Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #284 (28.01.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 28 stycznia 2013Numer 4/2013 (284)


Ostatni styczniowy Pulse i nam się czytelnicy rozpisali. Dwie premiery, dwie pozycje oznaczone #3 i dwa razy więcej tekstu niż zazwyczaj. Zapraszam.

A+X #4
S_O: Spidey-Beast - pierwsza historia, o której mogę szczerze powiedzieć, że mi się podobała. I to nie tylko dlatego, że to prawdopodobnie ostatnie miejsce, w którym zobaczę jedynego słusznego Spider-Mana i jedynego słusznego Beasta.
Cap & QQ z drugiej strony... meh. Ot, historyjka o tym, jak rebeliant dzięki dzielnemu, silnemu i ach, jak przystojnemu Capowi widzi potęgę MURRIKI. Mam wrażenie, że już niejednokrotnie coś takiego widziałem.
Koniec końców - 1 na 8 może nie brzmi jak dużo, ale to nadal nieskończenie więcej, niż 0 na 8.
Krzycer: Spider-Man + Beast: Ależ to było głupie. Przynajmniej Beast pamiętał, że jest w związku, w odróżnieniu od takich Hawkeye'ów i innych. No i ostatni kadr wynagradza całą historyjkę.
Cap America + Quentin Quire: Ależ to było głupsze. Cap jest takim skautem, że potrafi się przeciwstawić telepatii Quentina? Z tygodnia na tydzień marvelowi telepaci są coraz bardziej bezużyteczni (patrz również: Cap America stawiający opór telepatii Xaviera w rękach/mózgu Red Skulla w Uncanny Avengers #3). Co powiedziawszy... mikroskopijne telepatyczne MODOKi? To nawet śmieszne.
Gil: Po słabym numerze poprzednim byłem pewien, że wyczerpały im się pomysły i teraz będzie już tylko lanie wody. A jednak nie. Historyjka z Beastem i Mr. Spiderem jest całkiem zabawna, nawet fajnie narysowana i ma w sobie coś odcinków Laboratorium Dextera. Dobrze się przy niej bawiłem i tylko całkowita przypadkowość sytuacji trochę mi popsuła wrażenia. Opowiastka o team-upie Capa z wiecznie niepokornym Quentinem wydaje się jeszcze bardziej przypadkowa, ale ostatecznie daje radę się wybronić porozumieniem ponad podziałami. Tak, wiem, że jest to naciągnięte, ale jednak jest jakiś pozytywny akcent w tym, że się dogadali i dowcip w tym, jak zachowują pozory. Tym razem obie składowe, a więc i cały zeszyt, dostaną przyzwoite 6/10.

Astonishing X-Men vol. 3 #58
Hotaru: Może i nie był to najbardziej oryginalny i zaskakujący numer, ale co z tego - wreszcie czyta mi się to dobrze. W końcu wiadomo, dlaczego Marjorie Liu zdecydowała się dodać do obsady swojej serii Warbird. Wreszcie jestem skłonny uwierzyć, że kiedyś uda mi się tę bohaterkę autentycznie polubić. Rysunki Walty mi nie przeszkadzały, co przypisuję kolorystom, dzięki którym zeszyt miał wyjątkowy klimat. Mam nadzieję, że Liu nie spuści z tonu przy następnej historii.
S_O:
I już koniec? Spodziewałem się czegoś dłuższego. Oh, well.
Nie będę winił Margaryny za głupotę z "anty-artystycznymi Shi'ar", bo był to wymysł Aarona. Liu udało się jednak coś z tego wyciągnąć. Nie jest to może szczególnie błyskotliwe (nadal uczą w szkołach o "Exegi monumentum"?), ale hej - when live gives you lemons...
Tylko czy oni naprawdę zostawili tego kota pośrodku pustyni?
Krzycer: Kot bojowy! Kupuję! Fajny numer. Mógłby trochę bardziej zaskakiwać, jeśli chodzi o główny wątek - wpływ całego zamieszania na Warbird - ale i tak mi się podobał.
Tyyyylko że, ile razy widzieliśmy Chandilar i inne planety Shi'ar, stały na nich ogromne pomniki. Sharry i Kythri, ale chyba nie tylko bóstw, a nawet jeśli, to nie ma to znaczenia. Rzeźby = sztuka, więc całe to dopisywanie Shi'ar postrzegania kreatywności jako bluźnierstwa jest mocno na siłę.
Gil: O, a jednak udało się pani Liu zaskoczyć czytelnika i poprowadzić historię w kierunku zupełnie innym, niż przewidywaliśmy po zakończeniu pierwszej części. No i fajnie, bo właśnie za to ją cenię i czekałem, kiedy zaprezentuje w tym tytule swoje prawdziwe możliwości. Podoba mi się też to, że chociaż zeszyt zawiera sporo akcji, jego głównym tematem jest rozważanie na temat twórczości jako elementu definiującego wolność osobistą oraz konfrontacji twórczości i odtwórczości. Oczywiście, istnieje pewne ryzyko, że wyczytuję z tej historii nieco więcej, niż jest tu w rzeczywistości, ale to dlatego, że brakuje mi we współczesnych komiksach tego drugiego dna. Ale i sama akcja jest nieźle poprowadzona, a postać Warbird nabiera rumieńców, utrzymując pozycję mojej ulubienicy w tej serii. Trochę mała jest zawartość X-Men w X-Men, ale tym razem nie będę się tego czepiał. Rysunki dość nierówne, ale sprawdzają się w najważniejszych momentach, więc potraktuję je neutralnie. A za całokształt dam mocne 6/10.

