Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #282 (14.01.2013)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 14 stycznia 2013Numer 2/2013 (282)


Za oknami zima w pełni, dlatego przyda się coś na rozgrzanie. A nie ma nic lepszego, jak gorąca lektura. A przecież nie ma gorętszego tematu od debiutu Superior Spider-Mana.

Age of Apocalypse #11
S_O: Najwyraźniej umysł Quentine Quire'a jest naturalnym więzieniem dla telepatów, wiedzieliście o tym? Bo ja nie. Zupełnie, jakby Lapham wymyślał kolejne bzdury, żeby świat pasował do jego wizji.
Tymczasem Super-roofie zdaje się działać, a w każdym bądź razie wywołuje u ALoganlycse'a ciężki przypadek świecenia jak psu jajca. A mnie to nadal nie obchodzi - przestało obchodzić w 1995, gdy wszystkie te postacie zginęły za pierwszym razem.
Krzycer: No i po sprawie, Lapham wyeliminował ostatnie postaci z oryginalnego AoA, a wraz z nimi - ostatnie powody, dla których czytałem tę serię. Ale zaraz zacznie się crossover... z X-Treme, których nie czytam od paru miesięcy. Meh.
Gdybym chociaż miał fanboyską frajdę z encyklopedycznego uzupełniania wiedzy o alternatywnym świecie, ale o tym nie ma mowy, bo Lapham AoA nie czytał, i w każdym numerze serwował jakieś niedorzeczności. Meh.
Ogólna ocena: dwa "meh" w trójstopniowej skali "po co ja to czytam?".
Gil: The final battle of nothing happens is here! No dobra, może trochę przesadziłem – załatwili Shadow Kinga w całkiem niezłym stylu, ale to właściwie tyle. Potem była wielka huzia na Józia, podczas której już nic się nie stało. A potem zły Logan zaświecił i na tym się skończyło. To chyba przez tę magiczna pigułkę gwałtu, czy jak to tam Kot nazwał. Kto wie? Albo właściwie, kogo to obchodzi? Niech już skończą tę bieganinę za własnym ogonem, zrobią crossa i zamkną serię. Za ten jeden dobry pomysł mogę podnieść ocenę do 4/10, ale to i tak nie zmieni faktu, że pora kończyć.

Avengers Arena #3
Hotaru: Nadal mi się podoba. Nie spodziewałem się tego, szczerze mówiąc. Jest kilka lubianych przeze mnie postaci, o których los się martwię - czy Hopeless będzie miał czelność je ukatrupić? Czy jednak wykaże się zdrowym rozsądkiem? Na razie nie daje mi zbytnich powodów do wątpliwości. Chociaż w tym numerze zabrakło "pasków z energią" i nie jestem pewien, czy to przeoczenie, czy może celowy zabieg, by trzymać czytelników w niepewności. Po raz kolejny też muszę skomplementować Keva Walkera. Zgoda, nie przykłada się tak samo do wszystkich kadrów. Część jest nawet mało dokładna i to widać. Ale te istotne, na których opierają się emocje, są fenomenalne. Frank Martin wybrał świetną paletę kolorystyczną. Na razie Avengers Arena stoi dużo powyżej przeciętnej. S_O: Haters gonna hate.
Mnie natomiast nadal się podoba. Kupuję badass-Cammie, kosmiczną piratkę, w końcu Kosmos Marvela to brutalne miejsce. Nie kupuję za to jej tatuaży i morderczego reżimu ćwiczeń, nie przesadzajmy, Dennis, nie przesadzajmy. No i jak zauważają inni - niespecjalnie pasuje mi jej znajomość trzecioligowych herosów, bo to byłaby raczej broszka jej kumpla z Alaski. A możnaby trochę zmienić dialog, wpleść doń fakt zabicia Lilandry (bo jeśli już, to stamtąd Cammi powinna go znać), i byłoby o NIEBO lepiej. I skąd w nagraniu z Annihilation War Star-Lord w swoim seksownym hełmie?
Krzycer: To pierwszy numer skupiający się na postaci która mnie trochę więcej obchodzi - bo Drax, bo Annihilation, bo Giffen. I wciąż jestem z tej serii zadowolony. Cammi nie straciła charakteru. Młodzi wciąż trzymają się swoich zasad, przynajmniej w większości. Zagadka nocnego mordercy jak na razie jakoś mnie nie chwyta, bo nie mogę do nikogo dopasować tych mocy, więc albo to ktoś z Braddock Academy - a zatem nie obchodzi mnie z definicji - albo to Arcade łamie własne zasady, co szczególnie zaskakujące nie jest.
Poza tym: co właściwie stało się Darkhawkowi na końcu zeszytu? Zakładam, że żyje, bo jest w zapowiedzi następnego numeru (co prawda nie od dziś wiemy, że okładki i zapowiedzi kłamią)...
I jeszcze jedna uwaga - młody od Sentinela chyba nie przeżył? Ale nie dostaliśmy ramki z wyczerpanym paskiem życia, która dotąd była standardowym zabiegiem. Albo ktoś się nie przykłada, albo ich brak (również w końcówce przy Darkhawku) ma znaczenie w kontekście nocnego mordercy. Curiouser and curiouser.
...i jeszcze jedna, jeszcze drobniejsza uwaga - Star-Lord nie biegał w tym kostiumie w czasie Annihilation. Ot, detal.
Na wypadek, gdyby przekaz zagubił się w natłoku wątpliwości - ta seria wciąż mi się podoba.
Demogorgon: Przegapiłem poprzedni numer. Nadrabiając odkryłem, że nic nie straciłem, był żałosny. ten jest...no, jest trochę lepiej, tyle mogę powiedzieć. Do póki człowiek się nie zacznie zastanawiać i nagle gryzą go wszystkie "drobne wpadki". Z największą na czele. Darkhawk jest tu, ponieważ Arcade był zbyt głupi, aby sprawdzić jego datę urodzenia. Dobra, potrzebujemy nowego złoczyńcy. Sorki Hopeless, cokolwiek chciałeś osiągnąć z Arcadem, przegrałeś, nie da rady abym traktował go poważnie po czymś takim. Facet potrafi porwać kogoś z bazy S.W.O.R.D., dosłownie sprzed nosa Abigail Brand i uniknąć wizyty agentów potężnej międzyplanetarnej organizacji zamierzających zrobić mu z dupy jesień średniowiecza (Bullshit tak swoją drogą), ale nie może sprawdzić, kiedy jego cel się urodził? Historia z Cammi nie jest zła w sumie, podoba mi się kierunek w jaki ją zabrali, chociaż nie wiem skąd ona nagle ma encyklopedyczną wiedzę na temat superbohaterów - rozpoznała co to Deathlock w poprzednim numerze, a teraz zna sekretną torzsamość Darkhawka - to nie są rzeczy, których możesz się dowiedzieć w kosmosie, tam pewnie nie słyszeli o pierwszym a drugi to tylko "facet który zabił Lilandrę" i nic po za tym. A po trzecie - cała ta sprawa z Cammi jako super twardzielką na którą jest robiona wypada idiotycznie, gdy nagle dwie zwykłe gówniary ot tak mogą się do niej podkraść. X-23 jeszcze rozumiem, to X-23. Chociaż ona i zresztą wszyscy inni, mają chyba jakiś problem z głową - ktoś atakuje obozy i nikogo nie zabija, a oni dają się na to nabrać, chociaż pierwsze co powinno przyjść im do głowy to, że ktoś próbuje ich na siebie napuścić. A tymczasem Laura ot tak daje się na to nabrać i atakuje Cammi a Chris nie jest wiele lepszy - ludzie, macie więcej doświadczenia co każdych innych dwoje na tej wyspie, jak możecie się nie domyślić, że to Arcade z wami pogrywa. Zwłaszcza, że kto inny by rozwalił Sentinela?
Ten komiks jest lepszy od poprzednich dwóch. Ale to, że nie ssie aż tak bardzo nie znaczy, że dalej nie ssie.
Gil: O, Cammi – jedna z postaci, które choć trochę mnie obchodzą. Wreszcie mogłem poczytać uważniej, bo byłem ciekaw, co tam u niej było słychać, kiedy wszyscy o niej zapomnieli. Sceny z przesłuchania całkiem fajne, prowadzenie pasujące do charakteru, jest nawet kilka wartościowych informacji. Fajnie. O, Darkhawk – druga postać, którą nawet lubię. Po ostatnich upgrade'ach pewnie zarządzi tutaj. Niezły początek, wychodzi nawet na badassa. A… nie… nieważne. Ubili go. Czy powinienem się wściekać? Może i tak, ale dałem się przekonać do pomysłu, że to nie dzieje sie naprawdę, więc zlewam. Ale trochę mi szkoda, bo przez chwilę widziałem szansę na jakiś ciekawy team-up i w ogóle coś, co wreszcie dałoby mi przyjemność z czytania. Aha, dzieciaka od Sentinela chyba też załatwili. Who cares. No cóż, może jeszcze jest jakaś szansa dla tej serii, jeśli te interesujące postacie staną w centrum, a nie będą tylko mięsem armatnim. Zobaczymy. A póki co, mogę dać nawet 6/10 za parę miłych wrażeń.

