Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #286 (11.02.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 11 luty 2013Numer 6/2013 (286)


Trzy serie o Mścicielach (plus jeden Annual), kolejne (bądź pierwsze) numery serii Marvel Now! oraz X-Factor zdominowały najnowsze wydanie Avalon Pulse.

All-New X-Men #7
Hotaru: Chyba po raz pierwszy muszę powiedzieć, że nie jestem zadowolony z rysunków Davida Marqueza. A może inaczej - obiektywnie patrząc, nie wydaje mi się, żeby artysta mniej się starał, niż w Ultimate Comics Spider-Man. To monotonne i nienatchnione kolory sprawiają, że oprawa graficzna robi wrażenie płaskiej i miejscami nużącej. A to dziwne, bo przecież Marte Gracia nie robi tego od wczoraj. Podobnie jak Bendis, któremu kilka scen wyszło całkiem fajnie. Szczególnie machinacje Mystique. Nadal pozostaję nieufny, ale przyznaję, że ten zeszyt czytało się całkiem przyjemnie.
S_O: Mystique robi to, w czym jest najlepsza - trolluje. I to się Bendisowi udało. W ogóle cały ten numer jest udany. Może dlatego, że skupia się na jednej osobie, w przeciwieństwie do całej drużyny... A może dlatego, że w tej serii skupia się na osobach młodych, do których jego "cool" i "hip" styl pisania pasuje bardziej, niż do NAJPOTĘŻNIEJSZYCH HEROSÓW ŚWIATA. Taka mała teoria, zobaczymy, czy okaże się słuszna.
avalonpulse0286c%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Kolejny świetny numer. Czy podobałby mi się tak samo bez rysunków Marqueza? Nie wiem, na pewno przysługują się komiksowi. Trochę irytują mnie wstawki z człowiekiem w cieniu z którym spiskuje Mystique bo, po pierwsze, to strasznie wyświechtana klisza, po drugie jak już człowiek z cienia wychodzi z cienia zazwyczaj następuje rozczarowanie. Ale poza tym - świetny numer.
Szczepi: Bardzo fajne spotkanie Mystique i młodego Cyclopsa, które z pewnością wpłynie na przyszłe decyzje podejmowane przez Scotta. Ogólnie wydaje mi się, że wszyscy młodzi X-Men, po tym co przeżyją w teraźniejszości jak wrócą do swoich czasów, to ich przeżycia ukształtują ich charaktery w przyszłości i staną się tacy, jak ich obecne wersje. Nawet jeśli Xavier wymaże im z pamięci te wydarzenia, podskórnie będą iść ścieżką wytyczoną przez teraźniejszość. Wracając do komiksu, poza wspomnianym wcześniej fajna była też pogawędka young Scotta z pracownicą banku oraz z Loganem go odbierającym, a także trening Kitty z pozostałymi oryginalnymi X-Men, zwłaszcza z Icemanem. Może coś z tej serii jeszcze wyjdzie ciekawego.
Gil: Nadal jest fajnie. Konfrontacja Mystique z młodym Cykiem wyszła zupełnie inaczej niż można było się tego spodziewać, ale dla mnie to plus, bo po co komu kolejna bijatyka, jeśli można użyć manipulacji? Umówmy się jednak, że w tym przypadku nie była to jeszcze manipulacja na poziomie mistrzowskim, ale w zupełności wystarczającym. Scena w banku również wypadła fajnie i w efekcie całość tego scottocentrycznego numeru tworzy całkiem spory bagaż wątpliwości, które dokładają się do już istniejących, coraz bardziej definiując tę postać. A przy okazji dorzuca też coś do kubełka Jean. I mamy na koniec coś na rozluźnienie, czyli Kitty pomiatającą młodym Icemanem. Swoją drogą, pewnie fajnie tak mieć pod ręką młodszą wersję swojego partnera, na której w razie potrzeby można się wyżyć. A że i rysunki nadal dobre, to podtrzymam ocenę 7/10.
kuba g: Na plus: Rysunki. Ostatnia strona z Cyclopsem i Jean. Monolog Mystique, który może być czymś więcej niż jej standardowym mindfuckiem dla X-Men. To, że w jednej scenie Mystique przybiera postać prawie identyczną jak Alisha z brytyjskiego Misfits. No i że Logan robiący za złego belfra jest mniej wkurzający bo jest po prostu sfrustrowanym belfrem ganiającym za małolatem, przez co wypada lepiej niż gdyby podobna akcja działa się w Wolverine and the X-Men. Większych minusów nie zauważyłem. Fajnie, ten komiks czyta się teraz jak dobrego Bendisa za czasów Ultimate Spider-Man, gdy w mieszkaniu Petera przesiadywała połowa nastoletniej obsady Ultimate Universe.

Avengers Assemble Annual #1
S_O: Ojej, Pinokio czuje się niedoceniony. Cry me a river. Ta historia wygląda trochę tak, jakby podczas ostatniego zebrania przed wprowadzeniem Marvel NOW! w życie, ktoś stwierdził "O kurna, zapomnieliśmy o Visionie! Jakieś pomysły?" i Gage zgłosił się, żeby coś na szybko wysmażyć. Teorię tę w pewnym stopniu potwierdza fakt, że ta historia wyszła w Annualu.
Krzycer: To najlepszy komiks Gage'a jaki czytałem od roku albo dwóch. Co nie znaczy, że jest dobry... No, jest w porządku. Jest niezły. Wciąż trąci łopatą, ale przynajmniej bohaterowie nie ograniczają się do gadania, i nawet czuć tu prawdziwe emocje. To więcej, niż Gage'owi udało się osiągnąć w X-Men: Legacy czy drugiej połowie Avengers Academy.
Żeby nie było - wciąż są tu statyczne walki w czasie których postaci wygłaszają długaśne mowy, no ale to akurat częste w słabszych komiksach. No i Captain Marvel zamienia się w Captain Obvious. "He teleported me off the planet!" Gage musi się jeszcze nauczyć, że w komiksach obrazki też mogą opowiadać historię...
A propos obrazków - były niczego sobie. Ale Cpt Marvel w masce wyglądała na permanentnie zaskoczoną.
Gil: O, czyżby Gage wyciągnął wnioski z kiepskich wyników swoich ostatnich prac? Ten zeszyt przypomina mi bardziej jego dokonania z wczesnego okresu pracy dla Marvela, kiedy to zaskakiwał zdecydowanie pozytywnie. I tak jest też tutaj. Nigdy specjalnie nie lubiłem Visiona, ale tym razem nawet poczułem dla niego trochę sympatii. Historia Sunturiona - postaci, z którą zetknąłem się przelotnie ledwie kilka razy - też przekonała mnie do siebie. Owszem, jest kliszowata, bo wątek zagubionego złoczyńcy, który zwraca się do byłych przeciwników, gdy potrzebuje pomocy, był grany już nie raz. Ale zestawienie tych dwóch postaci zagrało całkiem fajnie i złożyło się na przyzwoitą, choć może nie porywającą historię. Nawet, jeśli finał był nieco naciągany i naiwny. Plusa dam też za rysunki, które całkiem mi się podobały, mimo że były dość surowe i oszczędne w formie. Nie mogę powiedzieć, żeby była to rewelacyjna historia, ale jak na poziom Annuala, okazała się zaskakująco dobra, więc dostanie ode mnie 6/10.

