Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #283 (21.01.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 21 stycznia 2013Numer 3/2013 (283)


W minionym tygodniu Marvel zdecydowanie poszedł na całość, co zresztą widać w ilości recenzowanych numerów. A że czytania dużo, to zapraszam do lektury, a gdy już skończycie, to nie zapomnijcie oddać swoich głosów w podsumowaniu ubiegłego roku. O tutaj.
All-New X-Men #6
Hotaru: Jestem wielkim fanem Davida Marqueza. Choć z jednej strony to dobrze, że Marvel daje mu prestiżowe fuchy, to z drugiej boję się, że zdejmą go z Ultimate Comics Spider-Men, którą to serię ilustruje na przemian z Sarą Pichelli. Byłoby szkoda, tym bardziej, że w świecie Ultimate rysuje jeszcze ładniej. Tym razem nie mam się do czego przyczepić. Oprócz samego faktu, że główni bohaterowie są, gdzie są i KIEDY są, nie ma większych zgrzytów. Do czasu.
Krzycer: Oto pierwszy numer tej serii, który kupuję całkowicie, przy którym nie mam się do czego przyczepić (...ok, Wolverine sam się obsadził na stanowisku dyrektora szkoły, Xavier nie miał z tym nic wspólnego poza udzieleniem błogosławieństwa). Kitty, Storm i Jean, dwaj Angele oraz past-Cyclops i Wolverine - wszystkie interakcje były świetne. Co więcej, każda z tych postaci miała własny głos, czyli coś, czego w bendisowych Avengers brakowało od bardzo, bardzo dawna.
Do tego fantastyczne rysunki Davida Marqueza i ładne kolory Gracii. Kadr na którym Scott strzela do Logana jest fenomenalny.
Ciekawe, czy Mystique zdążyła zebrać nowe Bractwo po fiasku planu Sabretootha i Dakena w Uncanny X-Force, czy może to jakaś inna inicjatywa.
A, no i ciekawe rzeczy słyszała Jean gdy straciła kontrolę nad telepatią. "Pani Frost, czy mnie pani słyszy?". No i odwieczne pytanie - "Kogo obchodzi Maggot?"avalonpulse0283b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Burzol: Trochę się martwię, kiedy jakiś komiks tak bardzo mi się podoba, ale nowych X-Menów Bendisa kupuję od samego początku: podróże w czasie od bardzo dawna związane są mocno z mitologią mutantów. Spotkanie oryginalnej młodej piątki ze współczesnym światem uważam za znakomity pomysł. Przy tym entuzjazmie, mam wrażenie, że im dalej, tym jest lepiej. I tak jest z zeszytem nr 6. Fajnie czyta się jak to młodzi bohaterowie spotykają starych, którzy teraz są od nich młodsi. Ponadto dobrze jest widzieć Jean Grey, która okazuje się bardzo wyraźną postacią, imponującą i potężną, ale ma przed sobą jeszcze całą drogę do przejścia, więc pozostaje w niej potencjał. Znakomita lektura.
kuba g: Udało mi się już zupełnie wkręcić w tę serię, dalej nuważam, że Bendis może lepiej, ale numer czyta się dobrze, nie brakuje aż tak bardzo poprzedniego rysownika i wszystko idzie do przodu bez wymuszonych fajerwerków. Liczę tylko, że Kitty będzie o wiele ciekawsza, tak jak jej Ultimate wersja za dawnych czasów Bendisa.
Gil: Nadal jest fajnie. Jedno, co muszę policzyć za duży plus Bendisowi to fakt, że lubię jego Jean. Tak po prostu, autentycznie ją lubię, a często miałem problem z tą postacią. Tutaj widzę jej potencjał, widzę siły i słabości, a wszystko to tworzy całkiem fajną postać, na którą widać, że ma pomysł. Fajnie wypadł też wątek Scotta i jego wypadu do miasta, prowadzącego do konfrontacji z Loganem. To, że tym razem Summers pożyczył motor Logana jest miłym winkiem ku odwrotnej sytuacji z filmu. Samo starcie jest również nieźle poprowadzone – trochę z przymrużeniem oka, a jednak zaskakuje. I ściąga uwagę złych ludziów, a to dobrze, bo znaczy, że seria zamierza wyjść poza ramy dotychczas nakreślone. No i na koniec również fajne spotkanie dwóch Angelów. A minusy? Największym jest zniknięcie obu Beastów, którzy pojawiają się tylko jako tło w stołówce. Po ostatnim numerze chciałoby się jakiś konkretów, a nie odkładania wątku na bok, żeby później przejść nad nim do porządku dziennego. Plus należy się również Marquezowi, którego rysunki pasują mi tu nawet bardziej niż Immonena. Jakoś tak bardziej mu wychodzi uwydatnianie różnic wiekowych. Czyli i tym razem seria załapie się na fajne 7/10.
Gamer2002: Dobry numer skupiającym się na oryginalnej Jean, Cyclopsie i Angelu. Co prawda widać brak niedopowiedzianych wątków (co z Beastem, co z obecnym Cyclopsem itp), ale uchodzi. Wolverine zachowuje się mniej bucowato, ale dobrze że oberwał, chciałbym by Cyclopsy z jego pomocą rozegrały mecz babingtona. Były też całkiem zabawne/interesujące myśli wychwycone przez Jean, jak "kogo obchodzi Maggot", "czy pani Emma mnie słyszy" oraz "Avengers i ich niekończące się hipokrycie kazania". No i mamy Mystique.
7.5/10, tylko co jest z tym nazywaniem ich dwunastolatkami?