Cable And X-Force #3
S_O: Największy event Marvela na rok 2013: Każdy jest Morganem Spurlockiem z "Super Size Me".
Podoba mi się twist w tej historii - rzadko kiedy dostajemy ostatnimi czasy bigota, który nie planuje ludobójstwa. Zawsze to jakaś odmiana. Podobnie jak powód, dla którego Nemesis zmienił kostium - choć jedyny powód, dla któego nie nazywam go hipsterem jest taki, że w końcu ma te 100 lat.
Nie podoba mi się natomiast wysilone wytłumaczenie, czemu Cable po prostu nie wykorzysta orłów, żeby dolecieć do... znaczy, czemu nie poprosi o pomoc innych super-drużyn. Co do niekonsekwencji z mocami Forge'a - ani mnie za tym, ani po tym.
Krzycer: Ta seria podoba mi się mniej. Jest w porządku - i jak na razie tylko tyle. Hopeless w miarę nieźle czuje te postaci, choć jego Nemesis jest trochę bezjajeczny, ale nie robi z nimi niczego szczególnie interesującego. No i wciąż nie dostaliśmy przekonującego wyjaśnienia dlaczego Cable musi wszystko robić w sekrecie i samemu, zamiast pójść ze swoimi wizjami do X-Men i/lub Avengers.
Xavier83: To jest nawet intrygujące. Hopeless dobrze czuje postaci, które wykorzystuje w tej historii. Pyskująca Hope do Havoca bardzo mi się podobała. Tekst o tym, że gdy Cable potrzebuje pomocy to o nią prosi wypadł przekonywująco. Wirus w jedzeniu wyglądał na początku słabiutko. Wraz z rozwojem tego wątku zaczyna przykuwać uwagę. Zwłaszcza gdy Forge odkrywa, że główna "nienawidząca mutantów" nie ma o tym bladego pojęcia. Jednak najważniejsze jest dla mnie nawiązanie do historii "Planet X". Brawa dla Hopelessa - byle tego nie sknocił. Umierający Cable? Nie wiem czy to dobry pomysł, ale czekam na kolejny numer by zobaczyć co się wydarzy w tej serii. Ocena: 7/10.
avalonpulse0282b%20%5B1600x1200%5D.JPGkuba g: Ten komiks chyba nawet czytałoby mi się spoko, gdyby nie to, jak został przedstawiony ten... wirus. Niestety ten jeden pomysł tak zniechęca mnie do całej serii, że zaczynam ignorować fakt, że mimo wszystka historia jest ciekawsza niż sugerował pierwszy numer i postaci w komiksie zaczynają zachowywać się tak, że w sumie zaczynają mnie ruszać interakcje między nimi. Daję kredyt zaufania jeszcze na 2 numery. Później albo zlewam albo się wkręcę. Nie wiadomo.
jdtennesse: Historia nadal mi się podoba, chociaż chwilami jakby zaczynała mnie nudzić. Przyznam, że najbardziej nie podobał mi się tu występ Havoca i pozostałych X-Men, to jakiś występ gościnny czy co? I przede wszystkim po co? Nie było zaskoczeniem, że Hope nie wyda Cable'a, o ile w ogóle by wiedziała gdzie jest. A poza tym, jej riposta jest bezcenna. Pomysł z personifikacją wirusa w postaci tych potworów nie przypadł mi do gustu. Poza tym są oni tak straszni, że boję się czy mi hamburgera nie zjedzą. Trochę dziwi również Forge, który dał się tak łatwo zaskoczyć. Ale naturalnie uciekł mając na ogonie mordercze roboty… Historia pisze się sama. Interakcje między Cablem i Hope oraz Cablem i Domino są chyba najlepsze, ciekawie wygląda Domino w pokoju małej dziewczynki, hehe. Ostatnia scena może nie przeraża, ale robi wrażenie. Ważne, że wszystko ma w miarę dużo sensu, chociaż trochę niektóre wątki są naciągane, ale w sumie historia musi się toczyć do przodu. Rysunki ogląda się w miarę dobrze, kiedyś trochę bardziej mi się podobały rysunki Larrocci, teraz nieco mniej. Ogólnie jest dobrze. 7/10.
Gil: Okay, muszę zacząć od zadania podstawowego pytania: czy Cable naprawdę musi być takim upartym półgłówkiem, który nigdy niczego się nie nauczył? Wszyscy inni herosi go znają i wiedzą, że podróżuje w czasie. Praktycznie cały jego modus operandi to zapobieganie katastrofom w przyszłości i wszyscy doskonale o tym wiedzą. Dlaczego więc tak zwyczajnie po prostu nie wyśle maila do kolegów po fachu i nie wyjaśni, że jest sprawa taka a taka i trochę musi zrobić rozpierduchy, tylko bawi się w kotka i myszkę, ukrywanie po jakiś dziurach i sztuczne konflikty? Czy technowirus wyżarł mu obszary mózgu odpowiedzialne za zdrowy rozsądek? A nawet jeśli on jest jakimś masochistą w tym względzie, to co z resztą drużyny? Cholera, nawet w tym komiksie widać, że Havok przychodzi pogadać, jak cywilizowany człowiek, więc z pewnością by się dogadali. Ale nie – jego wesoła kompania woli w tajemnicy walczyć z nowym, straszliwym przeciwnikiem – grubą babą od sieci fastfoodów. Myślałem, że to żart, ale nie – tak właśnie jest. I bynajmniej Cable nie podjął walki z nadwagą Ameryki, lecz oczywiście chodzi o jakiś wielki antymutanci spisek. Głowa mnie boli… Ale to nie koniec! Pierwszy na linii frontu ląduje Forge, z genialnym zadaniem założenia podsłuchu w budynku. Cóż, Forge, którego kiedyś znałem z komiksów załatwiłby to, nie ruszając się z fotela. Teraz oczywiście trafia w łapy wroga i dokonuje rzeczy niebywałych, by zwiać. Niebywałych, bo zupełnie niezgodnych z jego zdolnościami. Nie ma rentgena w oczach (to Superman), nie rozmawia z maszynami (to Jeffries) i nie wykrywa wad w układzie (a to Karnak), więc co tu się u diabła dzieje? To tylko kilka elementów tego komiksu, które boleśnie wpiły mi się w mózg. Oprócz tego mamy kolejne starcia między Cablem a Hope, w głupi sposób gubią po drodze Domino, znów gdzieś znika Colossus, a na końcu oczywiście okazuje się, że wszystko spaprali. Ja po prostu nie rozumiem tego komiksu. I nie rozumiem, jak mógł ujrzeć światło dzienne. Czy nikt tego nie czytał przed wydaniem? Nikt nie zwrócił uwagi, jak ponaciągane do granic możliwości to jest? O rysunkach już nawet nie chce mi się pisać, więc po prostu wystawię 3/10.

Fantastic Four vol. 4 #3
S_O: Czyli zaraz... z jednej strony Franklin znowu jest opóźnionym w rozwoju trzylatkiem, ale z drugiej prowadzi z Valerią burzę mózgów, jak przychodzi czas na wymyślanie strategii? Yeah, sure, Matt, whatever. Miło, że wykonałeś to minimum i przejrzałeś run poprzedniego autora.
Już nie wspominam o tym, że najwyraźniej wszyscy (no, może poza Thingiem, któy najwyraźniej jest niezniszczalny) nagle stracili większość mocy - Franklin mógłby po prostu wymazać planetę z istnienia, Sue nie powinna mieć najmniejszych problemów z osłanianiem pojazdu wielkości Volkswagena Ogórka... No i Johnny najwyraźniej zostawił Cosmic Control Rod w kajucie.
No i "dummy" szybko przegania "bro" na liście słów, które zamierzam wykrzykiwać w kółko, jak w końcu zatłukę Fractiona na śmierć kijem do golfa (czy informacja o tej "groźbie" też pojawi się na połowie serwisów komiksowych w Internecie?).
Krzycer: Hm. Pierwsze dwa numery, poza Johnnym i Benem, w sumie mi się podobały. Teraz zaczynają cierpieć również dzieciaki, więc z postaci, które w miarę zachowują swój charakter zostali Reed i Sue, którzy, jak dla mnie, są najnudniejsi z całej gromady.
Poza tym rysunki Bagley'a przejadły mi się jakieś 5 lat temu, a ostatni raz naprawdę podobały chyba w Thunderboltach.
Więc pewnie jeszcze numer-dwa i rozstanę się z tym tytułem.
Gil: Zaczyna się właściwa przygoda. I jej początek jest całkiem przyzwoity. Trochę się zdziwiłem, kiedy się okazało, że wcześniej muszę zacząć narzekać na rysunki Bagleya, niż na skrypt Fractiona. Bo rysunki są mocno nierówna, a jeśli chodzi o dzieciaki, to wręcz fatalne. Fabuła broni się całkiem nieźle przez pierwszą połowę. Pomysł z planetą pokrytą niestabilnymi molekułami to coś rodem z czystego science-fiction i nawet kiedy okazuje się, że kryje się za tym jakiś dziwny twist, da się to wytrzymać. Ale nerwy puszczają w momencie, kiedy Thing zeskakuje z orbity, żeby włomotać planecie. Ja nie wiem, co im ostatnio wszystkim odbiło z tym skakaniem po kosmosie? Jakiś kompleks Baumgartnera? No i najważniejsze: Ben nie jest niezniszczalny! W swoich statystykach Marvel podaje, że jest w stanie wytrzymać temperaturę do 800˚ F, a temperatura przy wejściu w ziemską atmosferę wynosi 2300˚ F, więc in your face Matt Fraction! Jednakże, mimo tego fizycznego babola, w większości lektura była na tyle przyjemna, że oceną za całokształt będzie 5/10.