Avengers vol. 5 #3
Hotaru: Podobało mi się, jest to chyba najlepsza pierwsza historia Jonathana Hickmana, jaką czytałem. Wprawdzie nadal więcej jest znaków zapytania, ale nieliczne odpowiedzi, których udzielił scenarzysta, na razie uciszają moje zniecierpliwienie. Duża też w tym zasługa Jerome'a Openy i Deana White'a, których oprawa graficzna jest po prostu zjawiskowa. Czekam na więcej.
S_O: Kolejne zaskakująco szybkie zakończenie. Ale ja nie narzekam, dość mam rozwlekania każdego starcia Mścicieli na sześć numerów, żeby je wydać w zbiorówce, BRIAN.
Jeśli oczekiwało się akcji, to samo starcie, jak i jego zakończenie, może wydać się rozczarowujące, ale należy pamiętać, że to dzieło Hickmana - a to znaczy, że to dopiero początek historii. Za jakieś trzydzieści numerów wszyscy malkontenci będą usatysfakcjonowani.
Swoją drogą ciekawe, czy ten wątek będzie nawiązywać do pierwszej historii z Secret Avengers Brubakera.
avalonpulse0284b%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: I to tyle? Państwo Marsjanie rozwalili ileś planet w drobny mak, ale skoro mama im powiedziała, że mają przestać, to zostają zostawieni w spokoju? Zakładam, że to ma podpadać pod paragraf Galactusa, tzn. "taki był porządek rzeczy, nic wam, śmiertelnikom, do tego", ale... No i - co z tymi paroma ziemskimi miastami, które rąbnęli? Bo w końcu nawet nie wiem, czy zabili ich mieszkańców, czy zmienili ich w krewetki, dialogi w pierwszym numerze nie przedstawiły tego w sposób oczywisty.
Za to rysunki Openy miażdżą. Zwłaszcza kadr z laserami Supermana, tfu, Hyperiona.
Drobne detale:
- Sunspot, Thor oraz Spider-Man i Wolverine mają fajne scenki
- Nie podoba mi się robienie kisielu z mózgu Moniki Rambeau, bo przyzwyczaiłem się do niej jako jednej z najbardziej charakternych bohaterek, no ale zobaczymy, dokąd to nas zaprowadzi.
Xavier83: Bardzo przyjemna lektura. Odprężająca, bym rzekł. Połączenie akcji z dialogami zostało równomiernie rozłożone. Aleph dostał za swoje i miło go było widzieć w tysiącach kawałków. Każdy z członków tej grupy Ostatecznych Mścicieli dostał swoją rolę do odegrania i ładnie to wszystko się zgrało. Dobrze rozwija się postać Captain Universe. Zapewne stopniowo Hickman wyjawi więcej z jej przeszłości. Jedyna rzecz, jaka mnie dręczy, to pozostawienie złoczyńców na Marsie, by robili co chcą, byle zostawili Ziemię w spokoju. Rozumiem, że przemówiła siła wyższa i się dostosują, ale co u licha z tymi, którzy padli ofiarą ich bomb zmieniających oblicze planety? Jeżeli żyją to ok, ale jeśli zginęli to przecież od tego są Avengers by ich pomścić. Mam nadzieję, że Hickman to wyjaśni w dalszych numerach. Rysunki jak zwykle kapitalne. Ocena: 9/10.
kuba g: Dorobiłem sobie swoją własną teorię, co Hickman wymyślił dla Avengers. On po prostu nabija się z rebootu universum DC. Stwierdziłem to gdy przeczytałem tekst, który poleciał w stronę Thora: "Ex Nihilo is going to restart your world - erase it all and start over like he's done on thousands of other worlds". Dorabiając sobie taką bezsensowną teorię będzie podobać mi się to wszystko bardziej. Następnym plusem jest to, że w końcu widzę drużynową serię z wielką nawalanką, która w miarę trzyma się kupy i nie razi mnie, że widzę przez kilka stron tylko wybuchy, latające pięści i przechwalanie się o swojej sile i umiejętnościach. Team jest chaosem, nieopanowanym jeszcze, ale w takiej formie dopiero co powstał, więc to też ma sens. W sumie te trzy numery jako początek dały radę. Teraz czekam na Hyperiona, dużo Hyperiona.
Gamer2002: Szybciej to się skończyło niż myślałem, choć rzeczywiście przydałoby się przypomnieć o ofiarch Ex Nihilo, nawet jeżeli skończyłoby to się na "nie dyskutujemy z Cap Universe". Ale rysunki były ładne, akcja też niezła, narracja nie tak udręczająca i bardziej klimatyczna, 8/10.
Gil: Jeden z głównych powodów, dlaczego tak polubiłem twórczość Hickmana to fakt, że potrafi nadać swoim scenariuszom wyczuwalny epicki rozmiar. I to właśnie czułem w tym numerze. Nie tylko w samej bitwie, ale także – nawet bardziej – w tym, co wydarzyło się po niej. All-new, All-bigger Avengers stawiają czoła zagrożeniu – to oś numeru, a co za tym idzie jest również wielka bijatyka. Ale nie jest to byle rozpierducha, jakie widuje się aż nazbyt często i tu objawia się kolejny talent autora – planowanie starć tak, by wyglądały znacząco i miały dobrze rozłożony ciężar. Już samo starcie Hulka z Hyperionem mówi wprost: this is big! A potem było wejście Captain Universe, które nie tylko odwróciło wszystko do góry nogami, ale też wywindowało całe zdarzenie na kosmiczny level. I nagle, tak z miejsca, ta postać znalazła się w centrum mojego zainteresowania i chcę czytać o niej więcej. Co będzie dalej z Adamem? Co zrobią na Marsie? Cholernie jestem ciekaw, więc haczyk działa! Oczywiście nie można też odbierać zasług rysownikowi, bo i Opena ma niezwykły talent do efektownych starć ze świetną dynamiką. A o jego fachu niech świadczy fakt, że ani razu nie zgubił takiego detalu jak mały plasterek na policzku Capa. I tak, złożenie tych dwóch talentów sprawiło, że lektura tego zeszytu dostarczyła mi ogromnej przyjemności. Ale żeby sprawiedliwości stało się zadość, muszę wspomnieć też o paru wątpliwościach. Po pierwsze: w obliczu ostatnich wydarzeń, samo nasuwa się pytanie, którego Spider-Mana tutaj mamy? Po drugie: Falcon i jego zdolności. Ta scena jest trochę naciągana, bo o ile Ex Nihilo nie użył ziemskich ptaków do stworzenia swoich, to nie powinny one zadziałać. Ale z drugiej strony, umówmy się, że sama zdolność komunikacji z ptakami (dlaczego akurat i tylko ptakami?) jest naciągana, więc nie będę się mocno czepiał. Tak czy inaczej, jest to mój numer tygodnia i nawet dam mu 8/10.

Deadpool vol. 3 #4
S_O: Oh, Ronald, you so crazy. Swoją drogą, już teraz zgaduję, że w następnym numerze czeka nas dowcip z "tym aktorem?", i już teraz wiem, że i tak się będę śmiał.
Zaczynamy od świetnej sceny z Kennedym, żeby, po hurtowym ścinaniu nikogo nie obchodzących prezydentów, w finale zmierzyć się z Lincolnem i tysiącem dowcipów o teatrach. Jedyne, czego żałuję, to że USA nie miało więcej prezydentów, którzy nie żyją, bo mógłbym te przygody czytać i czytać.
Acha, swoją drogą, nadal Evil Zombie Abe Lincoln < Teenage Clone of Abe Lincoln. Sorry, stary, byłeś blisko.
Krzycer: Bieganie za prezydentami robi się trochę monotonne. To pewnie dlatego Wade wyżyna ich teraz całymi stadami. Mimo to parę razy się uśmiechnąłem - przy Marylin, przy próbie dopisania kosztów prania do wydatków służbowych, przy co drugiej kwestii Franklina (naprawdę mam nadzieję, że nie zniknie po tej historii, tylko zostanie kolejnym po Weaselu i Hydra Bobie stałym pomocnikiem Wade'a). Ogólnie - to wciąż jest bezmyślna rozrywka, a ja preferuję odrobinę poważniejsze podejście do Deadpoola (Remender, Kelly, Simone), ale wciąż nieźle się przy tym komiksie bawię.
Gil: Poszedłem za radą Wade'a, zapuściłem sobie w tle Panterę i jakoś ten numer przyswoiłem znacznie lepiej od poprzednich. Podejrzewam, że największe zasługi za to należą się czynnikowi zwanemu radosną rozpierduchą. W końcu komiks o Deadpoolu nabrał cech komiksu o Deadpoolu, więc trzeba to docenić. Są elementy sytuacyjne, ale rozegrane z głową. Są sprytne nawiązania i chociaż pewnie połowy z nich nie załapałem, bo nie jestem w temacie (np. czemu Taft lata w wannie?), to procent trafień był zadowalający. A co najważniejsze, wszystko co się tu dzieje, dzieje się w zgodzie z fabułą (czego nie dało się powiedzieć o dość randomowych numerach poprzednich). No i rozpierducha nieźle się synchronizuje z zaproponowanym soundtrackiem ;). Jestem zadowolony i dam 6/10.

Deadpool: Killustrated #1
S_O: Infodump HO! Pierwsza połowa komiksu boleśnie nieciekawa - do tego stopnia, że gdy już zaczyna się właściwa historia i zabijanie postaci literackich, wynudzony czytelnik nie ma szczególnie ochoty czytać dalej. Gratulacje więc, Cullen - zabijasz komiksy skuteczniej, niż twój Deadpool.
Gil: Deadpool wyrusza przez krainę klasyki, by odnaleźć twórców historii o sobie. Całkiem fajny pomysł, chciałoby się rzec… Jest tylko jeden problem… It's friggin' creepy!!! Właściwie powinienem napisać: John Wayne Gacy w przebraniu Deadpoola po wymordowaniu wszystkich herosów w kilku rzeczywistościach, wyrusza do krainy klasyki literatury, by zarzynając wszystko, co stanie mu na drodze odnaleźć swoich twórców i ich wypatroszyć. Gdzieś chyba zatarła się granica między lekko przegiętą nieuzasadnioną przemocą z dodatkiem czarnego humoru, a listą życzeń psychopaty. O ile śmiałem się, czytając o tym jak 'Pool sieka zombie-prezydentów, tak czytając ten komiks, miałem wrażenie, że napisał go Michael Myers. Każda kolejna scena przynosiła mi większy dyskomfort. Nawet gdyby w miejsce Deadpoola wstawić Lobo, wciąż uważałbym, że jest too creepy jak na komiks, który nie wyszedł pod szyldem MAX. Paradoksalnie, życzyłbym Bunnowi, żeby ten skrzywiony Deadpool go znalazł, bo przynajmniej nie musielibyśmy czytać więcej jego wypocin. Chociaż, aby sprawiedliwości stało się zadość, muszę przyznać, że również rysunki mają swój udział w tworzeniu nieprzyjemnej atmosfery tego komiksu. Jak dla mnie, jest to 2/10.