Avengers vol. 5 #5
Hotaru: Całkiem przyjemne czytadło. Tym razem przeciętne rysunki Adama Kuberta nie drażniły mnie tak bardzo. Nie wiem, czy to dlatego, że były lepszy, czy może zaciera się już wspomnienie stronic autorstwa Openy. Znając Hickmana, nie wątpię, że to bardzo ważny element układanki. Gdyby jednak oceniać ten numer jako stand-alone, to jest co najwyżej poprawny - miejscami schematyczny, miejscami nudny, ale nigdy szczególnie kiepski. Po raz kolejny jednak pisząc o Avengers Hickmana odnoszę się do pay-offu, który ma nastąpić później. Mam nadzieję, że nie będzie tak przez następnych kilkanaście numerów...
S_O: Kolejny luźniejszy numer o świeżej krwi. Tym razem skupiamy się na nowej Smasherce, której udało się osiągnąć to, o czym marzyła, a nawet więcej. Jasne, poza niewielką zapowiedzią kłopotów fabuła nie rozwija się za bardzo, ale hej, są momenty, jest fajna kosmiczna bitwa, jest oczko puszczone do brytyjskich komiksiarzy... Fajnie jest.
No i uśmiechnąłem się, gdy zauważyłem, że onomatopeja użyta przy ataku Hulka to "SMASH".
Aha, jeszcze co do warstwy graficznej - wolę patrzeć na nieco zdeformowane, ale przynajmniej w jednostajny sposób, twarze Kuberta niż na maszkarony, które Opena wsadza mniej więcej raz na dziesięć stron. Captain Marvel, anyone?
Krzycer: Zagrożenie w tym numerze jest koszmarnie nijakie - ot, Gwardię atakuje... ktoś - ale to starcie i tak jest tylko wymówką by Smasherka mogła się zaprezentować. (Choć, tak na marginesie, czym podczas bitwy z flotą kosmitów zajęli się Captain America, Falcon i Wolverine? Jasne, na powierzchni były jakieś roboty, ale wyobrażam sobie, że gdy już się ich pozbyli mogli tylko stać z założonymi rękoma, zadzierać głowy i udawać, że nie jest im głupio.) I prezentuje się fajnie, szybko ją polubiłem.
Ale - czy gdzieś w tym komiksie ktoś nazywa ją inaczej niż "Smasher" lub "Izzy"? Bo Wikipedia mówi mi, że jej pełne imię to "Isabel 'Izzy' Dare", a to by znaczyło, że jej dziadek to Dan Dare, a to postać z zupełnie innej bajki (i innego wydawnictwa).
Szczepi: Lubię takie historie, które zamykają się w jednym zeszycie i które ukazują w ciekawy sposób nowych bohaterów. I tak jest w tym numerze, gdzie poznajemy Lizzy Dare i jej przygody jako pierwszego w historii Imperial Guard Smashera/Smasherkę pochodzenia ziemskiego. W bardzo ciekawy sposób przedstawiona została jej droga od dziewczyny z farmy do obrońcy Imperium Shi'Ar oraz Avengera. Chcę więcej takich komiksów. PS: Nie mogę się doczekać kolejnego numeru, który przybliży nam postać nowej Captain Universe.
Gil: I jak tu nie polubić Izzy, astronomki-farmerki z Iowy, która została pierwszym człowiekiem w Imperialnej Gwardii Shi’Ar? Nie no, serio mówię – wystarczył jeden numer, żebym poczuł ogromną sympatię do tej postaci. Najbardziej dlatego, że wydaje się tak całkowicie normalna i zwyczajna, że biega we flanelowej koszuli i że jej historia nie opiera się na jakiejś przerysowanej tragedii, ale jest fajnym zbiegiem okoliczności. A tym większego plusa widzę w tym zbiegu okoliczności, że (o ile się nie mylę) tamten poprzedni Smasher dokonał żywota w historii „Imperial” Morrisona, zaś wszystko, co nawiązuje do runu Morrisona ma u mnie plusa na dzień dobry. Aktualny fragment historii nawiązuje natomiast do większego zagrożenia, jakie buduje nam się tutaj od początku i to również mnie cieszy. Znów niestety muszę ponarzekać na rysunki, bo po świetnym początku, znacznie obniżają poziom w drugiej połowie. Dopisuję więc kolejną postać do listy świetnych debiutów tej serii, a samemu zeszytowi wystawiam 7/10.
kuba g: To nie był zły numer. Po prostu zupełnie mnie nie zainteresował. Nowy Smasher, nawet dziadek z animal liberation front ziomujący się z Capitanem Ameryką. Nic. Rozpierducha, nie intersujące początki nowej postaci, tyle.

Daredevil: End of Days #5
S_O: Wielka tajemnica słówka "Mapone" - to, co ciągnęło fabułę komiksu przez cztery numery - "aw, forget about it". Mamy za to nową tajemnicę... Ale kto mi obieca, że jej rozwiązanie nie będzie równie nieklimatyczne, co ostatnie? Na razie podejrzewam, że to dzieciak Uricha jest nowym DD. Pewnie nie, ale kto wie? Może a nuż zgadłem.
Krzycer: Może gdybym znał run Bendisa w Daredevilu ta miniseria by mi się bardziej podobała? W tym momencie... No, gadu-gadu, melancholia, Ben Urich we mgle. Ma to klimat i w ogóle, ale... nudzi.
Gil: Niby coś się ruszyło naprzód, ale jak się tak zastanowić po lekturze, to nadal jesteśmy w lesie. Dużą część numeru zajmuje wątek Karzącego Franka, który co prawda wnosi co nieco do fabuły, ale potem się z niej wymyka i zaczyna robić za watę. No, ale przynajmniej wiemy już do czego będzie to wszystko zmierzało: co najmniej jeden następca. Co najmniej, bo biorąc pod uwagę, ile rudych dzieciaków nam tu przedstawiono, to może ich być całe stado. No i nie da się ukryć, że "mapone" okazało się "różyczką". Cóż, im dalej w las, tym mniej zaangażowania zabiera mi ta seria, więc pewnie po zakończeniu skwituję ją tylko krótkim "aha". Ale póki co, wyciągnie jeszcze 5/10.
kuba g: Na minus. Powrót do wątku rozpłodowego, który niestety już na 100% będzie najważniejszy dla całej afery. A teraz plusy. Punisher. Dalej podoba mi się jego stara i jeszcze bardziej szalona i wredna wersja. Ale i tak numer kradnie dla mnie Melvin. Serio, dzięki Brubakerowi i Bendisowi nie wyobrażam sobie ważnej dla DD historii bez Melvina i rozliczania go z bycia z jedną z najbardziej niedorzecznych postaci w MU, a tych typów potrafiło zrobić coś więcej z Gladiatora. Chwała im za to. Numer mi się podobał. Nie tak jak poprzedni, ale dalej jestem cholernie ciekawy co będę wiedział w numerze #8.