First X-Men #5
S_O: Absolutnie żadnych zaskoczeń. Panienka ginie, Creed wini Logana, poprzysięga zemstę. Próby powiązania tej historii z wydarzeniami z początków działalności X-Men to ciekawy pomysł, wykonanie jednak stoi na tym samym poziomie, co reszta historii. No i nie mogę nie zauważyć, że najwyraźniej Logan ZGODZIŁ SIĘ na uczestniczenie w programie Weapon X, W PEŁNI WIEDZĄC, że procedura może go zabić. Co stoi w całkowitej sprzeczności z jego historią i neguje WSZYSTKO, co wycierpiał z powodu Departamentu H.
Szczerze? Z dwojga złego wolę już, żeby okres przed scaleniem z adamantium spędził, czilałtując z Romulusem.
Gil: Widać już po okładce, że Adamsowi nie bardzo chciało się to rysować. Widać też po skrypcie, że Gage nie wysilił się z dopisywaniem dymków. Ja też postanowiłem się nie przemęczać i pobieżnie przemknąłem przez ten ostatni (na szczęście) numer. I jak można było się spodziewać: kobitka się wyzipała, a Creed wyrobił sobie grudge'a przeciwko Loganowi. Reszta gdzieś się rozlazła i nikt już nigdy o nich nie słyszał. I tylko gwoli chronologicznej ścisłości dorzucili parę scen, które umiejscawiają to-to tuż przed założeniem szkoły Xaviera i uprowadzeniem Logana przez Weapon X. A może po prostu zapomnimy, że to się w ogóle wydarzyło? Proszę? Ech, pewnie nic z tego, ale za to mam murowanego kandydata do gniota roku. Na zakończenie wystawiam 1/10 z zaleceniem: spalić, jeśli znajdzie się w zasięgu i wyprzeć ze świadomości.

Marvel Universe Vs. The Avengers #4
S_O: Koniec trylogii Maberry'ego jest... trochę rozczarowująca. To znaczy, jasne, sama historia miała potencjał, który w większości wykorzystała - pozbawieni nadziei, nasi bohaterowie muszą zaprzedać swoje dusze, żeby wykorzystać ostatnią szansę na uratowanie świata, tylko po to, by odkryć, że wszystko to było na próżno. Ostatni numer jednak nie miał tego czegoś, tak, jakby Maberry za bardzo wszystko rozciągnął w czasie, przez co w jednym numerze musiał nie tylko zakończyć wątek Dooma, ale też dopasować wszystko do sytuacji, którą zastaliśmy w miniserii z Punisherem. A przez to historia Hawkeye'a kończy się w niedorzecznie groteskowy sposób - który swoją drogą zespoilerowała okładka. Koniec końców - jeśli znasz już pozostałe dwie historie z tego świata, to powinieneś sięgnąć również po tą, choćby po to, żeby mieć komplet. Jako osobna historia jednak... trochę zawodzi.
Krzycer: Trochę się rozczarowałem finałem. Myślałem, że Maberry albo czymś jeszcze zaskoczy, albo doprowadzi Hawkeye'a do jakiegoś punktu przełomowego i wybebeszy psychicznie. A tu co? Clint mówi o "wyrzuceniu kodeksu" i zabija Dooma.
I gdyby to było 616, to faktycznie byłoby przełomowe. Ale nie, to jest Maberrverse, gdzie Clint wystrzelił już kilkuset zarażonych cywilów i kostiumowców. Zabicie Dooma nie ma w tej sytuacji żadnego znaczenia.
Do tego korekta się nie popisała, i komunikaty ze zbroi Starka w pewnym momencie wcinają się w narrację, bo są w tych samych fioletowych ramkach.
Mimo to komiks mi się podobał - zakończenie słabsze od poprzednich trzech numerów, ale to mimo wszystko jeden z bardziej charakterystycznych alternatywnych światów Marvela. Na pewno wolę go od tradycyjnych zombieversów.
Ogólna ocena: trzy ogryzione kości na pięć.

Punisher: Nightmare #2
S_O: ...Co? Narracja w numerze jest strasznie chaotyczna. A to chyba tylko dlatego, że gdyby opowiedzieć wprost to, co przedstawiono w tym numerze, historia nie zajęłaby dziesięciu stron. Zawodzi mnie ta miniseria, oj, zawodzi. A to coś znaczy, zważywszy na to, że nie miałem co do niej większych oczekiwań.
Gil: Ej! Gdzie moje pierogi? Cały fun szlag trafił… Teraz mamy tylko tego dziwnego typa, który monologuje wewnętrznie bez ładu i składu, żeby na końcu zrobić jebudu! To pewnie Kozłowskich też już nie zobaczymy? Kurde, szkoda. Wygląda więc na to, że moje obcowanie z tą seryjką się zakończy, bo ani mnie to interesuje, ani ładne, a już z pewnością nie zabawne…
avalonpulse0282c%20%5B1600x1200%5D.JPG
Punisher: War Zone vol. 3 #3
S_O: Wiecie, co najbardziej mi przeszkadza w tym numerze? Nie to, że zamiast "obiecanej" walki mamy obalanie sześciopaku piwa. Nie to, że przed tym mamy praktycznie kopię poprzedniego numeru. Nie to, że wątek Rachel Cole-Alves nie rusza się z miejsca. "Więc co?", pytacie? Litera A. Liternik zmienił asgardzkie "A" z czegoś podobnego do naszego małego "a" (albo do koptyjskiego), na pospolity trójkąt z kreską. W dodatku nie jest dopasowane do reszty czcionki, więc paskudnie wystaje. Nie wiem, jak Was, ale mnie to cały czas drażniło, zwłaszcza, że to kolejne z wielu niedopatrzeń, literówek i innych błędów, któe wypatrzyłem w komiksach Marvela w tym tygodniu. Skrzywienie zawodowe najwyraźniej.
Krzycer: Rucka - a za nim Castle - powtarza manewr z uwikłaniem Avengera w lokalny konflikt partyzancko-punisherowy. Co ma tę zaletę, że Thor może się popisać tym, jak zamiata śmiertelnikami, ale i tak pozostaje powtórzeniem schematu z poprzedniego numeru.
Następnie gadają przy piwie, i mi się to podoba, bo pasowało mi do Thora. Może za słabo go znam, może mam inne jego wyobrażenie niż ogół czytelników, ale byłem zadowolony z lektury.
Tymczasem bardzo w tle znalazł się najbardziej mnie interesujący wątek Rachel Colve-Alves. Przynajmniej cliffhanger sugeruje, że w następnym numerze znajdzie się na pierwszym planie. Oby.
Ogólna ocena: trzy brodate Franki na pięć. (Brodate Franki, jak wiadomo, są lepsze od ogolonych.)
kuba g: Dzięki temu komiksowi wytrzymuję niski poziom środowych premier. Greg Rucka, będę tęsknił za jego Castlem i ogólnie za jego scenariuszami w mainstreamie, ale póki co zostały jeszcze dwa numery War Zone więc dam sobie radę. Jedno co trzeba zaznaczyć od razu: Thor w wykonaniu Rucki jest dla mnie tak kozacką postacią, że aż jestem zaskoczony swoją opinią. Rucka ma talent do jednej prostej acz rzadkiej rzeczy w przemyśle komiksowym, jego komiksy są logiczne. Logicznie zachowuje się Frank, nie walczący z Avengers ale wykorzystujący ich jako broń we własnej krucjacie, logicznie zachowują się członkowie Avengers podchodzący ze swoimi doświadczeniami i swoją oceną sytuacji do sprawy jaką jest dla nich Castle. Logicznie każdy z nich zachowuje się inaczej. Logicznie Thor nie walczy z człowiekiem, którego jest w stanie pokonać i zabić w chwilę, ale człowiekiem, który na taką śmierć nie zasługuje. Najlepsza seria, najlepszy Punisher od dawna, najlepszy numer tygodnia.
Gil: Jezusicku! Nie pamiętam takiego precedensu, żebym dwa komiksy z Karzącym Frankiem przeczytał w jednym tygodniu (a nawet 3, licząc Boltów). Ale to wyjątek potwierdzający regułę – nie lubię czytać o tym typie, nie interesuje mnie on i nie wiedzą dla niego miejsca w universum Marvela. A ten numer potwierdza to ostatnie w całej rozciągłości. "Avengers postanawiają zrobić porządek z Punisherem" obiecywali… Taa… jasne. Może było coś z tego w pierwszym numerze. W drugim, Black Widow po prostu sobie odpuściła i jeszcze tutaj się głupio usprawiedliwia. A teraz Thor, zamiast pierdzielnąć go młotkiem jak należy, stawia mu browar i moralizuje? Wcześniej mówiłem, że komiks jest przyzwoicie napisany, ale muszę zmienić zdanie. To nie jest przyzwoite pisanie. To jest pieprzenie głupot, kiedy obiecywało się coś zupełnie innego. To jest oszukiwanie czytelnika. I w dodatku rysunki też spadają o poziom. Dziwniejszego stroju Thora to ja jeszcze nie widziałem. Tym razem będzie ocena i tą oceną będzie 3/10.

