Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #287 (18.02.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 18 luty 2013Numer 7/2013 (287)


Miniony tydzień zdecydowanie należał do mutantów i Avengerów. Zadebiutowała trzecia seria przygód Mścicieli oraz powróciła flagowa seria o bohaterach spod znaku X. Jakie sprawiły wrażenie na czytelnikach? Zapraszamy.

Age of Apocalypse #12
S_O: Ha, ha, oh, wow. Nawet Sabrepuss przeżył. I do tego się sprowadzało wszystkie dwanaście numerów? Nie powiedziałbym, że jestem zawiedziony, bo od pół roku zbyt wiele się po tej serii nie spodziewałem, ale nadal...
Krzycer: Serio? Happy end w AoA? Nie tylko nikt nie umarł, ale i Apolverine został wyleczony? Ok, tego się nie spodziewałem.
No to czekamy na crossover.
Gil: No dobra, jeśli dobrze to zrozumiałem, to cały wic polegał na tym, że Jean się poświęciła (because that's what Jeans do) a zły Logan stał się dobry (because that always happens when Logan goes bad). Czyli klisza i schemat. A zważywszy, że cała sytuacja lawinowo się pogarsza, gdy wszyscy błyskawicznie zaczynają się tłuc i próbować zająć stołek po wodzu, to tak naprawdę nikt nic nie zyskał i cały misterny plan poszedł w piii...erze. Zostajemy więc w sytuacji, kiedy nic nie wiadomo, a seria niedługo się kończy, więc można przewidzieć, jaki charakter będzie miał cross X-Termination: Zamknąć wszystkie wątki! Tudzież: wymordować wszystkich, albo cofnąć czas. Jakoś tak coraz bardziej mam wrażenie, że dostaniemy kandydata na gniota roku. No, ale to się jeszcze okaże, a tymczasem za ten numer wystawię 3/10, chociaż miał szansę na 4.

 Avengers Arena #4
Hotaru: Dopiero teraz widzę, jak dużo rysownik Kev Walker wnosi do tej serii. Wystarczyło, że go zabrakło i nagle poziom w moich oczach spadł o kilka pięter. Zagrywki Hopelessa, które w innym wypadku przełknąłbym bez zająknięcia, tym razem stają mi w gardle. To dla mnie tak dotkliwe, że aż bolesne. Wielka szkoda. Na szczęście Walker wraca w kolejnym numerze i sytuacja ta powtórzy się zapewne dopiero w numerze siódmym.
avalonpulse0287b%20%5B1600x1200%5D.JPGS_O: Miło, że Hopeless pamięta, że Uciekinierzy i Akademicy się znają, i że przeczytał co najmniej streszczenia Runaways (czego nie można powiedzieć o wszystkich, którzy się za nich zabierali). Większość numeru była całkiem przyjemna. Oczywiście pod koniec numeru wszystko idzie w diabły, ale przynajmniej Reptil się przypiekł. Zawsze to coś.
No i zostało zasugerowane, że "Wyspa" jakoś wpływa na dzieciaki. Intrygujące, intrygujące.
Krzycer: Po pierwsze, gdzie jest Kev Walker? Alessandro Vitti jest niezłym zastępstwem, ale kilka kluczowych kadrów mu nie wyszło.
Po drugie, Hazmat zdejmuje hełm by się najeść. Przy ludziach. *zonk* Chyba, że i Laura, i Reptil mają czynniki gojące, a że Hazmat jest suką to nie przejmuje się, że napromieniuje Nico i Chase'a.
Po trzecie, bo trzymam kciuki, żeby Reptil w końcu zszedł. Hi, hi.
Po czwarte, czym Nico nafaszerowała te owoce? Bo Laura, Reptil i Hazmat przy ognisku wyglądali, jakby się nimi upili.
Po piąte, jestem niemal pewien, że Nico już kiedyś wykorzystała "chill out". Ot, detal.
Po szóste i ostatnie - ten tytuł wciąż mi się podoba. Hopeless ładnie pokazał Chase'a, nie mam zastrzeżeń co do reszty postaci, zachowują się wiarygodnie. No, Hazmat naprawdę jest suką, ale miała na to zadatki już wcześniej. Pytanie, czy w związku z talizmanem scenarzysta będzie się bawił w wątki z Raptorami. Obstawiam, że nie, ale zobaczymy. Najważniejszym testem w najbliższym czasie będzie wyjaśnienie zagadki nocnych ataków - obstawiam, że Arcade za nimi stoi, ale może Hopeless mnie pozytywnie zaskoczy. Liczę na to - parę razy już mu się udało.
Gil: Hej, patrzcie, to Nico i Chase! Teraz musi zrobić się cieka...albo nie... Jak dotąd to najnudniejszy numer serii. Przez większą część siedzą i gadają o wszystkim i o niczym, od czasu do czasu się poszturchają, aby na końcu zaskoczyć nas czymś zupełnie od czapy. Aha, gdyby ktoś jeszcze tego nie wiedział - okładka kłamie. A wiecie, co najbardziej mi się nie podobało w tym zeszycie? Rysunki, na których wszyscy mają tę samą twarz, nieproporcjonalnie małą w stosunku do reszty głowy i wyginającą się nienaturalnie w paramangowym stylu. Reszta grafiki jest w porządku, ale tego zdzierżyć nie mogę. A tak zupełnie przy okazji, to zdarzyło mi się ostatnio obejrzeć w końcu Hunger Games i teraz wyraźniej widzę, jak ta seria z nich zżyna. Pogratulować. Albo nie, bo nie ma czego. Za ten zeszyt dam najwyżej 4/10.

