Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #18 (19.11.2007)


Poniedziałek, 19 listopada 2007                                                                                             Numer: 18/2007 (18)
 

 

To się musiało wydarzyć: Avalon Pulse idzie z trendem, który widoczny jest w dzisiejszej prasie i do najnowszego numeru dołącza Multimedialną Grę Na Cd (bez cd). W ten sposób dołączamy do elitarnego grona takich prestiżowych periodyków, jak Pani Domu, Gala oraz Tina. Do następnego numeru dołączymy elegancką torebkę-szalik z wizerunkiem redakcyjnego Skrulla.

 


 

Digital Comics
Lex: Premiera nowego serwisu Mavela, w którym udostępniono tysiące komiksów do lektury przez Internet, to moim zdaniem jedno z najważniejszych wydarzeń tego roku. Za śmiesznie niską cenę (zwłaszcza przy obecnym kursie dolara) mamy możliwość poczytania setek klasycznych historii. Na dodatek, w przeciwieństwie do firm z innych branż przemysłu rozrywkowego, Marvel nie kieruje swej oferty wyłącznie do Amerykanów. Dodajmy do tego znacznie poprawioną wersję flashowej przeglądarki komiksów (względem tej, która dostępna była jakiś czas temu) i mamy świetną propozycję dla tych, którzy chcą taniej i legalnej lektury.

Gil: Pomysł jest dobry, zwłaszcza, że można tam będzie znaleźć te numery, których fizycznie już dostać nie można (a jeśli można, to za grube pieniądze). Myślę, że to najbardziej przyciągnie młodych czytelników, chętnych, by poznać historię. Nie obawiam się natomiast o pozycję komiksów papierowych, bo nadal wiele osób uważa, że komputery nie mają duszy, a prawdziwy kolekcjoner dąży do ustawienia komiksu na półce. Innymi słowy: rewolucja to to może nie będzie, ale pomysł bardzo dobry.

Fylyp3g: Oficjalna strona Marvel przez dwa dni była tak zapchana, że trudno było się do niej wbić. Wreszcie można ze spokojnym sumieniem pozwolić sobie na najbardziej interesujące tytuły, a resztę przeczytać w wersji cyfrowej. Jednocześnie w jakimś stopniu zostanie ukrócone piractwo. Wydawnictwo ma też drzwi awaryjne w razie spektakularnych spadków czytelnictwa tradycyjnego. To także świetna oferta dla nas. Dolar jest śmiesznie słaby, na rodzimym rynku wydawniczym kiepściutko. Pozostaje korzystać.

 

Najbardziej oczekiwane filmowe wersje komiksów
Kakteen: Jeśli chodzi o filmowy news ostatniego tygodnia, to wybór był prosty. Avalon po raz pierwszy pochwalić się może konkretną współpracą z czołową polską stroną o tematyce filmowej: Stopklatka.pl. Liczymy, że nie będzie to ostatnie tego typu przedsięwzięcie, a doceniony już przez czytelników owoc współpracy w postaci artykułu: "Batman, Hulk, Jeż... Najbardziej oczekiwane filmowe wersje komiksów" przyniesie wymierne korzyści obu serwisom.

Janio15: Przepastna otchłań Internetu popsuła nieco niespodziankę (tekst pojawił się wcześniej na innej polskiej stronie), ale nie ulega wątpliwości, że byliśmy świadkami ciekawej współpracy dwóch serwisów. Avalon może jedynie zyskać na kooperacji z powszechnie znaną i lubianą stroną filmową, jaką jest stopklatka.pl. Czy to dopiero początek czegoś większego? Miejmy nadzieję, że tak. Sam tekst jest bardzo interesujący i zgrabnie napisany. Kto nie zdążył jeszcze się z nim zapoznać, niech to zmieni jak najszybciej. 

Fylyp3g: Po pierwsze, gratulacje dla Kakteena za świetny tekst. Kierunek został obrany w dobrą stronę. Nie daj Boże nas z niego zawrócić. Kto nie wierzy, niech spojrzy na słupki oglądalności z zeszłego tygodnia. Wreszcie przełamaliśmy proces spadkowy. Teraz pozostaje utrzymać takową pozycję poprzez kolejne interesujące działania. Czego tak Wam, jak i sobie życzę. 

 

Statystyki sprzedaży - październik 2007
Gil: Chyba pierwszy raz, odkąd czytuję statystyki, trafiła się sytuacja taka, że DC wyprzedził Marvela pod kątem udziału w rynku i to prawie o 2%. Nie czytuję teraz nic z DC, więc sprawdziłem szybko, co tam się dzieje i wygląda na to, że rzucenie worka tytułów spod znaku Countdown zrobiło swoje (cokolwiek to jest). W pierwszej dziesiątce tytułów znowu najlepiej radzi sobie New Avengers, a tuż za nim jest kolejna część One More Day (FNSM #24). Mighty Avengers mimo opóźnień wlazł na miejsce czwarte, a Messiah CompleX One-Shot na szóste. Pierwszą dziesiątkę zamyka niespodziewanie wysoki debiut Marvel Zombies 2 oraz kolejne numery Uncanny X-Men i Wolverine'a. Inne tytuły z mutantami utrzymują poziom, dość dobrze wypadły debiuty Emperor Vulcan i Die By The Sword. Trzecią i czwartą dziesiątkę zajmują głównie tytuły z rodziny Avengers i inni bohaterowie Marvela oraz tie-iny do WWH. Spadły trochę wyniki rodziny Annihilation, ale to można było przewidzieć. Listę zamykają Amazing Spider-Girl, New Excalibur i Howard. 



