Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #288 (25.02.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 25 luty 2013Numer 8/2013 (288)


Dwie nowe serie wystartowały i chyba już można powiedzieć, że jest lepiej, niż zakładaliśmy. Co na to wpłynęło? Zapraszamy do lektury.

Alpha: Big Time #1
S_O: ...Huh. Najwyraźniej wystarczyło zmienić scenarzystę na takiego, który wie, co robi, i od razu perypetie Andy'ego czyta się ciekawiej (a nuż komuś się to uda ze Spider-Manem?). Może to ze względu na to, że nauczył się pokory po ostatniej przygodzie, ale w końcu Alpha ma jakieś pozytywne cechy, albo, jak to się mawia u nas w Polsce, rediming kłalitis. Spotkałem się z narzekaniami na oprawę graficzną, ale po mojemu taki nieco karykaturalny styl pasuje do tej historii.
No i pozostaje pytanie, co planuje Potto? Czy testuje "Parker Particles", żeby stworzyć własną armię nadludzi? A może chce zostać Even More Superiorer Spider-Manem?
Krzycer: A to ci niespodzianka. Po tym numerze poczułem cień sympatii do Alphy - więcej, niż u Slotta, u którego nie miał żadnych pozytywnych cech. Tutaj jest trochę lepiej.
Poza tym eksperymenty Spocka były zabawne.
Gamer2002: Nie licząc rysunków zrobionych w MS Paintcie (Marvel próbuje udowodnić, że Ramos nie jest taki zły?) jest to dobre wprowadzenie. Andy wziął sobie do serca naukę z jego występu w ASM i stara się być odpowiedzialny. Wciąż jednak to Andy i jest idiotą, co widać w jego próbie noszenia maski, którą uznawał za udaną. Poza tym mamy Spocka tym razem w roli faktycznego złoczyńcy, który przywraca Alphie moc, by móc go wykorzystać, parę zabawnych kwestii i interesujący cliffhanger. Pomimo rysunków i może z lekką nadwyżką dam 8/10 i utwierdzam się w przekonaniu, że Zvalona powinien był "wygrać" Sniktbub.
Gil: Najbardziej irytująca postać zeszłego roku dostaje własną serię, która… nie jest aż tak irytująca. Podejrzewam, że największa w tym zasługa innego scenarzysty, który podchodzi do postaci z trochę drugiej strony. Tutaj Andy jest trochę bardziej wyciszony i poukładany, bo już dostał swoją lekcję, więc da się znieść jego obecność i monologi. Nawet kiedy z powrotem dostaje swoje moce, bo przynajmniej próbuje zrobić coś pozytywnego. No właśnie – największą wątpliwość mam właśnie co do tego: po co w ogóle Ottoś miałby mu przywracać ten pałer? Może ma w tym jakiś własny interes, ale póki co, nie wygląda to ani trochę przekonująco. No i są jeszcze te rysunki, które przy pierwszym kontakcie mocno mnie zniechęciły. Ale ogólnie nie jest najgorzej i mogę wystawić 4/10.
avalonpulse0288b%20%28Kopiowanie%29.jpg
Avengers vol. 5 #6
Hotaru: Polubiłem postać Captain Universe, więc numer jej poświęcony nie mógł mi się nie spodobać. Tym bardziej, że tym razem Adam Kubert trochę bardziej przyłożył się do rysunków. Nie jestem za to pewien, czy podoba mi się sposób, w jaki Hickman prowadzi Cannonballa i Sunspota. Rozumiem, to kumple, ale żeby od razu nieopierzone papużki nierozłączki? Można by zarzucić temu numerowi, że trochę zbyt nieśmiało pcha akcję do przodu, ale mi to nie przeszkadza.
S_O: I'm hooked. Niby nic się nie dzieje (poza samym końcem), ale czytałem ten numer z wypiekami na twarzy. Historia Tamary jest poruszająca, Potto jest świetnie przedstawiony, podobnie, jak Sam i Bobby (nadal pamiętam, że to oni byli jednymi z pierwszych postaci, które Hick pisał, podczas ich przygody w Mojoworld). W końcu ujawniony Kod Budowniczych daje kupę zabawy z odcyfrowywaniem tekstów z poprzednich numerów, zwłaszcza, jeśli nie próbuje się tego robić ze ściągą w ręce, a jedynie z tym, co zostało przetłumaczone w samym komiksie. A jaka satysfakcja!
A pod koniec numeru shit hits the fan, a nawet całą elektrownię wiatrową. W końcu Avengers zajmują się kryzysami ogólnoświatowymi, i nawet nie potrzebują do tego letniego eventu.
Krzycer: No to się wyjaśniło, Cap Universe nie ma nic wspólnego z Monica Rambeau. I dobrze. Tamara jest ciekawą postacią, choć parę originów ze śpiączką już mieliśmy. Dalej - Pająk w tym numerze to już zapewne Otto, ale patrzę, patrzę i nie widzę tych zmian w kostiumie, o których mowa w dialogach. Może oczy trochę wystają z maski.
A skoro o kostiumach mowa - czemu Sunspot i Cannonball jako jedyni mają uniformy? Jeszcze gdyby po prostu zachowali swoje x-mańskie kostiumy, jak Wolverine, to by miało sens a tak... Ot, zdziwiłem się.
Gamer2002: Dowiadujemy się o przeszłości obecnego hosta Cap Universe i widzimy, że Spock jest dupkiem. Swoją drogą, w innych komiksach (Avenging, Daredevil) ludzie przynajmniej zwracali uwagę, że zachowuje się dziwnie, a Tony tak po prostu to ignoruje? Swoją drogą, Avengers są w posiadaniu wielkiej kosmicznej mocy, która nie dość, że ma niestabilnego hosta, to jeszcze sama mówi, że jest niestabilna. Poza tym, że nastał White Event niewiele się tu dzieje, 7/10.
Gil: Kolejny numer skupiający się zasadniczo na nowej postaci. I kolejny, który sprawił, że moja sympatia do tej postaci natychmiast wzrosła. Dałem się złapać już na słowach "the host is broken" i czekałem z niecierpliwością na wyjaśnienie. A to, które dostaliśmy, jest jednocześnie bardzo w stylu klasycznego Captain Universe i całkiem nowatorskie, bo otwiera całą masę możliwości. Warto obserwować nie tylko Captain Universe, ale też Tamarę i jej historię. Ale oprócz tego, ta większa historia robi także duży krok naprzód. Nadchodzi White Event i już nie ma najmniejszych wątpliwości, że chodzi o to samo wydarzenie, które stworzyło bohaterów New Universe. Jak powiąże się to z już znanymi wydarzeniami? Do czego doprowadzi? Już nie mogę się doczekać! A ponieważ poprawiły się także rysunki Kuberta, to tym razem ocenię na 7/10 tuż przy granicy z ósemką.
kuba g: O ile poprzedni numer mi się średnio podobał, to ten uważam już za duży plus. Widzę, jak Hickman za pomocą Avengers tworzy nowe status quo dla całego uniwersum wokoło Ziemi. Widzę sens w odcinkach skupiających się na jednostkach, które trzeba wprowadzić na dłużej i w przypadku tego numeru w końcu podoba mi się forma. Może dlatego, że teraz jest to ładnie wmontowane w resztę obsady (serio, zaznaczanie obecności Octopająka tu jest nawet plusem, ale może plusem jest to, że czytam go w cudzych seriach, a nie jego własnej). Jaram się wykorzystaniem Shanga, bo czekam, aż ta postać dostanie drugie życie i nowy potencjał jak Luke i Danny kilka lat temu. I w przeciwieństwie do kilku marud podoba mi się stawianie znów Ziemi w centrumWszechświata Marvela. To naprawdę będzie chyba wielkie Avengers.