Scarlet Spider vol. 2 #13
S_O: You just went full Parker, Kaine! Never go full Parker. Inaczej cię zeżrą wilkołaki.
Historia najwyraźniej jest związana z odwołanym końcem świata i pewnie miała się zacząć w grudniu lub nawet listopadzie, ale (zgaduję) została opóźniona, żeby można było wypuścić tę aborcję, którą było Minimum Carnage. Pomijając fakt, że to już któraś z kolei historia związana z Majami (co najmniej trzecia, jeśli liczyć tę, której nie zdążył opowiedzieć Gillen w JiM). Nadal jednak miło się to czyta.
Still the superior Spider-Man.
Krzycer: Był taki - dość krótki - okres, gdy podobały mi się rysunki Phama. Gdzieś w Incredible Herculesie. Ten numer w paru miejscach przypomina mi, jakim cudem. Jest tu kilka ładnych, dynamicznych kadrów, świetnie przedstawiających bohaterów.
I mnóstwo kadrów skopanych, gdzie ludzie mają trzykrotnie powiększone klatki piersiowe, niedorozwinięte szyje, a Kaine trzyma lody za pomocą telekinezy.
Poza tym rusza się intrygujący wątek Aracely - wreszcie! - choć trochę niepokoi mnie wzmianka o "końcu piątego stworzenia", bo brzmi to jak nieco przeterminowane nawiązanie do zeszłorocznej majańskiej apokalipsy. No i z wizytą wpada wilkołacze rodzeństwo Lobo. Które automatycznie kojarzy mi się z Maximusem Lobo, który automatycznie kojarzy się z "Uncanny X-men" autorstwa Austena, a nie jest to dobre skojarzenie.
Ale!
Ale nawet Austen ładnie przedstawiał Lobo i jego watahę jako śmiertelne zagrożenie, i podobnie jest tutaj. Od rozpoczęcia kostiumowej kariery Kaine jeszcze nie został tak skopany, jak tutaj. A to zawsze jest ciekawe, gdy bohater zbiera takie bęcki.
Dwa detale:
- rodzeństwo Lobo najwyraźniej ma magiczne garnitury, które pojawiają się na nich, gdy tylko przestają być wilkami. Standard.
- Kaine może w narracji opisać los czekający trzynastoletnią meksykankę... ale kokaina wciągana przez Lobo w limuzynie jest ukryta poza kadrem? Dziwne.
Ogólna ocena: dwa Austeny na pięć (rzecz oczywista, im mniej Austenów, tym lepiej).
Gil: Hm… a tu o dziwo zaczyna się dziać coś interesującego. Kiedy ostatni żywy Parker przestaje użalać się nad sobą, a scenariusz podejmuje nieco przywiędłe z braku opieki wątki, naprawdę robi się ciekawiej. Troche się przestraszyłem, gdy na drugiej stronie zobaczyłem tę panią ale gdy się okazało, że wątek nawiązuje do Aracely – jednej z niewielu ciekawych postaci w tej serii – i obiecuje jakieś rozwinięcie, dałem się wciągnąć. Na razie rozwija się to powoli, a wilkołaki bardziej straszą… WAIT! Że co? Zjadają Parkera?!? No, to było nieoczekiwane. Chyba pierwszy raz naprawdę mam ochotę zobaczyć, co będzie dalej. Gdyby jeszcze rysunki były lepsze, ocena byłaby powyżej średniej, ale i tak jest potencjał w tym 5/10.

Secret Avengers #36
S_O: Wiecie, co mi się wydaje? Że jakiś czas temu, w biurach Marvela, edytorzy stwierdzili "Hej, popatrzcie na te komentarze na temat Uncanny X-Force Remendera! Nawet ludziom w Internecie się podoba! I jego Venom też jest popularny! Wrzućmy go do jeszcze jednej serii o tajnej grupie superbohaterów, na pewno też będzie miał na nią jakiś pomysł!".
Ale się mylili. Remender skończył się na Kill 'em All.
Krzycer: Aj waj, jakie straszne rysunki. To raz.
Nie pamiętam, czemu zagrywka z początku numeru pozwala Beastowi, Brianowi i Hawkguy'owi wrócić do domu, ale wołami mnie nie zaciągną do sięgnięcia po poprzedni numer, by sobie przypomnieć. To dwa.
Remender zrobił z Erica bohatera, poświęcającego się, by kogoś uratować, a teraz przez jego LMD zaczynam nie lubić oryginalnego O'Grady'ego. To... nawet nie wiem, jak to nazwać, ale nie podoba mi się to. To trzy.
Czy kogokolwiek obchodzi, co się dzieje w tej serii? To cztery.
Ogólna ocena: cztery Austeny.
kuba g: W Secret Avengers Remender był dużo słabszy niż w Uncanny X-Force, to fakt i nikt nie zaprzeczy, ale jakoś końcówkę jego runu w Secret czyta mi się przyjemniej niż ostatnie zeszyty X-Force. Aż zacząłem się zastanawiać czy przeczytać jeszcze raz cały run na raz bo chyba ocenię całość historii lepiej. Mniejsza o to, że w sumie mam wrażenie, że w 3/4 tytułów Remender opowiada dokładnie tę samą historię tylko dopasowaną do składu, który ma w tytule (to odnosi się też do jego Capa). Aha i gotycki Ant-Man rządzi.
Gil: I'm like goth Ant-Man. LOL! Emo is not goth you dumbass!!! Ale hej – nie ma tego złego, przynajmniej COŚ zapamiętam z tego komiksu. To i jeszcze: You, sir, are a blemish on the good name of science! To zupełnie jak reszta fabuły. Roboty atakują wszystko, koniec świata, Armagedon, zero napięcia i widzę tylko głupkowaty uśmiech Doktora Purchawki, czy jak tam się ten wielki zły nazywa… Jedno, co mnie zastanawia, to te rozterki czy powstrzymywać ten bunt maszyn, czy azaliż być może jest to moralnie niejednoznaczne? Myślałby kto, że po casusach Torcha, Visiona, Danger czy Ultrona ktoś już wymyśliłby jakiś scenariusz radzenia sobie z podobnymi sytuacjami, ale nie… Marvel Universe – we learn nothing! No kurcze, umówmy się, że nie jest to filozoficzna rozprawa nad granicą między życiem biologicznym a mechanicznym, żaden Dick ani Ghost In The Shell. Tu mamy wyraźnie złego gościa, który chce podbić świat armią tosterów, więc nie ma co rozwadniać sytuacji ideologią, kiedy to czas na łomot. Niestety, łomot został odroczony do następnego numeru. A już miałem nadzieje, że to będzie koniec… No cóż, powiedzmy, że 4/10 naciągnie.

Secret Service #5
S_O: Heh. Po pięciu numerach opowiadania, jakim badassem i superszpiegiem jest wujek Jakmutam, podczas pierwszej akcji, którą dane jest nam śledzić, popełnia najgłupszy błąd, jaki może popełnić początkujący i nie upewnia się, że nie jest śledzony. Genialne.
A szkoda. Bo dotychczas było całkiem nieźle, jak na Millara.