Fearless Defenders #1
S_O: No cóż. Nie powiem, żebym się tego nie spodziewał, zważywszy na to, kto pisze scenariusz.
Oczywiście, jakby historia była dobra, to nie musiałaby jechać na "kontrowersyjnej" kwestii "seksizmu w komiksach", żeby zapewnić sobie czytelników. Szkoda mi czasu na dalsze pisanie o tym numerze, już wystarczająco dużo go na niego zmarnowałem. Dodam jedynie, że o ile Marvel nie będzie sztucznie utrzymywać tej serii przy życiu, pewnie padnie ona do szóstego numeru. Przynajmniej mam taką nadzieję.
avalonpulse0286d%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Bunn, you so crazy! Nie ma to jak opisać w ramce postać jako "badass", żebym natychmiast zwątpił, że ona tym badassem będzie, no ale Misty jakoś się broni.
Pani archeolog naoglądała się za dużo Indiany Jonesa, ale to Bunn "pożycza" otwarcie "Ostatniej krucjaty". Oh well.
Jedziemy dalej. Pani archeolog rzuca się całować Walkirię przy pierwszym poznaniu. Gdyby to facet coś takiego zrobił to byłoby... rapey*... ale że robi to kobieta to wszystko jest w porządku. Bunn, ludzie tak się nie zachowują.
Cofnijmy się do początku numeru: wszystkim zależy na bezcennych artefaktach transportowanych tym okrętem! Dlatego ci źli strzelają do Misty z rakietnicy. Bunn, you so crazy!
A propos Misty - wolałem, kiedy jej proteza była po prostu protezą, pakowanie tam pól siłowych, pazurów i rakietnicy (you heard it here first, folks!) zamienia ją ze street levelowej twardej detektyw w kolejną postać z gadżetami. Banał.
Podsumowując: miałem duży ubaw z tego, jak Bunn zamienia przeciętne czytadło w bardzo głupie czytadło i przynajmniej przez parę numerów będę mu towarzyszył w tej przygodzie, by przekonać się, jak złe to może być. (Bunnvenom mnie pokonał po 4-5 zeszytach.)
*- no chyba, że byłby to Sean Connery, jemu na ekranie wszystko uchodziło na sucho. Nawet gwałt korekcyjny na lesbijce. Ah, the sixties..
Demogorgon: A miałem takie nadzieje wobec tego komiksu. A co dostajemy? Pozy tak nienaturalne, że nawet 4chan się z nich śmieje, fabułę rodem z lat 90-tych, z dużą ilością walenia się po mordach i fabułą ograniczającą się do podawania wymówek ku wspomnianemu waleniu się po mordach, sama akcja jest rodem z filmu Michaela Baya, nie musi mieć sensu, byle coś wybuchało, Bunn pisze lesbijki jak jakieś swoje chore fantazje...Ten komiks jest tak zły, że aż dobry.
Gil: Weź trzecioligową postać z Avengers, dodaj piątoligową postać, która w ciągu ostatniej dekady miała serie anulowane z pięć razy, posyp garścią zombiaków i dla słodyczy dodaj randomowy lesbijski pocałunek, a potem duś na kiepskim scenariuszu aż zrobi się mdłe. Idealny przepis na chałę. Dawno już nie byłem tak pewny porażki po pierwszym numerze serii. Przecież tutaj nie ma nic, co mogłoby się udać: są postacie, które notorycznie zawodzą w innych projektach, jest scenarzysta, o którym można powiedzieć to samo, nie ma fabuły ani oryginalności, a grafika jest co najwyżej średnia. Nawet nie potrafię powiedzieć o tym nic więcej, bo jest tak nijakie, że żaden element nie zostaje na dłużej w pamięci. Powiem za to jedno: w porównaniu z tym czymś Defenders Fractiona byli fantastyczną lekturą. Tutaj nawet nie mam ochoty sięgnąć po drugi numer. A oceniam na 2/10.
kuba g: Ten komiks ma plusy. Całe dwa. Jeden to, że okładka jest naprawdę ładna, a drugi to, że jest tam Misty Knight, którą uwielbiam zawsze, nawet jak komiks jest tragiczny. A ten komiks jest tragiczny. Wybuch statku, woda, wykopaliska, figurka, walczące szkielety, baba na latającym koniu, walka, lesbijski pocałunek, rozbity artefakt, dziękuję, nie sprawdzę drugiego numeru. Jak mogłem chociaż przez minutę być tak naiwny, że dostanę coś co będę lubił jak Birds Of Prey.

Hit-Girl #5
S_O: Millar znowu zapomniał wziąć swoich tabletek, więc cała seria poszła na dno, tryskająca juchą i kawałkami flaków na wszystkie strony. Sensu nie stwierdzono.

Iron Man vol. 5 #6
Hotaru: To pierwszy autentycznie kiepski numer napisany przez Gillena. Większość fabuły to nieistotne perypetie, które się czyta jakby napisał je jakiś fanboy Star Treka. To, że zilustrował je Greg Land, tylko pogarsza sprawę, polewając całość seksistowskim sosem. Rozumiem, że Tony ma być playboyem, ale bez przesady. Zawiodłem się.
S_O: Czyżby Gillen nie był fanem kozich bródek?
Nie wiem, czemu ludzie narzekają na ten numer - oczywiście poza kreską Landa, bo nawet mimo tego, że mamy do czyniena głównie z kosmitami, rozpoznałem co najmniej kilka z jego ulubionych twarzy. Tak, czy inaczej - Tony poleciał na wakacje w kosmos, i robi to, co zwykle robi na wakacjach: balanguje i podrywa panienki. Nie szukał aktywnie guza, i dlatego fabuła dorwała go dopiero pod koniec numeru. Dla mnie to był przyjemny numer, ale ja jeszcze od czasu miniówek Beta Ray Billa i S.W.O.R.D. jestem ślepy na wszelkie wady Gillena.
Krzycer: Śmiszne. Początkowo liczyłem, że cały numer rozegra się w przestrzeni kosmicznej, pośród walczących okrętów, bo to wyglądało całkiem nieźle. Niestety, już po paru stronach zaczęły się Landowe twarze i nie opuściły nas aż do końca.
Mimo to podobał mi się ten numer. W końcu kiedy ostatnio mieliśmy okazję oglądać rzygającą kosmiczną księżniczkę? No i PEPPER ma fajną kwestię gdzieś w środku numeru. Ale w następnym zeszycie dostaniemy więcej Death's Head, yes? W końcu pojawił się po coś, prawda? W ogóle im szybciej ta seria zamieni się w nieoficjalną kontynuację "S.W.O.R.D.", tym lepiej.
Gil: Początek pierwszej dłuższej historii w tej serii przyniósł mi trochę mieszane uczucia. W pierwszej połowie, gdy Antonio zaczął pokręcać fioletową kosmiczną księżniczkę, przebąkując coś o swoim startrekowym fetyszu, od razu stanęła mi przed oczami niesławna scena z Namorem i zadrżałem. Na szczęście tym razem Gillen obrócił to w całkiem zabawny żarcik i zrzucił mi kamień z serca. A potem Karma Police aresztowała Tośka za ubicie Phoenixa i to właściwie wszystko, co się w tym numerze wydarzyło. Chyba zgodzicie się ze mną, że nie zaszkodziłoby tu trochę więcej treści, nie? Poza tym, zabrakło mi tu jednego słowa, które sprawiłoby, że całą podstawę historii kupiłbym bez mrugnięcia okiem. Słowo brzmi: stargate. A dlaczego się o nie upominam? Bo Antek musiał go użyć, żeby się tam dostać i fajnie byłoby się dowiedzieć, czy sam jakąś zbudował, czy znalazł, czy może coś innego się zadziało. A tak - znajduje się w miejscu, do którego nie mógł dotrzeć na odrzucie i drażni mnie ta mała dziura w fabule. I wciąż drażni mnie jeszcze jedna rzecz: nowa zbroja. Brzydka jest i tyle. W dodatku, w kosmosie bardziej handy byłaby ta czarna, bo wiecie - natural stealth. Ale w sumie, to moje szukanie dziury w całym nie wpłynie bardzo na ocenę i dam 6/10.

