Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #285 (04.02.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 4 luty 2013Numer 5/2013 (285)


Choć ostatnia środa stycznia nie obfitowała w dużą ilość komiksów, jednak i tak nie przeszkodziło to, by w Pulsie znalazła się spora ilość waszych recenzji. Tym bardziej zapraszam do zapoznania się z nimi.

avalonpulse0285b%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers vol. 5 #4
Hotaru: Mam bardzo dziwne wrażenia z lektury. Nie zdawałem sobie nawet sprawy, jak bardzo rysunki Jerome'a Openy budują klimat historii Hickmana. W tym numerze za ołówek chwycił Adam Kubert, i jest... inaczej. Kiedy scenariusz Hickamana ilustrował Opena, nie odczuwałem żadnego dysonansu. W tym numerze zaś, chociaż zdaję sobie sprawę, że scenarzysta pisze spójnie, to nagle zaczęły nachodzić mnie wątpliwości - czytam poważną scenę, ale jak patrzę na te rysunki mam wrażenie, że zaraz któraś z postaci puści do mnie oko, że to tak naprawdę pic na wodę i jedna wielka zlewa. Nie muszę chyba mówić, że moja immersja w fabułę zmalała o połowę.
S_O: Po pierwsze: Nowy Hyperion. Z jednej strony cieszę się, że to nie jeden z tych złych Hyperionów, których na 616 jest już kilku, bo wobec tego odpada jakiś głupi wątek "odkupienia", a to pozwala na rozwój w najróżniejsze strony. Z drugiej strony jednak jest to KOLEJNY Hyperion na 616. Co też możę mieć swoje dobre strony - jeśli wszystcy zamieszkają w jednym mieszkaniu i staną się gwiazdami przezabawnego sitcomu. Poza tym, origin tego nowego Hypka sugeruje, że historie w Avengers i New Avengers będą powiązane, a to daje nadzieję na to, że na następny "Forever" Hickmana będziemy musieli czekać dwa razy krócej (czyli coś ponad rok).
Po drugie: Cieszę się, że tak to wygląda - najwyraźniej w każdym numerze będziemy się skupiać na wybranej części wielkiej drużyny. I bardzo dobrze, w związku z tym każda postać będzie miała swoje pięć minut. Nie będzie za to za wiele czasu na siedzenie i wcinanie chińskiego żarcia, ale chyba nie jestem jedynym, któy uważa, że w poprzednim runie mieliśmy tego dosyć.
Również: najwyraźniej zebrządka gadają po Adamowemu. Interesujące.
Undercik: Akurat na Hyperionach się prawie nie znam, więc to, że dostaliśmy nowego mnie średnio obchodzi. Za to to co mnie interesuje, to fakt, że zmiana rysownika w tym numerze jest olbrzymim minusem. O ile fabularnie Hickman po raz kolejny daje radę, to Kubert kompletnie zawiódł. Nie dość, że mamy zmianę stylu, to jeszcze mam wrażenie, że artysta nie przyłożył się do tego numeru. Naprawdę szkoda, bo historia na tym traci, a szczególnie jej jednolitość. Mnie kuło to w oczy tym bardziej, że czwarty numer przeczytałem od razu po zakończeniu lektury trzeciego.
Krzycer: Ok, po trzech numerach nastawionych na pokazanie kosmicznej skali zdarzeń dostajemy coś skupiającego się na pojedynczej postaci, plus parę fajnych interakcji. Podoba mi się. Kubert to nie Opena, ale rysunki też są w porządku.
Nie jestem pewien, co sądzić o bezpośrednim podciąganiu Hyperiona pod Supermana. Mam wrażenie, jakby Hickman postanowił pokazać DC, jaki Superman powinien być... No nic, zobaczymy, jak go dalej rozwinie.
Nawiązanie do New Avengers - wiadomo, Hickmany spiskują, chybaśmy wszyscy tego oczekiwali.
A w ramach postscriptum - zdaje się, że - tłumacząc z asgardzkiego angielskiego na powszechną polszczyznę - Thor komentuje pogodę w Savage Land frazą "Na spocone jaja Surtura!"
kuba g: Nie wiem co mam myśleć o tym numerze. Z jednej strony podobało mi się, ale z drugiej zaczyna mnie męczyć ta forma narracji, no i nowy Hyperion... czekałem na historię o nim ale po lekturze zaczynam się obawiać, że dostanę pseudo naukową powtórkę z Sentry. Pod każdym względem, czyli spoko debiut, następnie świetne przedstawienie w świat na łamach flagowca, a potem brak pomysłów co zrobić z nim dalej bo nikt nie będzie wiedział jak zabrać się za postać w innych tytułach. Może zbyt szybko na to czarnowidztwo ale tak mnie natchnęło w połowie zeszytu. Tak czy inaczej, skoro Hickman powiedział, że nowy Hyperion ma nie być "tanią analogią do Supermana" to daję szansę dalej.