Superior Spider-Man #1
S_O: Oh wow. Nie doceniłem Marvela. Zajęło im to mniej, niż przywrócenie Thora czy Winter Soldiera po Fear Itself. Jeśli ktokolwiek miał jeszcze jakieś wątpliwości, że ta farsa znajdzie w historii komiksu miejsce obok "Death of superman", to ten numer powinien je rozwiać.
Potto jest dupkiem. Po prostu. Podobnie, jak wcześniej Alpha, nie ma żadnych pozytywnych cech charakteru, istnieje tylko po to, żeby go nienawidzić - co w sumie potwierdza moją teorię, że Superior powstał po to, żeby wywołać podnoszącą sprzedaż aferę i przywrócić Prawdziwego Petera Parkera z aprobatą fanów.
Mimo jednak całkowitej zmiany sposobu bycia tak znajomi Petera, jak i osoby, które mają styczność ze Spider-Manem, nie mają absolutnie żadnych podejrzeń. Nie chodzi nawet o to, żeby wytykać palcami i krzyczeć "PODSZYWACZ!", ale na miejscu takiej na przykład MJ byłbym zmartwiony. Może Pete przeżywa jakiś kryzys? Ale nie, wszyscy go kochają i świadomie pozostają ślepi na jego dziwaczne zachowanie.
Ten komiks pada na ryj z wielu, wielu powodów, zanim dojdziemy jeszcze do ostatniej strony. Im szybciej zakończy się run Slotta, tym lepiej.
Krzycer: Parę rzeczy mi się podobało - Boomerang w roli przywódcy, Sinister Six złożona w połowie z byłych Thunderboltów, oraz ich rozpracowanie przez eSeSMana.
Parę rzeczy mi się nie podobało - to, że nikt nie wyciąga żadnych wniosków z tego, że Ottoparker zachowuje się kompletnie jak nie Parker; to, że dostajemy kolejny odcinek serialu "Otto próbuje zaciągnąć MJ do łóżka"; i wreszcie to, że Slott tak szybko odkrywa karty w końcówce. Ok, to jest zaskakujące. I gdybyśmy dostali tę rewelację w numerze, powiedzmy, 12 - byłbym pozytywnie zaskoczony. Ale pokazanie czegoś takiego w pierwszym numerze? Bezpośrednim skutkiem jest to, że SSM nie jest "już" historią o tym, jak Otto próbuje się odnaleźć w butach Parkera, tylko o tym, jak/czy/kiedy Parkerowi uda się wrócić za kierownicę. A to podkopuje fundamenty jakichkolwiek przyszłych historii o Spocku.
PS. Przewiduję, że obrazek Ottoparkera z durno-bubkowatym uśmiechem i kieliszkiem w ręku przejdzie do historii.
avalonpulse0282d%20%5B1600x1200%5D.JPGXavier83: Nie było tak tragicznie, jak się spodziewałem. Ottoparker pokazuje swoją wyższość intelektualną i równocześnie brutalność nad oponentami. Każdy krok skrupulatnie zaplanowany, tak by mieć chwilę na przyjemności, czyli Mary Jane. Fakt, ta scena z uśmiechem tytułowego bohatera przyprawiła mnie o ciarki, ale Mary Jane wygląda wyśmienicie w wykonaniu tego artysty- to trzeba przyznać. Sinister Six może nie powalało na kolana, ale zostało dobrze "zorganizowane" moim zdaniem. Mankamentem komiksu jest to, że przyjaciele/współpracownicy Petera nie dostrzegają zmiany w jego osobie. Przynajmniej na razie. Nowe możliwości kostiumu podobały mi się. Jeżeli chodzi o ostatnią stronę: naprawdę mnie zaskoczyła. Nie sądziłem, że już w pierwszym numerze pokażą, że prawdziwy Peter Parker istnieje w jakiejś nieokreślonej formie i ma władzę nad swoim ciałem. Zapowiedź walki o powrót dobra, osobiście obstawiam 12 do 24 miesięcy. Mam nadzieję, że jak powróci to tylko jako Peter Parker bo zgodnie z jego własnymi słowami, przekroczył granicę, której Spider-Man nigdy nie powinien przekroczyć w walce z Otto. Ocena: 6/10.
Demogorgon: Wiecie co? Otto rzeczywiście jest lepszy od Parkera. Pomyślcie - w czasie walki pamiętał, aby założyć bandytom podsłuch, potem ich szpiegował, zastawił pułapkę, przygotował na nich, nawet wezwał prasę by ich poniżyć. Parker by dostał wpierdol, pojęczał, odwołał randkę z MJ by ich poszukać, znowu dostał wpierdol, w ostatniej chwili wydedukował gdzie zaatakują i dopiero wtedy ich pokonał. Śmiejcie się ile chcecie, ale on naprawdę jest lepszym Spider-Manem.
Nie licząc tego, że ucieka po ciosie w nos i o mało nie robi z siebie mordercy na oczach prasy, którą sam zaprosił. I tego, że nie próbuje nawet udawać i naprawdę, aż dziw, że ludzie się tym nie przejmują.
I zdecydowanie nie podoba mi się jego stosunek do Mary Jane. Nie, żebym ją lubił, ale dajcie spokój, Otto to seksistowski dupek.
a ostatnia strona jest smutna i żałosna. Slott palnął się na prostym storytellingu, odsłonił za wcześnie karty, byle tylko uspokoić rozgniewanych fanów.
Rysunki są beznadziejne, nie wiem co się dzieje przez większość czasu.
I jeszcze jedno - Slott jak na strażnika continuity ma straszne skłonności do usuwania rozwoju postaci złoczyńców. Co jest chamskie.
Ogólnie - Otto jest lepszym Spider-Manem. Wciąż nie znaczy to, że ten komiks jest dobry. Strata czasu.
logan-san: Największą niespodzianką Superior Spider-Man #1 jest to, że Peter Parker nadal jest obecny i walczy. Peter jest obecny w jakieś duchowej (astralnej) formie i powstrzymuje Peter'a/Otto przed dokonaniem rzeczy, której sam nigdy nie był gotowy dokonać - zabiciem przestępcy.
Ostatnia strona jest szokująca, o tyle, że chyba każdy podejrzewał, że Peter prędzej czy później wróci, jednak nikt nie spodziewał się, że będzie to tak prędko już w pierwszym numerze nowej serii. Z tego powdu niektórzy mogą się poczuć dotknięci tym, że Amazing Spider-Man #700 był zapowiadany jako przełomowy, który miał zakończyć pewien etap, a teraz okazuje się, że te zapowiedzi były przesadzone
Ze wszystkich informacji, które pojawiają się po pojawieniu tego numeru i z wywiadu ze Stevenem Wackerem, można wywnioskować, że obecność Petera będzie jednym z głównych elementów Superior Spider-Mana. Ale w tym samym wywiadzie Wacker mówi, żeby się do tego statusu nie przyzwyczajać, gdyż twórcy zamierzają zaskakiwać czytelników.
Wracając do ostatniej strony, doctor Octopus pozostaje tym, który nadal kontroluje ciało Spidey'a i nie wie o tym, że świadomość Peter'a przeżyła. Jednak Peter ma nadal jakiś wpływ na swoje ciało, o czym również nie wie Doc Ock - powstrzymując go przed zabiciem Boomeran'a.
Ciekawy (a może raczej wywołujący uśmiech) jest też koncept nowej Złowieszczej Szóstki (Sinister Six), w skład której wchodzą Overdrive, Shocker, Speed Demon, nowy Beetle i Living Brain.
Wielu zarzucało i pytało Marvela, jak można zrobić Spider-Mana bez Petera Parkera (zapomnijmy na chwilę o wersji Ultimate). Okazuje się, że nie zrobili tego. mamy więc nie tylko ciało Petera, ale i jego ducha. Według Scotta Peter Parker ma być "bardzo silnie obecny w komiksie". Pożyjemy zobaczymy.
kuba g: Dan Slott i dalszy ciąg niestrawnych dla mnie pajęczych bzdur, tym razem opatrzone numerem jeden i wizją na najbliższy rok toczenia przeze mnie piany z pyska co 2 tygodnie. Chojrak Octopus w ciele Parkera lata po mieście, disuje nowe Sinnister Six (to akurat rozumiem), dalej wyrywa MJ w pozie na cwaniaka lowelasa z sitcomu i zgrywa brutala aż... No właśnie, szybko pokazane zostało wyjście ewakuacyjne z tej durnej akcji w postaci duszy (?) Parkera czuwającej nad nowym Pająkiem. Pytanie tylko jak szybko scenarzysta/redaktorzy skorzystają z tego wyjścia awaryjnego i co z tego wyjdzie, bo przy genialnych pomysłach Slotta wcale niemusi oznaczać to powrotu Petera do ciała, albo przynajmniej powrotu do bycia Spider-Manem.
Gil: Pierwszy numer przygód Pottera Partaviusa – przerysowanego Over-the-Top Spider-Mana. Tak, tak – wiem, że pisałem poprzednio o potencjale i niezłym pomyśle, a moja opinia była generalnie pozytywna. Ale to było zanim Dan Slott postanowił nam na siłę wcisnąć do gardła łopatą przesłanie: TO DZIAŁA! KOCHAJCIE MNIE! Serio – ciężko mówić o jakiejkolwiek subtelności w tym zeszycie. Wszystkie cechy nowego Pająka są przerysowane do granic możliwości, przez co podczas lektury byłem w stanie wyobrazić sobie, jak autor wisi mi nad głową i wytyka kolejne sceny paluchem, dysząc do ucha: "Widziałeś? Gapił się na jej cycki!", "A tu widziałeś? Nazwał dzieciaka półgłówkiem!", "A tu? Patrz, przygotował się do walki. Jest sprytny!" – Do diabła, Dan! Ja umiem czytać ze zrozumieniem! – "Nie, nie, patrz – jeszcze raz ci pokażę. Przygotował się. Jest sprytny. Spryyyytnyyy! Rozumiesz?" – Rozumiem do cholery! – "Patrz, jaki jest SPRYTNY!!!" Wkurza mnie to! I nie powiem, żeby wystawienie w roli przeciwników grupy randomowych ćwierćmózgów ze wsparciem tostera jeszcze pogłębiło wrażenie przepaści między protagonistą serii, a całą resztą. No i na końcu pojawia się duch przeszłych świąt, potwierdzając moją teorię furtki. Ale tak prawdę mówiąc, to nawet można by się przy tym dobrze bawić (bo było parę zabawnych dialogów, całkiem fajne zmiany w zachowaniu, ubiorze i inne drobnostki), gdyby nie fakt, że to wszystko jest przedawkowane i siłą wbijane do głowy czytelnika. Jakby nie można było zrobić tego subtelniej, na spokojnie i bez ADHD… A rysunki? Częściowo również pasują do tego, co napisałem. Nie są złe, ale mogły by być lepsze, gdyby były bardziej staranne, bo sprawiają wrażenie pospiesznych. Na początek wystawię 4/10, ale mam nadzieje, że będzie lepiej jak już trochę się to uspokoi.
Gamer2002: Spock jest zabawny z swą arogancką dupkowatością, która bez ustanku wycieka z niego i jego narracyjnych boksów. Rysunki też całkiem dobre. Podoba mi się jego odmienne podejście do spraw, w sumie ta historia była właśnie o tym by zaprezentować jak on działa. To że jest Bat-Spiderem bardziej niż Parker ma sens, Otto zawsze był liderem Sinister Six, więc na przygotowywaniu się zna. Zaś nowe Sinister Six nie jest na poziom Parkera, więc mu się w końcu udaje. Brak mu jednak heroiczności, ale od tego ma... No właśnie. Internet pękł na pół względem ostatniej rewelacji, jednym to się podoba innym nie. W sumie przychylam się w stronę "tak", owszem jest to za szybko i można było przez jakiś czas zwalić to na stare instynkty, ale fani (nie bez powodu...) nie wytrzymaliby bez tego.
Co do wad MJ wciąż jest tępa, ale przynajmniej zaczyna kwestionować Spocka. I choć historia spełnia swe założenia, to sama w sobie nie zachwyca. Niech będzie na początek 6.5/10.