Avengers Assemble #12
S_O: W którym ktoś wykorzystuje wyrzuty sumienia Black Widow przeciw niej. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy i mnie to intryguje. No i związek Hawkeye'a ze Spider-Woman po raz pierwszy jest czymś więcej niż krzyczeniem "WE ARE SO TOGETHER NOW, YOU GUYS!". Też miła odmiana.
Krzycer: Hm. Wikipedia mówi mi, że w Omsku dopiero budują metro, więc nie wiem, o jakich starych tunelach mowa. Ot, detal.
Dalej - DeConnick przejęła sposób pisania Spider-Woman w roli dziewczyny Hawkeye'a od Bendisa, ale przynajmniej jej to zabawniej wychodzi.
A okładka następnego numeru obiecuje, że ktoś z Avengers zmieni się w jaszczurkę. Hurra. Już tyle czasu minęło, odkąd Claremont zmienił Rachel Grey w dinozaura, że martwiłem się, że już nigdy nie zobaczę czegoś podobnego.
Ogólnie: czytadło. Lepsze niż za Bendisa, ale - podobnie, jak to jest w wypadku Avenging Spider-Mana - wciąż nie wiem, po co ten tytuł się ukazuje.
Gil: Zabawne, miałem wrażenie, że czytam kalkę skróconego scenariusza poprzedniej historii, w dodatku skrzyżowaną z Secret Avengers, o którym przeczytacie niżej. Najpierw mamy jakąś zabawną sytuację z dnia codziennego Avengers, żeby w drugiej połowie numeru wylądować w losowej lokalizacji, gdzie czai się zło. Tym razem Black Widow, Hawkeye i Creepy Psycho-Girlfriend (znana również jako Spider-Woman) lądują na Syberii, której zagrażają jaszczury. I o ile jeszcze całkiem entuzjastycznie przyjąłem połączenie między krokodylem (dla nieobeznanych: taki narkotyk naprawdę istnieje i jego opis jest poprawny) z jaszczurzymi mutacjami, to zupełnie rozbroiły mnie dwa fakty. Pierwszy: jaszczury na Syberii. Not gonna work! Gadziny są zmiennocieplne, a tam wieczny mróz. Drugi: po raz nie wiadomo który autorzy komiksu zakładają, że wszystkie miejsca na świecie wyglądają i funkcjonują jak Nowy Jork. Czy w dobie cholernego Internetu tak trudno jest znaleźć parę fotek i zrobić risercz, zanim się zacznie wypisywać bzdury? No i na koniec zostawmy sobie rysunki. Te są straaasznie nierówne – żadna z postaci nie wygląda tak samo na dwóch panelach, a czasami w ogóle brakuje twarzy, w dodatku szwankują proporcje i anatomia. Nie no, nie mogę dać za ten numer więcej niż 3/10.

Cable And X-Force #4
S_O: Wniosek jest jeden - nie jadać w fastfoodach. Cała ta historia sprowadza się do tego, że drużyna jest na gigancie i jako taki przeciągnięty wstęp nieco zawodzi, a do tego dochodzi jeszcze fakt, że Cable nie chce się wytłumaczyć przed innymi supergrupami tylko dlatego, że tak. No i niepokoi mnie Forge zapraszający Nemesisa na "fish tacos"...
Krzycer: Tsk. Jeśli w pierwszym rozdziale pokazujemy stertę trupów, opieranie dramaturgii w ostatnim rozdziale na pytaniu "czy uda się uratować tych ludzi, których stertę trupów już widzieliśmy" nie jest najlepszym rozwiązaniem.
Do tego w historię wplątują się Deathloki, a to oznacza podróże w czasie, a to oznacza coś, co nie będzie się trzymać kupy.
Co powiedziawszy... to jest przyjemne czytadło. Jest tu parę fajnych scen i dialogów - jest tu również parę nieporadnych dialogów, a walka ze śmiertelnie otyłymi zombie wygląda groteskowo. Ale czyta się to szybko i w sumie przyjemnie. Takie 5,5/10.
kuba g: Spoko czytadło, nic więcej i znaczy to tyle, że pewnie niedługo przestanę to czytać. A na pewno jeżeli utrzymane zostaną takie "piękne" pomysły jak obżarte zombie o posturze Bloba, czy ustawiczne żarty o kapeluszu Nemesisa (ktorego nowy strój jest po prostu zły, nie, nie i jeszcze raz nie). No chyba, że zrobią tę serię bardziej wokoło Domino to może zrezygnuję z tego marudzenia. Na razie to takie 5 na 10.
jdtennesse: No, nie jest najgorzej. Chcieli pomóc, a zostali okrzyknięci mordercami – typowe podejście do mutantów. Ale nie mam tego jakoś za złe nikomu. Peter jest tu głosem sumienia i mógł się początkowo wydawać dziwnym dodatkiem do drużyny. Trochę mi przeszkadza to skakanie w czasie, po co pokazują nam historię od końca, skoro i tak w tym samym numerze dowiemy się co do danego stanu doprowadziło? Tylko skąd się tu wzięła Domino? Przecież została z Hope? Trochę brak wyjaśnienia – wiem, że pewnie się trochę czepiam, ale tylko trochę. Larroca się stara, ale trochę za mało. Ciekawe, jak z tego wyjdą. 6/10.
Gil: Okay, z numeru na numer coraz mniej chce mi się wypisywać litanię głupich błędów, jakie w nich dostrzegłem. Skupię się więc tylko na wątku głównym, który głupieje ze strony na stronę, a czasami wręcz z panelu na panel. Na przykład: na jednym zgadzają sie nie krzywdzić grubasów, bo to wciąż ludzie, a na następnym wrzucają im w gębę ładunki wybuchowe. A potem pozwalają Nemesisowi na eksperymentalne kuracje, które również mogą ich pozabijać. Albo zrobić coś gorszego, jak się przekonujemy. Tradycyjnie w tego typu historiach: all this shit goes Akira! A potem obowiązkowy moralny dylemat i ostateczne rozwiązanie. Które oczywiście okazuje się nie być ostateczne, bo komiks ma taki rating, że nikogo zabić nie można. A na koniec oczywiście dzielni herosi uciekają i zostają okrzyknięci terrorystami, bo taki jest motyw przewodni serii i jedyny powód tej farsy. Innymi słowy, historia nadal jest Hopeless. I rysunki również prezentują ten sam poziom, co akurat jest już normą, jeśli o Larrocę chodzi. Jedynie słuszną oceną będzie zatem 3/10.