Captain America vol. 7 #4
S_O: Po pierwsze: nie jestem całkiem pewien, czy Romita wie, jak wyglądają dzieci, bo opierając się na tej serii i wszelkiej maści Kick-Assach wygląda na to, że myśli on, że w wieku dwunastu lat przeciętny chłopiec powinien sięgać dorosłym do pasa (czyli urosnąć o głowę przez jedenaście lat), a potem, koło szesnastego roku życia, podskoczyć o pół metra, by jeszcze później podrosnąć do normalnych ludzkich rozmiarów, może koło dwudziestki.
A skoro już o tym mowa - minęło kolejnych jedenaście lat. Czy ktokolwiek ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, że to rzeczywistość wirtualna? Bo wydaje się to jeszcze bardziej oczywiste, niż w Avengers Arena.
Gil: FrankenCaptain ciągnie się dalej, a ja już patrzeć na to nie mogę… I jest to tak samo wina Romity, z jego ogromnymi łbami i brakiem proporcji, jak i bzdur, które wymyśla Remender. Nie wiem, jak Wy, ale ja jestem przekonany, że to wszystko nie dzieje się naprawdę, tylko w jakiejś pokręconej Zola-Reality, a gdy dobiegnie końca, nie będzie miało najmniejszego wpływu na cokolwiek. Dlatego tym bardziej męczy mnie przeciąganie tego wszystkiego w… chciałem napisać nieskończoność, ale zorientowałem się, że to dopiero czwarty numer. Jeez! Jak to się ciągnie! Dobra – szybko ocenię. Nie znalazłem w tym zeszycie nic interesującego, za to pełno rzeczy irytujących, dlatego wystawię 2/10.

Captain Marvel vol. 6 #10
Hotaru: Cały czas czekam na chwilę, w której Kelly Sue DeConnick mnie zachwyci. Do tej pory zdarzały jej się numery dobre, nawet jeden czy dwa bardzo dobre, ale nadal czekam na tą perełkę, ten klejnot, po zobaczeniu którego pomyślałbym "a, to dlatego zdecydowali się wydawać tę serię". Na razie, poza zmianą kostiumu i pseudonimu, mam wrażenie, że nie wydarzyło się tu nic na dobrą metę godnego zapamiętania. I ten numer nie jest wyjątkiem. Szkoda.
S_O: Nadal jest to miła i przyjemna seria, nadal wszystkie postacie poboczne są fajne i ciekawe, a nawet i sama Carolka nie tak nudna, jak może się wydawać. Co mogę powiedzieć więcej? Czasem lubię lekkostrawne dania.
Krzycer: Rysunki to wciąż nie moja broszka, choć parę kadrów było ładnych. Najlepiej w numerze wypadły wątki codziennego życia. Deathbird znikąd, rozmawiająca z tajemniczym kimś o zniszczeniu Carol... Meh. Można to nazywać old-schoolem, dla mnie to po prostu słabe pisanie. Nie mówię, żeby od razu wykładać karty na stół, ale takie pierdu-pierdu, "zniszczymy ją, muahahaha, piorun podświetla moją sylwetkę gdy się śmieję, tak, że nie widać mojej twarzy" to... meh.
A poza tym: ooooo, Carol ma fankę. Urocze.
Gil: Jakoś tak od ostatniego numeru zdążyłem wyprzeć ze świadomości jego okropną grafikę, więc i tym razem walnęła mnie po oczach na dzień dobry. Historia dla odmiany rozwija się przyzwoicie, a wprowadzenie Deathbird fajnie podkreśla pewne jej aspekty. Najsilniejszą jej stroną są jednak reakcje Karolki z niebohaterskim otoczeniem, które mają urzekającą wręcz naturalność. Jednak i tym razem nie obyło się bez wpadki: Cap przybywa na latającym motorze, żeby podarować go Karolce, po czym rozmowa lekko zbacza z toru i odlatuje na nim, jakby zapomniał, po co w ogóle przyszedł. Taka głupotka, ale jednak. Ale ogólnie czytało się fajnie i lekko, więc mogę dać 5/10, w którym zawiera się duży minus za grafikę.