FF vol. 2 #3
S_O: Mam problemy z uwierzeniem w to, że celebrytka, jaką jest Darla Dcośtam czy jak jej tam (nawet, jeśli jest celebrytką klasy B), nigdy dotychczas nie miała problemów z paparazzi, internetowymi trollami i takimi tam.
Mam też problemy z uwierzeniem w to, że, biorąc pod uwagę, że najwyraźniej oryginalna FF prawie cała zginęła z rąk postaci, która jeszcze nie istnieje i inne takie timey-wimey mumbo-jumbo, nikt nie wpadł na to, że Torch może pochodzić z innej rzeczywistości - ani dzieciaki, które teorię alternatywnych światów powinny mieć w małym palcu, ani drużyna, zważywszy na to, że mąż jednej z członkiń przez jakiś czas był UWIĘZIONY W TAKIM MIEJSCU.
Po kolejne - ukrywanie się w sypialni nieznanej ci kobiety, gdy ta bierze prysznic. Yeah, that's not creepy at all.
Po następne - Doom, the Annihilating Conqueror? Too campy even for me. Inna rzecz, że jakoś nie wierzę, że Doom pozwoliłby się scalić z kimś, kto wyraźnie jest gorszy od niego (czyt.: z kimkolwiek).
Demogorgon: Idę o zakład, że magiczne zaklęcie zespolenia brzmiało"F@#$ RICHAAAAAAAAAAAAAAARDS!".
Scott Lang ma świetne wyczucie momentu, jeśli chodzi o ujawnianie swoich obsesji...czemu zaprosili do zastępczej FF gościa, który ma wyraźny powód, by nadużyć jej do osobistej zemsty na ich własnym wrogu, a do tego nie zapominajmy, ma bliskie powiązania z synonimem porażki pod każdym względem, Henrym Pymem?! Było oczywiste, że odstawi taki numer, tak jak jest oczywiste, że dzieciaki z Avengers Academy na pewno staną się kiedyś złoczyńcami, wszystko czego Pym się dotknie, jest skażone!
A po za tym w numerze - creepy Moloidy, cameo od gościa którego nie znam, ale jest bratem Johnny'ego, najmniej fanserwiśna scena z ręcznikiem i to tylko dzięki rysunkom oraz kobietę stojącą w samym ręczniku na środku ulicy W STYCZNIU!
avalonpulse0284c%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: No proszę, Fraction robi coś intrygującego z moloidami. No i przerzuca ich uwielbienie z Bena na Jen, co też mi się podoba. A i future-Storm jest ciekawy.
Wątki z Darlą i Scottem nieco mniej, ale nie można mieć wszystkiego. Chyba odpuszczę sobie "Fantastic Four", ale przy tej serii zostanę.
Archie: Do pomysłu tej serii podchodziłem negatywnie biorąc pod uwagę, że po świetnym Hickmanie nagle wpada Fraction i przyciąga tu zupełnie nowy skład, który nie wzbudza ekscytacji. Obstawiałem, że to się nie uda, a o dziwo udaje się. Jest lekko, przyjemnie i rysunki Michaela Allreda idealnie to odzwierciedlają. Ta seria to drugi przykład tego, że gdy Matt dostanie dobrego rysownika, który ciekawie prowadzi narrację obrazem, to jego scenariusze zyskują w znaczącym stopniu. A do ich pisania w tym przypadku Fraction się przygotował, co można widzieć po follow-upie do klasycznego ataku Mole Mana w #2, wrzuceniu do obsady podróżnika w czasie, użyciu masek z podobizną Thinga wzorowanego na rysunkach Kirby'ego, jak również i po kameralnym występie Wyatta Wingfoota - postaci stworzonej przez Stana Lee i Jacka Kirby'ego w 1966 roku. Matt świetnie nawiązał do jego znajomości ze Stormem i dawnych relacji z She-Hulk. Widać, że odrobił lekcje i prowadzi w ciekawym kierunku tę serię. Jeśli ktoś lubi lekkie i zrobione ze smakiem nawiązania do stylistyki retro, to polecam sięgnąć po ten tytuł.
Gamer2002: DOOM THE ANNIHILATING CONQUEROR! Pewnych rzeczy się nie ocenia, wystarczy tylko o nich powiedzieć.
Scott Lang, tylko ty podczas sylwestra powiedziałbyś dziewczynie w samym ręczniku, że trzeba skończyć z Doomem. Podobają mi się jego reakcje przy dawaniu kwiatów, a także to, że ms. Thing bierze się w garść przeciwko internetowym kawalarzom. Miło też, że mamy jakiś wątek dotyczący przynajmniej jednej grupy dzieciaków. 7.5/10, sympatyczna lekturka.
Gil: Okay, czas przyznać, że coraz bardziej seria przekształca się we Fraction Foundation. Powiem więcej: gdybyście zignorowali wygląd postaci i imiona, cały ten wątek ze Scottem, Darlą i Yancy Street Dummies jest wprost klonem ganianki z Hawkeyem, Kate i Bro-Gangiem (czy cokolwiek tam sobie podstawicie). Tak, jak się spodziewałem, Darla będzie siłą kreowana na bohaterkę, która przełamuje swoją zwykłość i takie tam pierdoły. Tak żeby czytelnik mógł się utożsamiać. Tylko co to za zwykłość, jak ktoś ma różowe włosy i występuje na scenie z pedobearem? Dzieciaki, które były w centrum tego tytułu, albo znikają zupełnie w tle, albo robią coś zupełnie do siebie nie podobnego. Pojawiają się dziwne pomysły, jak Doomihillus the Conqueror i oczywiście musi się okazać, że Cable Torch z innego świata jest ywil. A najgorsze jest to, że nie widzę szansy na przerwanie tego dryfu w otchłań bezdennej głupoty i boli mnie to tym bardziej, że miałem tu jakieś nadzieje. Tym razem jeszcze 4/10 dam, ale czuję, że szybko poleci w dół.

Gambit vol. 5 #8
Hotaru: Przez kilka pierwszych stron miałem trudność z przestawieniem się na kreskę Pasquala Ferry. Ten rysownik zdobył sobie moją sympatię pracą nad miniseriami "Ender's Game", od tego czasu jednak nie może trafić w odpowiedni projekt. Gambit też do nich nie należy. Warstwa graficzna jest poprawna, ale tylko tyle. Nie pomaga jej zmiana rysowników pod koniec numeru, nawet na Claya Manna. Fabuła zaś... cóż, mam nadzieję, że to ziarno, które wykiełkuje później, a nie niepotrzebny one-shot.
S_O: Jakoś mi tak zapachniało Gage'owym Legacy, nie tylko ze względu na gościnny występ Bradshawa, ale także ze względu na moralizatorskie użalanie się nad sobą. Nie ma co, Remy wiele się nauczył od Rogue.
Inna rzecz - czy Forever City nie powinno być, no wiecie, zamieszkane? Przez wyewoluowane moloidy? I o co chodziło z tą rozrastającą się gumą do żucia? Czemu nie zaczęła się rozrastać w kieszeni Gambita? Czemu wszyscy herosi zasłaniają się suwerennością Miasta, skoro nie raz i nie dwa razy przedzierali się przez granice, żeby ratować obywateli USA? A poza tym, przecież FF nie miało podobnych problemów za tym tysiącem razy, gdy udawali się do Miasta. Czemu ta historia nie ma sensu?
Krzycer: O, to był one-shot. I dobrze, wydawało mi się, że zapowiedzi zapowiadały to jako dłuższą historię, a jako dłuższa historia to by się nie sprawdziło. Ale zamknięte w jednym numerze bieganie po Forever City (Asmus chyba jako pierwszy po Hickmanie korzysta z tej lokacji) jest całkiem przyjemne, nawet jeśli znowu nie ma tu zbyt wiele treści. Remy wciąż przeżywa mid-30 crisis, przypadkowi ludzie wciąż mówią mu dość oczywiste rzeczy, a brodaty Forge zapewnia gadżety i... okazuje się głosem sumienia? That's new.
Komiksowi nie pomaga dwukrotna zmiana rysownika w trakcie, ale Clay Mann i tak dostaje szalone propsy. Ma tylko jedną stronę, ale po pierwsze, jest to fajna strona, a po drugie, wcisnął na nią Waldo/Wally'ego.
Gil: Ta historia to zapchajdziura pomiędzy kolejnymi dłuższymi arcami, więc właściwie nie chce mi się rozwodzić nad nią. Powiem tylko tyle, że nie jest ani jakoś tragicznie zła, ani niczym pozytywnie się nie wybija, jest bardzo przewidywalna i wręcz generyczna, jeśli o misje ratunkowe chodzi. Jest wręcz trochę nudna i parę fragmentów potraktowałem ulgowo pod względem wnikliwości. Jest jednak pewien istotny element: Fence. Co. To. ^*@&#. Jest? Wstawiają tego gościa znikąd i traktują tak, jakby od zawsze był Weaselem dla Gambita myśląc, że nikt nie zauważy? Serio? Z jednej strony to fajnie, że seria próbuje budować własną obsadę, ale z drugiej – takie sztuczki to tylko Jedi mogą sprzedać. Z kolei najbardziej rozśmieszyła mnie scena, w której Gambit nagle zauważa zmutowanego dzieciaka, chociaż przez dwie strony stał tuż obok niego, ale gadał z kimś innym. Kiepska podzielność uwagi jak na złodzieja. Albo kiepski storytelling. No cóż, jak już rzekłem na początku, ta historia to zapychacz, a jak się odejmie punkty za wspomniane głupoty, to wyląduje na poziomie 3/10.