Fantastic Four vol. 4 #4
S_O: Czy Reed wytłumaczył ślimakoludziom, że malowidła, na których wielu z nich opiera swoje wierzenia, jest jedynie laurką jego autorstwa? Czy po prostu całkowicie olał ich uczucia religijne, bo nie mają dwóch nóg?
Nudzi mnie już wytykanie błędów i głupot popełnionych przez Fractiona, skupię się za to na rysunkach Bagley'a (wiem, niecodzienne). Identyczne twarze Johnny'ego i Franklina, identyczny wzrost Franklina i Valerii... ale najgorszy jest fakt, że w pewnym momencie zapomniał o GIGANTYCZNYM NOWOTWORZE POŻERAJĄCYM RAMIĘ REEDA. Co jest nie tylko niedopatrzeniem, ale błędem fabularnym. Chyba, że to wszystko zdążyło się zagoić, ale w takim wypadku byłoby miło, gdyby ktoś o tym wspomniał w narracji.
Krzycer: Susan była królową czegośtam u Hickmana, Valeria przestała być mądrzejsza od swojego taty, a Johnny znów jest emocjonalnym trzynastolatkiem. Bagley'owi nawet nie chce się poprawiać oczu i bohaterowie kończą z zezem rozbieżnym. Przynajmniej Ben przestał mówić "dummy".
Poza tym komiks jest w porządku.
Gil: Zaczyna mi się tu klarować pewien schemat. Jak dotąd, każdy numer miał jakiś jeden fajny wątek, który utrzymuje go na powierzchni oraz jakąś kliszowatą osnowę, która jest pretekstem dla aktualnej historii, zaś całość jest dopchana watą, żeby wypełnić objętość. W tym obrębie zmieniają się proporcje wątków rodzinnych, fantastyczno-przygodowych i pseudokomediowych gagów. Tym razem, osią jest rosnące napięcie w relacji między Reedem i Sue, podane z perspektywy przemyśleń tego pierwszego. I to wypada świetnie! Jest wystarczająco autentyczne, by się sprzedać, a retrospekcje nawet pomagają, chociaż miejscami się dłużą. Osnową wątku jest część fantastyczna, czyli wizyta u nowej rasy. Tutaj mamy trochę znanych schematów, chociaż wyjaśnienie pochodzenia malowidła daje radę zaskoczyć. No i na koniec tradycyjna dawka The Ben & Johnny Show, która coraz bardziej się rozrasta i coraz bardziej irytuje. Natomiast o ile scenariusz utrzymuje poziom, tak rysunki stale go obniżają. Bagley ma coraz większe problemy z proporcjami, zwłaszcza gdy rysuje dzieciaki, które rosną i kurczą się z panelu na panel. Ale mimo wszystko, nadal mogę ocenić całość pozytywnie i wystawić 6/10.

FuryMAX #9
S_O: Nie lubię Gartha Ennisa, to nie jest tajemnica. Intryguje mnie jednak, w jaki sposób może on krytykować superherosów, podczas, gdy jego własne postaci ścinają wrogów w ich własnych bazach jak Rambo na sterydach. Pomyślałby kto, że jakby Castle z Furym byli takimi badassami, to by się nie dali złapać.

Power: Bureau #1
kuba g: Pierwsze tomy tej serii uważałem za komiks wybitny. Serio. Nie wstydzę się tej opinii. Uwielbiam Powers od pierwszego numeru aż do "ostatniego". Dlatego bardzo czekałem na następną serię. Szkoda tylko, że musiałem tyle czekać, że w pewnym momencie zapomniałem o niej. No i od pierwszej strony mam to, co lubiłem w tej serii, dialogi i monologi z jajami, których brakuje w wielu komiksach, bluzgi, które nie sprawiają wrażenia, że są tylko po to, aby nie udawać, że to komiks dla dzieci, przez co nie ma się wrażenia, że to nagle następny zbędny projekt od np. Millara. W skrocie: takiego Bendisa uwielbiałem. Miałem chwile zwątpienia przez superbohaterską spermę, ale ten numer jest poprowadzony tak, jak zawsze wyglądało Powers, więc nic nie powinno mnie dziwić. Innymi słowy tęskniłem za tymi postaciami.

