jak kamieniem.
avalonpulse0289d%20%5B1600x1200%5D.JPG
Uncanny X-Force vol. 2 #2
Hotaru: Fabuła nie rzuca na kolana. Rysunki Garneya są w większości całkiem spoko, ale niektóre wstawki wywołują na mej twarzy konsternację. Bo po kiego grzyba scena z punktami niczym wyciągnięta ze Scott Pilgrim vs. The World O'Malleya? i o co chodzi z tym zwierzęcym awatarem Bishopa, niczym z jakiejś japońskiej kreskówki? Jeśli Humphries próbował zbudować jakiś klimat, to tymi patentami go zaprzepaścił.
S_O: Dwa pytania na start: 1) Jaki jest najważniejszy znak szczególny Bishopa? 2) Czego rysownik zapomniał dodać na połowie kadrów z Bishopem?
Ale chyba mogę mu to wybaczyć, bo w końcu teraz najwyraźniej Bishiego rozpoznaje się po fiksacji na punkcie małych dziewczynek.
Tymczasem mamy typową fabułę w stylu "Nie, nic nie rozumiecie! Ale nic wam nie wyjaśnię, kthxbye". Widać za to, kto jest w założeniach główną bohaterką serii - podczas, gdy Betsy kopie tyłki jak Bruce Lee, Storm zostaje oddelegowana do organizowania strzelania piorunami w tle, żeby sceny wyglądały bardziej efektownie.
Przynajmniej mamy wyjaśnienie, skąd Betsy ma swoją latającą brykę, choć to na razie wyjaśnienie w stylu "znalazłam, jak przypadkiem wyteleportowało mnie do Microversum".
Krzycer: Byłoby nieźle, gdyby nie to, że to kolejny z rzędu komiks, gdzie mutanci zachowują się jak buce. Ok, Spiral jest dawną przeciwniczką, ale i tak Storm i spółka robią co mogą, by zapewnić małej dziewczynce traumę do końca życia.
Ale przede wszystkim byłoby nieźle, gdyby nie "My friend, where have you been?". Nie majfrenduje się faceta, który zrównał z ziemią Instytut, zastrzelił Xaviera, przez piętnaście lat ścigał Hope nie licząc się z ofiarami i, zaraz, moment, o czymś zapominam... a tak, wybił całe życie na planecie w jednej z alternatywnych przyszłości.
Also: Bishop jest opętany przez ducha niedźwiedzia. Oh, what fun.
Gil: Tak po prawdzie, to wszystkie swoje wrażenia dotyczące tego numeru mógłbym przepisać z poprzedniej opinii. Nadal jest to wielka niewiadoma, która natłokiem wydarzeń maskuje brak konkretnego początku i podstaw dla całej akcji. Co prawda pojawia się już jakiś kierunek, ale jest to bardziej odpowiedź na pytanie "jak?" niż "dlaczego?". Dość przypadkowa zbieranina postaci gania się po mieście, by w końcu zostać zaatakowaną przez Bishopa. Chociaż przy tej dziwnej obsesji na punkcie małych dziewczynek i rewelacji z ostatniej strony, chyba od teraz możemy nazywać go Pedobearshopem :P. Ale hej, przynajmniej wygląda to całkiem nieźle i ma swoje momenty. Nie sądziłem, że kiedyś napiszę takie zdanie, ale jednak: Puck jest fajny i jak na razie jest tutaj najlepszą postacią. Czyli ostatecznie podtrzymam swoje 6/10 z poprzedniego numeru.
jdtennesse: Warczący Bishop i walcząca (ciałem i umysłem) Betsy, uciekająca Spiral i nieudolna Storm. Tak w skrócie można by streścić fabułę tego numeru. Nie wiem tylko, co tam robi Fantomex. Nadal bardzo podobają mi się rysunki, ale nadal uważam, że nie jest to zasługa Garneya, tylko inkera. Co zresztą widać pod koniec, gdy na chwilę zmienia się właśnie inker, wtedy moim zdaniem widać (bez)talencie Garneya. Historia się rozkręca, bo niby coś się tu działo, ale tak naprawdę nie stało się nic. Mam nadzieję, że będzie lepiej. Oby tylko starczyło cierpliwości. A ocena na wyrost. 5/10.