Gil: Zwalniamy tempo i schodzimy trochę z kosmicznego pułapu wydarzeń. Chociaż nie do końca, bo tym razem numer kręci się wokół Hyperiona i dzięki temu dowiadujemy się dwóch ważnych rzeczy. Pierwsza: to zupełnie nowe wcielenie Hyperiona, pochodzące z innego świata, który niedawno został zniszczony. Druga: zniszczenie wyglądało dokładnie tak, jak opisane w New Avengers. To zaś oznacza jedną rzecz, która sprawia, że morda mi się cieszy – obie serie są mocno ze sobą powiązane i kierują się ku wyraźnie ustalonemu finałowi. Hickman w tej mierze nie zawodzi, więc już ślinię się na myśl, że dostaniemy coś na miarę Forever, albo i większe. A póki co, numer ujawnia nam, że było jeszcze jedno uderzenie genesisowej bomby i AIM ostrzy sobie na nie zęby. No to czekam na więcej! Niestety, numer ma też jedną dużą wadę: rysunki. Adam Kubert potrafi rysować świetnie, ale tutaj w ogóle się nie postarał. Wygląda, jakby rysował to w metrze, w drodze do roboty. Ale nawet z tym minusem, nadal numer zasługuje na 7/10. Aha, wszystkim zauważającym podobieństwo Hyperiona do Supermana przypominam, że właśnie o to chodzi.
Gamer2002: Przybliżamy tutaj dla odmiany Hyperiona no i kontynuujemy co z tym śmieciem, które Ex Nihilo zrzucił na Ziemię. Pierwsze jest dobre i ciekawe, drugie jednak było jedynie zabawną miejscami typową historyjką. Dobrze że się wzajemnie to jakoś uzupełniło, ale jedynie 7/10.
 
Dark Avengers #186
S_O: Shit's going down! Trochę szkoda, że w jakimś dziwnym alternatywnym świecie, bo nikogo to nie obchodzi. Swoją drogą najwyraźniej ten "Wszechświat" nie sięga dalej, niż granice Układu Słonecznego, co przywodzi mi na myśl "Age of X"...
Kolejnym minusem jest to, że tytułowi bohaterowie, poza Skaarem i Moonstone, nie robią wiele poza gadaniem, choć to najwyraźniej zmieni się w następnym numerze.
Ale to wszystko wynagradza scena wejścia Sue. Mad props.
Ostatnie myśli: trochę szkoda, że zamkną tę serię, ale potrafię zrozumieć, dlaczego, i płakać nie będę. Swoją drogą, czy istnieje jakaś seria Parkera, której mu nie zamknęli?
Krzycer: Się dzieje. Parker słabo poprowadził narrację - w gruncie rzeczy Covington, Trickshot, USAgent i mikro-Apec cały numer stoją i gapią się w monitor - ale przynajmniej dostaliśmy też parę przebitek z bitwy, którą obserwują. Tak czy inaczej, napięcie było przez to niemal zerowe.
Ale. Feudalny Nowy Jork pozostaje ciekawym miejscem, strasznie podobał mi się również wizerunek tamtejszej Sue Storm. No i Walker przejmuje dowodzenie, co też wypada fajnie. Convington trochę za miękko wypada, ale Parker od samego początku miał też problem z Moonstone, a to ten sam typ postaci, więc to po prostu wada wrodzona...
Tak czy inaczej, będzie mi przykro, jak już zamkną tę serię.
Gil: Okay, historia trochę nam się porusza naprzód, kilka elementów układanki wskakuje na miejsce i dowiadujemy się, że jest jeszcze ktoś, kto prawdopodobnie wywołał cały ten bajzel. Rzeczywiście zapowiada się więc, że ta zabawa w alternatywnym świecie potrwa dłużej. To zaś leży u podstaw mojej teorii, że ten tytuł nikogo nie obchodzi i nie bardzo wiedzą, co z nim zrobić, więc po prostu zesłali postacie na ubocze i doją serię, póki przynosi jakiekolwiek zyski. Innym dowodem na potwierdzenie tej teorii niech będzie fakt, że nikt nie zawrócił sobie głowy edycją. Jak można traktować poważnie komiks, w którym nie potrafią poprawnie napisać imion postaci? Piszą "Sophen" zamiast "Sofen", "Al Alpaec" to chyba jakiś stryjeczny bratanek Ai Apaeca, a i parę innych głupich błędów się znalazło. W dodatku grupa wciąż określa się jako Thunderbolts. Prawdopodobnie doczytam do końca ten arc, bo jeszcze daje radę utrzymać moją ciekawość, ale pójdę za przykładem autorów i przestanę go traktować poważnie. A tym razem, za brzydkie zaniedbania, dam 3/10.