Scarlet Spider vol. 2 #14
Undercik: Fajnie, że dowiadujemy się trochę więcej o Aracely, co prawda dużo jeszcze nie wiadomo, ale zapowiada się, że niedługo wszystko będzie jasne. Za to sytuacja u Kaine'a, cóż, nie za bardzo mi się podoba. Owszem podpada pod charakter postaci, ale mam nadzieję, że obecny pajęczy stan utrzyma się tylko do końca historii. Jeśli miałoby tak zostać, to byłoby to dla mnie jednak cofnięcie w rozwoju bohatera, a nie jego rozwój.
S_O: Kto by pomyślał, że wątki z The Other będą gdziekolwiek kontynuowane? I to w taki sposób. No, no...
Ciekawe swoją drogą, czy pajęczy bóg, czy z czymkolwiek mamy tu do czynienia, wie coś o uzurpującym miejsce Parkera Ottem. To byłaby ciekawa historia.
W końcu dostajemy też jakieś odpowiedzi na temat Aracely, choć są one z gatunku tych, które rodzą jeszcze więcej pytań. Nadal najlepsza pajęcza seria w 616.
Krzycer: Ok, tego się nie spodziewałem. Yost wraca do Wielkiej Tkaczki, wątków totemowych, i daje Kaine'owi przyspieszoną wersję "The Other"... z odrobinkę innymi rezultatami (przy okazji, przyspieszona wersja "The Other" jest o wiele lepszą wersją "The Other"). A tymczasem Aracely pokazuje, co potrafi, i to też jest fajne. I gdyby rysunki były lepsze - a przynajmniej gdyby ludzie zachowywali ludzkie proporcje - to byłby to bardzo fajny komiks. Jest tylko porządny. Ale historia mi się podoba.
Gil: Łał, nie spodziewałem się, że ktokolwiek jeszcze w Marvelu pamięta, że była kiedyś taka historia jak "The Other". I właściwie mam przez to mieszane uczucia, tak samo jak miałem w związku z tą właśnie historią. Ale nie da się zaprzeczyć, że w szerszym kontekście ma to wszystko jakiś sens i składa się w całość całkiem przyzwoicie. A przynajmniej jest tak do momentu, gdy Kaine zmienia się w to śmieszne coś. Cóż, przynajmniej nie dorobili mu czterech rąk… Podobno oprócz tego wątku, toczy się obok jeszcze jakiś z udziałem wilkołaków z poprzedniego numeru, ale jakoś nie zauważyłem, żeby miał coś do powiedzenia w tym zeszycie. Gdzieś tam się ganiają i tyle. A do tego wszystkiego mamy mocno średnie rysunki. Więc jak to ocenić? Mimo mieszanych uczuć, jednak zdecyduję się postawić numer nad kreską, bo zdołał zrobić coś, co nie udało się trzynastu poprzednim – sprawił, że bardzo chcę zobaczyć, co się stanie dalej. Tak więc, będzie to nieco słabowite, ale jednak 6/10.

Secret Avengers vol. 2 #1
S_O: Ta seria ma potencjał, by być bardzo dobrą albo koszmarną. Będzie dobra, jeśli będzie skupiać się na motywach Hill i jej moralnie dwuznacznych działaniach (choć fakt, że jej postać cofnęła się w rozwoju do czasów sprzed Civil War i tak może wszystko zepsuć). Będzie koszmarna, jeśli co i rusz będzie korzystać z wybiegu "herosi budzą się pośrodku nieznanego im miejsca bez jakiejkolwiek wiedzy na temat tego, jak się tam dostali". A patrząc na poprzednie dokonania Spencera (czyli tie-iny do Fear Itself w poprzedniej serii), obstawiałbym to drugie.
avalonpulse0287c%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Secret War - The Series! (Albo Dollhouse Avengers, jeszcze się nie zdecydowałem). Porządne czytadło. Pomysł ma potencjał, zobaczymy, czy autorowi uda się go wykorzystać, czy skończy na poziomie czytadła.
Detale - scenarzysta dostaje plusa za Sebastiana i dyskusję o Bondach, rysownik dostaje minusa za to, że dał Nickowi Fury Juniorowi blizny Ultimate Nicka Fury.
kuba g: Naboje z healing factor? Serio? Czytałoby się to nawet całkiem spoko, gdyby nie ten motyw z nabojami, po prostu to jeden z tych momentów, gdy technologia w Marvelu (ogólnie w superhero) zaczyna być tak przekombinowana, że przeszkadza mi w odbiorze komiksu. A czytając całość zeszytu miałem wrażenie, że 1) dostaję o wiele słabszą wersję Checkmate 2) żeby sprzedać serię, sprzedamy ją jako produkt pod film. O ile pierwsza rzecz będzie trudna, bo Spencer nie jest tak wprawnym scenarzystą, to druga rzecz jest po prostu najlepszym sposobem, jak zniechęcić mnie do czytania. Nie potrzebuję komiksowego Coulsona, nie potrzebuję czarnego Fury'ego w 616 (mimo, że serię, w której debiutował, w miarę udało mi się przetrawić). Na ten moment Secret Avengers utrzymuje poziom najbardziej chybionego tytułu, który nigdy nie wykorzystał swojego potencjału (nie licząc numerów Ellisa, które były spoko).
Gil: Gdybym miał wieszczyć po pierwszym numerze, powiedziałbym, że dostaniemy serię, w której połowa wydarzeń nie będzie miała znaczenia, nic nie będzie wyjaśniane, losowo wybrani bohaterowie będą rzucani w losowe miejsca, chronologia w narracji nie będzie istniała, a co jakiś czas będzie się okazywało, że to, co widzieliśmy, naprawdę się nie wydarzyło. Normalnie, nie mogę się doczekać... W numerze pierwszym straciliśmy kupę miejsca i czasu na akcję, której celu i znaczenia w ogóle nie poznaliśmy, żeby na końcu dowiedzieć się, że to wszystko nie tak. A ja, jakoś tak przekornie, zamiast pomyśleć sobie "ojej, ależ to niezwykły zwrot akcji", przekląłem w myślach i doszedłem do wniosku, że nie mam ochoty tracić czasu na takie zabawy scenarzysty i mogłem poświęcić go na coś, co naprawdę sprawia mi przyjemność. Bo ten komiks mi jej nie dał. Początkowe starcie z fanklubem Cthulhu było nudne i bez polotu, jak z tureckiej wersji Rambo. Potem strasznie dużo słów i zupełne zero treści, żeby na samym końcu spróbować kopnąć czytelnika poniżej pasa i chybić o milę. A w ogóle to mam wrażenie, że odstawiając takie numery, Marvel próbuje wypełnić po swojej stronie niszę zajętą przez Suicide Squad po tym, jak wypchnął z niej Thunderboltsów (i na razie mam na myśli dowództwo, które nie szanuje życia swoich ludzi, chociaż już wiemy, że łotrostwo niedługo dołączy). I jeszcze te rysunki, na których wszyscy non stop zmieniają twarze… I'm not thrilled. Tak na 4/10 not thrilled.