New Avengers vol. 3 #3
Hotaru: I wyjaśniła nam się nieobecność Capa w kolejnych numerach. Zostało to rozegrane trochę za mało subtelnie. Hickman mógł dorzucić trochę głębi to powstającego ideologicznego rozłamu, a tak wyszło mu to tak czarno-biało, że aż kreskówkowo. Po raz kolejny gwiazdą numeru jest Frank D'Armata, którego koloru dodają temu komiksowi nowy wymiar. Na razie New Avengers sprawia na mnie lepsze wrażenie, niż druga z pisanych przez Hickamana seria o Mścicielach. Czy tak pozostanie?
S_O: Najpierw Phoenix, teraz Infinity Gauntlet? Czegokolwiek by się Steve nie tknął, spieprzy.
Zniszczenie Infinity Gemów to odważny krok (choć nie tak odważny, jak mogłoby się wydawać, skoro są wykorzystywane w jakiś konkretny sposób raz na dziesięć lat), ale zniknięcie Time Gemu może być podstawą do zresetowania sytuacji. Dalej, wymazanie wspomnień Capa jest nieco niepokojące i głównie pokazuje, że miał podczas tej kłótni rację - choć, swoją drogą, wyjaśnia trochę pewne sceny z początku Bezprzymiotnikowych.
Krótko mówiąc - mam pewne niewielkie wątpliwości, ale nadal będę śledzić tę serię z wypiekami na twarzy.
avalonpulse0286e%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Ok, tutaj czuję skalę wydarzeń. Oraz towarzyszące jej emocje (to mój prztyczek a propos "Forever", bo do dziś nie wiem, o co się w tej bitwie bili...). A na końcu dostajemy wstęp do marvelowego "Identity Crisis" i...
...wróć. Beast wskakuje na pokład HMS Illuminati i od razu uznaje ewentualną konieczność rozwalenia kilku alternatywnych Ziem? Beast?! Ja wiem, że Hank ostatnio olewa takie detale jak unikanie wywoływania paradoksów i ogólne grzebanie w czasoprzestrzeni, ale zero sprzeciwu w tej dyskusji? Nie kupuję tego.
I jeszcze: którego właściwie Beasta rysuje tu Epting? To ma być koci Beast Quitely'ego czy trollowy Beast Immonena z All-New? Bo ani jeden, ani drugi nie powinien mieć ludzkiego nosa jak Beast Eptinga...
(Najwyraźniej nie mam nic lepszego do roboty, bo właśnie poświęciłem 5 minut na obejrzenie wszystkich występów nowego Beasta i odkryłem, że miał ludzki nos również w W&tX-M w wykonaniu Lopeza...)
Anyhoo. Nie pasuje mi ten bezwzględny Beast, ale poza tym komiks jest super. I Black Swan wciąć intryguje, i nawet znalazło się miejsce na odrobinę humoru ("Come now, Henry, you're embarassing yourself.") Hickman wykonuje pierwszorzędną robotę. Epting zresztą też, podoba mi się ten Beast. Choć wciąż wolę kociego.
Szczepi: Tutaj z kolei mamy powtórkę z DC i historii "Identity Crisis". Tym razem pewien bohater-patriota ulega magicznej lobotomii po tym, jak zgłasza swój sprzeciw wobec ewentualnego zniszczenia alternatywnego wszechświata tylko po to, by uratować swój własny. Na co jego koledzy z Illuminati reagują dość histerycznie i magicznie wymazują mu ten pomysł z głowy. Jestem w stanie wysnuć odważna tezę, że Iron Man, dręczony wyrzutami sumienia, postanawia stworzyć armię bohaterów w Avengers pod wodzą Steve'a, by w inny sposób zażegnać czekający Ziemię kryzys. Czego sam Cap pewnie nie jest świadom. Aha, jest jeszcze Beast, któremu nawet nie mrugnie powieka, gdy jego koledzy bohaterowie robią to co robią z Rogersem, pomimo wrodzonej niechęci Hanka do uczestniczenia we wszelkich tajnych knowaniach. Cóż, zobaczymy, jak to wszystko zostanie rozegrane w przyszłych numerach.
Wilsonon: Podzielam opinię Krzycera. Czuć i to mocno wagę wydarzeń. Hickman potrafi to świetnie przedstawić. Mi także nie pasuję Beast. Nagle z moralnego debila pokroju Capa, Batmana i Supermana, którzy stawiają swoje dobre samopoczucie ponad ludzkie życie, staje się Cyclopsem, który dla dobra swoich ludzi jest w stanie zrobić wszystko. Ech, nie podoba mi się to. Czy zachowanie Hanka było jedyna wadą tego komiksu? Hm, chyba kolorysta zrobił błąd bo kolorki gemów się nie zgadzają na kilku kadrach. Może to bład, a może celowy zabieg Hickmana.
Poza tymi wytkniętymi sytuacjami komiks był świetny. Dobre dialogi, akcja gładko przechodząca z jednego miejsca na drugie i dwa twisty, które mi się spodobały. Cap dalej jest cienką pipką, ale przynajmniej inni to widzą i reagują zanim będzie za późno. Ocena: 8/10.
Gil: Ehm… ktoś pamięta jeszcze "Identity Crisis"? Tę historię DC, w której kumple z JLA usunęli wspomnienia Batmanowi po tym jak przyłapał ich na robieniu czegoś niemoralnego? Deja vu much? Teraz mam dziwne przeczucia, że wiem, dokąd ten wątek podąży... Noż kurde, bardzo chciałem pisać peany na cześć tej serii, ale jak się nie da, to się nie da, bo po jednym numerze świetnym, znów Hickman zasiał mi pełno wątpliwości. I nie tylko tym wątkiem ze Stevem. Zaczynając od początku, muszę zadać pytanie: dlaczego Beast? Ok, wymieniono kilka powodów, ale całokształt każe mi myśleć, że najważniejszym było: bo tak. Myślałby kto, że Hank, który oburzał się na istnienie X-Force, nie zechce się bawić w tajnej piaskownicy, ale nie – najwyraźniej przeszło mu. Wątpliwość druga: Xavier ukrył swój klejnot w sejfie zamkiem szyfrowym. I tyle. No niestety, ale tutaj muszę przyznać kudos Bendisowi, bo przynajmniej wymyślił jakieś fancy sposoby na ukrycie klejnotów. Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby najlepszy sejf pomógł, gdyby np. Thanos upomniał się o swoje. Trzy: nadajniki wszczepione w dłoń. Serio? No przecież wystarczy ciach i już wróg to ma, a bohater pozostaje w niezręcznej sytuacji. Cztery: Zniszczenie Infinity Gems? Nie łykam. I tak naprawdę najlepszym fragmentem tego numeru były rozmowy Reeda z Black Swan. A do tego jeszcze nie specjalnie podoba mi się sposób rysowania Beasta (ale to ostatnio norma). W tej chwili mogę tylko wyrazić swoje wahanie oceną 5/10.
kuba g: Pa pa Steve. Co jest najfajniejsze w tym komiksie? To fakt, że Illuminati zachowuje się tutaj dokładnie tak samo jak na swoim początku, po prostu teraz stawka jest podbita, więc i zachowania są bardziej stanowcze. Nie jestem zwolennikiem ukazywania Capa jako idealistycznego moralnego kompasu, zawsze gryzło mi się to w tej postaci i podobnie jest teraz. Ale cóż. W końcu broni marzenia. Natomiast dobrze, że dalej widzę grupę typów podejmujących moralnie dyskusyjne decyzje, byle by podjąć działanie w sprawie, której uważają za najważniejszą. Nie muszę zgadzać się i popierać działań tych postaci. To ma być ciekawe. I jest.