Punisher: Nightmare #4
S_O: Mam pomysł. US Army oszczędziłoby sobie wielu kłopotów, gdyby nie prowadziło rekrutacji w szpitalach dla obłąkanych.
Poziom historii leci po równi pochyłej. Z ogranego, ale być może interesującego motywu "przeżył to samo, co Frank, czy uda mu się przeżyć to samo, co Punisher?" historia zmieniła się w "LEL IMMA CRAZY IMMA GONNA KILL EVRYWUN!". Również: genialny pomysł z zabieraniem bazooki w miejsce, gdzie przed chwilą wspominałeś, że ciągną się gazociągi, Frank. Miłej eksplozji.

Ultimate Comics: Ultimates #20
Hotaru: Tym razem oprawa graficzna autorstwa Scota Eatona bardziej mi odpowiadała, chociaż nadal postaciom z drugiego planu brakuje szczegółów w twarzach. Mam też wrażenie, że fabuła jest lepsza, chociaż tego nie czuję, bo w ogóle nie kręcą mnie te klimaty. Coraz częściej zastanawiam się, dlaczego ja to jeszcze czytam?
Krzycer: No dobra, Nick "Hasselhof" Fury aka Scorpio jest ciekawszy, niż się na to zapowiadało. Chyba, ze ostatecznie skończy się na tym, że to jednak "Samuel Jackson" Fury w masce.
Prezydent Cap to wciąż głupi pomysł. Nie pomaga to, że wszyscy nazywają go "Prezydentem Capem".
I, uuu, Ultimates próbują znowu być na czasie i "relevant", zamieszczając kadr będący kopią zdjęcia na którym Obama i jego ludzie patrzą, jak Foki zabijają bin Ladena.
A przy okazji, ja już nie mogę, za co Marvel płaci swoim redaktorom i korekcie? Do literówek w komiksach już się przyzwyczaiłem, ale tu na ostatniej stronie jest reklama serii o Ultimate Kid Wolverinie z hasłem "can Jimmy learn from the past, or he doomed to repeat it?".
He definitely doomed to repeat it.
Przy okazji, w tejże reklamie półtwarz Jimmy'ego wygląda jak Joffrey z serialowej "Gry o tron".

Uncanny Avengers #3
Hotaru: W pierwszej wersji harmonogramu, ten komiks miał się ukazać jakiś miesiąc temu. I czuję, jakby rzeczywiście tak było, bo już praktycznie go nie pamiętam. Uncanny Avengers zasłużenie został nominowany do Zvalonego. Mam nadzieję, że Rick Remender się rozkręci, a tymczasem przestaję dziwić się Cassadayowi - może nie chciał tracić czasu na ilustrowanie takiego chłamu.
S_O: Trzeci numer, mamy pierwszą konfrontację. Konfrontację, którą oczywiście X-Vengers przegrywają, bo to w końcu dopiero trzeci numer. Choć trzeba przyznać, że S-Men to całkiem ciekawa gromadka (tak, podobał mi się nawet Gamera-Man) z całkiem ciekawymi źródłami mocy. Tylko ta nazwa...
Krzycer: Niewiarygodne, ten komiks w końcu się ukazał! A w środku - rozróba, tylko i wyłącznie. Parę fajnych scen, akcja niczego sobie, rysunki - jak kto woli, ja tam Cassaday'a wciąż lubię. Dialogi miejscami były bardzo... łaskawie rzecz ujmując: oldschoolowe. Mniej łaskawie - drętwe. Do przemowy Skulla to pasowało, ot, przegięty populizm, natomiast kiedy jego poplecznicy wołali "bój się mojej 'Trucizny Kasandry'" i inne tego typu slogany to zastanawiałem się, czy ten komiks nie powstał, lekko licząc, trzydzieści lat temu.
A propos - skąd ta narracja? Ano znikąd, w poprzednich dwóch numerach jej nie było. To znaczy, mieliśmy ramki z tekstem, ale to była narracja pierwszoosobowa, myśli bohaterów. W trzecim numerze znikąd pojawia się zewnętrzy, trzecioosobowy narrator... I w najgorszy komiksowy sposób nic nie wnosi do treści, tylko opisuje to, co się dzieje na obrazku. Czy ktoś pomyślał, że rysunki Cassaday'a są zbyt statyczne, by same mogły opowiedzieć całą historię? Ok, narracja daje nam trochę informacji o S-Men*, ale to nie zmienia tego, że jest zbędna. Gdyby te informacje były nam potrzebne, można by je jakoś naturalnie wpleść w akcję.
*- S-Men? Serio?
Xavier83: Nie jest tak tragicznie jak myślałem, że będzie. Plan Red Skulla wygląda na solidny. Brutalność jego przeprowadzenia, uwzględniając nowojorczyków, momentami przeraża. Fajnie są wyjaśniane moce członków S-Men. Interakcje między członkami tego zespołu Mścicieli są według mnie dobrze pokazane. Podoba mi się podejście Havoka do Kapitana Ameryki. Jego stanowczość w tym, co robi. Wśród scen dominuje sposób nadejścia Thora i późniejszy jego atak na Logana. Jednak bezcenny jest dla mnie Wolverine'a i jego błyskawiczna transformacja w maszynę do zabijania, gdy dowiedział się o wykorzystaniu mózgu Xaviera. Relacje ludzie-mutaci zostały na nowo mocno rozpalone wyznaniem Scarlet Witch z początku komiksu. A ostatnia strona, na której widać powieszonego człowieka, aż dreszcze u mnie wywołała. Rysunki trochę obniżyły loty. Następny numer zapowiada się bardzo dobrze. Ocena: 7/10.
kuba g: Tu będzie krótko. Ten numer był tak żenujący, bezsensowny i totalnie nic nie wnoszący, że równie dobrze mógłby to być element "End Times" albo "Ends Of Earth". Oficjalnie tej serii już podziękuję (albo poczekam aż zacznie się "Ragnarok Now" i zmienię zdanie).
jdtennesse: Powiedzieć, że mi się nie podobało, to za mało. To było tak głupie, że brak słów. Żółwi mutant? Really? Przecież mieliśmy już ludzką krewetkę i chyba wszyscy się zgodziliśmy co do faktu, że nie tego chcemy. Bezmyślne zabijanie to jedno. Złoczyńcy tacy są, mogę to zrozumieć. Ale bezmyślnie przyglądający się bohaterowie? Rogue i Wanda wyzwoliły się przecież spod władzy Red Skulla. I co? I nic. Patrzą bezmyślnie jak para debili. Naprawdę, Rogue wygląda jak przygłup, Cassaday nie może chyba gorzej rysować. Czekamy na opóźnienie, bo on cały się poświęca swoim projektom? Jeśli tak to ma wyglądać, to dziękuję. Thor jako bóg też łatwo uległ, Cap jako człowiek też uległ telepatii i nienawiści do mutantów. A taki plaskacz jakiego Havok zapodał Capowi przydałby się chyba twórcom tego komiksu. 1/10, bo mniej nie można.
Gamer2002: Przyznam komiksowi, że Havok rzeczywiście wziął się za dowodzenie. Narracja jednak zbyt ociężała i w sumie mnie irytować zaczynała. Co do tego co się dzieje... Byłoby dobrze, ale niektórzy z S-Man byli zdecydowanie za mało poważni do tego, co się dzieje. Obawiam się jednak, że tym Red Skullem strzelają zza grubej rury, teraz Nowy Jork ogarniają zamieszki, ale dostanie w końcu łupnia i o tym wszystkim zapomnimy. A Odyn jako autorytet dla Thora? Niezupełnie. 6.5/10.
Gil: Z każdym numerem podoba mi się ta seria coraz mniej, za to coraz większe mam wrażenie, że Remender idzie w ślady Aarona. To znaczy, że jak się przyłoży, to czasami uda mu się stworzyć coś naprawdę fajnego, ale przez większość czasu rzuca dziwnymi pomysłami z czubka głowy. W tym numerze, nazywając rzecz po imieniu, wszyscy tłuką się na kupę. Czerwony Czerep wychodzi na ulice i znikąd daje wszystkim ludziom zdolność rozpoznawania mutantów (widzenia X-genu? Whaaa…?), żeby mogli ich masowo mordować na ulicach. Wpadają więc tak zwani Avengers i tłuką się z galerią osobliwości, tudzież dziwacznych pomagierów Czerepa. Nie wiem, skąd wytrzasnęli dla nich imiona, ale podejrzewam, że powstały podczas jakiejś mocno zakrapianej imprezy. I wszystko to wygląda jak wyreżyserowany wręcz pokaz niekompetencji, w którym herosi wszystko robią nie tak, byle tylko mogli dostać bęcki i poczekać na drugie starcie, w którym to się zrehabilitują. No, ale przynajmniej w trzecim numerze wreszcie możemy mówić, że pojawiła się grupa, o której ten komiks opowiada. Great success! Rysunki wyglądają ciut lepiej niż w numerze poprzednim, ale kurcze, nadal widzę jakiś dołek w twórczości Cassadaya, bo jest problem z dynamiką, drugim planem i twarzami. Tymczasem wystawię jeszcze 5/10, ale ze wskazaniem w dół i w tym kierunku polecą oceny, jeśli fabuła nie nabierze sensu i treści.