Thor: God of Thunder #4
Hotaru: Świetne. Nie mogę ścierpieć skryptów Aarona w Wolverine and the X-Men, ale tutaj mamy do czynienia z kompletnie inna bajką. Tu Aaron ma wizję i na dodatek wprawnie ją realizuje. Do tego rysunki Ribica robią na mnie bardzo dobre wrażenie. Z kadru na kadr jego Godbutcher staje się coraz poważniejszym przeciwnikiem. Kiedy morduje bogów nie jest tak straszny, jak kiedy mówi o ich mordowaniu. Takiego Thora mógł pisać Straczynski. I tak, Aaron powinien potraktować to jako komplement.
S_O: Pospolite wielkie "A" kontynuuje swój krwawy podbój.
Po pierwsze: gdy zauważyłem, że scena w przeszłości dzieje się w piątym wieku (sprawdźcie, proszę bardzo), stwierdziłem, że albo "korekta" znowu coś przeoczyła, albo w jakiś sposób mamy do czynienia z podróżami w czasie. I proszę bardzo, czego dowiadujemy się w ostatniej scenie?
Historia nadal świetna. I jestem pewien, że dalej taka będzie, bo Aaron w Astonishing Spider-Man and Wolverine udowodnił już, że jak mało kto potrafi pisać historie z podróżami w czasie.
Xavier83: To jest jak dla mnie numer tygodnia. Scenarzysta idealnie poprowadził Thora w trzech różnych okresach w jego historii. Najbardziej przypadł mi do gustu okres w przeszłości i torturowanie Thora. Teraźniejszość równie skutecznie przykuwa czytelnika, a plany Gorra wyglądają na naprawdę "ostateczne". Bójcie cię Panteony Bogów, zaprawdę bójcie się. King Thor doświadcza prawdziwie tragicznych ostatnich dni. Esad Ribic piekielnie przystępnie tworzy ilustracje. Patrząc po ostatniej stronie, aż człowiek chce by następny numer trafił do sprzedaży za tydzień. Ocena: 10/10.
Krzycer: Od pytania: "czemu Gorr pozostawił Thora przy życiu?" ciekawsze wydaje mi się "kim właściwie jest Gorr?". W tym momencie zakiełkował mi pomysł, że Gorr zaczynał jako śmiertelnik, który, skrzywdzony przez bogów, poprzysiągł zemstę i zupełnym przypadkiem odkrył, że da się ich zabić - a mocą obdarzyli go sami bogowie, kiedy zaczęli się go bać.
Ciekaw jestem, czy cokolwiek udało mi się trafnie przewidzieć. A tymczasem, za sam fakt, że przez Aarona zacząłem dopisywać dalszy ciąg tej historii, daję mu cztery i pół Arnolda na pięć.
(Wciąż jestem przekonany, że Ribic obsadził w roli Thora Schwarzeneggera).
Gil: W końcu znalazłem jedną rzecz, której mogę się przyczepić w tym komiksie: kiedy wreszcie przechodzimy do udzielania odpowiedzi, dzieje się to zbyt wolno. Dowiadujemy się wreszcie, co wydarzyło się w tej jaskini, ale… nie do końca. Żeby sprawiedliwości stało się zadość, muszę powiedzieć, że sporą część numeru wypełnia bardzo przyzwoicie podana dawka cierpienia i opowieści o jeszcze większym cierpieniu, torturach i innych takich słodkościach. Świetnie się to czyta, jest masa napięcia i klimatu w tych scenach, które w dodatku budują bardzo ładną całość. Nawet sceny w przyszłości ładnie się z tym składają, każąc zadać sobie pytanie: czym Thor zasłużył sobie na to, że Butcher nie pozwala mu umrzeć? I tutaj wracamy do początku mojej wypowiedzi – odpowiedź na to pytanie chciałbym dostać już. Później znajdzie się miejsce na konfrontację i odwrócenie sytuacji, ale odpowiedź chciałbym dostać już, bo im dłużej na nią czekam, tym bardziej się obawiam, że nie będzie wystarczająco satysfakcjonująca, a za to będzie clu całej historii i już nic więcej się nie wydarzy. Obym się mylił. Póki co jednak jest dobrze i poziom został utrzymany na wysokim pułapie 7/10.
Gamer2002: Ostatnia strona - well, spodziewałem się, że może do tego dojść. Zobaczymy, jak Aaron sobie z tym poradzi. Co do reszty rysunki jak zwykle świetne, całość klimatyczna, podoba mi się zwłaszcza część starego Thora. Gorr zaś bardziej się rozwija na temat swych poglądów na temat bogów, wychodzi bojujący ateista. Mimo to, ciągłe męczenie się nim powoli nudzi, zwłaszcza że brak jest większych rewelacji poza ostatnią. Swoją drogą, myślałem że Omnipotence City to te miejsce stworzone przez Living Tribunala, o którym mówił Mephisto w JiM Gillena, ale to odpada skoro Gorr zdołał je zaatakować. Szkoda, anyway 7.5/10.