Avengers Assemble #11
Krzycer: Historia jest bardzo, bardzo oldschoolowa - coś takiego mógłby czterdzieści lat temu napisać Stan Lee (tyle tylko, że on by to wszystko upchnął w jednym numerze). Nawet przyjemnie mi się to czytało. W zalewie tytułów avengerowych ten się niczym szczególnym nie wyróżnia (poza rysunkami Caselliego), ot, porządny średniak.
Gil: To było… szybko. Spodziewałem się, że jeszcze z jeden zeszyt zajmie ta historyjka, a tu crash! boom! bang! i po sprawie. Jakby się tak zastanowić, to właściwie całą ją dałoby się upchnąć w jednym zeszycie, więc aż ciśnie się pytanie, po co były dwa poprzednie? Jeden, w którym sama fabuła zajmuje dwie strony, a reszta to pogaduchy i jeden, który nieproporcjonalnie rozbudowuje napięcie. Trochę pani Konikowej storytelling kuleje… Ale cóż, grajmy tym, co dostaliśmy. Zaczyna się nieźle, od leczenia Hulka, a potem nagle wszystko przyspiesza i chiński Uruk-Hai odpala swój wodnisty plan, Avengers wpadają, Thor wysysa skażoną wodę mini tornadem (zagrywka bardzo w stylu lat '60.), dopadają tego złego i koniec. Zaskakuje fakt, że Hulk tak po prostu skręcił mu kark i nikt nawet nie zareagował. To, że tak powiem, niezbyt po avengersowemu. Radykalnie wręcz. (I od niechcenia obala teorię, że Hulk nigdy nikogo nie zabił, BTW.) A potem wszyscy przechodzą nad tym do porządku dziennego, bo ważniejsze jest, że Tosiek i Banner przegrali zakład i muszą publicznie zaświecić golizną. Hm… Avengers, którzy przemilczają morderstwo z zimną krwią i promują nieobyczajne zachowanie – how cool is that? Jakoś tak nie bałdzo. Dla mnie na 4/10. I mieści się już w tym spory plus za rysunki.

Avenging Spider-Man #16
Krzycer: Było by naprawdę miło, gdyby Yost dostał główną serię esesmana. Ma dryg do tej postaci, a kadr z "friendly banter" mnie rozłożył.
Co powiedziawszy - znowu wszyscy mają podejrzenia, ale nikt nie podejrzewa wystarczająco mocno. Choć mam wrażenie, że i to wyszło Yostowi lepiej, niż Slottowi i Waidowi, i Otto w jego wykonaniu zgrabniej sobie radzi z podejrzliwymi "przyjaciółmi".
Przechodząc do samego komiksu - ot, nawalanka z wielkim pająkiem. Ani nie jest osią fabuły - najważniejsze jest spotkanie Ottona z X-Men - ani nie zdobywa nagrody w kategorii "najbardziej randomowy przeciwnik tygodnia", bo tę schowała do kieszeni Kelly Sue Deconnick swoimi dinozaurami, więc jest po prostu... Po prostu jest.
Zapowiedź, że Jackal coś knuje też mnie nie raduje, bo ta postać mnie po prostu irytuje. Jasne, prawdopodobnie Slott mu się nie przysłużył ostatnio i w innych rękach może być fajny, ale...
Burzol: Obiecałem sobie, że to ostatni komiks z Superior, który przeczytam, aż nie zdecydują się odkręcić tej akcji. I mam dylemat. Bo Yost, którego komiksów nie trawię ma jakieś dziwnie lepsze wyczucie do postaci stworzonej przez Slotta niż sam Slott. Serio, Superior dalej wkurza, ale nie dlatego, że wkurzające jest wszystko co dotyczy postaci, tylko dlatego, że taką postacią powinien być na początku. No i mimo paru słabszych elementów dialogi tu są całkiem ok. Jestem w konsternacji.
Gil: Zacznę od tej jednej rzeczy, która najbardziej mi tu przeszkadza: Rachel. Po co w ogóle było ją pchać do tego numeru, jeśli w najbardziej newralgicznym momencie zachowuje się jak kompletna idiotka? No dobra - szybki skrót: SS-Man i X-Men walczą z wielkim pająkiem, who cares. Całość numeru skupia się w tej jednej scenie po walce, kiedy Potter Partavius staje przed możliwością wykrycia, bo Wolverine coś podejrzewa. Iii… robi ich wszystkich w ciula przekonując, że telepatia narusza jego prywatność. WTF!?! Przecież po to *&^#@ jest! A fakt, że się przed tym broni tym bardziej powinien się wydać podejrzany! Tymczasem Rachel przyznaje mu rację i zostawiają go w spokoju, bo rzucił parę głupich żarcików. To jest zwyczajnie głupie! Po tych wszystkich aferach ze Skrullami i podszywaczami, po wszystkich pomyłkowych bijatykach, każda drużyna powinna mieć rezydentnego telepatę, który na dzień dobry sprawdza, z kim mają do czynienia, a nie jakieś tam srutututu o prywatności! Ale przecież zapomniałem o najważniejszej myśli przewodniej: Marvel – we learn nothing! Poza tym numer jest napisany całkiem przyzwoicie, ale ponieważ zawodzi w najważniejszym punkcie, nie mogę ocenić go wyżej niż 3/10.
Gamer2002: Zabawne było, jak Spock nazwał Beasta oszustem i irytował się na aroganckie superior w homo superior. Ogólnie przyjemny team-upik na potwora i trzeba przyznać Otto, że znalazł sposób by zneutralizować pająka bez zabijania go. To że Reachel go nie zeskanuje było oczywiste a wymówka "nie powinniśmy naruszać prywatności bohaterów", może i marna, ale trzyma się tego czego uczył Xavier. No i w końcu Spock nie zrobił nic złego: unieszkodliwił pająka, pobił Sniktbuba, same dobre rzeczy. 7/10.