Ultimate Comics: X-Men #22
Hotaru: Przyszedł na czas na to, bym zastanowił się, kiedy ostatnio podobała mi się ta seria. Dochodzę do wniosku, że od kilkunastu numerów tylko narzekam i liczę na poprawę, która nigdy nie nadchodzi. Tak jak tym razem. Dlatego najwyższy czas, bym zadbał o moje zdrowie psychiczne i rozstał się z tym tytułem. Nic tu po mnie.
Krzycer: Cholera. Chcę lubić ten tytuł, naprawdę chcę, ale mi nie wychodzi. Wood próbuje dać różne głosy zaludniającym go postaciom, ale z Nomi/Mach2 zamiast realnej oponentki Shadowcat wychodzi wściekły na świat bachor, który jakimś cudem zdobywa popleczników, i cały ten wewnętrzny konflikt sprowadza do "ona jest be, słuchajcie mnie". Inne postaci wychodzą mu lepiej lub gorzej, wiele zmienia nie do poznania (...i wciąż nie wiem, czy wie, że Psylocke już się pojawiła w świecie Ultimate), byle mu pasowały do historii.
Nie, żeby wszystko było tu słabe - wzór amerykańskich wartości, Rogers, który jako prezydent musi zawierać brudne kompromisy, Shadowcat, która musi je przyjąć - a potem okłamuje swoich przyjaciół dla ich dobra - to jest fajne i trochę bardziej złożone, niż większość marvelowego superhero.
Ale, cholera, ten komiks jest nudny. Może w następnej historii coś się zacznie dziać.
jdtennesse: Niech to się już skończy. W jednych tytułach dzieje się za dużo, tutaj dzieje się za mało. Kitty przypomina Xaviera w swoich nadziejach na życie w pokoju. Fajnie, tylko jak cały świat chce cię zabić, a ty jesteś z grupą 20, z których kilkoro cię zdradza? No i tajemniczy plan z ziarenkiem – udamy, że go zniszczyliśmy, żebyśmy mogli go naprawdę rozprowadzić nie wkurzając zazdrosnych o nasz pomysł rządów i gospodarek. Jak nie wymyślą wkrótce czegoś nowego, to chyba nie będę tracił czasu na czytanie. Za to rysunki są niczego sobie. 3/10.