Thunderbolts vol. 2 #3
S_O: ThunderFranks kontynuują swoją bezsensowną misję w zmyślonym miejscu, które nikogo nie obchodzi, zabijając zagrożone wyginięciem orangutany (czy raczej Frankutany), wydając wzajemnie sprzeczne rozkazy (musimy oszczędzać amunicję! Strzelajcie w korpus, w żadnym razie nie próbujcie headshotów!)... A tymczasem okazuje się, że Leader ma brata, który z niewytłumaczonych powodów jest czarny.
Nie wiem, jakim cudem, ale mimo, że zaczęła na dnie, tej serii udaje się z każdym numerem spadać niżej i niżej.
kuba g: Ten komiks dalej jest średni bardzo, nic tego nie zmienia. Liczyłem na to, że Way osiągnie poziom Bullseye: Greatest Hits, ale już po pierwszym numerze wiedziałem, że nie mam na co liczyć. Więc dałem jeszcze szansę, który głównie wziął się z mojej platonicznej miłości do Elektry. I o ile ten numer nie jest dużo lepszy to jakoś czytało mi się go znacząco lepiej niż dwa ostatnie numery. Gadka Rulka z Deadpoolem, akcja z Frankiem z ostatniej strony to plusy, brat Leadera i reszta postaci to minusy (zwłaszcza partyzanci). Nic to, będę czytał dalej tę ramotę.
Gil: Kurde, rysunki Dillona są tak beznadziejne, że nawet rozbryzgujący się mózg i bryzgające rzygowiny wyglądają, jakby zostały wystrugane z drewna… Aha, no tak – w tym komiksie mamy kilka pięknych scen, takich jak rozbryzgujące się mózgi, wymiociny, przemoc wobec zwierząt i inne cukiereczki dla psychopatów. Czasami mam wrażenie, że Marvel zaczął zatrudniać tych debili, których tak zwane komiksy można znaleźć w necie (mam na myśli coś tego kalibru) w ramach jakiegoś dziwnego eksperymentu społecznego… W tym numerze właściwie nic się nie dzieje – a przynajmniej takie mam wrażenie, obserwując kolejne kadry ze statycznymi gadającymi głowami. Fabuły jest jak na lekarstwo, a relacji w grupie i jakiejkolwiek dynamiki postaci jeszcze mniej. Chyba jednak daruję sobie obcowanie z tym czymś aż do najbliższej zmiany w ekipie. A tymczasem wystawiam 2/10.

Ultimate Comics: X-Men #21
Hotaru: Niestety, nie widzę w tej serii żadnych zwiastunów polepszenia sytuacji. Cały czas mielony jest jeden wątek. Zamiast w nieskończoność przeżuwać tą ciężkostrawną papkę można by to wreszcie z trudem przełknąć, strawić i zapomnieć. Niestety nie zanosi się na to. Wygląda na to, że pożegnam się z tą serią.
Krzycer: Narzekałem na Fractiona i przyległości, że Utopia w 616 była zmarnowana - że prawie nikt nie pokazał nam codziennego życia na wyspie, nie wgryzł się w psychikę jej mieszkańców, w to, co właściwie oznaczała symbioza z Atlantydą.
Wood to robi w Ultimate. W najgorszym możliwym stylu, to znaczy: ludzie o tym gadają i nic ponad to. Do tego dochodzą detale takie, jak dopasowywanie postaci do fabuły (Psylocke nie mająca nic wspólnego z dawną sobą). Wood jest dobrym scenarzystą, pokazał to w innych tytułach, ale, cholera, potrafi strasznie zanudzać.
Ogólna ocena: trzy i pół gadającej głowy na pięć (to niedobrze).
jdtennesse: No tu to już prawie nic się nie dzieje. Kitty współpracuje ze Starkiem, wyciąga rękę do ludzkości, aby w końcu zakończyć konflikty na linii mutant-człowiek, a prawie wszyscy pozostali mutanci planują jak obrócić się przeciwko niej. Historia z ziarenkiem nadziei jest trochę infantylna moim zdaniem, i jak widać z reakcji mediów i tak jest źle odbierana. Rozmowy między Kitty, Starkiem i Jimmy’m wyglądają jak rundka tenisa, tam i z powrotem, i nic z tego nie wynika. W ogóle ten komiks jest cały przegadany. Zróbmy tak/nie, zróbmy tak/a może zróbmy tak… I do tego Storm, która jak zwykle i jak już w każdym prawie komiksie stoi i nie ma nic do powiedzenia. Kiedyś moja ulubiona postać, dziś "just a filler". Krótka scena z Tian, fajna ale po co? A potem znowu rozmowy. Generalnie, ja jestem za interakcjami, ale za takimi które coś wnoszą do historii, albo pchają ją do przodu. W tym komiksie ich brak. No i na koniec atak (chyba) rządowy. Mutanci mieli mieć zapewniony spokój na swoim terytorium, ale ktoś chyba tego nie zrozumiał. A Kitty dalej denerwuje – zamiast dokończyć przesłuchanie jednego z żołnierzy wdaje się w kłótnię z Jimmy’m(znowu bezsensowna gadanina). 4/10.

Wolverine And The X-Men #23
Hotaru: Będzie krótko - dramat. Gdyby nie rysunki Davida Lopeza w kolejnym numerze, byłby to ostatni numer tej serii, jaką bym przeczytał.
S_O: Okej, nie do końca rozumiem, czemu młody Frankenstein w końcu doznał swojego katharsis i przestał się ukrywać przed swoim dziedzictwem. Serio, co go do tego popchnęło?
Tymczasem X-Men zostają uwolnieni i przez pół numeru walczą z potwornymi clownami. Hej, slapstick! Czasem slapstick jest dobry. Zwłaszcza, że znów widzimy Doopa w akcji. Co prawda nie rysowanego przez Allreda, ale zawsze to coś.
Co do ostatniej strony i powrotu starego łotra... ja tam nie zamierzam od razu wieszać na nim psów. W końcu ile razy głupi lub po prostu zły pomysł w rękach utalentowanego scenarzysty zmieniał się w coś świetnego?
Xavier83: Aaron przyjemnie nie zaskakuje. Poznajemy przeszłość jednego z dzieciaków Hellfire Club, która w końcu doprowadza go do przyjęcia prawowitego imienia, od którego tak długo uciekał. Idie staje się coraz bardziej ekstremalna w swych działaniach. Jest to bardzo fajnie pokazane w odniesieniu do Quentina. Dwie mocno zabawne sceny, które przypadły mi do gustu to oczywiście biedna Kitty uświadomiona, że nosiła kostium Cowgirl w cyrku [męczy ją to fajnie] oraz Doop rozwalający klaunów. Jednak ostatnia strona kradnie całą "magię" tego komiksu. Przybycie Azazela w towarzystwie świty zapowiada naprawdę dobre następne numery serii. Ocena: 7/10.
Krzycer: W tym komiksie wszystkiego jest za dużo. Postaci, slapsticku, niewydarzonych dowcipasów. A jednak w tym chaosie jest jakaś treść. Problem w tym, że Aaron skupia się na swoich kreacjach, a taki na przykład Rockslide może liczyć tylko na to, że pojawi się w tle. To nie byłby problem, gdyby podobało mi się to, na czym Aaron się skupia, ale z Hellfire Kids od samego początku mam ten problem, że są Hellfire Kids.
A jednak... a jednak są tu momenty, które mi się podobają. Nawet niektóre dowcipasy sprawiły, że się uśmiechnąłem. I choć ogólnie rzecz biorąc w moje gusta trafia może co piąty numer tej serii, to jednak ma ona swój zwariowany urok - durny, ale urok - i rozumiem, czemu niektórym ludziom się ona strasznie podoba (np. na takim IGNie zbiera same najwyższe noty).
To nie był jeden z tych copiątnych numerów, które i mi się strasznie podobają, więc dam mu dwóch i pół Doopów na pięć.
jdtennesse: Najpierw poznajemy krótką historię młodego Frankensteina, a potem dowiadujemy się że faktycznie on też stworzył swojego potwora. Następuje walka w teraźniejszości, która jest chwilami śmieszna, i to jedyna jej zaleta. Oczywiście X-Men wygrywają, ale wróg ucieka. I to tyle kwestii streszczenia. Chociaż należy zaznaczyć, ze tu na dwóch stronach Kitty pokazuje więcej charakteru niż w całym Ultimate X-Men. Storm nadal jest ozdobą dwóch lub trzech paneli. Uważam, że autorzy wszystkich serii o mutantach powinni drastycznie zmniejszyć liczbę postaci w danym komiksie/danej drużynie, a wtedy wszystko miałoby więcej sensu, więcej charakteru, a historie byłyby ciekawsze. W tym komiksie na pewno ciekawa jest Idie, która przeszła bardzo długą drogę jako postać, jak również Quentin. Wiem, że uczniowie ratowali nauczycieli, ale jest tu tego wszystkiego w nadmiarze. Jest takie angielskie słowo cornucopia, które tu idealnie pasuje; niestety ma ono pozytywny wydźwięk, a ja mam negatywną opinię. Calcabrina ucierpiała chyba najbardziej, a Frankie, wiadomo, jak to Frankie, znajdzie sobie nową rękę i pójdzie naprzód. Dobił mnie panel ze Storm trzymającą klatkę, z której pewnie wypuściła dwójkę dzieci – jej szeroki uśmiech jest tu tak na miejscu jak nowa ręka Franka. Dziwi mnie pojawienie się Azazela w ostatniej scenie. Znowu zapowiada się kolejna historia, która pewnie pozbawiona będzie sensu, ale pełna przygód, akcji i zawrotnych scen walki(not!). Ble. 4/10.
Gil: No i wreszcie koniec tej męczącej historyi. Pobili się, złoczyńcy pouciekali i tyle. A nie, jest jeszcze coś: końcówka i wejście Azazela. Bo nic tak nie mówi "ta seria ssie" jak sięganie po stare pomysły Chucka Austena, które są synonimem ssania na wszystkich poziomach. Aż boję się zapytać, co wydarzy się dalej… Za to w tym numerze generalnie nic się nie wydarzyło, a cała ta bajka była po to, żeby młody Frankenstein przyznał się, że jest młodym Frankensteinem. Ale przynajmniej za mały plus można policzyć Aaronowi fakt, że nie poleciał w kliszę i nie zmienił go w bohatera chwili. Cóż, nie będę wyliczał, dlaczego mi się nie podobało, ograniczę się tylko do stwierdzenia, że było koszmarnie głupie. Ale pewnie jakaś ukryta masochistyczna część natury i tak skłoni mnie do sprawdzenia, czy może być gorzej w następnym numerze. Tymczasem 2/10.