Hawkeye vol. 4 #7
Hotaru: Numer spoza kolejki. Fraction był tak wstrząśnięty spustoszeniami, jakie huragan poczynił w Nowym Jorku i okolicach, że przekonał redaktorów Marvela, by napisać o tym komiks. Dlatego trochę się go obawiałem. Niepotrzebnie. Fabuła jest na stałym wysokim poziomie. Rysunki zaś to inna para kaloszy. Ponieważ ten numer nie był planowany, mamy tu dwóch rysowników, którzy średnio poradzili sobie z zadaniem. Na szczęście kolorysta Matt Hollingsworth dokonał cudu, więc warstwa graficzna nie przeszkadza, a czasami wręcz bawi. Jestem zadowolony.
S_O: Wiecie, co mi przywodzi na myśl ten numer? Amazing Spider-Mana vol. 2 #36, tego z atakiem na WTC. Z tego, co rozumiem, procesy myślowe Straczynskiego i Fractiona były całkiem podobne. Jedyna różnica jest taka, że Straczynski to Straczynski, a Fraction to Fraction.
No i wyobrażam sobie, jak musieli na ten numer zareagować czytelnicy z Nowego Orleanu.
No i byłem gotów skrytykować wątek "nowojorczyk wyjeżdża z Nowego Jorku i natychmiast wszyscy są dla niego mili", bo spotkałem się z tym chwytem już kilka razy, w komiksach i poza nimi, i trochę mnie irytuje. Ale wtedy pomyślałem, że teraz fakt, że wszyscy cywile, których widzimy, tak nie cierpią herosów, nareszcie zaczyna mieć sens - w końcu to w większości nowojorczycy!
Krzycer: Fajny numer. Nic wielkiego, dwie historyjki z huraganu, obie sympatyczne. Ta z Kate strasznie banalna (zabrakło jakiegoś wprowadzenia/foreshadowingu/czegokolwiek do interwencji mieszkańców Jersey), ale i tak mi się podobała. I nawet brak Aji nie był strasznym ciosem, dwaj rysownicy nieźle się spisali.
kuba g: I znów, Fraction jak chce to potrafi, albo po prostu potrafi jak stara swoje historie trzymać jak najdalej od czystego superhero. Nie raz czytając wywiady z typem wiedziałem, że ma dobrze poukładane w głowie gdy chodzi o wizję świata, dlatego nie specjalnie zdziwiło mnie to, że zabrał się za komiks zostawiający w 616 ślad po huraganie Sandy, jak i to, że przekazał swoje wynagrodzenie dla ofiar tegoż. Ale nie spodziewałem się jak dobrze wyjdzie mu sama historia. Uniknął nadmiaru patosu, pozwolił mi się śmiać zaskakująco często (za ilość muzycznych odnośników z NY/NJ w tym numerze ma szacunek u mnie do końca) jednocześnie trzymając klimat serii idealnie.
Gil: Hmm… skąd w ogóle… a, nie – rzeczywiście było parę miesięcy temu jakieś zamieszanie z Nowym Jorkiem i huraganem. Heh, zupełnie zapomniałem. Silly me. Fraction natomiast postanowił nam o tym przypomnieć, żeby… charytatywnie wesprzeć mieszkańców Jersey, którym zamokły rodzinne albumy? Okay, powiedzmy sobie szczerze: ten numer jest o niczym. Nie ma fabuły, tylko zlepek przypadkowych dialogów i sytuacji, które jednocześnie próbują być komiczne i tragiczne, czyli w rezultacie wychodzi farsa. Jeśli Mr. Ułamek chce nas przekonać, że przeżył głęboko całą akcję z huraganem, to niech nie pisze takich bzdur, jak Hawkguy stojący sobie w wodzie, która porywa samochody, albo Kate otwierająca samochód pod wodą. A skoro już o niej mowa, to Kate wygląda w tym zeszycie pas-kud-nie z naciskiem na NIE! I w ogóle, za te rysunki ocena poleci (no dobra, rysowników było dwóch i tylko jednemu należą się ostre cięgi, ale nawet nie napisali, który co rysował, więc oberwie się obu). A tą oceną będzie 3/10.
avalonpulse0285c%20%5B1600x1200%5D.JPG
Journey Into Mystery #648
Hotaru: Nie mogę wyjść z podziwu nad tym, jak bardzo ta seria mi się podoba. Kathryn Immonen i Valeria Schiti może nie kontynuują klimatu baśnie wprowadzonego przez Kierona Gillena, ale niech mnie, jeśli to nie jest kawałek naprawdę przyjemnego i do tego świetnie wyglądającego komiksu. Z numeru na numer staję się coraz większym fanem Sif. Cieszę się też, że seria jest o wiele wiele lepsza, niż jej zapowiedzi. I na koniec - świetna okładka!