Uncanny X-Men vol. 3 #1
Undercik: Lubię Bachalo, więc oprawa graficzna nie przeszkadzała mi tak jak większości osób na forum. Co prawda rysownik nie jest w najwyższej formie, ale nie przeszkadzało mi to w odbiorze historii. Głównym problemem tej serii jest to, że cierpi ona na konsekwencje "Avengers vs X-Men", czyli usilnego robienia z Cyclopsa złoczyńcy nielogicznego starcia Avengers/X-Men itd. Sami wiecie co w AvX nie wyszło. Problemem jest to, że decyzje edytorów psują mi przyjemność z czytania tego komiksu. To naprawdę dobrze się czyta, tylko co chwila przypomina mi się event, który chciałbym jak najszybciej wyrzucić z pamięci.
Hotaru: Bendis z kolejną flagową x-serią. Zanim przejdę do niego, kilka słów o Bachalo. Jego rysunki nie są tak złe, jak można było sądzić po zapowiedziach. Są w większości czytelne i niosą nawet ze sobą pewien wspomagający fabułę przekaz. To kolory sprawiają, że strony nie sprawiają wrażenia estetycznych. Czyli najpierw Bachalo dostarcza porządnych szkiców, a potem sam je masakruje nakładając barwy. Wolałbym, żeby powierzył to zadanie komuś, kto się na tym zna. Wracając do fabuły, to mam jej dość, zanim na dobre się zaczęła. Cyclops stał się dla mnie posiłkiem niestrawnym, i chyba nie ścierpię komiksu poświęconego wyłącznie Summersowi. Bo nie oszukujmy się, obsada może i jest większa, ale wszystko kręci się wokół Cyke'a. Szkoda.
S_O: Magneto ogolił się na łyso tylko dlatego, żeby nikt go nie rozpoznał już na pierwszych stronach i nawet nie ukrywajmy, że jest inaczej.
Dalej, Magik nadal zachowuje się jak nie ona, ale na podstawie zapowiedzi zgaduję, że to za sprawą spaczonego przez Hooda Dormammu, który próbuje zrobić z niej swojego avatara.
Bendis używa swojego ulubionego wybiegu pod tytułem "rozmowy przy kawce o wydarzeniach, które dopiero co się wydarzyły". Bachalo zaś nie odwalił tak koszmarnej roboty jak, na przykład, na początku WatXM.
Na razie seria jest całkiem meh, a nowy Speedball (swoją drogą - to z tych Medinów?) niespecjalnie mnie obchodzi.
Krzycer: Zacznijmy od końca. Cieszę się, że... Maria Hill (musiałem sprawdzić w komiksie - w końcu dopiero co przeczytałem inny tegotygodniowy komiks, gdzie SHIELD szefuje Daisy Johnson... czy Daisy jest "acting director" a Hill "director"? Pogubiłem się) krzyczy na cały głos "Magneto", bo inaczej bym go nie poznał. I nie wiem, czy byłoby lepiej, gdyby nawet z żalu po Xavierze nie przejął jego fryzury.
Nawet nie wspominam o tym, że Emma, Tempus, Hill i Magik różnią się tylko kolorami, bo Bachalo od lat rysuje tylko jedną kobietę.
Ale - elfia zbroja Magneto, z której nabijałem się przy każdej okazji, w środku komiksu wygląda spoko. W przeciwieństwie do nowego stroju Cyke'a, który wciąż mnie nie przekonuje.
A poza tym - jest ok. Byłoby lepiej, gdyby Bendis znowu nie katował nas tym swoim "opowiem wam, co się wydarzyło, a ktoś mi będzie przerywał, gdy to opowiadam", bo nie tylko dostajemy przez to narrację opisującą to, co i tak widzimy na obrazkach, ale jeszcze prowadzenie jej w formie bendisowego dialogu oznacza powtarzanie po trzy razy tej samej informacji. Naprawdę, naprawdę, naprawdę mam serdecznie dość tego jego zabiegu.
W pierwszej chwili nie pasowało mi również, że Magneto - u Gillena stuprocentowo popierający Scotta - okaże się zdrajcą, ale w sumie jest to w miarę wiarygodne, ze post-AvX zmienił opinię o Cyke'u. Poza tym pewnie się wkurzył, że Scott zastąpił go na koszulkach zbuntowanej młodzieży.
czarny_samuel: Komiks (prawie) znośny. Kreska fatalna, bo znowu (patrz: W&X-M) często ciężko się połapać o co chodzi (proszę o Landa - naprawdę.), fabuła daje do pewnego momentu całkiem ciekawe perspektywy. Do pewnego momentu. Wojna mutantów, poparcie dla Cyke'a z ulicy itp. trochę zdawkowo potraktowane, ale można to przełknąć. W końcu w pierwszym komiksie musi być akcja (w której widać cokolwiek najmniej z całego komiksu). I jakoś by to szło. Ale Bendis już mnie wnerwił. W pierwszym numerze. Już teraz zdecydował się przedstawić zapowiadanego zdrajcę i jest to Magneto. Dzięki. Super. Tego mi tylko brakowało, by przestać lubić jedną z moich ulubionych postaci. Palikot w zeszłym tygodniu użył odpowiedniego słowa na to, co myślę w tym momencie o Bendisie. Tym samym, skoro za rysunki oczywiście 1/10, nie mogę dać nic więcej za fabułę. Ot, z czystej złośliwości zranionego fana.
Wilsonon: Jeżeli wytnie się ostatnią stronę (czyt. zdradę Magneto) to komiks na 7/10. Bendis naskrobał sobie i to porządnie. Mam teraz głęboko wyj@#$%e na ten komiks i zbyt wiele nie napiszę. Bachalo uwielbiam i tyle w temacie. Duży plus za jego rysunki.
avalonpulse0287d%20%5B1600x1200%5D.JPGkuba g: Dla mnie Bendis w jako scenarzysta Avengers zaczął zjadać własny ogon w momencie, gdy obok New Avengers zaczął prowadzić Mighty Avengers. Fakt, potem było jeszcze parę spoko momentów, ale zasadniczo jakość spadła drastycznie od tego momentu. Nie potrafię olać pewnego deja vu, gdy widzę go zajmującego się nagle dwoma flagowcami o X-Men. Nie przekonuje mnie nawet to, że tu sprawa jest trochę mniej rozłożona w czasie. Nie widzę tego, że będzie ciągnął dwa te tytuły równie dobrze, prezentując dwie strony barykady. Raz już mu to nie wyszło. I co dostałem? Całkiem znośny komiks z rzeczami, które z trudem zaakceptuję. Wiem, że po New X-Men, po "Utopii" i po AvX Magneto to inny człowiek, ekhm, mutant, ale robienie na nim patentu, który wcześniej niepotrzebnie zastosowano na Loganie, to już za dużo. Super patent, z postaci, które zawsze były nudne i bez jaj robimy badassów (Cyclops, tak, m.in. o Tobie piszę), a z badassów robimy stereotypowych poczciwych panów wykładowców, ale na luzie, takich, co nie chodzą pod krawatem i mówią do Ciebie per Ty. Nosz... Aha, dalej nienawidzę rysunków Bachalo.
jdtennesse: Hmm… Jeśli to ma być siostrzana seria All-New X-Men, to już wiem, czemu mi się nie podoba. Nie podoba mi się rysownik, za dużo Pana Bachalo, nigdy nie przepadałem za jego rysunkami. Historia też mnie nie przekonała. Nadal nie otrząsnąłem się po fakcie zabicia Xaviera. Tak po prostu ("to nie ja, to Phoenix"). To nie jest ten sam Scott, którego znaliśmy od lat. Uciekł z więzienia, ok. Tworzy nową drużynę, ok. Mutanci bez szkolenia i doświadczenia stają się z dnia na dzień X-Manami. Ja wiem, że czasy trochę się zmieniły, ale bez przesady. Do tego moce głównych postaci szwankują z powodu Phoenix. Jakie to wygodne. Tracą moce, nie panują nad nimi. Ale Cyke może zniszczyć pół jakiejś dzielnicy jednym strzałem. To się nazywa "lucky shot". Nie wierzę również w nagłą zmianę Erika. Po co najpierw wyciąga Scotta z więzienia, a potem go zdradza? Bo taki jest? Nie przekonali mnie autorzy. Dopiero teraz Erik zdał sobie sprawę z faktu śmierci Xaviera? A sceny walki na dwie strony i super-zajebiście zniszczonych budynków nie robią na mnie wrażenia. Pan Bendis nie przekonał mnie ANXM, a tutaj poszło mu jeszcze gorzej. Jak na premierę to określiłbym to mianem "flop". 2/10.
Gil: No to ciasteczko trafia do mnie, bo zawczasu dobrze wytypowałem tak zwanego zdrajcę. Chociaż to określenie trochę krzywdzące, bo czy rzeczywiście należy nazywać zdrajcą kogoś, kto w gruncie rzeczy postępuje słusznie? Hej, możecie sobie dowodzić ile chcecie, jak bardzo cool jest Summers, ale nie da się zaprzeczyć, że łamie obowiązujące prawo i działa przeciwko legalnej władzy, więc technicznie rzecz biorąc, jest przestępcą. W tej sytuacji, Mags nie zasługuje na potępienie bardziej niż szeregowy członek mafii, idący na współpracę z policją. I to tyle, jeśli o ten wątek chodzi. Druga warstwa treściowa chyba ma się bardziej do tego, co będzie motywem przewodnim serii, a mianowicie rekrutowania nowych mutantów (myśl z czubka głowy: aż dziwne, że jeszcze nie reaktywowali serii New Mutants, skoro pojawiają się NEW mutanci). Nowy chłopaczyna jak na razie nie robi wrażenia i zlewa się z tłem, ale tak po prawdzie, to można powiedzieć to samo o wszystkich świeżynkach. Spoko - jeszcze przyjdzie na nich czas, w końcu dopiero zaczynają. Więc tak właściwie, o czym był ten numer? No niestety, tak właściwie był o niczym. Trochę ekspozycji w dialogach (wbrew zasadzie "show - don't tell"), przegląd postaci i prezentacja nowych kostiumów. A skoro już o tym mowa - nie podobał mi się ani jeden z nich. Są zbyt fikuśne i na siłę odbiegają od ustalonych dla postaci schematów. Cyclops bez wizjera to nie Cyclops. Emma w czerni to nie Emma. Magneto w bieli, w dodatku robiący się na Chucka, to już w ogóle szczyt wszystkiego. Ale poza tym nie będę się czepiał rysunków, bo Bachalo jest na mojej liście guilty pleasures, a obiektywnie patrząc: bywało gorzej. I tak dochodzimy do ostatecznej oceny, a brzmi ona: ten komiks był jakiś taki nijaki, rozwodniony i bez ikry. Brakowało momentu, który by mnie chwycił i w ogóle jakiegoś haczyka. Jak na otwarcie, to słabo było i dlatego najwyżej 5/10 dam.