Daredevil vol. 3 #23
S_O: Przyjemne pierwsze strony z przyjaciółmi, którzy wreszcie rozwiązali swoje problemy, potem nieco paranoidalnego DD i świetne "gotta catch 'em all" przeciw masowo produkowanym Daredevilom. Jedynie końcówka sprawia, że z ust znika uśmiech - po części dlatego, że to jednak smutne zakończenie, ale też dlatego, że w końcu Black Panther narobił Foggy'emu masę problemów podczas Fear Itself i wcześniej, więc ma u niego dług. A jak wiemy, Wakanda posiada lek na raka. No i znalazła sposób na blokowanie broni palnej wieki temu, ale zbaczam z tematu.
Gil: Po dość intensywnych ostatnich wydarzeniach dostajemy numer, który wyhamowuje trochę tempo i skupia się na relacjach między Mattem, a Foggym w obliczu choroby tego drugiego. I jest to bardzo fajnie przedstawiona braterska relacja, która pokazuje, że zawsze mogą na sobie polegać, niezależnie od tego, co zaszło wcześniej. Tylko tyle i aż tyle. A potem sprawa się pogarsza. Cóż więcej można tu napisać? Może tylko tyle, że miło jest czasami przeczytać jakiś bardziej ludzki komiks. Ten właśnie taki jest i zasługuje na 7/10.
kuba g: Co mi się podobało? Matt poświęcający cały dzień Foggiemu, lot po mieście, wizyta na budynku Chryslera, czy końcówka i pojawienie się za wszelką cenę u lekarza, aby wspomóc psychicznie przyjaciela. To są te rzeczy, które świetnie przedstawia Waid w tej serii, interakcje i kontakty międzyludzkie, oraz Nowy Jork. Co mi się nie podobało? Od pierwszego numeru mamy sugerowane, że czeka nas pojawienie się nowego masterminda niszczącego życie Mattowi, który nie okaże nagle się Kingpinem (który wrócił przecież do bycia wrogiem każdego ulicznego herosa w NY). Wszystko spoko, ale gdy zobaczyłem patent z próbą odtworzenia mocy Matta pomyślałem najpierw "nie", a następnie, że jednak miałem rację na początku tej serii i Waid będzie prowadził Daredevila tak samo jak Flasha lata temu w DC. Więc nie wiem, czy podoba mi się ten numer, czy jednak nie.

Dark Avengers vol. 2 #187
S_O: Muszę przyznać, że nie czuć nadciągającego deadline'u, o którym co i rusz wspominają postaci. Poza tym mamy interesujący zwrot akcji z Iron Manem odkrywającym ucieczkę naszych antybohaterów (swoją drogą wydaje mi się, że Wasp jeszcze będzie miała tu coś do powiedzenia), a Mroczni Mściciele trafiają do Hell's Kitchen, które jest we władaniu tego, kogo możnaby się spodziewać. To nadal w miarę solidne czytadło, ale nic ponad to.
Gil: Niewiele mogę powiedzieć o tym numerze, bo prawie zupełnie zapomniałem o wszystkim, co się w nim wydarzyło i w pamięci zostało mi tylko parę ogólników. Sprawy eskalują, błądzenie po omacku nabiera nieco kierunku, a nasi antybohaterowie coraz bardziej zdecydowanie kierują się w stronę bycia Avengers tego świata. No i w sumie dobrze – niech sobie w nim zostaną, bo dość jest dowodów, że nie ma dla nich miejsca w podstawowym świecie. Pamiętam też, że znów były jakieś głupie błędy w tekście, ale nie chce mi się ich wyszukiwać. Ocena wyląduje gdzieś przy dolnej granicy 4/10.

Deadpool vol. 3 #5
S_O: Większość numeru zajmuje radosna rozwałka z Ronaldem Reaganem na radzieckiej... stacji (ktoś mi pomoże z synonimem na "r"?), ale zakończenie wprowadza nagły zwrot akcji, sugerujący, że ta seria nie będzie tylko zlepkiem gagów. I to cieszy mnie nawet bardziej, niż świetne dowcipy i zabawne postaci. Dla fanów Deadpoola znów nastały dobre czasy (o ile będą oni ignorować FrankerFranks).
Gil: Reagan bawi się w Star Wars, czyli wreszcie dostajemy jakieś nawiązanie, które łatwo jest wyłapać i umieścić w kontekście. Dzięki temu lektura jest bardziej przyswajalna i nie trzeba się zastanawiać, czy coś miało być śmieszne i o co właściwie chodzi. A w związku z tematem dostajemy też całkiem fajną rozpierduchę w kosmosie, więc czego chcieć więcej? Może tylko black magic Washingtona. No to czekam na konkluzję, a tymczasem wystawię takie zabawne 6/10.