S_O: Zaraz, jakim cudem się przeteleportowali? To będzie jedna z tych Kaśkowych historii, prawda?
Sif tymczasem zabija gigantyczną mechaniczną potworę i znajduje swoich osobistych Three Stooges. Niby niewiele, ale Sif nadrabia to swoim nowym charakterkiem, kontrastującym z zachowaniem jej nowych znajomych.
No i końcówka... Kości zostały rzucone!
Krzycer: Śliczna okładka. W ogóle JIM w nowy rok znowu wchodzi ze świetnymi okładkami.
Historia rusza się odrobinkę, numer wypełnia głównie radosna siekanina, ale i to się fajnie czyta i ogląda. Jestem na tak... choć mogłoby się tu znaleźć trochę więcej treści.
Demogorgon: Bardzo miła lektura. Podoba mi się postawa Sif, która wyraźnie ma jakiś poziom samokontroli, skro potrafiła nie pozabijać innych berserkerów, a przy tym wyraźnie dobrze się bawi. Podobały mi się scenki humorystyczne, podobało mi się nonszalanckie podejście Sif do wszystkiego, podobał mi się występ Heimdala, podoba mi się nawet kto wpadł w odwiedziny na ostatniej stronie. Nie ma tu czegoś, nad czym mógłbym się rozwodzić w jakiś superlatywach, może za wyjątkiem tego, że z każdym numerem postać Sif staje się coraz bardziej interesująca i coraz bardziej ją lubię,ale też nie ma żadnych poważnych wad. Dobry komiks - tylko tyle i aż tyle.
Gil: O, a tu dla odmiany zaczyna się robić ciekawiej. Angry Sif robi niezłą rozpierduchę i zapowiada się, że będzie jeszcze ciekawiej, skoro już dotarła na ziemię i wpadła wprost na Octo-Spidera. Z drugiej strony, coś ciekawego wyłania się z tej studni i prawdopodobnie tam będziemy szukali rozwiązania wątku. Cieszy mnie też, że pojawia się drugi front, którego główną postacią jest Heimdal, bo zawsze czułem, że powinien robić trochę więcej niż tylko stać na moście. Szkoda tylko, że historia na siłę dopasowuje się do ratingu i jak już Sif coś wypatroszyła, to musiało się okazać, że miało niebieska krew i technicznie w ogóle żywe nie było. Meh. Ale i tak jestem na tak, zarówno fabularnie, jak i graficznie, więc wystawię solidne 6/10.
Gamer2002: No, w końcu seria się rozkręciła, tak samo jak główna bohaterka, która radośnie podchodzi do zabijania potworów. Rzeczywiście miło, że Heimdal dostaje rolę, w sumie motyw rodzeństwa to element zachowany z poprzedniego runu, mam nadzieję że jednak będzie go tu więcej niż u Gillena gdzie brakowało go w środku. Rysunki też mi się podobają i jest zabawnie, uczciwe 7.5/10.

Punisher: Nightmare #5
S_O: Przynajmniej tytuł nie kłamał. Była to miniseria o Punisherze i była koszmarna.
Przeciwnik był strasznie głupi, podobnie jak jego bezsensowny bełkot, choć Frank deptał mu po piętach, popełniając błąd na błędzie, jak przez całą miniówkę.
Przynajmniej moment, w którym Frank wysadził Johnny'ego, był satysfakcjonujący. Choć z drugiej strony tyle C4 pewnie wyrwałoby krater na pół Cental Parku.
kuba g: Skoro zabrałem się wcześniejsze odcinki to musiałem przeczytać i ten. Mniejsza o to, że po dwóch spoko numerach przyszły patenty tak głupie i złe, że chciałem rzucić to w cholerę. No ale słowo się rzekło... i oczywiście ten numer też jest wypełniony walkami w klimacie 80's Frank Castle i idiotyczną współczesną wersją Nuke'a z fryzurą na zbuntowaną Storm. Ok, przetrwałem ten numer, przetrwałem gadki Johnnego Nightmare, które mimo prób bycia poważną przemową tylko męczyły. Sama idea serii miała naprawdę potencjał, niestety forma nie sprostała dzisiejszym wymaganiom. Grunt, że ostatnie strony z Frankiem zamykającym sprawę do końca były znośne. Ot, następna mini z Frankiem, której równie dobrze mogło by nie być i której największą wadą jest to, że wychodzi w momencie, gdy Rucka zamyka swoje wątki w War Zone.