Wolverine And The X-Men #25
S_O: Aaron zabiera swoich pupilków do Savage Land, żeby reszta uczniów mu się nie wpychała w kadr. W takiej sytuacji żałuję, że żaden X-Dzieciak nie trafił do Murderworldu, przynajmniej miałby jakiś czas "antenowy".
Krótko mówiąc, cały ten numer śmierdzi podejściem w stylu "Polubicie te postacie, czy wam się to podoba, czy nie". Trochę szkoda, zwłaszcza, że do numeru dodano zaktualizowaną listę uczniów. Proponuję grę - zerknijcie na ową listę i spróbujcie przypisać do każdej postaci ostatni numer, w której robiła COKOLWIEK. Miłej zabawy.
Przynajmniej nowy plan zajęć jak zawsze zabawny.
Krzycer: Ramon Perez narysował najbrzydszą Idie jaką dotąd widziałem (pierwsza scena z Savage Land), ale kadr z wilkami w masce Logana mu się udał. O, i Beast ma tu po pięć palców... tego chyba nigdy nie zaczną pilnować..
Hm. Jeden z efektów dźwiękowych to "psionic BLAM". Chyba, że to nie onomatopeja, tylko Quire specjalnie tworzy te napisy, żeby jego shotgun wyglądał jeszcze fajniej.
Poza tym ten numer był w porządku, Quire próbujący opanować grupę był spoko, interakcje między uczniami też. Trochę się obawiam Doga i tego, co z tego wątku wyjdzie, ale zobaczymy.
A na końcu znowu mamy dodatki w postaci ściągawki z gronem pedagogicznym i uczniami szkoły. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widzieliśmy połowę z nich...
jdtennesse: O kurczę, dawno tak się nie ubawiłem. Bardzo dobry numer, ale między innymi dzięki gościnnym występom Doopa – kapelusz i źdźbło trawy w ustach kiedy przycina żywopłot :D. No i nieopisane miny uczniów, kiedy Quentin próbuje nimi pokierować w Savage Land. A poza tym… Trochę za szybko przeskoczyli od ostatniej strony poprzedniego numeru, gdy Broo zaatakował Idie (swoją drogą, Broo też zrobił się ciekawszy odkąd stał się dziką bestią, a.k.a. kosmicznym pieskiem ;)). Ale później wyjaśnili w dialogach, co się stało. Lekcja zapowiada się ciekawie, szczególnie z pojawieniem się Psa-Logana. Pewnie i tak wszyscy wrócą do domu, ale powiedzmy, że jestem ciekawy… jak. No i Glob i Eye-boy – tak wyraźne i ciekawe postaci, jak ich moce, i równie śmieszne. Przynajmniej jeszcze nie porzucili nowych uczniów, póki co pojawiają się zarówno ci starsi, jak i młodsi stażem. Rysunki są całkiem znośne. 7/10.
Gil: Whooo boy...! To się dopiero nazywa ściana tekstu! Jak do tej pory seria ta przypominała zlepek gagów bez ładu i składu, tak w tym numerze nagle wszyscy się rozgadali i paplali, gawędzili, ględzili, a wszystko tonęło w bieli pól tekstowych... Wymiękłem gdzieś w jednej trzeciej numeru i dalej nie chciało już mi się tego wszystkiego czytać, więc tylko przejrzałem resztę. I tu również nie znalazłem nic ciekawego. Ot, standardowy trip Aarona, w którym dziwne rzeczy dzieją się bez ładu i składu. Ale na szczęście dużą część numeru stanowią splash-page, więc nawet nie musiałem się bardzo męczyć, zanim dobrnąłem do końca. I tak właściwie, nie wiem, co i jak mam tu oceniać. Chyba tylko fakt, że szybko mnie to znudziło, nie zdołało niczym przyciągnąć, ani utrzymać uwagi. A coś takiego oceniam na 3/10.