Uncanny X-Force vol. 2 #1
Hotaru: Chciałem, żeby to był dobry komiks. Bardzo chciałem. Do tego stopnia, że trzymałem kciuki, aby Uncanny X-Force okazał się się Humphriesa tym, czym Hawkeye jest dla Matta Fractiona. Nie stało się tak. I chociaż nie jest to tak niski poziom, co w Ultimate Comics Ultimates, to brak temu numerowi polotu, za dużo rzeczy zgrzyta między zębami. Za wcześnie jednak, bym skreślił całą serię. A nuż, nabierze wiatru w żagle?
S_O: It's a time-skip, I don't gotta explain shit!
Nie podoba mi się takie podejście i dlatego od początku numer miał u mnie minusa. Za to, że Betsy bez problemów zwierza się Storm na temat X-Force (które miało być tajne), dostał drugi. Na razie wstrzymuję się z daniem trzeciego minusa, choć jeśli okaże się, że wątek "TAO" będzie rehashem historii z Toadboyem z District X...
Krzycer: Byłem bardzo zainteresowany tym tytułem po pierwszych zapowiedziach. Niestety, kompletnie zapomniałem o tym, że będzie to pisał Sam Humphries, od pewnego czasu regularnie dostarczający rozczarowujących wrażeń w Ultimates.
...no i tutaj jest podobnie. Zaczynamy od flashforwardu, po którym dostajemy rozkładówkę z flashbackami, a potem dłuższą retrospekcję. W tym momencie przyznam dwie rzeczy - jest to dynamiczne wprowadzenie, ustanawiające tempo, które komiks utrzymuje do samego końca. No i Psylocke ma wypasioną, latającą, steampunkowo-batmobilową brykę. Reszta numeru przelatuje błyskawicznie - panie spotykają się z Puckiem, Puck pokazuje im Spiral, wywiązuje się walka, Bishop przylatuje z przyszłości niczym Shwarzenegger, tylko ubrań nie zgubił, a na końcu Fantomex zaczyna się masturbować. Mniej więcej.
I byłoby to całkiem spoko, gdyby nie to, że zaczynamy od bzdury, jaką jest olewanie protokołu i niszczenie sprzętu wojskowego, bo paniom nie chce się zgłosić planu lotu. Ale to głupi i łatwy do zapomnienia detal. Głównym problemem jest Psylocke, która stała się klnącym jak szewc Wolverinem na sterydach (a Bishop chyba odzyskał rękę i oko, no i - oceniając po samym wyglądzie - znowu jest dobry). W pierwszym odruchu miałem krzyknąć - out of character. Bo jest, jedno i drugie (i trzecie, Storm też trochę fałszywie pobrzmiewa). Tyle tylko, że Humphries wprowadził przeskok w czasie. Co jest tanią wymówką, by tak kompletnie zmieniać postać, ale też utrudnia krytykowanie autora, bo kto wie - może faktycznie wymyślił i pokaże nam coś, co uzasadnia tę nową postawę. Jakoś w to wątpię, ale wiedzieć - nie wiem. Zobaczymy.
I to w sumie jest osiągnięcie Humphriesa, bo faktycznie - chcę się przekonać, chcę przeczytać kolejny numer (i dowiedzieć się, skąd Betsy ma tę brykę).
avalonpulse0284d%20%5B1600x1200%5D.JPGXavier83: Nie podoba mi się wulgarna Betsy. Kropka. Nienawiść Psylocke do Spiral została tu bardzo dobrze przypomniana. Zwłaszcza oczy. Relacja Betsy i Ororo została dobrze oddana. A ich wspomnienia z nieodległej przeszłości, zwłaszcza związków, fajnie zostały wprowadzone do fabuły. Jedyny zabawny moment, jaki wychwyciłem, to tekst o nogach dłuższych od wzrostu Pucka. Ta scena naprawdę fajnie wypadła. Artysta naprawdę się spisał, ale trzeba przyznać, że poziom utrzymał wysoki do końca. Dziewczynka ze skarbca jest intrygująca. Najwyraźniej źródło narkotyku szczęścia, i chyba telepatka. Powrót zdrajcy Bishopa. Prawdopodobnie odzyskał rękę i oko i scenarzysta sugeruje, że jest "innym człowiekiem". Kulka w łeb i to powinien być koniec dla niego. Chciałbym zobaczyć go stojącego prosto, bo ten jego kostium coś przedstawia z przodu. Jakiś hełm? Magneto? Ocena: 6/10.
kuba g: Zaskakująco, 3/4 numeru było spoko. Lubię rysunki Garneya normalnie, tutaj co prawda są trochę bardziej rozbuchane niż zwykle, ale chyba do założeń serii to pasuje. Dialogi Betsy ze Storm spoko, pojawienie się Pucka spoko, motyw ze Spiral w sumie też i jedna strona z Bishopem z dredami. Nic specjalnego, ale ten pierwszy numer czytało mi się lepiej niż pierwszy numer drugiej serii z X-Force w tytule. Więc w sumie odczucia pozytywne, no, przynajmniej do momentu gdy pokazano dość specyficzny samogwałt w wykonaniu Fantomexa.
jdtennesse: Nie mogłem się doczekać tego komiksu. Z jednego prostego powodu – występuje tu Storm i to w końcu w roli głównej. Czy oczekiwanie się opłaciło? Hmm. Nie było źle, ale powiem szczerze – dupy nie urwało. Fajnie zawiązane relacje między Storm i Betsy, trochę wspomnień, żeby wszyscy wiedzieli, co i jak. Trochę akcji, Spiral i próba zemsty przez Psylocke, równie zrozumiała, co (pewnie) nieudana. Wiemy, kto kogo i gdzie wysłał, wiemy też, dlaczego. Pojawia się Puck, którego ledwie kojarzę z Alpha Flight. Jest i Bishop, chociaż nieszczególnie mnie interesuje. No i Fantomex i jego, hmm, druga połowa, a właściwie jego druga jedna trzecia (o co chodzi…?). No i jest tajemnicza dziewczynka, która ma moce, i jest zakładniczką, a pewnie okaże się, że nie zakładniczką tylko albo Spiral ją chroni, albo ukrywa, bo jest super tajna/ważna/niebezpieczna/cenna (zakreśl właściwą odpowiedź). Pomimo tej niewielkiej krytyki, czekam co będzie dalej, bo bardzo lubię wszystkie występujące tu postaci kobiece. I oby było lepiej. A jeśli chodzi o rysunki, to są bardzo dobre, chociaż jak sobie przypomnę niektóre rysunki Garneya to mi się włos na ciele jeży… Myślę, że największa w tym zasługa inkera, który tutaj jest pierwsza klasa. 6/10.
Gil: Lata '90. wróciły i uderzają z pełną mocą! Dawno nie widziałem komiksu, który tak mocno nawiązywałby do tego okresu w dziejach, tak samo wizualnie, jak poziomem scenariusza. W sumie nie ma się co dziwić, bo ludzie, którzy wtedy byli dzieciakami i czytali te komiksy, dzisiaj są w wieku produkcyjnym i zaczynają kariery ;). Zacznę od rysunków, bo bardzo mocno mnie zaskoczyły. Są tu kadry, które ciężko byłoby mi odróżnić od rysunków Jima Lee, gdyby nie różnice w technice obróbki. Nie ma się co dziwić, w końcu kiedyś Lee był ikoną tej branży, więc wielu imitowało jego styl. Czy dzisiaj się to sprawdza? Owszem, bo dobre rysunki to dobre rysunki i tyle. Plus element nostalgiczny. Co zaś się tyczy fabuły, to również przypomina pierwsze numery serii z Image. Rzucają nas od razu w wir akcji, stawiając więcej pytań niż dając odpowiedzi. Gdyby nie fakt, że znamy już bohaterów, pewnie wszyscy drapalibyśmy się po czole zastanawiając, kto jest kim i o co w ogóle chodzi. W dodatku Storm ze swoim punk-lookiem wygląda jak wyjęta z jakiejś innej rzeczywistości, a ten dziwny pojazd Psylocke sprawia, że całość wydaje się bardzo randomowa. I powracającemu Bishopowi najwyraźniej odrosła ręka... Ale spoko, skoro Kabelkowi mogła, to czemu nie jemu? Na razie trudno określić, czego się można spodziewać po tej serii. Jest szansa, że gdy pojawią się odpowiedzi, a fabuła ustabilizuje, będzie z tego coś dobrego, ale też jest równie duże ryzyko, że wszystko się szybko stoczy. Póki co, mogę postawić numer pierwszy nieco powyżej średniej i na zachętę dać mu 6/10.