Captain America vol. 7 #3
Gil: Okay, tym razem nie mam już najmniejszych wątpliwości – Steve został totalnie zfrankencastle'owany. Ta historia to największa chała z jego udziałem, jaką widziałem od czasów Liefelda. I jedyne wyjście z sytuacji, jakie widzę, to finalna rewelacja, że to wszystko było w wirtualnej rzeczywistości. Najpierw oczywiście się okazuje, że ze stworami można się dogadać, potem mamy serię retrospekcji, z których dowiadujemy się, że jak Steve był mały, to miał łeb większy od całego torsu (thank you JRJR, you're super awesome!), a potem się okazuje, że jednak ze stworami nie można się dogadać i na koniec wielkie bigbadaboom! Stefcio ma w klacie telewizor z mordą Zoli! Aaa… zapomniałem – mamy też fajną retrospekcję z młodym Zolą, która pokazuje nam, jakim był radosnym świrniętym sadystą. Widząc, co zrobił z jedną kobitką, nasuwa mi się nieprzyjemne skojarzenie, co by zrobił, gdyby miał trzy… Czyli, podsumowując: Dostajemy zeszyt, w którym nic się nie dzieje, wypełniają go głupie retrospekcje, trąca sadyzmem i szokuje cliffhangerem znikąd. I w dodatku jest brzydki. Tak, to z pewnością wystarczy, by otrzymał tytuł gniota tygodnia. A jak tak dalej pójdzie, to i na roczna nominację z pewnością zasłuży. Oceniam to coś na 2/10.

Captain Marvel vol. 6 #9
Hotaru: Bardzo przyjemnie mi się to czytało i oglądało. Kiedy Kelly Sue DeConnick przystopowała z wątkami drugiej wojny światowej, od razu Carol stała mi się bliższa. Jestem też bardzo pozytywnie zaskoczony rysunkami Filipe Andrade. Spodziewałem się chaosu, a dostałem spójną wizję, która może nie trafia w większość komiksowych gustów, ale mnie przekonała. Również dzięki specyficznej kolorystyce.
Krzycer: Najpierw nie mogłem się przekonać do rysunków. Potem odkryłem, że mają swój dziwaczny urok. A potem dostaliśmy kopanie ludzi z pistoletami, gdzie Carol zamieniła się w plastusia i znowu nie mogłem zdzierżyć rysunków. W końcówce znowu mi się podobały.
A sama historia - "dzień z życia", nic przełomowego - jest bardzo przyjemna i zabawna. Przeczytałem go z wielką przyjemnością.
Gil: Zwykły dzień z życia superbohatera to koncepcja, która prawie zawsze się sprawdza. Tutaj również. Karolka jest postacią na tyle niestandardową i o tak wyjątkowej płynności, że mógłbym czytać o jej przygodach w pralni, na zakupach i u fryzjera, bez narzekania. Bo wiadomo, że i tak wszystko się zaraz pokomplikuje i nie będzie nudno. Tak samo jest i tutaj, właściwie na każdym kroku, więc czyta się szybko i lekko, a uśmiech nie schodzi z facjaty. Jest tylko jedno, czego muszę się przyczepić – rysunki. Wyglądają, jakby powstały w 15 minut na kolanie, są koszmarnie nieczytelne, praktycznie pozbawione szczegółów i chaotyczne. Głównie dlatego bardziej skupiłem się na treści, bo nie chciało mi się tracić czasu na ich rozszyfrowywanie. Aha, i na końcu numeru czeka nas dramatyczny twist. Ocena byłaby znacznie wyższa, gdyby nie fatalna grafika, a tak muszę wystawić 5/10.