Red She-Hulk #62
S_O: Nie rozumiem, czemu ludzie narzekają, że Parker zmienił Aarona. Przecież pił piwo.
Historia rzeczywiście zaczyna się dłużyć, nadal ma jednak swoje momenty i nadal mi się podoba. Intrygujące jest, że generał Fortean poznał tożsamość Shred - zwłaszcza, że był on przyjacielem Rossa. Ciekawe, że nie została pokazana jego reakcja.
I oczywiście, że Bruce miał na ścianie zdjęcie Tesli. Każdy szanujący się naukowiec powinien takie mieć.
Krzycer: Śliczne okładki ma ta seria odkąd zawitała tu Betsy Ross. Szkoda, że rysunki w środku są co najwyżej porządne. A fabuła... no, jest. Nic tam nie jest szczególnie głupie (poza: "projekt wojskowy zniszczy świat? Pójdę na poligon i ich obiję, to na pewno pomoże!") ale też nic tam szczególnie nie interesuje. Przynajmniej główna bohaterka jest nieźle prowadzona (Aaron w sumie też, ale jeszcze się nie pozbierałem po tym, że Parker olał Ellisowo-Reedową wersję postaci). Liczę, że dodanie Jennifer do obsady zaprocentuje.
Gil: Heh, Banner trzymał zdjęcie Tesli na biurku. Ach, te wąsy. No ale niestety, przejażdżka podziemnym rollecoasterem i pobicie Klucznika z Ghostbusters to wciąż za mało, żeby Srulkie mogła liczyć na dodatkowe punkty. Cały czas brakuje temu tytułowi jednej rzeczy: interesującej fabuły. Ma może jakiś fajny moment tu i tam, ale całościowo nie daje rady. Przynajmniej tak długo, jak na pierwszym planie jest nudny wątek Echelonu, bo tutaj od początku wiadomo, co będzie na końcu. Wielki łomot! I niestety, tutaj wchodzi tendencja Parkera do rozciągania historii, która sprawia, że męczymy się z tym już zdecydowanie za długo, podczas gdy mógłby się zająć czymś innym. No ale dobra, może chociaż wizyta jedynej prawdziwej Shulkie dostarczy nam odrobinę rozrywki. Tymczasem pochwalić mogę okładkę, a za wnętrze dać 4/10.

Secret Avengers #37 (Final Issue)
S_O: Mam wrażenie, że Rick próbował w tym numerze pokazać, że antagoniści nie są tacy źli i po prostu walczyli w to, co wierzą - w końcu poznawszy ich motywacje, czytelnik mógłby się lepiej z nimi utożsamiać i przestać patrzeć na przedstawiony w historii konflikt w kategorii dobre-złe, a może nawet uznać, że to Mściciele są w tym przypadku łotrami. Well, too little, too late. Remender skończył się na Kill 'em All.
Krzycer: Meh. Rick mi zabił O'Grady'ego i zajeździł tę serię... Serię, która od początku była co najwyżej średnia, z wyjątkiem 6 bardzo przyjemnych numerów Ellisa. A jeszcze rysunki w tej ostatniej historii... No, nie pomogły.
A, no i jeszcze jedno - Rick wpadł na świetny pomysł, by w ostatnim numerze pożyczyć ulubiony chwyt narracyjny Bendisa. Jest już po walce, więc teraz uczestnicy opowiedzą nam, jak wyglądał koniec walki. Jakiekolwiek napięcie było w tej historii - siadło zupełnie gdy tylko to zobaczyłem.
Gil: Meh. Mech zarósł ten komiks, a za mchem porosty. Całość jest tak przeciążona dążeniem do wielkiej, epickiej konkluzji, że w efekcie mija ją o milę. Najwyraźniej niektórzy scenarzyści muszą się nauczyć, że nie wystarczy tylko powiedzieć, że coś jest ważne – trzeba jeszcze odpowiednio to pokazać. Druga rzecz, której musi się nauczyć imć Remender to konsekwencje. Jeśli od początku pokazuje się czytelnikowi, że roboty, obcy, czy co tam jeszcze jest złe, to potem nie ma co liczyć, że nagle da się wzbudzić wobec nich litość. Zwłaszcza, jeśli nie daje się im innej motywacji niż "bo tak". Jednoznaczne pokazanie, że robo-życie jest skażone złem swego stwórcy nie tylko rozwaliło klimaks, ale też zupełnie spłaszczyło postać Ant-Mana, która jako jedyna była dobrze wyprowadzona. Ostatecznie możemy co najwyżej poczuć nutę współczucia wobec Pinokia, który musiał spalić teatr marionetek, by poczuć się jak prawdziwy chłopiec. Szkoda tylko, że ten wątek utonął pod warstwą mchu. Cóż, paradoksalnie finał tej historii oceną dorówna nocie, jaką dostałby ode mnie cały ten tytuł na do widzenia, czyli 5/10.