Winter Soldier #14
S_O: Bru opuszcza Marvela celnym ciosem w czułe miejsce Buckstera. Na tyle mocnym, że odczuwają go też czytelnicy - choć obawiam się, że ta decyzja może być umotywowana tym, by Wdowę spiknąć z powrotem z Hawkeyem, żeby było jeszcze bardziej, jak w filmach.
Koniec końców - Leo okazał się ciekawym przeciwnikiem właśnie dlatego, że jego motywacją nie była chęć zniszczenia MURRIKI ani przejęcie kontroli nad światem, ale zwykła zawiść i chęć naszczania Bucky'emu do płatków. I to mu się udało, i to w spektakularnym stylu.
Sama seria też była dobra, choć miejscami trochę zbyt powolna, a innymi miejscami trochę zbyt deszczowa. Zobaczymy, jak sobie z nią poradzą nowi twórcy.
Krzycer: Ożeszku, Brubaker zrobił z Leo Mefista. A to drań!
Numer w porządku, ale ta historia trochę za długo trwała, i napięcie uleciało. Może czytanie w trejdzie pomoże. Bru już tak ma, że jego historie są lepsze, kiedy nie trzeba czekać miesiąca na kolejny odcinek.
kuba g: Z jednej strony podobał mi się ten numer. Konsekwentnie zamknął historię z tych 14 odcinków i bez wydumanych fajerwerków zamknął rozdział Brubakera w świecie Kapitana i Buckiego. Szkoda tylko, że mam wrażenie, że widzę tu trochę metodę Bendisa, zawijam się z serii, zabieram swoje zabawki. I tak jeden z niewielu naprawdę ciekawych romansów w MU od kilku lat zniknął. A Bucky został sam, cierpiąc dobrowolnie z powodu utraconej miłości jak MJ w "One More Day". Szkoda. Co nie zmienia faktu, że to była naprawdę dobra sensacyjna seria i mam nadzieję, że nowy team utrzyma chociaż minimalnie ten klimat, w końcu to jedna z niewielu solowych serii dziejących się tak trochę z boku universum, która ostała się w Marvelu.
Gil: Aaaaaaaand… nothing happened. Kurde. Jestem rozczarowany. Tyle się ganiali, knuli, prali mózgi, tu teraz raz-dwa się znaleźli w oczekiwanym miejscu, pach-pach, łup-dup i po sprawie. To, że Natashę naprawią było oczywiste od początku, więc się nie czepiam, ale ten pomysł, żeby jedyną rzeczą, której sobie nie przypomniała, był związek z Buckym już trąca Modą na Sukces. Ale jest coś, co wkurza mnie jeszcze bardziej: Leoś przeżył. Kiedy James go zastrzelił, było to właściwe domknięcie wątku, ale gdy parę stron później wspomnieli, że odratowali go off-panel to już się wkurzyłem. A wkurza mnie to z dwóch powodów: a) teoretycznie seria miała być bardziej dojrzała i brutalna, a jednak rating nie pozwolił jej przekroczyć granicy, b) kolejna postać ląduje w limbo, zamiast dostać solidne i wynikające z fabuły domknięcie, bo a nuż kiedyś jeszcze może się przydać. Cóż, Brubaker nie popisał się w swoim ostatnim numerze. Ale przynajmniej grafika mnie nie zawiodła i trafiło się kilka naprawdę wybornych paneli. Z tym plusem, ocena dociągnie do 4/10.