Uncanny X-Men vol. 3 #2
Hotaru: Czytało mi się to trochę lepiej, niż poprzedni numer. Niestety Bachalo nie wyciągnął wniosków z poprzedniego numeru. Chociaż jego szkice i rozłożenie kadrów nie są tak chaotyczne, to nakładane przez niego ohydne kolory psują cały efekt. Kiedy zauważy, że może używać palety innej niż niebieska i sraczkowata?
S_O: Czemu właściwie Magneto ma Celebro wielkości guzika? Skąd to wziął i czy ma tam w środku maleńkiego telepatę, który obsługuję tę maszynkę?
Nie dzieje się w numerze wiele, ot, przypomnienie/wprowadzenie, przekrój poprzeczny bazy, takie tam szmery bajery. Bendis sugeruje coś (na razie jednostronnego) między Magik a dziadowskim shape-shifterem, zgaduję więc, że to z jej ręki zginie w nadchodzących numerach. No i Fabio najwyraźniej otrzymał swój kryptonim: Goldballs. A pod koniec przybywa Captain America, gotów zdeptać bunt tych brudnych mugasów w zarodku.
Krzycer: Pod koniec poprzedniego numeru kupowałem zmianę stron Magneto, teraz znowu zaczyna mi przeszkadzać. Wszystko zależy od tego, czym to się skończy.
A poza tym skupiamy się na Emmie, i tym razem Bendis ujął ją lepiej niż poprzednio w All-New. Do tego sporo autentycznie zabawnych sytuacji i tekstów ("No, boy... I would break you." :)) i powoli zaczynam się uspokajać co do losu mutantów pod kuratelą Bendisa.
No, gdyby nie ten Magneto, ale zobaczymy co z tego będzie.
Przejdźmy do rysunków. Często lubię Bachalo, ale nie tutaj, nie w tym numerze. Zafundował nam parę autentycznych koszmarów, pokręcone sylwetki, przedłużone tułowia... Na połowie kadrów zapomina domalowywać Evie paski na policzkach... No, źle się dzieje.
Btw, dopiero w tym numerze zauważyłem, że Magneto ma "X" na pasku. Przyznaję, że od jego pojawienia się na Utopii czekałem, aż założy iksa. Szkoda, że zrobił to w momencie, gdy robi dowódcy koło dupy...
Gil: Trzeci Uncanny tytuł w tym tygodniu i druga odsłona tej serii. Wypada nieco lepiej niż numer pierwszy, ponieważ zniknęło kilka zarzutów, które miałem względem niego. Po pierwsze, więcej uwagi poświęca się nowym mutantom i nawet widać już zarysy ich charakterów (jakby ktoś pytał: obstawiam, że ten z największym entuzjazmem zginie pierwszy). Nawet podoba mi się podejście Bendisa do Emmy i Illyany, chociaż nie jest do końca zgodne z ich wcześniejszym zachowaniem. Cóż, jak by nie było, trochę traumy przeszły i mogło je to jakoś zmienić. Podoba mi się też, że znalazło się miejsce na spokojną rozmowę, a nie tylko "revolution ho!" Nie podoba mi się natomiast uxavierzanie Magneto, chociaż z drugiej strony intryguje wątek jego tak zwanej zdrady. Fakt, że okłamuje obu swoich kolaboratorów pozwala przypuszczać, że jednak kręci jakąś własną intrygę. No i rysunki wyglądają trochę bardziej starannie. Tak więc, tutaj również dam 6/10.
jdtennesse: Jest lepiej niż ostatnio. Wiadomo, że na początku trzeba dać z grubej rury, żeby zainteresować czytelnika, ale mnie to ostatnio nie przekonało. Tym razem dałem się wciągnąć i przekonać. Ciekawe są rozterki Emmy, Scott pozbawiony uzewnętrznionych oznak uczuć (so what's new?). No i trochę obcujemy z nowymi mutantami. Całe to "nie trzymamy was tu siłą, ale lepiej nie odchodźcie" trochę męczy i na siłę chyba pokazuje jak niejednoznaczni moralnie są nasi bohaterowie. No i znowu AvX? O nie! Ogólnie czytało się przyjemnie. 5/10.
Gamer2002: Po Lefieldowym otwarciu jakim był poprzedni zeszyt, w końcu prezentujemy bohaterów. Może i dobrze, że Bendis wziął się za to dopiero po tym, jak przeczytał edytorskie noty o pisaniu Magik. Przydałoby się w końcu, by Scott wyjawił wprost, o co chodzi z jego rewolucją. Niewiele się jednak dzieje, więc 6/10.