Daredevil vol. 3 #22
Krzycer: Nie czytam DD w wykonaniu Waida, nie mogłem się przestawić na ten klimat po ponurym noir Brubakera i Diggle'a. Po ten numer sięgnąłem z uwagi na obecność esesmana. No i... meh. Murdock zauważa, że coś jest nie tak, ale przyjmuje wszystko na słowo. Rozczarowanie. A przecież to najbliższy kostiumowy przyjaciel Parkera.
kuba g: Nie wiem czy tak na serio może wyglądać życie i percepcja świata przez niewidomego, ale Waid wykonuje kawał fantastycznej roboty wkładając w swoje historie od czasu do czasu sceny z życia niewidomego Murdocka. Nie Murdocka prawnika, nie Murdocka podrywacza, nie Murdocka i problemów z sekretną tożsamością, tylko niewidomego mieszkańca Nowego Yorku. I robi to w sposób, który mogę określić tylko jednym słowem, uroczo, straszne ale adekwatne. I to wszystko jest tak dobre, że nawet przymknąłem oko, że reszta tego numeru była wypchana Superior Spider-Manem, którego czytać nie chcę i najchętniej zapomniał bym, że istnieje. Jak dobrze, że przynajmniej to wszystko było zabawne, nie licząc ostatniej strony.
Gil: Introdukcji Octopająka w reszcie świata ciąg dalszy. Tym razem ofiarą pada jego najlepszy kumpel po fachu, który oczywiście niczego się nie domyśla. Albo nawet jeśli się domyśla, to nie daje po sobie poznać. Bo jakoś trudno mi sobie wyobrazić, żeby Daredevil nie wyczuł jakiejś subtelnej różnicy w tonie głosu, albo skoku ciśnienia przy zadaniu niewygodnego pytania… No, ale dobra – i tak wszyscy wiemy, że w tym numerze nie liczył się sens tylko promocja. Można to kupić, chociaż jest straaaaaszliwie naciągane. Ale przynajmniej dostajemy parę fajnych scenek rodzajowych z Mattem jako Mattem, jakieś określenie kierunku na najbliższą przyszłość… A, i nie zapomnijmy o tym dramatycznym twiście z Foggym w końcówce. Który to już w tym tygodniu? No cóż, przynajmniej 6/10 mogę dać.
Gamer2002: Tylko dla SS-mana sprawdziłem i było tak sobie pod tym względem, choć "dzięki Bogu za Stilt-Mana" było epickie. Podobał mi się fragment w którym Matt gadał o kasie i jak beznadziejnie ukrywa swą tożsamość. Co do rewelacji na koniec nie powinien się przejmować, wystarczy tylko by spytał o lekarstwo na raka Black Panthera. Niech będzie zawyżone 7/10, bo serii nie znam.

Dark Avengers vol. 2 #185
Krzycer: Zabawny ten alternatywny świat. Do tego Parker umieszcza w tle jakieś zagadki na temat Moonstone, ale przede wszystkim skupia się na nieźle podanej ekspozycji i bijatykach do zapomnienia.
No i dostajemy małą orgietkę z doktorem Strangem. To już chyba drugi raz w ciągu ostatnich dziesięciu lat.
Gil: Jeśli chodzi o międzywymiarowe afery, to ostatnio mamy całkiem spore ich rozmnożenie, a więc również i dużo okazji do porównań. Historyjka, którą dostajemy tutaj, mieści się gdzieś pośrodku między poważnym impaktem, jaki oferują New Avengers i totalną podpierdółką w rodzaju X-Treme X-Men. Oferuje całkiem nieźle nakreślony konflikt, któremu jednak brakuje jednej podstawowej rzeczy: motywu. Nie mamy najmniejszego pojęcia, dlaczego herosi podzielili Nowy Jork i czemu się tłuką między sobą. Ot, po prostu, bo tak. Druga rzecz, jakiej tu brakuje, to równowaga. Na początek dostajemy całkiem dramatyczną historię Pyma, zaraz obok oderwana od rzeczywistości orgietkę u Strange'a, a potem jakieś przypadkowe bitki z potworkami. Strasznie to połatane jest. Coś tam się niby dzieje wokół Moonstone, ale ciężko wyłapać sens. Z drugiej strony, Toxy wyczynia rzeczy niebywałe i składa do kupy USAgenta, chyba z użyciem Venoma? (To tak a'propos dramatycznych twistów.) A dwie postacie w ogóle znikają ze sceny, bo akurat nie mają nic do roboty. Połatane, poplątane, a w dodatku musiałem przeczytać dwa razy, bo po pierwszym natychmiast zapomniałem, co tu się działo. Ale przynajmniej trzeba przyznać temu komiksowi, że się stara być interesujący i wygląda całkiem przyzwoicie, dlatego ocenię go na 4/10, a nie niżej.