X-Men vol. 2 #41 (Final Issue)
S_O: Zaraz, czy to znaczy, że nie tylko ja nie cierpię Palo? W końcu.
Historia głupiutka i nie wnosi nic poza grupką postaci, których i tak nikt nigdy nie będzie używał. Godny finał dla słabej serii.
Krzycer: Uwagi ogólne są identyczne jak w poprzednim numerze: postaci out-of-character, brzydkie rysunki i koszmarne lanie czarnej farby gdzie tylko się da, bez ładu i składu. Przejdźmy więc do szczegółów.
W jaki sposób cybernetyczne nogi pozwalają temu jak mu tam zadawać takie szybkie uderzenia pięścią?
Ten gość, który się podszywa mówi, że jego umiejętności działają na podstawie tego, co myśli cel... więc jak zmienił się w Archangela? Jak mówi sam Warren - ten obraz nic dla niego teraz nie znaczy.
...a na samym końcu historia zostaje podciągnięta pod Hellfire Kids. Idealne zakończenie beznadziejnego komiksu.
jdtennesse: Sam nie wiem. Wiem – beznadziejne zakończenie, jak i cały numer. Pojawienie się Freedom Force może by mnie ucieszyło, ale jednak nie. Wprawdzie oryginalni członkowie FF też byli powołani przez rząd, ale byli mutantami. A ci? Z tego, co nam wytłumaczono, są sztucznie stworzeni przez rząd. I do tego naśladują moce oryginalnych członków drużyny FF – Mystique - Shift i nie tylko. Co więcej, najpierw X-Men walczą z FF, a potem "oddają chłopaka". To po co było walczyć? No tak, żeby sam wybrał. No to wybrał. Ostatnia strona to w ogóle po co, skąd i dlaczego? Przecież w tym numerze nie wydarzyło się nic ważnego. W sumie to według mnie nie wydarzyło się w ogóle nic. Za jakie nowe początki? Eh, kto takie bzdury w ogóle napisał? No i przede wszystkim kto to narysował? Pół numeru brzydkie, drugie pół niewiele lepsze, a zmiana rysownika widoczna. Niestety, widać, że ten numer został szybko i byle jak zakończony, chyba nikomu nie zależało na tym tytule. Uważam, ze powinni zakończyć go dużo wcześniej i przynajmniej trochę lepiej. Dobrze, że to koniec, szkoda, że tak nędznie zrobiony. 1/10.
Gil: Nareszcie koniec!!! Tak, aż trzy wykrzykniki postawię, bo autentycznie cieszę się, że ta droga przez mękę dobiegła końca. To była chyba najgorsza seria o mutantach od czasu Young X-Men Guggenheima, więc pragnę jak najszybciej zapomnieć, że w ogóle istniała. A ten numer jest jej idealnym domknięciem, bo wyznacza poziom dna. Historia napisana chyba na kacu i rysunki namazane na kolanie w windzie. Idealny przykład komiksu, jakiego już nigdy w życiu nie chcę widzieć. Jedyny plus, jaki mogę w nim znaleźć to fakt, że jest tak absolutnie nijaki, że z łatwością wymażę go z pamięci. A na pożegnanie walnę mu jeszcze 1/10, żeby nie było wątpliwości, jaki to chłam.

X-Treme X-Men vol. 2 #10
S_O: Gdzie masowe wyżynanie Xavierów? Końcówka poprzedniego numeru implikowała masowe wyżynanie Xavierów. Jestem zawiedziony, nawet mimo faktu, że nie mam co do tej serii już żadnych oczekiwań.
Historia Blacklopsa niespecjalnie porusza, podobnie, jak tragiczny romans Romea i Juliana, przepraszam, Howletta i Herca. Czary goryczy dopełnia "tweest" z pomaganiem Nazi-Xavierowi. I tak wiadomo, że okaże się to wybiegiem, a w następnym numerze i tak go zabiją... Obudźcie mnie, jak będzie już kwiecień i ta seria zostanie zX-Terminowana.
Gil: Po jakiś trzech czy czterech numerach, Pak przypomniał sobie, że wstawił do grupy postać, która jak dotąd robiła za tło i odezwała się ze dwa razy jednym słowem. Trzeba więc obowiązkowo wcisnąć jej jakąś tragiczną backstory! A skoro to czarnoskóra postać, to koniecznie coś z niewolnictwem. Plus, skoro to Summers, to musi być dupkiem. Hm... czy w ogóle amerykańska poprawność polityczna pozwala zrobić z postaci afroamerykańskiej dupka? Taka zagwozdka ;). A jak już się rozpędzamy, to obowiązkowo trzeba dorzucić coś z tutejszym tęczowym duetem, czyli przesłanie: gods hate gay people!!! Funny... not. A potem znienacka przypominamy sobie, że trzeba wrócić do wątku przewodniego serii i dostajemy führera Xaviera w starciu z Namorem-Hirohito. I tutaj już nawet nie ma się z czego pośmiać, bo nagle cały wątek staje się strasznie nadęty. Ale hej, pocieszmy się, że koniec tej serii już za rogiem ;). Tymczasem wystawię standardowe 2/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0287a.jpgSecret Avengers vol. 2 #1 (Babies Variant)
Autor:
Skottie Young

Hotaru: Dziecięce okładki Skottiego Younga trochę mi spowszedniały, ale muszę przyznać, że od czasu do czasu trafi się wśród nich perełka. Taka, jak ta okładka. Acha, i Alonso może sobie mówić, że movieverse nie wpływa na jego komiksy, ale wszyscy wiemy, jaka jest prawda. Young również, z czego się tu bezwstydnie nabija.






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.02.13
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: S_ORedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.