Punisher: War Zone vol. 2 #4
S_O: Frank przechodzi do ofensywy, i z tym momentem historia zaczyna robić się nieprawdopodobna (żeby nie użyć bardziej dosadnego słowa). Bo infiltracja Avengers Tower naprawdę nagina "zawieszenie niewiary", a to, co przychodzi po niej, mimo, że efektowne, nie ma wiele sensu.
I trochę zabawne, że Cap, który ufał Loganowi przez całą długość wojny z jego, było, nie było, przyszywaną rodziną, zaczyna coś podejrzewać TERAZ.
Krzycer: Franek ot, tak potrafi sterować puszką? Zbroją, do której Stark musiał kiedyś zaaplikować sobie Extremis, żeby nadążać ze sterowaniem? Może Castle ukradł "Baby Steps Armor"... A poza tym - meh. Wolałem, jak Thor doprowadzał Franka do porządku piwem i przemowami, niż jak Frank przerabia na szaro wszystkich Avengers.
Tak czy inaczej, nie mogę się doczekać końcówki, ale niemal wyłącznie ze względu na Cole-Alves.
kuba g: Gdybym się miał czegoś czepić to tylko tego, że zbyt łatwo Frank dostaje się do Stark Tower, mimo, że z drugiej strony pamiętamy, że i do Baxster Building potrafił się dostać, więc tylko się czepiam. Ale jakoś zawsze dziwnie mi się patrzy jak Frank staje się mistrzem taktyki, który w sumie mógłby sprzątnąć Dooma. Reszta to jak zwykle 100% Rucki, czyli postaci, które nawet jak są bogami to zaczynają być o wiele bardziej prawdopodobne i wiarygodne, świetne dialogi i żelazna konsekwencja. Czekam na ostatni numer (i na to, że będzie więcej Matta niz tylko wspomniany przez resztę).
Gil: Hm, jeśli sądzić po wyglądzie Stark Tower, to ta historia chyba rozgrywa się w filmowym uniwersum. A jeśli sądzić po zachowaniu Karzącego Franka, to w tym filmie gra go Steven Segal. Tak, znów będę się wkurzał na to, w jaki sposób jeden facet ze spluwą góruje nad całą bandą strzelających laserami z dupy. Okay, nie odmawiam Punisherowi sprytu, więc jeszcze mogę kupić motyw z fałszywą zasadzką. Ale za nic w świecie nie przełknę tego, że ot tak wlazł do wieży Avengers, załatwił Tośka i zajumał mu zbroję. No friggin' way! Nawet pod hasłem: Marvel – we learn nothing. Wieża musi mieć zabezpieczenia i system ochrony (zanim ktoś wypomni: pamiętam, że wlazł tam w "Civil War", ale wtedy miał po swojej stronie ludzi, którzy znali plany i to była inna wieża, więc nie może użyć tych samych sztuczek), a jeszcze lepiej musi być zabezpieczona zbroja Iron Mana. Zwłaszcza, że jest sprzężona z jego układem nerwowym! Tak więc jedyne co usprawiedliwia wydarzenia tego numeru to plot convenience i przekonanie autora, że Franek jest super awesome. Z pewnością ci czytelnicy, którzy podchodzą do postaci z tą samą wiarą nie będą widzieli w tym wszystkim nic złego, ale jeśli ktoś lubi logikę w tym, co czyta, przywali głową w mur. Za to przyznam, że wyglądało to całkiem nieźle i za ten fakt podniosę ocenę do 4/10.

Superior Spider-Man #2
OFF RECORD: Czy to nadal masturbacja, jeśli ciało nie należy do ciebie?
S_O: Szalony geniuszy wykorzystuje swój potężny umysł, by zaliczyć supermodelkę. JAKI BĘDZIE JEGO KOLEJNY KROK NA DRODZE DO DOMINACJI?
Cały ten numer był, pardon my retconed french, Crazy-Town Banana-Pants. Wszystko, od tłumów nagle uwielbiających Pająka, przez Petera irytującego nawet po śmierci, aż po randkę Potta ze swoją prawicą, jest niebywale frustrujące. Mam nadzieję, że powrót Petera będzie równocześnie ostatnią historią Slotta.