Indestructible Hulk #3
Krzycer: Hulk jako dywersja. Śmieszne. Przeciwnik korzystający z rekwizytów z planu Power Rangers... eeeh, zaliczmy to jako "oldschool" i nie rozwódźmy się nad tym. Cała ta akcja z AIM sprawia wrażenie jednej wielkiej zapchajdziury, bo znaczenie dla serii ma pewnie tylko zbieranie mózgowców i spotkanie Bannera z ROBem. Chyba, że się mylę, a Waid ustawia pionki na planszy... tyle tylko, że z tej bazy AIM nic nie zostało, więc... No, zobaczymy.
Tymczasem numer był... meh. Za duży waty. Znowu.
kuba g: To aż nieprzyzwoite jak podoba mi się ta seria mimo tego, że nie lubię Hulka, hehe, serio, ostatni raz Hulka dobrze mi się czytało jak w Mega Marvelu wyszła historia pisana przez Petera Davida, a chyba i tak wtedy to głównie jarałem się rysunkami Keowna (i jaram się po dziś). Inna sprawa, że może dlatego kupuję tę serię i jej konwencję, że ten komiks to w dużej mierze S.H.I.E.L.D. feat. Hulk, a nie następna niedorzeczna seria z Hulkiem i problemami na siłę. W tum odcinku niby nie wydarzyło się nic specjalnego ale i tak jestem ciekaw motywu z powstającym teamem mądrych głów pod przewodnictwem Bannera.
Gil: O, czyżby doctor House, znaczy – Banner, miał dostać swoją wesołą kompanię asystentów? Fajnie, może coś z tego wyjść fajnego. Podoba mi się też wyraźniejsza rola Maryśki Hill, która już nie tylko reaguje, ale stara się przejąć kontrolę nad sytuacją. A jako bonus dostajemy kolejną misję polową i odkurzonego z niebytu Quintronic Mana, czyli Megazorda AIM. No bo Hulk musi mieć coś do smashowania, nie? I nie będę ukrywał, że coraz bardziej podoba mi się cała ta idea. Pomysł jest wyraźny, wykonanie świeże i jest miejsce zarówno dla rozrywki inteligentnej, jak i czysto siłowych rozwiązań. Rysunki w większość bardzo dobre, tylko momenty przemian Bannera w Hulka wyglądają bardzo statycznie i bez polotu. Ale mocne 7/10 się należy.