X-Men: Legacy vol. 2 #4
Hotaru: Niestety, Spurrier mnie nie kupił. Żegnam się z tą serią bez poczucia żalu. Życzę Legionowi jak najlepiej i mam nadzieję, że kiedy następnym razem nasze drogi się przetną, będzie w rękach scenarzysty pokroju Zeba Wellsa lub Mike'a Careya. Oni wiedzieli, co z nim zrobić.
S_O: Osobiście uważam, że jest to obecnie najlepsza seria z mutantami, jaką Marvel ma do zaoferowania. Spurrier świetnie gra na starej kliszy z nieporozumieniową walką, Legion jest ciekawą postacią o całkiem odmiennym od innych mutantów, i dlatego świeżym, punktem widzenia i razem z dzieciakami stanowi zgrany zespół.
Intrygujące swoją drogą, że w umyśle Davida Blindfold jest w stanie mówić po ludzku - pewnie w tak pokręconej świadomości jej pokręcony sposób mówienia staje się normalny. Eye-ball Man natomiast staje się ciekawym antagonistą, a to dlatego, że nie jest typowym łotrem w stylu "IMMA GONNA PUNCH YOU NOW!", zamiast tego używając sprytu, oszustw i półprawd. Jest to chyba jedyna X-seria, na którą czekam.
avalonpulse0282e%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Legacy Spurriera nieodmiennie kojarzy mi się z mutancimi komiksami z lat '90 - jest pełen ludzi, którzy mówią tak, jak nikt na świecie nie mówi, i na skali od "Xavier i Magneto to Martin Luther King i Malcolm X" do "Toad wrzuca ciała zombie-klaunów do kruszarki (uwaga, nawiązanie do Fargo)" znajduje się zdecydowanie bliżej Toada.
Co samo w sobie nie jest wadą, bo i w latach '90 pod stertami pouchy i naramienników trafiały się dobre historie. Jak na razie XML Spurriera zapowiada się dobrze. Są tu postaci, które lubię, a które obecnie rzadko pojawiają się gdziekolwiek (Chamber, Frenzy, Blindfold), poprowadzone na tyle umiejętnie, że nie mam na co narzekać (nawet, jeśli ich role ograniczają się do pogarszania sytuacji i pokazywania, jaki to z Legiona kozak). Jest główny bohater, którego fajnie się obserwuje. Ma niezłe poczucie humoru - choć będące wyrazem jego światopoglądu wprost z komiksów z lat '90, gdzie roiło się od takich edgy bohaterów. "Establishment jest głupi, ci wszyscy w kolorowych kostiumach nie mają pojęcia o prawdziwym świecie, ja jeden jestem fajny." I gdyby to był cały Legion, to szybko pożegnałbym się z tym tytułem. Ale czuć, że Legion próbuje być lepszy, że naprawdę mu zależy, że się stara. Przed nim bardzo długa droga, ale liczę, że Spurrier utrzyma się w tym tytule na tyle długo, żebyśmy mogli ją przemierzyć z Davidem do końca.
Słówko o detalach: zmiana z Tang Eng Huata (prawdopodobnie coś zrąbałem w jego imieniu) na kogokolwiek innego prawie zawsze byłaby pozytywna. Jorge Molina jest daleki od bycia moim ulubionym rysownikiem, ale nawet on jest pozytywną zmianą. Choć teraz będę prosił komiksowych bogów o interwencję i wymianę go na kogoś, kto nie obdarza Storm balonem zamiast głowy (co Molina robi chyba w każdym komiksie, w którym ją rysował). Ale parę rzeczy wyszło mu fantastycznie - scena składania przestrzeni jest świetna, podobnie jak strzelający w skład amunicji Chamber.
I wreszcie nadzieje na przyszłość: ten numer sugeruje, że Blindfold będzie miała ważniejszą rolę do odegrania, co mnie cieszy. Życzyłbym sobie również, by Chamber pojawiał się dalej - poczucie winy to dobra podstawa do dalszych interakcji z głównym bohaterem. Byłoby też miło, gdyby żółty goblin zaczął zagrażać czemuś poza głową Legiona - pokonywanie wewnętrznych demonów, nawet jeśli jest dosłowne, rzadko kiedy jest podstawą naprawdę dobrych komiksów.
Ogólna ocena: tęczowy jednorożec na alfabet Pigmejów.
jdtennesse: Jest dobrze. Od pierwszej strony. David ma świetne poczucie humoru(jego reakcja na widok X-Men, ale nie tylko). I nie dziwi jego złość na niezrozumienie z ich strony. Oni od razu rzucają swoimi banałami na temat walki o lepsze jutro i nauki kontrolowania mocy, plus stwierdzają że on nie jest przy zdrowych zmysłach. Trudno im zrozumieć, że David chce pomóc dzieciom. A porównanie Logana do hobbita? Boskie. Jak również miny X-Men na szybkie wyłączenia Logana z walki. Stoją i patrzą. Wiem, Storm jest tylko od tego. Patrzy i wygląda. Rozmawia i nie słyszy. Prawdziwa rozmowa mogłaby szybko i bezboleśnie rozwiązać sprawę, ale gdyby to było takie łatwe, nie mielibyśmy czego czytać. A tak mamy. Beast krzyczy, że nie chcieli używać przemocy, gdy tymczasem to oni zaatakowali. David sprytnie korzysta ze swoich mocy dzięki pomocy dwójki młodych mutantów. Bardzo zgrabnie zrobione i pomyślane. Jak również ataki, dialogi, rysunki, historia. Tylko po co Ruth się w to wtrąciła i wszystko zepsuła? X-Men wszystko zepsuli. Każdy coś po kolei: Storm, Beast, Blindfold, Chamber. Szkoda. Muszę przyznać, że bardzo polubiłem Legiona, a Legacy jest najlepszym z obecnych nowych wcieleń X-Tytułów. Zakończenie intrygujące, sprawia, że czekam na ciąg dalszy. 8/10.
Gil: Fajnie! Odkąd fabuła się skonkretyzowała (i nie ma Huata), coraz bardziej mi się to podoba. Osią numeru jest starcie Legiona z X-Men i jest to bardzo mocna oś. Wszystkie pojedynki wychodzą fajnie, chociaż jedne bardziej (Chamber!), a inne mniej (z Wolviekiem było zdecydowanie za łatwo). Ale prawdziwe smaczki wirują wokół tej osi! Zawiązanie bardzo intrygującego wątku z Blindfold, rozwój wątku dzieciaków, wycelowanie fabuły w pana oczatego. Poznajemy też kolejne aspekty osobowości Davida i każdy z nich jest na swój sposób genialny. Zwłaszcza rozbawiła mnie Nienewtonowska Annie, ale takie już mam fizyczne skrzywienie :P . Nigdy bym nie pomyślał, że tak bardzo polubię Legiona i chociaż wciąż większość zasług za to zbiera Mike Carey, to Spurrier również dobrze pracuje na swoją porcję. Oby jak najdłużej! Tym razem wystawiam 7/10.
Gamer2002: Legion vs X-Buce, choć największym X-Bucem był Logan a i tak nie było z nim tak źle jak w ostatnich X-Men Bendisa. Rysunki... O matko mangowa 15 letnia Storm. Choć były tu lepsze momenty. Legion był zabawny, walki fajne, ale w sumie poza nimi niewiele w zeszycie było. Mimo to, przyjemnie się czytało, 7/10.
Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0282a.jpgThor: God of Thunder #4 (Variant Cover)
Autor:
Olivier Coipel

Hotaru: Olivier Coipel ma lepsze i gorsze dni. Czasami jego bohaterowie są tak rozrośnięci w barach, że przez drzwi przechodzić mogą tylko bokiem. Nie tym razem. Żar jest niemal wyczuwalny, ale najlepszy jest wyraz twarzy Thora - zaskoczenie i niedowierzanie podszyte kiełkującym szałem. Pokolorowane przez niezastąpioną Laurę Martin.






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2013.01.09
Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.