Wolverine And The X-Men #24
Hotaru: Zabierając się za ten numer wiedziałem jedno - że będzie świetnie wyglądał. I David Lopez mnie nie zawiódł. Może Kitty i Bobby nie są "standardowi", ale Storm to mistrzostwo świata. Jej oczy przekazują więcej, niż sto stron scenariusza. Scenariusza, który w końcu da się przeczytać bez walenia głową w ścianę. Jason Aaron wziął (krótki?) urlop od grafomańskich historyjek i dostarczył standardową, porządną fabułę. Do tego świetnie zsynchronizowaną, zarówno z All-New X-Men (tylko gdzie zobaczymy reakcję Abigail na nowy wygląd Beasta?), jak i Uncanny X-Force. Oby tak dalej?
S_O: Numer miłosny? Ale przecież nie ma nawet lutego, a co tu mówić o walentynkach!
Historyjka przyjemna. Przyjemna randka Kitty i Bobby'ego (choć jak oni się dostali na drugi koniec świata?), przyjemne spotkanie QQ z Teen Jean, przyjemny Doop in a pimp suit, przyjemne "spotkanie" Idie z Broo. Tylko końcówka mniej przyjemna, bo sugeruje, że następny numer będzie powtórką ze starożytnego "Hope you Survive the Experience" (do której oczywiście musieli się pozbyć wszystkich dorosłych).
Xavier83: Temat przewodni? Randki! Nawet wśród złoczyńców o czymś takim scenarzysta myśli. Podoba mi się relacja Quentin - "młoda" Jean. Żadnej nie przepuści. A jego ukradkowe spojrzenie na Idie odwiedzającą Broo, fajne. To jednak Bobby i Kitty kradną ten numer. Ich rozmowa o dorastaniu X-Men, ich samych, została bardzo dobrze zorganizowana. Z elementami humorystycznymi, ale jednak miało to wszystko swój sens. Ostatnie strony zapowiadają naprawdę traumatyczne czasy dla związku Idie i Broo, czy może raczej "żarłoczne"? Ocena: 5/10.
Krzycer: Przymykając oczy na to, że sensu nie ma dla mnie parowanie Logana z Ororo, to był chyba jeden z tych "copiątnych", fajnych numerów. Znowu z tych samych powodów - nie ma ludzi-krewetek, mikrobroodów i inwazji zombie-tosterów, są rozmowy bohaterów próbujących ułożyć sobie życie i skorzystać z chwili wytchnienia. Byłoby fajniej, gdyby nowy status Broo nie został zaspojlerowany teaserem, bo ja wiem, pół roku temu?
Ale przejdźmy do parowania: Kitty i Iceman jakoś działają, na zasadzie "byliśmy najmłodszymi X-Men" coś wspólnego mają. Zresztą to całe "zbyt dobrze się znamy" jest chyba trochę na wyrost, bo wcale tak często w jednej drużynie nie siedzieli. Bobby chyba siedział w X-Factor kiedy Kitty się zjawiła, a zanim na dobre wrócił do X-Men ona była już w Excaliburze? Chyba? Marvelowe lata 70 i 80 to dla mnie w większości terra incognita.
A potem mamy Logana z Ororo, i to dla mnie zupełnie nie działa. Chyba, że li tylko i wyłącznie na zasadzie reboundu. A, no i Aaron wspomina o jakimś ich wspólnym sypianiu z zamierzchłej przeszłości - wyciąga to z tyłka, czy za dziadka Claremonta faktycznie był taki wątek?
Przy okazji: kto by pomyślał, że Wolverine potrafi precyzyjnie ogolić człowieka jednym cięciem. Magia.
Przy okazji2: o, może Aaron przeczytał coś na temat tego, że okrucieństwo wobec zwierząt nie jest zabawne, bo Kade najwyraźniej ćwiczył strzelanie na tych panach, co młotkują młode foki. Nie wiem, co to o mnie mówi, ale to akurat było zabawne.
Przy okazji3: rysunki nie do końca mi się podobały, jak to wspomniał jdtennesse - Bobby miejscami wyglądał jak Tintin - ale David Lopez dostaje ode mnie punkt. Jako pierwszy narysował dającego się oglądać nowego Beasta. Co prawda tylko na jednym kadrze widzimy jego twarz, możliwe, że jakby miał więcej okazji, to też by go skopał, ale na tym jednym kadrze jest w porządku.
jdtennesse: Od pierwszej strony Storm sobie żartuje w rozmowie z byłym mężem (pijane niebieskie diabełki jedzące jej kwiatki :-)) i ma nowy pokój… lub też latające pomieszczenie, z widokiem lepszym niż jej poprzednie poddasze. Nie podoba mi się tylko bełkot T'Challi. Dalej też jest śmiesznie – wieczór wolny dla nauczycieli, wiemy, czym to się może skończyć… Hahaha, Logan ma dyżur przy kupkujących bamfach. O kurczę, naprawdę jest wesoło. Randka Kitty i Bobby'ego, którzy zachowują się jak para nastolatków i Rachel nadzorująca wszystko. A propos, do tej strony (i potem też) rysunki były ok, ale Bobby wygląda jak z jakiejś kreskówki, Tintin, anyone? Broo i Idie też mają swój moment. I jest przyjemnie, bo w końcu nie nawalamy się, tylko rozwijamy umiejętności interpersonalne. Związki i interakcje to klucz do sukcesu. Abigail i Beast, podoba mi się, że przynajmniej pilnują się ze zmianami w wyglądzie, czego zresztą byłem pewien po info na pierwszej stronie, chociaż w tym wypadku trzymamy się continuity (chociaż której, to już nie wiem…). Chwila dla złoczyńców – Kade i Sabretooth oraz Mystique w tle. A potem Quentin i Jean, najlepsze jest chyba jego podsumowanie (poza oczywiście próbą zaliczenia Jean), że wszyscy tu przypadkowo się ze sobą wiążą. I znowu randka, ale również podoba mi się refleksja Kitty, że skoro nasze życie nie jest normalne, to po co udawać? Bardzo dobra rada, myślę, że dla wszystkich, niezależnie od wieku. A jeśli chodzi o próbę sparowania Ororo i Logana, to owszem, była już taka próba, i o ile mnie pamięć nie myli to nawet niejedna chyba. Nie ma to jak randka w stylu Logana – rundka w sali ćwiczeń. Ratowanie domu przed tornadem jest genialne, naprawdę. No i scena z prysznicem, Logan i Ororo… Wiem już, skąd się wzięła nowa… ehh, jeden spoiler sobie podaruję. Zakończenie dla mnie ok., bo nie wiedziałem, że tak się Broo obudzi. Jednym słowem bardzo mi się podobało. Przyjemnie się czyta, o ile komuś nie przeszkadza "przypadkowe parowanie". No i Storm znowu odzyskała swój charakter. Jedyny mały minus to może trochę za dużo tych różnych wątków, niektóre są chyba wplecione na siłę. 8/10.
Gil: Nie wiem, czy kojarzycie takiego pana, nazwiskiem Bryan Lewis Saunders? Ten facet jest malarzem i zasłynął serią własnych autoportretów, z których każdy był skrajnie inny, bo namalowany pod wpływem innego narkotyku. Zaczynam podejrzewać, że każda historia Aarona też jest pisana pod wpływem innego środka odurzającego, a tylko z rzadka napisze coś rozsądnego na trzeźwo. Tutaj mamy jeden z tych spokojniejszych i bardziej poukładanych scenariuszy, chociaż i w nim zdarzają się różne dziwy. Ale hej – przynajmniej dało się go przeczytać od początku do końca, a to już coś. I nawet nie miałem ochoty walnąć głową w ścianę, tylko parę razy zachichotałem nerwowo. Numer ma dwie osie: Kitty i Bobby oraz Ororo i Logan. Pierwsza naśladuje styl romantycznej komedii omyłek, druga idzie w kierunku: poderwę małego kudłacza, żeby wkurzyć byłego męża. Przy pierwszej nawet można się parę razy uśmiechnąć, druga jest od czapy, ale przynajmniej wyjaśnia tego irokeza u Storm (szkoda, że przeczytałem po UXF, to bym się może nie czepiał). Muszę też wspomnieć o rysunkach, które jakoś mi tu nie pasują. Raz, że dotąd seria miała inny styl graficzny i dwa – po prostu nie są zbyt dobre. Zwłaszcza Rachel wygląda jak tirówka. Ostatecznie mogę dać 5/10, bo była to typowa średniawka.