X-Men: Legacy vol. 2 #6
S_O: Ostateczna (przynajmniej na razie) konfrontacja z Lucą wypada naprawdę świetnie. Może to dlatego, że mam w swoim małym, czarnym serduszku specjalne miejsce dla efektów domina, ale jego "walka" z Legionem bardzo mi się podobała, a i natłok zwrotów akcji pod koniec wypada niewymuszenie. Nadal najlepsza X-Seria obecnie na rynku.
Krzycer: Jaka miła niespodzianka. Oto numer, po którym moja opinia o XML Spurriera przeskakuje z "fajne" na "super". Luca okazuje się złą Laylą Miller, a jego działania - głównym źródłem humoru w numerze. Legion pozostaje swoim najgorszym wrogiem. Blindfold trafia w środek akcji jak nigdy dotąd. X-Men w uroczy sposób wychodzą na durniów. I choć wciąż nie przepadam za Jorgem Moliną, to jego Doop jest niezrównany.
A żółty goblin z umysłu Davida... wiem, że to nie było szczególnie trudne, ale i tak nie powstrzymam się od przechwałek, że przewidziałem to całe miesiące temu.
Gil: Może i początek serii był słabowity, ale od pewnego momentu złapała wiatr w żagle i każdy kolejny numer jest lepszy. Co prawda, w tym zabrakło nieco tajemnicy i głębi, jaką poprzednio dostarczyła nam historia Blindfold, ale za to dostajemy bardzo fajną i ekscytującą konfrontację na wielu płaszczyznach. Z jednej strony, David staje oko w oko z przeciwnikiem, który całkowicie mu dorównuje (co samo w sobie już wiele znaczy), a z drugiej toczy też wewnętrzną walkę. "I rule me!" – świetny i bardzo chwytliwy slogan. W obu przypadkach teoretycznie zwycięża, ale... To się okaże. Przynajmniej rozwiano nasze wątpliwości, że żółty goblin jest manifestacją tatusia w jego głowie, a to z pewnością przyniesie kolejne fajne konflikty wewnętrzne. Na koniec dodam, że w tej chwili jest to X-seria, po którą sięgam najchętniej i to rzekłszy, wystawię mocne 7/10.
jdtennesse: Nadal nie zmieniam zdania – jest to jedna z lepszych serii o mutantach. Zakończenie pierwszej historii przynosi lub zapowiada jednocześnie początek drugiej. Wszystkie wątki są ze sobą powiązane, nie ma zbyt wielu niepotrzebnych wydarzeń. David cały czas walczy o panowanie nad sobą i swoimi mocami, wiadomo, że chwilami będzie je tracił. Karasu niestety nie zrozumie postępowania Davida, a on pozostanie niezrozumiałym, samotnym bohaterem będącym poza nawiasem drużyny. I dobrze, dzięki temu jest interesujący. Brakuje mi na końcu wyjaśnienia co z Pixie (na pewno nic, ale można by to pokazać). Rysunki cały czas na nienajgorszym poziomie. Wybudzenie Ruth tyle niespodziewane, co nieuzasadnione. Zdałem sobie sprawę, że Legion jest podobny do Logana, a mimo wszystko o wiele od niego ciekawszy. 7/10.

X-Treme X-Men vol. 2 #11
S_O: I co mówiłem? Cywile uratowani, pora zabić Xaviera. A że wypadło to naprawdę rutynowo, to nawet nie chce mi się na to narzekać. Widać za to, że zamknięcie serii złapało Paka z zaskoczenia, bo naciąga swoją definicję "Złych Xavierów" jak tylko może, żeby udawać, że wcale nie pozostawił żadnych nierozwiązanych wątków, zamiast podczas dialogu ujawnić, że X-Tremer Exiles Ripoff zdążyło skasować kilku w czasie, gdy "główna" drużyna próbowała odbić Kurta. No i śmieszy mnie, że Herc nie kojarzy Xaviera-Kucyka, zważywszy, że to na jego planecie dołączył do drużyny. Ale spoko, jeszcze jeden numer, potem pożegnalny event i będzie można zapomnieć o serii.
Gil: The X-Treme Nothing Happens continues! A wraz z nim pompatyczne starcie X-tlera z Namorhito o świat, na którym chyba nie bardzo jest kim rządzić… Faaaascynująca lektura. I tak pełna dramatycznych wydarzeń, że nawet zabrakło miejsca na podprogowe żarty z gejów. Ale również jest na swój sposób zabawnie. Pod tym względem, że czując chłód kosy edytorskiej na karku, scenarzysta nagle zapragnął przejść do rozwiązania wszystkich możliwych wątków, wiec po prostu rzuca całą resztę w diabły i oświadcza, że to już czas na finał. Ironia bywa czasami zabawna w ten sposób. No i trudno o bardziej sprawiedliwą ocenę, niż 2/10.
jdtennesse: Kolejny z komiksów dający chwilę wytchnienia, nawet jeśli niepozbawiony wad. Bohaterowie zdradzają trochę ze swojej przeszłości, nie jest źle. Scena pocałunku trochę niepotrzebna, ale co się pośmiałem, to się pośmiałem. Bójka, bez której trudno się obejść oraz nieco walki. Oraz nazi-Xavier, który niby nie jest tym, kim się wydaje, i mały cliffhanger na koniec. Muszę odrobić lekcje i przeczytać kilka poprzednich numerów, bo mam małe braki, ale w sumie wiem, o co chodzi. Historia taka sobie. Rysunki też tylko mogą być. 4/10.