Swoją drogą, jak zacząłem pisać ten komentarz, w słuchawkach zaczęło mi lecieć "I Just Had Sex" od Lonely Island. Oh, Windows Media Player, you so crazy.
Demogorgon: I.... nic się nie wydarzyło. Potto dalej popisuje się jaki to jest Superior i jest to właściwie jedyna zaleta tego numeru, jego plan z spider-botami był naprawdę pomysłowy, a rzucenie MJ podyktowane logiką, której Peterowi brakowało. Niestety mamy tu też więcej creepy stuff z Ottem przeżywającym erotyczne wspomnienia Petera, a po jego minie łatwo wywnioskować co robił w tym czasie, są tu też jakieś żałosne mini-Vulture'y, Carlie Cooper, głupio pisany JJJ oraz Ghost Peter, który jest niewiarygodnie wręcz irytujący, a wszystko to pokryte paskudnymi rysunkami. A przy okazji, to, że się walnie bohatera narzekającego jak cholernie głupia jest fabuła, nie zmienia faktu, że ta fabuła dalej jest cholernie głupia.
avalonpulse0285d%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Pervert-Man, Pervert Man, does whatever a pervert can.
Byłem przekonany, że Slott sobie strzela w stopę wprowadzając tak szybko Casper-Parkera ale, ojej, nie sądziłem, że rezultaty będą aż tak złe. Że ecto-Parker będzie komentował każdy kadr komiksu. Naprawdę wolałbym, gdybyśmy mogli obserwować samego Ottona. Który przynajmniej jest autentycznie zabawny, w przeciwieństwie do poprzedniego Pająka a'la Slott.
No i zamawia herbatę jak Jean-Luc Picard. Już go lubię.
logan-san: Moja największe zastrzeżenie, jak dotąd jeśli chodzi o Superior Spider-Mana, to fakt, że nie spełnia obietnic złożonych w Amazing Spider-Man #700. Na końcu ASM, Doctor Octopus doznał olśnienia, kiedy uderzyły w niego wszystkie wspomnienia i doświadczenia Petera Parkera. W końcu dowiedział się, jak to jest być po drugiej stronie konfliktu, w którym uczestniczył przez tak wiele lat jako łotr. W wyniku tego obiecał umierającemu Peterowi Parkerowi, że będzie czynił dobro, aby uhonorować co ten osiągnął kiedy to on był Spider-Manem.
Ale po dwóch numerach dotychczasowej serii, nie wydaje się, aby Otto Octavius zmienił się w jakikolwiek sposób (poza zmianą ciała). Wydaje się, że podchodzi on do bycia Peterem Parkerem w sposób, w jaki podchodził do każdego eksperymentu (lub szerzej działania) przez całe swoje dotychczasowe życie - sprawić aby coś było lepsze, "superior", jak to podkreśla tytuł. Tylko, że jest to lepsze tylko w jego wąskim myśleniu. Problemem jest to, że jest on nadal bardzo płytkim gościem, a jego wewnętrzne monologi czyta się jak byłyby to myśli maniakalnego, z lego łotra. Duch Petera nawet zwraca na to uwagę, ale to nadal nie poprawia tej sytuacji. I jest to kolejny problem z tym komiksem - uwierzcie mi, ja (jak i każdy innych czytelnik komiksów) nie mamy żadnych wątpliwości co do "Śmierci Petera Parkera". Wiemy i nie mamy co do tego, żadnej wątpliwości, że on wróci. Pytanie tylko po co mówić o nowym status quo, które nie potrafi być utrzymane nawet dwóch miesięcy? Z "duchow(n)ym Peterem komentującym każdy ruch Doca Ocka, nie mamy w ogóle szansy na przyzwyczajenie się do Ocka w ciele Petera i obserowania jego rozwoju jako postaci. Przez to dominuje odczucie, że Slott i Spółka są tylko o kilka numerów od przywrócenia wszystkiego do normalności, a końcówka tego numeru tylko dolewa paliwa do ognia. Końcówka jedynie dodaje nam wyjaśnienie po co została stworzona postać Carlie, która do tej pory była postrzegana przez wszystkich (anty-)fanów za jedną z najgłupszych w całej historii Spider-Mana, a teraz okazuje się, że jako jedyna wśród wszystkich Brainiaców dostrzega, że coś jest "nie halo". Jedynie ona pośród dziwnych zachowań Petera i Spider-Mana dostrzega, że jego zmiany zachowania są dziwne.