 New Avengers vol. 3 #2
Hotaru: Mało to subtelne, a wręcz trochę łopatologiczne, ale zdaje egzamin. Wolę takie wyjaśnienie wprost, niż żeby Hickman zabrał się za to po kilkunastu numerach, kiedy już stracę serią zainteresowanie. Podobały mi się relacje T'Challa - Namor (choć brak głębi w tym drugim trochę mnie drażni) i T'Challa - Richards. Oprawa graficzna też jest miła dla oka, choć tym razem mam wrażenie, że pochwały powinny iść w kierunku Franka D'Armaty, a nie Steve'a Eptinga. Ale może szukam dziury w całym. Grunt, że jest estetycznie.
Krzycer: Holy exposition, Batman! Lwia część komiksu to wyjaśnianie multiwersalnego zagrożenia, ze szczegółami i schematami.
I tu Hickman udowadnia, co potrafi, bo czyta się to z zapartym tchem - dzięki flashbackom i flashforwardom, dzięki konfliktowi Namora i T'Challi, dzięki rysującym się podziałom w grupie co do intencji i bezwzględności, jaką być może przyjdzie im się wykazać... Pierwszorzędna robota.
Jedna rzecz mi się nie podoba, ale to kwestia ogólna, a nie tego konkretnego komiksu ani nawet tej konkretnej serii. Doktor Strange dostał świetny, nowy kostium jakiś czas temu, ale jego stara peleryna, którą znowu zaczął nosić, za cholerę do niego nie pasuje i niemal w całości go zasłania.
avalonpulse0283c%20%5B1600x1200%5D.JPGBurzol: Hickman uroczo rozwija prosty pomysł Illuminati, tworząc multi-kosmiczne zagrożenie dla najtęższych umysłów Ziemi. Epickie, przekombinowane, ale i emocjonujące. Najpierw przy stole brakowało mi jakiejś reprezentacji mutantów bo ś.p. Chucku, ale potem podczas czytania na myśl przyszło mi, że to całe Illuminati to istny sosydżfest...ale chyba nie ma żadnej sensownej kobiecej kandydatki. Nie?
kuba g: Drugi numer a ja już jestem zakochany w tej serii. O ile drugi numer Avengers nie zachęcił mnie niestety tak bardzo, to 2 numer NA jest już wszystkim czego oczekiwałem od tej serii. Wysokie stawki, wąskie grono, najlepsi zawodnicy i trudne wybory. Nie będę się dużo produkował, ale chyba NA to będą najlepsze dialogi Hickmana dotychczas. Oby.
Gil: Uuu… schematy i wykresy! Jak są schematy i wykresy, to znaczy, że Hickman się rozkręca. Tym razem proponuje nam może nieco przydługą, ale za to konkretną ekspozycję, która jasno wyjaśnia naturę zagrożenia. Przy okazji rzuca też zupełnie inne światło na postać Black Swan i mam wrażenie, że ściślej wiąże ją z zespołem. Akcji nie ma za wiele, a wręcz prawie wcale. Ale nie ma też ani chwili nudy, bo każda wymiana zdań czy monolog są ważne i warte swojego miejsca. Widać nawiązania do dawnych Illuminati, ale też coraz bardziej widać, że mamy tu do czynienia z kolejnym krokiem w ewolucji tej koncepcji, bo chociaż podobnie, to nie jest już tak samo. No i muszę przyznać, że nawet Black Panther mi zaimponował swoim bezkompromisowym podejściem do Namora. Plus bardzo fajny momencik Black Bolta. Rysunki nadal profesjonalne, ale przy dużej ilości gadających głów trochę tracą wyraz i schodzą na plan dalszy. Niemniej jednak, za całokształt należy się mocarne 7/10 i nawet tytuł numeru tygodnia dorzucę.
Gamer2002: Illuminati czytałem niewiele, ale porównując do tie-ina AvX Hickman wprowadza u nich bardziej grobowy nastrój niż Bendis. Jest jednak wciągające, choć to same rozmowy. Black Panther i Namor są tu szczególnie świetni a i interesująca była odmiana Black Swan. Widać, że Cap ma opuścić Stowarzyszenie Podejmowania Kwestionowanych Decyzji, zastanawiam się jak jego plan użycia Rękawicy Nieskończoności upadnie. Ogólnie jednak całą ta heca z kolizją Ziem przypomina mi nieco "Kryzys Nieskończonych Ziem". Zobaczymy jak to dalej się rozwinie, na razie jest dość pesymistycznie. 8/10.

Punisher: Nightmare #3
kuba g: Po pierwsze. Flashback z Capem z czasów "Civil War" uznaję za plus, mimo, patetycznego tonu, którego uważam, że należy w tej serii unikać bo mnoży się tego już za dużo. Ale sam patent trzyma się kupy. Po drugie, komiks podobał by mi się bardziej gdyby wszystko co dzieje się w jego drugiej połowie, eksperymenty, marna imitacja Nuke'a, ale cóż, taka konwencja, szkoda, że bardziej mi pasowała za czasów oryginalnej serii Punisher: War Zone (nic wspólnego z mini Rucki), czyli pewnie 14 letni ja uznał bym to za bardzo dobry komiks, a tak jest bardzo średnio.

Savage Wolverine #1
Krzycer: To faktycznie radosna bzdura jest. Cała historia to wymówka, dzięki której Cho może pogrubić swoje portfolio. Jak ktoś od czasu do czasu lubi nie angażować mózgu do komiksu - będzie w sam raz.
Jasne, można pytać "jakim cudem przez 8 miesięcy S.H.I.E.L.D. nie zainteresowało się ich losem", ale po co? To nie taki komiks.
Burzol: Dobry zeszyt na początek serii. Komiks jest tak radosny, że nieskrępowanie wyciska tyle, ile się da, z opowieści o tym, jak to Logan zostaje zrzucony na dziką wyspę: w pierwszym kadrze Wolverine budzi się, w drugim stwierdza, że nie ma pojęcia gdzie jest, a w trzecim kadrze już walczy z raptorem. No i Shanna, jest tu...bardzo narysowana.
Gil: Muszę przyznać, że ten numer przeskoczył znacznie oczekiwania, jakie wobec niego miałem. Spodziewałem się zupełnej kaszany, a tymczasem jest parówka. Wciąż to nie prawdziwe mięso, ale od biedy skonsumować można ;) . Tak naprawdę, jest to dosyć typowy komiks z Wolverinem. Budzi się w nieznanym miejscu, zaczyna siekać wszystko co popadnie, aż znajduje kogoś od ekspozycji i razem postanowią się z tego miejsca wydostać. Prosty schemat, prawda? Ale przynajmniej jest w nim jakaś trzymająca się kupy namiastka fabuły, czyli więcej niż oczekiwałem. Gdyby wyłączyć mózg i ignorować oczywiste dziury w fabule, można by się nawet dobrze bawić, jak ktoś lubi dinozaury i skąpo odziane pseudo-dzikuski. Tym razem dla odmiany nie będę narzekał na rysunki Franka Cho, ponieważ nie są aż tak nachalnie seksistowskie, jak zazwyczaj i trzymają się zasad anatomii. Cóż, lekturka raczej z tych godnych polecenia na dłuższe posiedzenie w świątyni zadumy, ale jako niezobowiązujące czytadło może być. Takie leciutkie 6/10 tuż przy granicy z piątką.