Young Avengers vol. 2 #1
Hotaru: Numer, którego wyczekiwałem od chwili jego ogłoszenia kilka miesięcy temu. Autentycznie trzymałem kciuki za twórców. Życzyłem im jak najlepiej - w końcu w jednym tytule jest Loki (Journey into Mystery górą!) i większość obsady Young Avengers. Tylko czy Gillen podoła? Czy nie zmęczył się pisaniem o bogu kłamstwa i czy odnajdzie autentyczne głosy dla dzieci Heinberga i Cheunga? I czy Jamie McKelvie podoła wyzwaniu? Teraz, po kilkukrotnej lekturze tego komiksu, mogę odetchnąć z ulgą. Twórcy podołali. Może mamy tu kilka zgrzytów, ale są malutkie i niewarte wymieniania. Jak dla mnie, jest to seria z największym potencjałem.
S_O: Pierwsza historia jest Wiccanowo/Hulklingowo-centryczna? Gee whiz, czegoś takiego jeszcze nie widziałem.
Zacznijmy od rzeczy oczywistych: Loki jest najlepszą postacią numeru, a każda scena z nim zmienia się w złoto, nawet mimo faktu, że on też używa tego paskudnego, midgardzkiego "A".
Co do reszty historii... Cóż powiedzieć? Gillen dopiero się rozgrzewa, JiM też przez pierwsze kilka numerów było fajne, z genialnymi momentami i tak dalej, ale dopiero pod koniec pierwszej historii zaczął objawiać się geniusz scenariusza. Tu jest podobnie - to znaczy, jest fajnie i są genialne momenty. Zobaczymy, jak będzie dalej.
Krzycer: Hm. Coś jest nie halo z rysunkami McKelviego. W paru miejscach jakoś mi nie pasowały do emocji bohaterów (głównie w czasie kłótni Billy'ego i Teddy'ego, choć ojciec Wiccana też jakoś dziwnie wyszedł).
Nie jestem pewien, co można powiedzieć o skrypcie Gillena. Dialogi są w porządku, większość postaci też. Fabuła na razie sensu nie ma, zwłaszcza wątek Hawkeye i Noh-Varra, do którego po pierwszych paru stronach już nie wracamy, więc ani nie wiemy, jak właściwie na siebie wpadli, ani tym bardziej - co tam robią Skrulle. Dalej osią wydarzeń jest to, że Wiccan robi coś bardzo, bardzo, bardzo głupiego i właściwie nie wiem, czy to do niego pasuje, czy nie (z drugiej strony w Children's Crusade ktoś zrobił coś niemal identycznego, więc Wiccana otaczają złe wzorce).
Wiem jednak, co mi na sto procent nie pasuje - kłótnia Teddy'ego i Billy'ego. Tzn sama kłótnia jest w porządku, ale jakoś Gillen mnie nie przekonał, że po miesiącach użalania się nad sobą i przestrzegania zasady "koniec z superbohaterstwem" wystarczy jedna rozmowa, by Billy rzucił się czarować.
Poza tym - podobało mi się, chcę więcej.
PS. Fajnie, że w stopce znalazła się informacja, czego słuchał Noh-Varr. Z tą piosenką w tle początek jest strasznie śmieszny.
Demogorgon: Kieron Gillen powiedział, że jeśli ten komiks nie będzie przystępny dla nowego czytelnika, to zawiódł jako scenarzysta. Skoro takie sobie psotawił standardy, to sprawdźmy go pod nimi.
Co wiemy po tym numerze:
Kate Bishop jest superbohaterką i kocha to. Miała one night-stand z tym gościem, który jest kosmitą, był złoczyńcą, był w Avengers i kocha muzykę z lat 60-tych. Skrulle go nie lubią.avalonpulse0284e%20%5B1600x1200%5D.JPG
Hulkling jest zmiennokształtnym i kocha być superbohaterem, ale jego chłopak nie chce być superbohaterem bo przez to ludzie giną. Teddy wypomina mu, że ma świetne życie a on stracił matkę (swoją drogą, jak Gillen odnotował na swoim blogu, do tej pory Teddy żałował jej przez jakieś dwa panele. Heindberg jest mistrzem ignorowania konsekwencji tragedii, które sam wprowadził). Billy próbuje coś z tym zrobić. Wychodzi mu "Henry Pym-style fuck up".
Loki jest nordyckim bogiem w ciele dziecka, który nigdy nie płaci za to, co zrobił (oh you) i rozmawia z parówkami. Nie podoba mu się, co robi Billy, z jakiegoś powodu. Lokiego chce dopaść z jakiegoś powodu Miss America Chavez, która jest supersilna i ma genialny kostiumu.
Ogólnie jest okej, postacie zostały nam narysowane w wystarczającym stopniu, tajemnice są tylko dwie, z czego jeśli ktoś czytał point one to wie, o co chodzi z Miss Americą i Lokim, więc jest tylko jedna. Czy spodziewałem się więcej? W sumie tak, ale to raczej kwestia mojego napalenia się na ten komiks, aniżeli jakiś w nim problemów. To niezły drużynowy pierwszy numer, tyle mogę o nim powiedzieć. Poza tym, miło zobaczyć optymistyczną serię, gdzie ludzie lubią być superbohaterami, nawet jeśli życie im dowaliło mocno (Teddy czy Kate, co do której Gillen stwierdził, że nie pozwoli, aby jej backstory (które ja osobiście uważam za szczyt kretynizmu) ją definiowało).
kuba g: Nie wiem, na ile te postaci są wierne swoim pierwowzorom. Nie czytałem wcześniejszych YA, nie licząc Children's Crusade i powiem szczerze, nie obchodzi mnie to. Kilka razy wyrażałem opinię, że mam nadzieję, że Gillen w YA zrobi coś na kształt superbohaterskiej wersji tego, co robił wcześniej z McKelviem w "Phonogram". I już po dwóch stronach dostałem dokładnie to, czego oczekiwałem, heh, Noh-Varr słuchający muzyki z winyla, niewiele mi potrzeba, abym zaczął uwielbiać tę serię (no, nie licząc matki Hulkkinga robiącej remake inwazji pożeraczy ciał). Nawet jeżeli nie do końca wiem, czego mogę spodziewać się dalej.
Archie: Po pierwszym numerze jestem na "tak" i na "nie". Pozytywami są fajne rysunki i widać już, że Gillen myśli trochę w przód i może z tego wykombinować coś przyzwoitego, jak się przymknie oko na kilka rasowych durnot. Niestety, owe durnoty rzucają się w oczy, jeśli śledziło się wcześniejsze losy Young Avengers. Jak widać Gillen z rozważnej osoby, jaką była Kate, postanowił zrobić hurraoptymistyczną idiotkę, która jako człowiek bez żadnych supermocy ot tak, po prostu postanowiła zaliczyć one night stand z kosmitą, który kiedyś ją poddusił i rzucił o ziemię, a również w pojedynkę sprał tyłki reszcie Young Avengers oraz Runaways. Kate lata temu najprawdopodobniej była ofiarą gwałtu, więc tym bardziej jest to dziwne, że bez opamiętania rzuciła się w objęcia gościa, który ją nie tak dawno temu pobił. Co lepsze, scenarzysta w niemrawy sposób sam odwołał się do tego pojedynku, także nie można go tłumaczyć niewiedzą. Ciekawi mnie "jak" i "czy" w ogóle Gillen przedstawi spotkanie, dzięki któremu Kate i Noh-Varr wylądowali w łóżku, a także jak Marvel Boy zakończył związek ze swoją wielką ziemską miłością, Annie. W chwili obecnej ten wątek wygląda mega słabo. To nie jedyna wpadka i dalej dostajemy poważną kłótnię Hulklinga z Wiccanem, gdzie Billy odrzuca wszystkie swoje argumenty o zgonach i braku doświadczenia, bo Teddy powiedział, że zakochał się w nim, kiedy ten był superbohaterem. Nie było żadnego "Zastanowię się" czy "Ale pod warunkiem, że Avengers się zgodzą i dadzą nam opiekuna, który zadba, żeby tym razem nikt nie zginął w naszej drużynie". Billy, który pod koniec Chilldren's Crusade dostał mocnego kopniaka od życia i wydawało się, że dzięki temu przemyślał kilka spraw, u Gillena w ciągu kilku stron zanotował mentalny regres i zaraz rzucił się do czarowania, żeby przywrócić zmarłych. U Gillena Billy jest półgłówkiem, który nie pamięta, że jego kolegą był młody Kang i ludzie z innych linii czasowych/rzeczywistości mogą się różnić zachowaniem od pierwowzorów. Dzięki temu do swojego domu sprowadził Skrulla z innej rzeczywistości, który zaatakował jego rodziców. Dodatkowo Wiccan walczył podczas Secret Invasion, więc powinien pamiętać, że dobre Skrulle to wyjątki od reguły. Szkoda, ze Gillen podczas przygotowywania się do tworzenia tej serii zapomniał o pisaniu postaci zgodnie z charakterami oraz o tym, żeby ich działania nie obrażały podstaw racjonalnego myślenia.
Gamer2002: Strasznie podobały mi się pełne sekwencji sceny akcji na sleshach. Rozmowa Billy'ego i Teda, poza tym że 2gay4me, była dla mnie w porządku. Nie zgadzam się z stwierdzeniami, że Billy za szybko wziął się do superbohaterstwa. Jedyne, co zrobił, to po zdaniu sobie sprawy, że przy Hulklingu zachowywał się jak rozpieszczony bachor, próbował znaleźć jakiś sposób, by zrobić coś właściwego. I, z braku czasu, nie przemyślał wszystkiego, gdy nadarzyła się okazja. Trochę wadą jest, że dla wątku Miss Ameriki i Lokiego trza było przeczytać Point One, ale w sumie nie było tam zbyt wiele więcej tego, co można było wyczytać z komiksu.
7.5/10, porządne wprowadzenie z niezłą akcją i fajnymi momentami. Trochę niejasna jednak była ostatnia strona, rozpuściło ich czy tylko z nich kapie?
Gil: To był pierwszy komiks, na który rzuciłem się w tym tygodniu, bo wyczekiwałem go bardzo-bardzo. I jak to zwykle bywa z rzeczami wyczekiwanymi, nie do końca trafia w spodziewany rezultat. Ale tym razem nie będę narzekał, bo i tak efekt jest smakowity. Zacznijmy jednak od początku: Otwarcie z Kate od razu u mnie zapunktowało, bo to moja ulubiona postać w tej grupie, a ponieważ lubię też Noh-Varra, to nie mam nic przeciwko ich sparowaniu. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się trochę ad hoc, to jestem w stanie je kupić i zaakceptować w połączeniu z zapowiedzią większego znaczenia w bliższej przyszłości. Wątek Hulklinga i Wiccana przyjąłem na początku jako przerywnik, więc trochę się zdziwiłem, gdy rozwinęła się z niego oś tej historii. Ale i tutaj nie mam nic przeciwko, bo jest to dość naturalne rozwinięcie, a sam wątek jest interesujący i z pewnością zdoła pociągnąć fabułę. No i w końcu mamy Lokiego, który o dziwo nie znalazł sie od razu w centrum uwagi. Zamiast tego, wchodzi do historii bocznymi drzwiami, w towarzystwie Chavez i myślę, że jest to dobre rozwiązanie. Całość jest napisana bardzo płynnie i na tyle naturalnie, że można mówić o lekkim wejściu w continuity wszystkich składowych postaci. Dużym plusem są też rysunki – jednocześnie proste i dopracowane, komiksowe i realistyczne. Bardzo pasuje mi to jako całość, dałem się chwycić i czekam na ciąg dalszy, wystawiając na dobry początek solidne 7/10. Aha! Czy mi się zdawało, czy w przeglądarce rzeczywistości Billy'ego widziałem Marvelmana?

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0284a.jpgYoung Avengers vol. 2 #1
Autor:
Jamie McKelvie

Hotaru: Za nowoczesny design, za uwzględnienie logo w kompozycji, a nie obok niej. Za indywidualne podejście do każdego z bohaterów i za spójną kolorystykę, która będzie procentować przy kolejnych okładkach. Wyczuwam inspiracje Davidem Aja, ale to przecież nic złego.






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.01.23
Redaktor prowadzący: Sc0agar4kKorekta: S_ORedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.