Indestructible Hulk #4
S_O: No dobra, to kiedy kruszynka Uru wejdzie do gry? W końcu nie przedstawia się takiego przedmotu, nie zamierzając z niego wystrzelić. Może to dlatego niedługo w serii pojawi się Thor?
Z innych spraw - Banner nadal ciekawie prowadzony, Attuma to ciekawy przeciwnik, zwłaszcza ze swoimi hordami potworów, a cliffhanger... no, cliffhanger po cichu modli się, żeby nikt nie pamiętał, że Hulk potrafi wykombinować sposób, żeby oddychać pod wodą. Tak, czy inaczej, nie mogę się doczekać miażdżenia w przyszłym numerze.
Gil: Pierwsza historia, która nie zawiera się całkowicie w jednym numerze, przynosi nam starcie a Attumą i jego atlantycką armią, które jakoś tak zupełnie przypadkiem przynosi mi skojarzenia z rozgrywającą się właśnie u konkurencji historią Trone of Atlantis. Ale spoko, to tylko luźne skojarzenie. Na początku dostajemy parę fajnych scenek z Bannerem i jego nowymi asystentami, później robiącego niezłe wrażenie chińskiego SeaQuesta i dopiero tutaj zaczyna się motyw, który zapewni nam smashing fun w następnym zeszycie. I ponownie czyta się to wszystko bardzo fajnie. Jest miejsce na przedstawienie każdej z płaszczyzn fabuły i wszystkie posuwają się naprzód w jednym tempie, dostarczając pozytywnych bodźców różnego typu. Czyli jeszcze raz wystawię solidne 7/10, bo i seria jest solidna.
kuba g: Lemuria... Będzie szybko. Początek numeru super. Banner w Bannerville. Scena z doktorantami (?) też jak najbardziej na plus, więc oceniam numer na dobry. Mimo tego, ze wyciąganie książkowej Lemurii jakoś średnio mnie jara i boję się, że następny numer to będzie tylko 20 stron walki pod wodą i 2 strony na pojawienie się SHIELD pod koniec.

Morbius: The Living Vampire #2

S_O: No cóż. Przynajmniej autor nie będzie starał się nam wmówić, że stwór z nadludzką siłą stworzony dzięki magii nauki nie będzie sobie w stanie poradzić z jednym ABS-em. Swoją drogą, ciekawe, że wampir musi się zmierzyć z karkami.
Najwyraźniej mamy też do czynienia z budowaniem galerii postaci pobocznych, co zapewne znaczy, że Morbius pozostanie na Pradze, wróć, w Brownsville. A to prawdopodobnie oznacza jedną z dwóch rzeczy: albo "główny" zły nie jest tak główny, na jakiego się kreował i Morbius będzie się musiał zmierzyć z Kingpinem Brownsville (bo kto nie chciałby nosić takiego tytułu?), albo zgodnie z prawem dżungli sam nim zostanie. Nie wiem jednak, czy będę w stanie się w to zaangażować tak, czy inaczej.
Gil: The adventures of vampire-ish hobo continue! Zieeeeew! Szczerze Wam powiem, że dawno się tak nie wynudziłem podczas lektury. Ale czemu tu się dziwić, jak nasz tak zwany bohater jest totalnym lózerem, a jego wielki przeciwnik to byle punk z ulicy? Nie mogę się za to nadziwić kto i po co klepnął tę serię… A, no tak – wampajerz ar kól… Nie tutaj niestety. Skłonny jestem się założyć, że seria nie przetrwa pierwszej dziesiątki. A póki co, wystawię jej znudzone 2/10.