Venom vol. 2 #30
Burzol: Potęga opętanego Venoma robi wrażenie, ale bardziej komiks zaskakuje mnie swoimi elementami depresyjnymi. Flash to teraz najbardziej nieszczęśliwy bohater uniwersum. Szczególnie ta depresyjna rozmowa z samym sobą na finał.

avalonpulse0283d%20%5B1600x1200%5D.JPGX-Factor #250
Hotaru: Nie wiem, co myśleć. Z jednej strony po jubileuszowy ćwierć-tysięcznym numerze spodziewałem się czegoś ekstra, a z drugiej - kiedy o tym pomyślę - nie wiem, czego mógłbym chcieć więcej. PAD z wirtuozerią żongluje prowadzonymi przez siebie wątkami. Mam do niego pełne zaufanie i nie wątpię, że dostarczy mi wielu emocji. A że rysunki Kirka miejscami są trochę za mało dokładne...? Jakoś w ogóle mnie to nie drażni.
Krzycer: Co do diabła stało się z rysunkami Leonarda Kirka? Jego pierwsze numery w tej serii były dużo lepsze od tego, co robi teraz (nie wspominając nawet o dawniejszych osiągnięciach, jak Cap Britain & MI-13). Żeby nie było, do bohomazów Stromana wciąż daleko, ale, kurczę, parę kadrów zaczęło mi się już kojarzyć. Dobrze nie jest.
A jeśli o skrypt chodzi - jest w porządku. Znowu jest sporo przyjemnej akcji, kreskówkowe zagranie z taksówką i negocjacje z Darwinem były bardzo fajne. A potem PAD wykłada parę kart na stół i robi się dziwnie. Czekam na wyjaśnienie sytuacji, w międzyczasie zastanawiając się, czemu Hela się bawi w takie rzeczy (jakoś nigdy nie kojarzyła mi się z piekielnymi przepychankami) i czy to Satana stoi ramię w ramię z różnymi władcami piekieł?
(A, no i dowiadujemy się paru ciekawych rzeczy na temat Jezebel. To też miło.)
Burzol: Muszę przyznać, że od jakiegoś czasu X-Factor coraz mniej mi smakował, fabuła zdawała się o niczym, a postacie stały w miejscu. Ale teraz, gdy następuje pewna kulminacja, znów jest naprawdę fajnie.
Gil: Wreszcie numer, który mogę z czystym sumieniem docenić za tu i teraz, a nie za sentymenty. Chociaż paradoksalnie spory wpływ na tę ocenę ma związanie wątków z przeszłości właśnie teraz. Miło popatrzeć, jak lata planowania wreszcie przynoszą efekt i ten efekt jest dobry. Tak, dobry – tylko tyle i aż tyle. W tym numerze wiele rzeczy dzieje się ciut za szybko, żeby nie odwlekać wejścia na scenę Hell Lordów. No i w sumie nie przeszkadza mi to za bardzo, bo przecież wszyscy czekamy na fajerwerki, a im bliżej, tym bardziej niecierpliwość rośnie. Jak zwykle dostajemy też parę smaczków i fajnych scenek rodzajowych. Za to rysunki mogłyby być lepsze, bo niektóre kadry wyglądają fatalnie. No to czekam na te fajerwerki, wystawiając buzujące 7/10.