Superior Spider-Man #3
S_O: "Batman jest głupi, patrzcie, jaki jestem kól i edżi!" Jeśli komiks zaczyna się na taką notę, ciężko mi wziąć resztę na poważnie. A że motywacja podwładnych Vulture'a jest, jaka jest...
Krzycer: No, Otto pokazuje jakieś prawdziwe, własne emocje w tym numerze. Podobało mi się to. ...żeby do tego doprowadzić musieliśmy przecierpieć dzieci w sępich kostiumach pracujące dla Vulture'a za żetony do automatów (...żetony do automatów? Czy on porwał te dzieci z lat 90?), a to naprawdę, naprawdę koszmarnie wymęczony set-up, ale końcówka tego numer mi się podobała. W sumie początek ze spider-sygnałem też. Właściwie to cały numer mi się podobał, poza sępimi pisklakami, Casper-Parkerem i tym, że Carlie pozostaje jedyną osobą na planecie, która widzi, że coś jest nie halo. Czyli cały numer podobał mi się selektywnie.
A, no i rysunki mi nie pasują, ale to już wyłącznie kwestia gustu.
Szczepi: Bardzo dobrze się bawiłem czytając ten komiks. Z jednej strony mamy kolejna klisze rodem z DC, która szybko zostaje wyśmiana przez głównego bohatera, który na dodatek zadrwił z burmistrza Jamesona w taki sposób, że ten jej nie wychwycił. Później nastąpiło starcie z dawnym kolegą z drużyny, które szybko przerodziło się w niemal krwawą jatkę po odkryciu kto kryje się za maską małego Sępa. No i na koniec Carlie zaczyna utwierdzać się w przekonaniu, że jest coś nie tak z Peterem. Plusem jest ograniczona obecność dusznego Parkera do minimum i wgląd w wspomnienia Octaviusa z jego dzieciństwa. Powtórzę to raz jeszcze: Może coś z tej serii jeszcze wyjdzie ciekawego.
logan-san: Dan Slott prezentuje ciekawe podejście do opowiadania historii w Superior Spider-Manie. Prezentuje naprzemiennie historie koncentrujące się raz na Otto-Spider-Manie, raz na Otto-Peterze. Te pierwsze są wypełnione akcją, podczas gdy drugie są bardziej wyciszone i pokazują nowe podejście do życia bohatera. Jedyny problem jak dotąd to, to, że te wypełnione akcją są nieznacznie lepsze od tych spokojniejszych. A już historia z Vulturem i "jego pisklakami" jest nawet ciekawa, choć nadal sposób tworzenia historii przez Dana Slotta pozotawia wiele do życzenia. Nie wiem czy facet pisał kiedyś Power Rangers czy był wielkim fanem tego tasiemcowego serialu, ale jeli jego jedynym pomyłem na rozwiązanie jakiegokolwiek problemu jest tworzenie "nowego, lepszego, większego sprzętu" to nie wróżę takiemu pisaniu długiego życia. Było to już uciążliwe, w historiach związanych z "Big Time", ale teraz to już przesada. Sprawia to, że coraz bardziej czekam, kiedy w zapowiedziach Marvela pojawi się teaser ze słowem "Amazing" i nową ekipą twórców na pokładzie. A że tak się stanie i to już wkrótce chyba nikt nie powinien mieć wątpliwości. Historia z Vulturem jest ciekawa, bo pokazuje przeszłość i motywy Otto, jednocześnie wskazując podobieństwa i różnice między Otto i Peterem. Duch Petera podróżuje po niepokojących wspomnieniach Otto z dzieciństwa, kiedy ojciec znęcał się nad nim. To ma związek z obecnie opowiadaną historią o Vulture i tym jak wykorzystał dzieciaki jako wykonawców swoich ostatnich knowań. Ma to niejako wyjaśnić brutalne załatwienie sprawy Sępa. Trzeba też przyznać, że wyzwala pewną sympatię i współczucie do postaci Otta.
Do pozytywów trzeba zaliczyć ograniczenie roli ducha Petera, który jest jednak nadal bardzo irytujący. Pokazuje to tylko, że lepszym pomysłem mogło być pozwolić nieco okrzepnąć nowemu status quo, a nie od razu wprowadzać jego duchową formę.
Początek numeru ze Spider-Sygnałem jest ciekawy i nawet śmieszny. Jak dla mnie to takie puszczenie oka i pokazanie lżejszej strony komiksu. Ale jak się to ma do zapowiedzi "mroczniejszego, bardziej dojrzałego komiksu"? Slott po raz kolejny zapowiada jedno, a prezentuje coś zupełnie innego. Ale jest to przypadłość prawie wszystkich zapowiedzi, zarówno filmowych, jak i komiksowych. Przy tym wydaje się ciekawe, że Otto udało się osiągnąć, to o co Peter zabiegał tyle lat. JJJ w końcu docenia bohatera, mimo że na swój sposób. Gdyby Slotta prezentował więcej rozwiązań na tym poziomie co w tej scenie, może Superior Spider-Man byłby całkiem znośny.
Ponownie rysunki Ryana Stegmana są solidne. Bardzo dobrze wypada rozwinięta scena powietrznego pojedynku pomiędzy Spidey'em a Vulturem, gdzie Stegman pokazuje swój talent ekspresyjnego i dynamicznego przedstawiania opowiadanej historii.
Z dotychczas wydanych trzech komiksów tej serii ten jest najlepszy. Jest tu widoczny pewien postęp.
Gil: O dziwo, ten numer wypadł całkiem fajnie. Począwszy od uszczypliwej (i nie bezpodstawnej) krytyki pod adresem Batmana, przez konfrontację dawnych przyjaciół - teraz po przeciwnych stronach barykady - po finał, w którym Potter przegina i ściąga na siebie podejrzenia. Przy tym wszystkim nawet dość kliszowata motywacja Ottona do ochrony dzieciaków pasuje do całości i nie razi. Innymi słowy, można to ująć tak: ten komiks jest dobry w momentach, kiedy nie jest przegięty i nie próbuje na siłę być zabawny. Tym razem cały numer taki był i szczerze mi się podobał. No dobra, może poza pomysłem, że dzieciaki pracują dla Toomsa za żetony do gier. Ale generalnie jest dobrze i mogłoby tak być częściej. Tym razem dam 7/10.