Nova vol. 5 #1
Hotaru: Wielki powrót Loeba do formy? Nie do końca. Wprawdzie nie ma tu dużych zgrzytów, ale pierwszy numer nie zwalił mnie z nóg. Nie jestem nawet pewien, czy polubiłem Sama, a to chyba kiepsko, skoro to jego solowa seria. Nie spodziewałem się za to, że więcej zarzutów niż do scenarzysty, będę miał do rysownika. McGuinness ma tu problemy z konsekwentnym stosowaniem własnej kreski. Niektóre kadry wyglądają tak, jakby narysował je Mark Brooks, inne noszą cechy stylu Toma Raneya lub Paco Mediny. I chociaż żaden z nich nie jest szczególnie kiepski, to jednak taka schizolska niekonsekwencja mi nie odpowiada.
S_O: Postać Sama jest na razie boleśnie sztampowna. Ot, dzieciak, którego nienawidzi cała szkoła, który marzy o "czymś więcej" niż egzystencja w małej mieścinie na zadupiu. Brzmi trochę tak, jakbym to słyszał milion razy. No i nigdzie nie wytłumaczone "Secret Novy", Rocket i Gamora współpracujący siedemnaście lat temu i inne głupotki. Z tegotygodniowych dzieciaków zdecydowanie wygrywa Alpha, a to coś znaczy.
Krzycer: Zacznijmy - niecodziennie w wypadku tego pana - od wad:
- "My, czarne hełmy, to byliśmy kozaki, nie to, co te złote głupki" kojarzy mi się nieprzyjemnie z "jestem czerwony i jestem tysiąc razy wszystko od zielonego".
- Szop i Gamora... jako Guardians of the Galaxy... 17 lat temu? Czy ta seria zaczyna się w przyszłości? Czy mimo wszystko mamy nie brać tej opowieści dosłownie, bo mimo wszystko tata Sama jest pijakiem i coś mu się mogło pomylić? Przekonamy się.
- rysunki McGuinessa... wciąż nie moja bajka. Ale tu przynajmniej nie rysuje samych mięśniaków rozmiaru Hulka (patrz X-Sanction). W ogóle ludzie mają tu ludzkie sylwetki. To mu się chwali. Czekaj, to właściwie nie jest wada.
Nieważne. Przechodząc do meritum - to było fajne. Jasne, za moment Loeb coś pokręci z Kosmosem (...patrz wyżej, być może), jasne, za moment wszyscy bohaterowie mogą zgłupieć, ale tu dostajemy fajnie pokazanego bohatera, fajne relacje z otaczającymi go ludźmi (choć naskakująca matka wydała mi się nazbyt przerysowana - ale ten kadr ustawia kwestię "half a school janitor - go me", która bardzo mi się spodobała) - po prostu fajny kawałek komiksu. Najsłabsze były sekwencje z opowieści, bo to jakieś krótkie urywki w których nie wiadomo, o co chodzi (czyli zupełnie, jak większość komiksów Loeba z ostatniej dekady...), ale reszta jest bardzo spoko.
Liczę, że dalej będzie przynajmniej równie dobrze.
Gil: Spodziewałem się totalnej masakry, a tymczasem okazało się, że to tylko niegroźne (póki co) czytadło dla gimnazjalistów. Oczywiście oś numeru to jeden wielki zlepek klisz i schematów dotyczących nastoletnich bohaterów, ale udało mi się znaleźć w nim parę pozytywnych akcentów. Na przykład całkiem nieźle podane jest wprowadzenie Rocketa i Gamory poprzez fakt, że Sam nie wierzy w ich istnienie. Natomiast wszystko, co dotyczy Nova Corps jest zupełnie z czapki wyciągnięte i nie pasuje do niczego, co wcześniej wiedzieliśmy o nich. No i największy zarzut: ani słowa o Richardzie. Widać od razu, że Loeb próbuje robić wszystko po swojemu, a to oznacza spore ryzyko, że spartoli, namiesza i ucieknie, jak to już wcześniej robił. Ale póki co, jak już napisałem, jest to nieszkodliwe czytadło. Rysunki nie w moim klimacie, ale nie przeszkadzają, więc za całokształt dam ostrożne 5/10.