Young Avengers vol. 2 #2
Hotaru: Podoba mi się. Kurcze, chociaż do końca nie wiem dlaczego. Bo sami przyznajcie - problem wywołany przez Billy'ego jest po prostu dziwny, a połowy obsady w ogóle w tym numerze nie uświadczymy. Ale i tak gęba mi się cieszy, kiedy czytam ten komiks. McKelvie i Gillen bawią się przednio, i nie mogę nie dzielić ich entuzjazmu.
S_O: Z chęcią śledziłbym twitter Dooma. To tyle, jeśli chodzi o recap page.
Historia rozwija się powoli... przynajmniej do momentu, w którym Billy z Teddym spotykają Lokiego (genialne wykorzystanie ramek, swoją drogą), który w przerwach między kradnięciem każdej sceny udziela garści informacji. To jednak rodzi jedynie kolejne pytania, jak choćby: jeśli mamy do czynienia z międzywymiarowym pasożytem, to czemu Miss America Chevez, opisywana jako "międzywymiarowy kopacz (koparka?) tyłków", próbowała powstrzymać Lokiego przed powstrzymaniem Wiccana? Pomyślałby kto, że ona powinna wiedzieć, o jaką stawkę toczy się gra.
Ostatnia strona tymczasem sugeruje, że nie jesteśmy już w Kansas. Osobiście obstawiam jakieś psychiczne więzienie.
avalonpulse0289e%20%5B1600x1200%5D.JPGDemogorogn: Gorszy numer, bo nie ma Kate, Noh-Varra ani Miss America. Są za to Bill i Ted na wspaniałej przygodzie (Sorry, nie mogłem się oprzeć) oraz więcej Lokiego, który kradnie każdy numer. Dalej jest dosyć powolnie, ale brak substancji historia wciąż nadrabia stylem - niełatwo jest przejść obojętnie obok zabawy z panelami, która bardzo przypomniała mi Morrisonowego Animal Mana. No i treściowo też się sporo dzieje - zostają nam pokazane zdolności wroga, wyjaśnione, czemu Avengers się nie wtrącą, dochodzi do spotkania Lokiego z Billym i Teddym, jest też klasyczny Lokiowy humor. Ogólnie, jest fajnie.
Krzycer: Jest śmiesznie, jest fajnie, jest Loki. Jest ładna zabawa z kadrami w pozawymiarowym więzieniu. Jest potwór znikąd, który... zupełnie się nie przejmuje tym, co robią Billy i Teddy. Dziwne. No, ale zobaczymy dokąd to nas zaprowadzi.
Ogólnie - jest dobrze.
Gil: Hm... dopiero drugi numer, a już skupiamy się tylko na trójce postaci z całej obsady? Nie powiem, że się zawiodłem, ale jednak liczyłem na to, że po tak długim oczekiwaniu zobaczę więcej Young Avengers w Young Avengers. Tymczasem skupiamy się całkowicie na wątku złej mamuśki Teda, która... nie do końca wiem, co robi, ale przez cały numer miałem wrażenie, że zaraz zza rogu wyskoczy Doctor Who. I to bynajmniej nie jest zarzut, bo nie ma nic lepszego niż solidna dawka wicked stuffu, kiedy można zaufać scenarzyście, że we właściwym momencie wszystko to poukłada i wyjaśni. A Gillenowi ufam pod tym względem zwłaszcza, gdy w pobliżu kręci się Loki. Trochę osłabły rysunki w tym numerze, ale nie wpłynie to na ocenę, która nadal załapie się na 7/10.
Gamer2002: Jest zabawnie i fajnie, padają wyjaśnienia, mamy Lokiego, a rodzice nie umarli, więc jest dobrze, choć brak innych postaci. Dziwne, że Wiccan i Hulking nie padli ofiarą potwora jak UA, może ma to coś wspólnego z ich wiekiem? A może po prostu potwór zastępuje tych, których wyrzuca poza panel rzeczywistości? Zobaczymy. Nie podobała mi się w rysunkach Asgardia jak z jakiś Kucyków Pony. 7/10.
Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0289a1%20%5B1600x1200%5D.jpgHawkeye vol. 4 #8
Autor:
David Aja

Hotaru: Aja zamienił ascetyczną biel na czerwień, ale nadal jego ascetyczny, pomysłowy, inteligentny styl jest z miejsca rozpoznawalny. Każda z jego okładek to plakat, który mógłbym powiesić sobie na ścianie.







avalonpulse0289b.jpgX-Men: Legacy vol. 2 #6
Autor: Mike Del Mundo

S_O: Genialny pomysł. Natłok dymków - najróżniejszych głosów w głowie Legiona - w połączeniu z pozycją, w której znajduje się David, wywołuje u widza uczucie klaustrofobii, świetnie oddając tragedię postaci. Oddzielna pochwała należy się za sprytne wkomponowanie w okładkę tytułu i nazwisk twórców.






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.02.27
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: S_ORedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.