Thunderbolts vol. 2 #4
S_O: Zacznijmy od tego, że plan Franka jest całkowicie bezsensowny. Nawet, jeśli uruchomienie miny wywołuje ukierunkowany wybuch, to nadal jest wybuch - z gorącem, możliwymi odłamkami i takimi tam, dlatego przyczepienie jej sobie do piersi i przytulanie przeciwnika nie jest najlepszym pomysłem, nawet, jeśli ma się wzmacniany gamma-energią pancerz. Bo hej, geniuszu - twoja twarz nadal jest osłonięta, więc o ile oddziaływanie memetyczne FrankFace'a nie jest silniejsze od ładunków wybuchowych (wikipedia mówi coś o ćwierć kilo trotylu), to Castle będzie miał szczęście, jeśli skończy jak Preacherowy Assface. Gdyby zrobił to Deadpool, jeszcze miałoby to sens - jego można pozbierać do kupy i wrzucić do wystarczająco dużego pudła, żeby się poskładał do kupy, przynajmniej u Waya. Ale Frank?
A to tylko jedna z głupot w tym numerze. Napisałbym więcej, ale ten komentarz już jest dłuższy od wszystkich innych, które przygotowałem do tego wydania.
Gil: Po trzech numerach frankowania, teraz nagle Way próbuje nas przekonać, że chodzi tu o coś więcej. Stara się sięgnąć po elementy historyczne i polityczne z realnego świata, żeby na nich zbudować podstawę swojej opowieści. Niestety, to jak próba wbicia fundamentów pod dom, który już tonie w bagnie. Zwłaszcza, kiedy próbuje się to zrobić trzepaczką do jajek i akordeonem, bo tak samo marny okazuje się warsztat scenarzysty, który rzucił w kąt wszystkie swoje dotychczasowe wątki i poświęcił cały numer na wymalowanie napisu TO JEST WAŻNE I DOJRZAŁE. Nie wyszło. Bardzo nie wyszło. Może w rękach innego scenarzysty, wątek byłby do uratowania (ba! pewnie Ellis zrobiłby z tego hicior), ale tutaj wypada tragikomicznie. I nagle, pod koniec przypominamy sobie, o czym były poprzednie numery, czyli jest to wyraźna zapowiedź, że to, co właśnie przeczytaliśmy nie będzie miało znaczenia, bo wróci rozwałka. No, Way. No. 2/10 to najwyższe, co mogę wycisnąć.

Ultimate Comics: Spider-Man vol. 2 #20
Hotaru: Miałem trochę ponarzekać, że ten numer wyszedł Bendisowi trochę zbyt chaotycznie, ale potem uzmysłowiłem sobie, co się w nim dzieje i doszedłem do wniosku, że to zapewne celowy zabieg. Miles miota się na prawo i lewo próbując zrozumieć, co się dzieje, i do pewnego stopnia to samo dzieje się z czytelnikiem. Zapowiedzi kolejnego numeru pozwalają sądzić, że to nie potrwa długo. Liczę, że Morales - z pomocą Gwen i MJ - przejmie inicjatywę.
Krzycer: Spider-Man stoi przed domem i walczy. A Bendis sam zwraca uwagę na podobieństwo do last standu Parkera. A jednak emocji jest tu trochę mniej (choć pojawia się ich więcej, gdy Jefferson ląduje na taksówce), bo Venom wyskoczył znikąd, nie wiemy kto nim jest, nie wiemy po co przyszedł, a Miles nawet niezupełnie kojarzy, z kim walczy. Więc niczego nie wiadomo, a Bendis nie uznaje za stosowne, by udzielić jakichkolwiek odpowiedzi.
Mimo to przeczytałem ten numer z przyjemnością, ale od UCSM zazwyczaj oczekuję czegoś więcej.

Venom vol. 2 #31
S_O: Dobra, przyznam szczerze, że zaśmiałem się, gdy została ujawniona tożsamość "Hail Mary". Cóż mogę powiedzieć, potrafię docenić dobrego suchara.
Numer przeprowadzkowy, więc głównie zajmujemy się aklimatyzacją i budową nowej obsady. Zdecydowanie lepszy z tegotygodniowych numerów Bunna, ale to znaczy tylko tyle, że nie jest obraźliwie głupi.

Winter Soldier #15
S_O: Podczas bijatyki, która mogłaby być najciekawszą częścią numeru, gdyby tylko nie wydarzyła się poza kadrem, Bucky rozerwał sobie rękaw, żeby nie było żadnych wątpliwości, że to on, z cyber-ręką i gwiazdką na ramieniu i takimi tam. Jeśli autor nie uważa, że czytelnik nie domyśli się, z kim ma do czynienia tylko dlatego, że bohater nie jest w swoich trykotach, to zwykle zły znak.
Numer jest... meh. coś się niby dzieje, mamy jakiegoś zmutowanego agenta Hydry, a potem Bucky daje w mordę starszemu panu i wychodzi. Nie przewiduję tej serii dłuższej przyszłości, nie bez Bru i jego swagu.
Krzycer: Hej, dzieci, nie czytałyście poprzednich czternastu numerów? Żaden problem, połowa komiksu jest poświęcona na przypomnienie the story so far. Nie wiem, czy nowy scenarzysta jest pewien, że tylu nowych czytelników sięgnie po ten numer, czy napisał to, bo nie ma innego pomysłu na postać niż przypominanie nam kim jest. Jeśli to drugie, to dalej będzie tylko gorzej...
Gil: Bang! I seria została zamordowana. Może twierdzenie, że Brubaker był jedyną osobą, która mogła pociągnąć Winter Soldiera jest trochę na wyrost, ale będę musiał przekonać się doświadczalnie, że tak nie jest. Póki co, się nie przekonałem. Trzy czwarte tego zeszytu to bełkot o niczym, połączony ze streszczeniem poprzedniego numeru. Potem pojawia się ten stary dziwak i robi rozpierduchę, a jedyny element, którym miał szansę zaskarbić sobie trochę mojej sympatii został po amatorsku wypikselowany. I znów plasnąłem łapą w czoło, zastanawiając się, co wydawnictwo próbuje osiągnąć, wciskając w taki a nie inny rating tytuł, który ewidentnie powinien celować w dorosłego czytelnika? To druga z rzeczy, które zadecydowały o moim podejściu, ale najważniejsza jest ta trzecia: rysunki. Nie ważne, co wypisywał Bru, dla grafiki Guice'a, albo Larka przeczytałbym wszystko. W tym komiksie grafika ssie i mlaska. Ten team ma dwa numery, żeby mnie przekonać do siebie, bo jak na razie jestem kolosalnie rozczarowany i wystawiam 3/10.
kuba g: Ale się bałem przeczytać ten numer. Niestety dla mnie ciężko uwierzyć, że ktoś przejmie Winter Soldiera od Brubakera i zrobi to dobrze. No i nie do końca umiem ocenić ten numer. Z jednej strony nie jest tak źle jak spodziewałem się, że będzie. Scenariusz w sumie pasuje do obecnego wyglądu S.H.I.E.L.D. już wzbogaconego o Bannera. Rysunki są bardzo dobre i pasują do klimatu. Oczywiście widać już, że będzie groteskowo, ale dam szansę na jeszcze kilka numerów i postaram nie zniechęcić się dziećmi, które widzę na okładce numeru drugiego, postaram się nie myśleć, że to będzie następny kretyński patent jak Hellfire Kids.