Savage Wolverine #2
S_O: Podoba mi się ta historia, zwłaszcza nieustanne żarty z tytułowego bohatera. Nie piszę "głównego" bo tym zdecydowanie jest Shanna. Choć to może się jeszcze zmienić, a to ze względu na pojawienie się Amadeusa Cho, który w końcu zaczął rosnąć i stał się bogiem tutejszych dzikusów, udając C3PO. Swoją drogą, czy tylko ja uważam, że jego AI powinna się nazywać "Hobbes"?
Jedynym problemem jest dla mnie "Cripes" Logana. Nie jest to tak irytujące, jak "Dummy", czy, tym bardziej, "Bro", ale dopisywanie starym postaciom nowych powiedzonek trochę mi nie leży. No, przynajmniej nie jest to "Crickey!", bo wtedy już w ogóle miałbym flashbacki do "Pryde of the X-Men".
Spartan: Fajnie, że Cho osadził akcję w Savage Land, czyli na obrzeżach marvelowego uniwersum. Choć nie spodziewam się tu fabularnych fajerwerkow, póki co jest interesująco. Natomiast co do rysunków to jak zawsze bardzo mi się podobają :D. Cho rysuje świetnie, o ile nie robi z kobiet Arniego, ale tu nie robi, więc jestem zadowolony.
Gil: Amadeuszu, cóż oni ci zrobili? Co prawda zorientowałem się trochę zanim się przedstawił, ale mimo wszystko Amadeus Cho jest tutaj nie do poznania. Nawet bym się nie zdziwił, gdyby była to jakaś jego wersja z przyszłości, sądząc po tym, jak pojawił się znikąd. No ale dobra, w końcu to Wolverine jest tutaj głównym bohaterem, więc co u niego słychać? W sumie niewiele… szlaja się po dżungli z Shanną i co chwilę wpadają na jakiegoś dinozaura. Ale o dziwo, wypada to wszystko całkiem zabawnie i fajnie się czyta. Trochę jak jego przygodę z Black Cat w mini Claws. Luźno i przyjemnie, dla odmiany od zwyczajowych przesadnie mrocznych historii z jego udziałem. Natomiast Frank Cho wykorzystuje każdą okazję, by uwydatnić zadek Shanny w najdziwniejszych pozach. Niepotrzebne to, ale co kto lubi… Dam luźne 6/10.
avalonpulse0288e%20%5B1600x1200%5D.JPG
 Superior Spider-Man #4
S_O: Ciężko mi to przyznać, ale Potto w istocie jest lepszym Spider-Manem, przynajmniej jeśli chodzi o rozpoznawanie, kiedy potrzebują jego pomocy, a kiedy powinien być Peterem Parkerem - którym nadal jest gorszym, nawet od Slottowego Pete'a. Mógłby przynajmniej starać się udawać, że jest tą samą postacią.
Co do Zielonej Mordy pod koniec - ja obstawiam Harry'ego. Po coś się w końcu pojawił gdzieś pod koniec ASM.
Gamer2002: Zabicie jej? Wiem, że aż tak ważna postać to nie jest, ale Slott, twój Massacre pojawił się jedynie w twej dwuczęściowej historii, która była lepsza w tej części gdzie go nie było. Ważne, że pewien zielony pan wraca, ciekawe czy już zna prawdę o Spocku?
Poza tym, nasz zły doktor przeżywa zawód, że doktorem nie jest, a przecież chciał tylko pomóc ukochanej May. W sumie posłanie Parkera na studia jako oldboya to nie jest głupi pomysł, jak chcieli go odmłodzić, mogli zrobić to wcześniej. 7/10.
Gil: Wraz ze zmianą rysownika jakoś nam się ten Octo-Spider rozrósł w barach… cóż, pewnie taki patent rysownika na podkreślenie różnicy. Fabuła natomiast jest konsekwentna, jeśli chodzi o uwydatnianie różnic między nowym a starym Pająkiem i wykorzystuje po temu każdą okazję. Otto nie tylko jest sprytniejszy i mądrzejszy, ale także bardziej troszczy się o May (oj, precz, wstrętne podteksty!) i o swój status naukowy, czyli coś, co Piotrek mocno zaniedbał (nawet jeśli jest to przedstawione komicznie). A teraz przyjdzie mu stanąć przed wielką próbą i okaże się, czy wyjdzie z niego jako moralny zwycięzca, czy ulegnie impulsom. Budowanie napięcia tutaj jest całkiem niezłe, ale też trzeba zauważyć, że dość brutalne. No i na końcu mamy zieloną niespodziankę. Czyżby Phil wrócił do starych ciuszków? Mogę dać temu zeszytowi 6/10, ale będzie to trochę na kredyt.
jdtennesse: Rzeczywiście, Otto jest bardziej przemyślany w swoich postępowaniach, chociaż nie zawsze są one zgodne z jego/Petera sumieniem. Rzeczywiście wykorzystuje swój geniusz, aby pomagać, chociaż robi to z samolubnych pobudek – pomoc cioci May. Rzeczywiście osoby w jego otoczeniu zaczynają poddawać w wątpliwość jego działania – dziwne, jak na Petera. Rzeczywiście mają miejsce poważne wydarzenia – zabójstwo doktor Kafki oraz gości baru przez Massacre. Rzeczywiście pojawia się nasz stary zielony (nie)przyjaciel. Rzeczywiście podoba mi się, że mamy dużo treści, a mało bezmyślnej nawalanki. Ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że tylko czekamy i zmierzamy do momentu, w którym Peter na nowo przejmie swoje ciało. 6/10.
logan-san: Spider-Man postanowił stać się bardziej wydajny i w tym celu wykorzystuje tysiące Spider-botów, które patrolują miasto, a przez to uzyskuje informacje o zbrodniach, których Peter nigdy by nie zauważył. Tutaj Spider-boty bardzo przypominają typowe wynalazki Otto z przeszłości z Octo-botami na czele.
Tymczasem Massacre ucieka z Ravencroft i morduje przy tym wiele ludzi. w tym Ashley Kafkę, doktor z Ravencroft. Trupy znaczą drogę Massacre.
W międzyczasie Otto dowiaduje się, że mimo swojego geniuszu, Peter nigdy nie zdobył doktoratu. Postanawia to naprawić i zapisuje się ponownie na ESU.
Kiedy dowiaduje się, że Massacre uciekł i ponownie morduje, postanawia go odnaleźć i zabić. W tym samym czasie, dziecięcy pomagierzy Vulture'a dyskutują, co robić po stracie swego przywódcy. Podczas tej dyskusji pojawia się Green Goblin, który informuje ich, że to on zmiażdży Spider-Mana. Raz na zawsze.
Massacre powraca, ale czy jest gotowy na nowego Spider-Mana?
Dan Slott rozpoczyna swoją drugą historię w Superior Spider-Manie przez odkurzenie mało znaczącego łotra ze swojego wcześniejszego runu i odniesienie się do śmiałej obietnicy Petera Parkera - że nikt więcej nie zginie. Jeśli Peterowi nie udało się dopełnić tej obietnicy, jaką szansę ma Otto Octavius? To jest sedno tej nowej historii, a jednocześnie haczyk dla niej.
Nie ma nic szczególnego w Massacre jako przeciwniku. Jest po prostu kolesiem z metalową płytką na głowie, który jest pozbawiony jakiejkolwiek empatii dla swoich bliźnich. Slott nie poświęca czasu na na rozbudowę postaci Massacre, zamiast tego używa go po prostu jako środka do skomplikowania życia Otto-Spidera. Otto wydaje się mieć wszystko pod kontrolą na początku tego numeru, umiejętnie balansując woje życie osobiste i zawodowe obowiązki w sposób, który wprawiłby Petera w zazdrość (i tak rzeczywiście jest). Jest nawet zabawna scena poboczna, gdzie Otto odkrywa z przerażeniem, że Peter nigdy nie zrobił doktoratu i decyduje się naprawić ten błąd.
Ale testem dla tej historii będzie to, jak Otto poradzi sobie z powracającym zagrożeniem. Po tym, jak niemal zabił Vulture'a w poprzednim numerze istnieje obawa, że Otto okaże nawet mniej miłosierdzia temu wielokrotnemu zabójcy-socjopacie, jakim jest Massacre.
Ta mieszanka komedii i mrocznego tematu działa zaskakująco dobrze, szczególnie w połączeniu z rysunkami Giuseppe Camuncoli. Camuncoli zapewnia złowrogość rysunków tam, gdzie to jest potrzebne, ale równie dobrze obrazuje małe, zabawne momenty, gdzie potrzebna jest odrobina komedii w znacznie większych scenach akcji. Wizualnie, ta nowa seria wydaje się bardziej spójna i skupiona niż miało to miejsce w ostatnich numerach Amazing.
Mimo, że nadal obecna jest jedna istotna wada tego komiku - astralna postać Petera. Nadal, trzeba podkreślić, że chyba lepszym pomysłem byłoby pozwolić okrzepnąć Otto w nowym ciele i dopiero po pewnym czasie wprowadzić postać ducha Petera. Sprawia to, że nadal dominuje uczucie tymczasowości. Wydaje się, że Slott testuje możliwość powrotu Petera za każdym razem, gdy jego duch się pojawia. To skupienie na tym wątku,powoduje, że wątek główny, który wydaje się bardzo ciekawy, tak naprawdę zostaje rozproszony przez te wszystkie wątki poboczne.
Warty odnotowanie jest (choć jest to nadal mała scena) powrót Green Goblina. Jest to niejako zapowiedź przyszłych problemów Spider-Mana.
Jednocześnie potwierdza się to, co wcześniej można było zaobserwować, Slott dobrze zaczyna historie, ale czy będzie potrafił je rozwinąć i zakończyć? To już jest większy problem, a to, co do tej pory obserwowaliśmy, każe nam się martwić o dalszy ciąg tej historii. Mam jednak nadzieję, że trend wzrostowy (poprawa jakości, prede wszystkim scenariusza) jest widoczny. Mnie się podoba ten numer.