Jeśli chodzi o warstwę rysunkową, to jest w porządku. Nie jest to może poziom z danych dobrych lat, ale jest lepiej niż bywało. Historia skupia się bardziej na Peterze, co było kiedyś moim marzeniem. Jednak dialogi Slotta i sama historia bardzo irytują. Miało być chyba śmiesznie, jest żałośnie. Postaci irytują swoim zachowaniem. Czyta to się jak jakąś parodię, a nie komiks, który miał kiedyś wspaniałe historie i dialogi (ukłony dla Straczyńskiego).
Gil: Czy aby tytuł tej serii nie powinien brzmieć Sexual Harassment Spider-Man? Wiele rzeczy w tym numerze wypadło zabawnie, ale jestem przekonany, że żadna z nich nie miała taką być w zamyśle autora. Potter lata za MJ z wywieszonym jęzorem, jak ten wilk z kreskówki, a potem zadowala się wspomnieniami prawdziwego Petera i postanawia przespać się z problemem – if you know, what I mean :> Piotruś duch kręci się za nim jak smród za Toadem i co chwile przekracza kolejne granice frustracji. A najlepsze jest to, że również przebiera się w kostium Spider-Mana, bo… ghost stuff, no need 2 explain. A potem jeszcze walczą z Sępo-Muppetami i w tym momencie już wyłożyłem się ze śmiechu. Za parę lat będą opisywać to w kolumnie "the strangest comic stores ever told", a ludzie będą boki zrywać. Ale hej, teraz poważnie: Carlie jest na tropie, więc dni wieczornych zabaw przy myślach o MJ Pottera są już policzone. Buahahahahaha! Nie no, po prostu nie mogę oceniać tego komiksu poważnie i wściekać się na niego. Dam mu 4/10 i pójdę się porządnie wyśmiać.
Gamer2002: Gdy poprzedni numer skupiał się na Spocku jako Spider-Manie, ten skupia się na nim jako Peterze Parkerze. Mnie to nawet bawiło i to w pozytywny sposób. Randkowe pomysły Otta i komentarze Parkera (co do narzekań że się nie zamyka - Peter Parker się nie zamyka) były dla mnie zabawne, a decyzja jaką podjął na końcu Otto pokazuje, że rzeczywiście udało się zaszczepić w nim odrobinę samopoświęcenia. Co prawda wzdychałem nad tym jak Spock jest oczywisty, to że Peter to wypomina wcale nie pomaga, a numer z wspominaniem pornosów to rzeczywiście był wielkim eh. Przynajmniej MJ trzymała go na dystans półki naprawdę nie zrobił czegoś porządnego. Niech będzie 6/10, lubię buddy copy.

X-Men: Legacy vol. 2 #5
S_O: Elementy układanki zaczynają tworzyć jedną całość. I muszę przyznać, że całość ta jest intrygująca. Choć zapowiedzi przyszłych numerów psują trochę efekt wywołany przez cliffhanger, to nadal jest świetna lektura i jeden z najlepszych komiksów z "X" w tytule, jakie obecnie wychodzą.
Krzycer: Numer piąty, czyli "ten, w którym dostajemy odpowiedzi". Ciekaw jestem, czy Mike Carey miał na myśli coś zbliżonego do tego, co tu zobaczyliśmy, gdy pisał spotkanie Blindfold z Destiny. Cóż, w ogólnym zarysie wszystko się zgadza.
(Przy okazji, cieszę się niezmiernie, że Spurrier jest kolejnym w coraz dłuższym szeregu scenarzystów kompletnie ignorujących "Young X-Men" Guggenheima, z których wynikało, że speech pattern Blindfold wynika z tego, że nieustannie rozmawia z niewidoczną Cipher. Btw, co się dzieje z Cipher? Pamiętam, że widziałem ją w tle na jednym kadrze w Westchester post-Schism...)
Odpowiedzi, które dostajemy... cóż, nie tego się spodziewałem po tej konkretnej tajemnicy. Czyli zostałem zaskoczony. Tyle tylko, że Blindfold jest niezwykłą postacią, a jej brat jest dość banalny. Choć to w sumie ciekawa dychotomia.
Tyle mglistego omawiania pomysłów Spencera. Sam komiks jest w porządku. Wypełnia go niemal wyłącznie ekspozycja, no i Legion domyśla się prawdy dużo, dużo, dużo później, niż czytelnik, przez co napięcie w końcówce siada, ale i tak wciąż mi się podoba.
Tylko broń Boże, żeby Spencer nie chciał "uzdrowić" Blindfold, oddając jej to, co straciła. Jak to ujął Gaiman w 1602 - "jest ciekawsza w tej formie".