 X-Factor #251
Hotaru: Hmm, jest dobrze. Tylko dobrze. A po tej historii spodziewałem się jednak odrobinę więcej. Chociaż PAD rzuca czytelnikowi na pożarcie kilka smakowitych kąsków, to czuję niedosyt. Najgorszym zaś elementem jest koszmarnie pokolorowana okładka.
S_O: Coś wreszcie zaczyna się dziać, PAD przestał się bawić w Seinfelda z mocami i w końcu zaczyna doprowadzać pewne swoje wątki do końca, więc oczywiście wszyscy zaczynają marudzić. Tak samo było z poprzednią wielką historią, tą z Summers Rebelion, i tak samo będzie pewnie za te dwa-trzy lata, jak PAD dociągnie do #300 i zorganizuje wielką konfrontację z Trypem, gdzie zakończy wszystkie swoje wątki. Z takimi fanami nic dziwnego, że mu żyłka pękła.
Numer na tym samym, solidnym poziomie, i wiecie, co? Osobiście uważam, że przez dłuższy czas ludzie chwalili tę serię na wyrost, bo nikt nie miał odwagi przyznać, że nie jest czymś więcej, niż przyjemnym czytadłem z fajnie prowadzonymi postaciami. Dlatego, pisząc opinie do Pulse'a, ograniczaliśmy się do ogólników i zwrotów w stylu "Czy trzeba mówić coś więcej?" - bo jeśli trzeba by było, nikt by tego nie potrafił.
avalonpulse0286f%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Tsk. Dialogi są spoko, jak zawsze, ale PADowi nie udaje się przekonująco sprzedać tej akcji. To są hell-lordowie. Jakim cudem dopadnięcie Tiera jest dla nich takim problemem? Rozumiem, kiedy w sprawę miesza się Jezebel, bo magia i tak dalej, ale kiedy od Tiera dzieli ich tylko X-Factor? Co oni mogą im zrobić? "Dajcie mi chłopca, albo..." - serio? Marvelowi szatani negocjują, zamiast po prostu przebić się przez naszych bohaterów? Nie kupuję tego... Chyba, że ten cały konkurs rządzi się dodatkowymi zasadami, których jeszcze nie znamy - "siedmiomiliardowy człowiek musi zostać zdradzony przez swoich towarzyszy, inaczej zwycięstwo będzie nieważne" czy coś w tym rodzaju.
A propos - to akurat fajne, że Tier jest celem tylko i wyłącznie dlatego, że przyszedł na świat w tej konkretnej milisekundzie. Spodziewałem się, że to będzie wynikało z jego asgardzkiego dziedzictwa czy coś takiego, więc PAD mnie zaskoczył.
Poza tym pojawia się tu pewna zaskakująca informacja, która zostaje podana w bardzo trywialny sposób w dialogu, i to również nie wybrzmiało tak, jak powinno... Choć tu chyba mogę zrzucić winę na rysownika. Jakby dobór kadrów był inny albo co, może ta scena by silniej oddziaływała... Niestety, z Kirkiem z numeru na numer jest coraz gorzej.
Ale, podsumowując, słaby numer X-Factor to wciąż bardzo porządny komiks. Po prostu wiem, że PAD zazwyczaj jest lepszy.
jdtennesse: Niestety, moje pierwsze wrażenie jest takie, że jestem rozczarowany. Ale po kolei. Początek trochę przedłuża nasze poznanie dalszej części najważniejszej historii – M i Darwin mają swoją chwilę, mała bijatyka, ale i tak najciekawsze jest jej zakończenie kilka stron dalej, gdzie poznajemy kto i dlaczego zrezygnował z zażartej walki. A na głównym polu bitwy? No cóż, szału nie ma. Widać wyraźnie, że nasza drużyna nie ma szans w walce z królami piekieł. I gdyby nie pomoc córki Mephisto, byłoby krucho. Chociaż nie jest zaskoczeniem roku, że człowiek(nawet jeśli mutant) nie ma wielkich szans w walce z piekielnymi bestiami. Tak naprawdę ratują się ucieczką. Ale dopiero wyjaśnienie, dlaczego hordy piekielne chcą zabić Tiera zwaliło mnie na łopatki. Tak durnego wytłumaczenia nie mógł wymyślić nikt dorosły, prawda? Zabicie jednego człowieka, o numerze 7 miliardowym??? Jeśli tak łatwo jest zostać królem piekieł, to pewnie i ja miałbym szansę, naturalnie gdybym był mordercą pragnącym władzy nad piekłem.  Więcej sensu miałoby zabicie 7 miliardów ludzi(wiem, że to głupie, ale za to jaki wyczyn), to byłby dopiero szczyt bycia złym. Poza tym, z drugiej strony, pecha trzeba mieć, żeby się akurat urodzić jako ten konkretnie numerowany człowiek. Myślałem, że wymyślą lepszy powód, dla którego to właśnie Tier jest ich celem. Jestem potwornie rozczarowany. Rysunki są zjadliwe. Historia uderzyła głową w mur. 4/10.
Gil: We are not amused… niestety. Tyle było budowania wokół tego wątku, od okoliczności poczęcia, przez ojcostwo, elementy Necroshy, interwencję Heli, duchy, Jack Russel, cały ten build up z Darwinem i w ostatnich paru numerach, żeby teraz rzucić tekstem, że to wszystko zbieg okoliczności, bo Tier jest tylko siedmiomiliardowym mieszkańcem ziemi. Co w dodatku nie ma pokrycia z rzeczywistością, ale to akurat można wybaczyć, biorąc pod uwagę śmiertelność w świecie Marvela. Przykro mi, panie David, ale jestem zawiedziony. Wytłumaczenie „wszystkie diabliska polują na przypadkowego dzieciaka, bo tutejszy bóg orzekł, że kto go załatwi będzie rządził w piekle” jest po prostu... kiepskie. Cały ten długaśny prolog wydaje się straaaasznie naciągany, jeśli wziąć pod uwagę, że wystarczyłaby sekunda w tą czy w tą, a już ktoś inny byłby na celowniku. I znów niestety – taka banda potężnych istot stoi i gada, zamiast od razu wszystkich spopielić i zakończyć konflikt. A teraz będą ich ganiać pojedynczo. Coraz bardziej brzmi to jak zmęczenie materiału. I całość w moich oczach ratuje tylko kilka typowych dla X-Factor elementów, które pozostają na wysokim poziomie, czyli humor, relacje i nawiązania. I znów tylko dzięki temu będzie ocena 5/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0286a.jpgNew Avengers vol. 3 #3
Autor:
Jock

Hotaru: Po raz kolejny okładka bardzo wymownie nawiązuje do tego, co znajdziemy w środku zeszytu. Po raz kolejny, świetnie wykorzystano logo serii, wkomponowując je w projekt. Po raz kolejny, nie ma przepychu, który odwracałby uwagę od tego, co jest tu najważniejsze.






Gniot tygodnia:

avalonpulse0286b.jpgSecret Avengers #37
Autor: Arthur Adams

S_O: Rzadko kiedy piszę na temat oprawy graficznej, i nie bez powodu - praktycznie się na tym nie znam i nawet nie udaję, że jest inaczej. Raz na jakiś czas jednak widzę coś, co naprawdę trzeba wytknąć. Tak właśnie jest tutaj - i nie chodzi mi o twarz Hawkeye'a, która wygląda jak po bliskim i wielokrotnym spotkaniu ze ścianą, to możnaby argumentować fabułą. Nie, mam na myśli brak cięciwy w jego łuku. I choć ten błąd jest rażący, najbardziej irytuje fakt, że do jego naprawienia wystarczyłby cienkopis i naprawdę długa linijka. Mała rzecz, a drażni.




Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.02.06
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.