Thor: God of Thunder #5
Hotaru: Może jestem naiwny, ale kiedy zapowiedzi obiecywały "szokujące zakończenie pierwszej historii", to naprawdę na coś szokującego się nastawiałem. Niestety, nic takiego nie miało miejsca. Co zabawne, nie narzekałbym na nic, gdyby nie te fałszywe oczekiwania, bo po prawdzie zarówno scenariusz, jak i rysunki stoją na wysokim poziomie. Wielki minus dla marketingowców Marvela.
S_O: Aaron nadal wypala akurat tyle ropuszych skórek, żeby mieć świetne pomysły, ale jednocześnie nie popadać w parodię. Wynik jest zachwycający, co jeszcze wzmaga oprawa graficzna. Gorr nadal jest świetnym łotrem i mam nadzieję, że ujawnienie jego historii w następnym numerze tego nie zepsuje.
Krzycer: Ribic jest super. Więcej, jest fenomenalny - splash page z odcinaniem ręki jest rewelacyjny. Nic, tylko zrobić z tego plakat. A przynajmniej windowsową tapetę.
Aaron jest w porządku. Wciąż fajnie prowadzi Gorra. Thor w sumie nie ma wiele do roboty w tym numerze, ale końcówka ze starym wypada fajnie. Mimo to trochę chciałbym, żeby te odpowiedzi, co je mamy poznać w przyszłym numerze, zostały nam podane już teraz, bo w sumie akcja nie posunęła się szczególnie do przodu.
Gamer2002: Wciąż aż tak dużo się nie wydarzyło, ale przybliżono nam bardziej ideologię Gorra, czyniąc go bardziej człowiekiem (czy czymkolwiek on jest) idei niż maniakalnym sadystą. Biorąc pod uwagę zapowiedzi można się domyśleć, po co jest mu serce Starszego Boga (scena swoją drogą udana) a podróż w czasie wyszła na razie zgrabnie. Rysunki jak zawsze świetnie, jest klimatycznie, więc 8/10.
wolvie111: Piękna historia, jeszcze piękniej zilustrowana. Mimo, że właściwie zbyt wiele się nie wydarzyło, to już kolejny numer, który trzyma bardzo wysoki poziom. Przeciwnik coraz bardziej do mnie przemawia w miarę jak go poznajemy, trzy płaszczyzny czasowe zaczynają łączyć się w logiczną całość, a rysunki Ribica są niesamowicie epickie...pełne dynamiki, majestyczności i osadzone w odpowiednim klimacie. Trudno osobno chwalić ten numer, nie zachwycając się całością tej serii. Jak na tę chwilę genialne i takiej serii potrzebowałem, żeby wreszcie przekonać się do postaci Thora. Oceniam 9/10.
Gil: Czuć, że historia zbliża się do konkluzji, bo coraz więcej tajemnic się odsłania. Poznajemy origin i światopogląd Butchera, dowiadujemy się, co się wydarzyło w tej jaskini i jaki miało na niego wpływ, a w końcu wykonujemy spory skok naprzód i stajemy na progu ostatecznego (?) rozstrzygnięcia. I nadal jest to wszystko świetnie podane. O ile rysunki Ribica stoją na stałym, wysokim poziomie, tak nie mam już wątpliwości, że jest to najlepsza rzecz, jaka wyszła spod pióra Aarona. Czekam się w napięciu na finał, a teraz wystawiam mocne 7/10, również z szansą na ósemkę, jeśli końcówka spełni oczekiwania.

Ultimate Comics: Ultimates #21
Spartan: Cóż, od czasu przejęcia tej tytułu przez Humphriesa, seria mocno poszła w dół, ale mimo wszystko ciągle ją czytam. Choć ciągle uważam ten komiks za niezły, to gdy sobie przypomnę Hickmana :(... Ten numer przyniósł oczywistą tożsamość Scorpio i ciekawy debiut Ultimate agentki Brand. Czekam na debiut West Coast Ultimates. Co do rysunków są dobre, ale brak im jakigoś wyróżnika. Może Bennett coś poprawi w tej kwestii. Ech, i gdzie im do Ribicia.