Gil: Jak to miło, gdy okazuje się, że dziwne i na pozór przypadkowe wydarzenia z początku serii jednak miały jakiś sens. Już wcześniej można było się spodziewać, że Złowieszcze Gały będą grały jakąś większą rolę, a gdy tylko w tym numerze pojawiła się wzmianka o brakujących oczach złego brata Blindfold, wszystkie kawałki układanki wskoczyły na miejsce. Nawet fajnie się to wszystko komponuje i chyba tylko predefiniowana podejrzliwość wobec historii ze złymi bliźniakami, braćmi, pradziadkami i ciotkami przynosi jakikolwiek dyskomfort. Nie miałbym natomiast nic przeciwko, gdyby Legion i Blindfold się sparowali, bo od imprezy z jednym popaprańcem lepsza może być tylko rozpierducha z dwoma ;) . Tymczasem dostajemy po_prostu_fajną akcję, z przemyślaną dywersją i zaskakującymi konsekwencjami oraz konkretny rzut oka na przeszłość Ruth. Od pełni satysfakcji dzieli mnie tylko niejasne skojarzenie, że powinno się w tej retrospekcji znaleźć jakieś połączenie z Destiny. A może mi się zdawało? Tak czy inaczej, seria się rozkręciła i coraz bardziej mi się podoba, więc wystawiam zwyżkujące 7/10.
jdtennesse: Przygody Legiona od początku przypadły mi do gustu. Ten numer nie jest wyjątkiem. Uzyskujemy kilka odpowiedzi. A przede wszystkim poznajemy przeszłość Ruth oraz jej związek z dziecięcymi bohaterami z poprzedniego numeru. Nie będę niczego streszczał, wystarczy napisać, że jej dzieciństwo nie było szczęśliwe. Ważne, że jest związek pomiędzy praktycznie pierwszym a ostatnim numerem nowej serii. Wszystko nabiera sensu i jest(prawie) wyjaśnione. Podoba mi się fakt, że nie było przypadkowych wydarzeń, widać że autor od początku miał pomysł. Jestem tylko ciekawy jak Legion zostanie uratowany ;) . Komiks warty czasu poświęconego na czytanie, muszę przyznać, że nie wiem kiedy dotarłem do ostatniej strony. Polecam. 8/10.
Gamer2002: Numer przepełniony narracją i przemyśleniami bohatera z rodzaju "a teraz myślimy by odkryć tajemnicę fabuły", ale dobrze się czytało. Seria ma by też dla nowych czytelników, więc ważne, że przybliżenie Blindfold było przystępne. Zadowala mnie też, że powoli kształtuje się potencjalny team dla Legiona składający się z innych członków niż jego osobowości. 7/10.

X-Treme X-Men vol. 2 #9
S_O: Najlepszą częścią tego numeru jest fakt, że najwyraźniej w związku z planowanym zamknięciem serii drużyna będzie wycinać Xavierów hurtem. I'm OK with.
Reszta przedstawia typowy poziom serii. Trochę bijatyk, mało wyjaśnień, plan, który powodzi się tylko dlatego, że herosi mieli szalenie dużo szczęścia... Wcale nie będzie mi tej serii szkoda.
Gil: Wow, this must be the gayest cover ever! A w środku nie lepiej. Gaycules zachęca Gaywerine'a do noszenia skórzanych ciuszków i nawet ywil Xavier ma dresik z sutkami na wierzchu. Ja już sam nie wiem, czy Pak próbuje nam tu wysyłać jakieś sygnały podprogowe? Czy mamy to traktować jak parodię, czy doszukiwać się homofonicznych uszczypliwości? Z drugiej strony, Summersa zmienił w Murzyna, a ciężko sobie wyobrazić bardziej białego białasa, więc już zupełnie nie wiem, o co mu chodzi… A fabuła? Podobno ktoś ja tu widział. Tym razem zły Xavier bawi się w Witch-Kinga, a Dazzler (ta X-treme z innego świata) robi za Eowinę. Nic ciekawego się nie dzieje i wciąż jedynie beka z tych absurdalnych pomysłów autora trzyma mnie przy tym tytule. Myślę, że ocena 2/10 to zbytek łaski.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0285a.jpgJourney Into Mystery #648
Autor:
Jeff Dekal

Hotaru: Fenomenalny portret Sif - berserkerki. Świetna kolorystyka, krople zaschniętej krwi na twarzy bohaterki, i to spojrzenie... niemal znudzone, a na pewno pozbawione większych emocji. Sif właśnie kogoś zarąbała, ale nie robi to niej żadnego wrażenia. Tym większe wywiera to wrażenie na odbiorcy.






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.01.30
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.