X-Men vol. 2 #40
Krzycer: Uszczypnijcie mnie, komiks, w którym Chamber gra pierwszoplanową rolę? Tylko za to autor dostaje ode mnie mnóstwo punktów. A teraz minusy:
- w relacji Pixie-Chamber to Megan jest przedstawiona jako bardziej doświadczona i dorosła - wtf?
- o, kolejna inkarnacja Freedom Force. Coś mi mówi, że zdążę o nich zapomnieć zanim ukaże się następny numer, a co dopiero, gdy ta historie się skończy...
- mutant gadający do samochodów. Co to mówił Alonso? "Powrót mutantów post-AvX nie oznacza, że zaczniemy na lewo i prawo przedstawiać nowych homo superior, nowi mutanci będą się pojawiać tylko, gdy autorzy będą mieli naprawdę dobre pomysły, rozwijające historię, z potencjałem na opowiadanie kolejnych"... dobrze kojarzę?
- rysownicy Jefte Palo i Guilleromo Mogorron oraz kolorysta Andres Mossa to moi pierwsi kandydaci do Zvalona 2013. Co prawda nie mamy konkurencji dla kolorystów, ale i tak będę o nim pamiętał. Tak brzydkiej Pixie jeszcze nie widziałem. Nowy kostium Chambera... w lepszym wykonaniu może coś by z niego było, płonący X na czarnym tle mógłby zapadać w pamięć, ale w tym komiksie jest po prostu szkaradny. Jak wszyscy bohaterowie. A wygląda mutanta-od-trabantów po aktywacji mocy to już szczyt bezguścia.
Ale czemu pastwię się również nad kolorystą? Bo chyba zapatrzył się w Sin City i dlatego wszędzie wylał tyle czerni, wypełniając nią całe sylwetki postaci, tak, że np. tłum policjantów zlewa się w jeden abstrakcyjny kształt... Tyle tylko, że zdolniejsi artyści robią takie rzeczy, by osiągnąć konkretny cel, a Mossa ćwiczy sztukę dla sztuki, bo żadnego zamysłu w tym nie widzę. Rezultat jest adekwatny do szkiców panów Palo i Mogorrona - szkaradny.
Czekam na powrót Wooda do tytułu, bo końcówka tego runu jest... meh.
Swoją drogą, to przykre, że komiks nazwany po prostu "X-Men" jest tak daleko na marginesie x-świata. Ze wszystkich historii tego runu jedyna, która miała jakiekolwiek znaczenie dla innych komiksów, to "Curse of the Mutants". Smutne. I nawet, jeśli niektóre zeszyty przyjemnie się czytało - w tym kilka Wooda, ale nie wszystkie - to całe przedsięwzięcie pt. "X-Men vol. 2" jest do zapomnienia i pominięcia, i nie ma żadnych powodów, by je komukolwiek kiedykolwiek polecać. No, chyba, że zaangażowanym fanom Pixie, bo po wyrugowaniu jej z Uncanny to tu dostała stałą rolę...
Niniejszym trzymam kciuki za v3. Właśnie się zorientowałem, że redaguję nekrolog serii przed ukazaniem się ostatniego numeru, ale jakoś wątpię, by Seth Peck rzutem na taśmę dokonał czegoś rewolucyjnego.
Burzol: Od kiedy Bobby jest tak umięśniony, że wygląda jak Colossus? (Który po zgoleniu głowy z daleka wygląda jak bardziej umięśniony Iceman?) Ogółem ciekawa historia, bo dzięki zamieszaniu z finału AvX mutanci wracają do swoich klasycznych problemów: nowe talenty, konkurencyjne drużyny, rekrutacja i indoktrynacja. Bardzo sprawne.
Gil: Zła wiadomość jest taka, że to jeszcze nie jest ostatni numer. Miałem nadzieje, że wypchają jeden zeszyt watą, nazwą to epilogiem i zakończą męki tego tytułu, ale jednak nie… Jeszcze zachciało im się zmieniać skład i rzucać go w pogoń za nowym mutantem. Jest to strasznie generyczna i nijaka opowiastka o tym, jak to chłopaczyna mutuje i zaczyna siać spustoszenie, bo jest w szoku (a w dodatku rozwalił samochód i mu kobitkę ubiło). Bla, bla, bla… Nic ciekawego się tu nie dzieje. Przypadkowy skład X-Men, pisanych zupełnie out of charakter (przez pół numeru myślałem, że Iceman to przerysowany Colossus, dopiero później zaczął robić coś icemanowatego, a nie odzywa się w ogóle). Przeciwnik jest jednorazowy i nieciekawy, a w dodatku rozciągają to jeszcze bardziej, wciskając jakąś redecką Przeciwnik jest jednorazowy i nieciekawy, a w dodatku rozciągają to jeszcze bardziej, wciskając jakąś redecką Przeciwnik jest jednorazowy i nieciekawy, a w dodatku rozciągają to jeszcze bardziej, wciskając jakąś redecPrzeciwnik jest jednorazowy i nieciekawy, a w dodatku rozciągają to jeszcze bardziej, wciskając jakąś rednecką wariację na temat Freedom Force. A wspominałem już, jak paskudnie jest to narysowane? Bardzo! Więcej jak 3/10 dać nie mogę.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0283a.jpgNew Avengers vol. 3 #2
Autor:
Jock

Hotaru: Sześć dłoni, sześć klejnotów, zero zbędnych detali. Do tego logo tytułu wkomponowane w całość i odważnie małe. Lubię takie ascetyczne, ale przemyślane okładki.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.01.16
Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.