Wolverine: MAX #4
S_O: Nadal nie widzę sensu istnienia tej serii. Nie wymyśla nic nowego, jeśli chodzi o Logana, powtarza tylko te same stare schematy w nowym sosie z kilkoma przekleństwami tu i ówdzie, żeby podkreślić, że tym razem historia jest dla dorosłych. Nie przewiduję jej długiego życia, zwłaszcza z takimi rysownikami.

avalonpulse0288d%20%28Kopiowanie%29.jpgX-Factor #252
Hotaru: Podobało mi się. Przyznaję, po Peterze Davidzie można oczekiwać czegoś więcej poza czystą nawalanką, ale i ta została zrealizowana całkiem sprawnie. Co więcej, śmierć z tego numeru - niewątpliwie mało permanentna - była dla mnie sporym zaskoczeniem. Leonard Kirk może nie jest w szczytowej formie znanej z Captain Britain and the MI:13, ale daje radę. Przyjemne czytadło.
S_O: They keep killing Madrox, indeed. Ciekawe, że Laylę tak to poruszyło - czy się tego nie spodziewała? Oczywiście, pod koniec okazało się, że nie wszystko jest w tym wątku takie, na jakie wygląda - ale to nic dziwnego, skoro mamy do czynienia z władcami Piekieł.
Przy okazji, skoro o tym mowa, to zgaduję, że Guido pracuje dla Mephisto w zamian za obietnicę wzrotu jego duszy.
Kolejne zaskoczenie dotyczy Tiera, który jako człowiek nr 7000000000 ma haxx skille i nie jest tak bezbronny, jak się wydawało. Pytanie tylko, czy w związku z tym Hell-lordowie zapomną, że mają też do czynienia z półbogiem i pominą ten drobiazg, gdy już znajdą jakiś kruczek (są diabłami, od tego są) pozwalający im na przechylenie szali zwycięstwa na swoją stronę.
Czyli, któtko mówiąc, nadal podoba mi się, że coś się dzieje.
wolvie111: Uwielbaim Petera Davida, naprawdę, ale cała "piekielna" historia powoli bije scenariuszem o kant dupy. To są jednak władcy piekieł! M nie może lecieć na jednego z nich pięściami i jakoś nie przemawia do mnie to, że mały Tier, cały czas przerażony i chroniony, nagle rozwala pod wpływem wilczego instynktu jednego z nich. Ogólnie wszystko jest porządnie pomieszane i tak poza tym ktoś może wyjaśnij mi, bo nie jestem specjalistą od marvelowskiego piekła - co wśród bossów robi Satana?
Od strony graficznej dobrze, jak zawsze w przypadku Kirka. Ciekawi mnie co tam się tym razem przydarzyło Madroxowi i czy nowy look przetrwa długo. Wszystko wskazuje na to, że Darwin, jeśli dotrwa żywy do końca, wróci do teamu i przyznam, że fajnie byłoby zobaczyć w X-Factor Jezebel (już wyobraziłem ją sobie w drużynowym uniformie... może jednak lepiej nie). Dam 6/10, bo niżej w przypadku tej serii nie potrafię.
Gil: No dobra, jest lepiej, niż ostatnio. Pojawiają się pewne elementy, które niwelują uczucie przypadkowości w wydarzeniach i to rehabilituje pomysł w moich oczach. Relacje pomiędzy Hell Lordami również zmieniają się radykalnie, co może zaowocować pozytywnie, jeśli ich rywalizacja wyjdzie poza dawanie sobie po mordach. Całkiem fajnie wypadło samo starcie z Plutonem i to głównie dzięki Polaris. Końcówka może nie wypadła zbyt kusząco, ale wierzę, że jednak będzie z tego coś dobrego. No i tradycyjnie dynamika w grupie jest świetna, zatem wystawię solidne 6/10 jako krok w stronę odzyskania dawnej formy.
jdtennesse: Trzecia część Wojny Piekło na Ziemi nadal mnie nie przekonuje. Początkowa narracja prowadzona przez Tiera jest nieco nudna, przynajmniej na początku. Działania niektórych postaci też nie są do końca zrozumiałe – najpierw Polaris odbiera Hell Lordowi broń, a potem sama serwuje mu cały jej zapas. Albo Monet samotnie atakująca Pluto. Są sceny walki z ognistymi demonami, ale jakieś takie sobie. W końcu kiedy Pluto porządnie wszystkim dołożył, zdarzyło się chyba najmniej logiczne i wytłumaczalne – atak Tiera na Pluto("I snap" – Tier). Czemu nie wcześniej? Dlaczego najpierw uciekał, wszyscy go bronili, a teraz okazuje się, że może zabić (wprawdzie na chwilę, ale zawsze) HL? Co mi się podobało i nadało pewnym elementom sensu, to fakt,  że siedmiomiliardowy człowiek ma moc mogącą zabić HL. No i nareszcie Hell Lordowie zwrócili się przeciwko sobie, to jest akurat wiarygodne, pokazanie, że zło nie zna słowa współpraca czy też wsparcie. A Madrox, który zaginął w czasie ucieczki X-Factor, na szczęście odnalazł się w ostatniej scenie – ciekawe, na jak długo ta zmiana. Wydaje mi się, że ta historia jest mocno rozciągnięta i oczywiście niepotrzebnie. Można by opowiedzieć to szybciej i pewnie lepiej. 5/10.
Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0288a.jpgAvengers vol. 5 #6
Autor:
Dustin Weaver

Hotaru: Okładka godna przedstawionej na niej postaci. Nie jestem ekspertem, jeśli chodzi o Captain Universe, ale dzięki tej kompozycji nawet ktoś zupełnie obcy od razu zrozumie majestat tej postaci. I o to chodziło.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.02.20
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: S_ORedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.