 

Amazing Spider-Girl #14
Demogrogon: Jaki tu spokój, la la la la la. Nic się nie dzieje, la la la la la...... No, poza tym, że mały Benny ma moce. Dalej mamy tutaj do czynienia z gnębieniem Spider-Girl na wszelkie możliwe sposoby, a Mindworm jeszcze jej dowala, ale ogólnie nic się ciekawego nie stało. Poza tym faktem, to mamy niezły zapychacz, fajny origin Black Tarantuli, dodatkowo powiązany z paroma elementami świata Marvela wymyślonymi po powstaniu MC2, jak Arana czy Ezekiel. No i Psi-Lorda wyżywającego się na May za to, że musi chodzić w metalowej masce, a jego tatuś jest marchewką. Ale mimo to nie dzieje się nic ważnego, więc jest nudno. A Buscema dalej rysuje jak to on - brzydko. 5/10

 

Avengers: Initiative #7
Gil: Zaskoczenia nie było, potwierdziło się to, co podejrzewaliśmy niemal od początku - Scarlet Spiders to klony MVP. Nikt nie lubi klonów, ale ponieważ to było zaplanowane od początku, nie ma się czego przyczepić. Trzeba natomiast przyznać, że Dan Slott sprytnie zasadził wątpliwości co do tożsamości Spider-Mana. Może się to wydawać nieco naiwne, ale w tym świecie nie takie numery już odchodziły. I tak po One More Day pójdzie to w niepamięć. Sama akcja jest całkiem dobra, a przy okazji poznajemy nowy team z Kentucky i możemy się przyjrzeć, jak Justice rujnuje swoją karierę. I dobrze, nigdy go nie lubiłem.

S_O: Od początku to mówiłem. Od samego, samiutkiego początku. Od ich pierwszego występu w trzecim numerze twierdziłem, że Scarlet Spiders to klony MVP.
A reszta numeru? Trochę meh. O ile szalejący Justice i wściekły Gyrich dają radę, to cała ta afera ze Spider-Manem mnie nie ucieszyła. Ani jego niszczenie kominów, ani wciskanie kitu z "dającymi pajęcze moce strojami". Powiem nawet więcej - osobiście bym wolał, żeby zrobiono jakieś magiczne "pfiuu" i po sprawie.
Ale drużyna z Kentucky całkiem miła.

Foxdie: S_O wykrakał tożsamość Scarlet Spiderów, więc zaskoczenie z jej wyjawienia było umiarkowane, właściwie to cały numer nieubłaganie zbliżał się do tej (aż zacytuje Jarka) "oczywistej oczywistości" iż spider trio to klony MVP. Pozostaje jeszcze tajemnica Mutanta Zero, ale to już innym razem. Miło, że znowu wpletli w scenariusz Petera i nawet chronologicznie ma to jakiś sens, chyba że trwa nadal wojna i Spidey powinien siedzieć związany w swoim czarnym trykocie w Madison Square Garden. Dobra akcja Justice'a, ciekawe tylko, czy poprowadzą dalej motyw z Inicjatywą z Kentucky. Rysunki bez zmian. Jak macie wolną chwilę, to warto przeczytać. 6/10

Jaro: Upewniliśmy się, że Scarlet Spiders to Michael, Van i Patrick - czyli jednak klony. Całe szczęście, że podane to zostało w strawny sposób, więc za bardzo do tego czepiać się nie ma co. Najważniejszą sceną tego numeru była jednak niespodziewana pomoc Spiderów dla Petera Parkera - i to zostawia furtkę do w miarę bezboleśnie dla nas przeprowadzonego odkręcenia ujawnienia tożsamości, i oby tak to zostało ewentualnie przeprowadzone, a nie poprzez wyciąganie królików z kapelusza. Co jeszcze? Slottowi wyszedł Spidey, co rokuje pozytywnie w kontekście jego wkładu w Brand New Day.
Ocena: 6/10; soundtrack: Fear Factory - Corporate Cloning.

Hotaru: Nie myślałem, że kiedyś będę miał jeszcze frajdę z lektury tego tytułu, a tu proszę. Może zwyżka formy nie jest aż tak zaskakująca, jeśli się weźmie pod uwagę, jak bardzo kiepski był poprzedni numer, zarówno w warstwie fabularnej, jak i rysunkowej. W każdym razie cieszy mnie, że nie tylko pchnięto wątki MVP i Scarlet Spiders do przodu, ale na dodatek sensownie spleciono je ze sobą. Zabieg z Peterem Parkerem też niczego sobie, tylko szkoda, że w świetle ospale nadchodzącego One More Day prawdopodobnie okaże się nadaremny. Rozterki Petera i Justice'a przedstawione porządnie. Sam jestem zaskoczony, ale z chęcią sięgnę po numer następny.
 

Captain Marvel vol. 5 #1
Gil: Kiedy Mar-Vell powrócił podczas Civil War, wszyscy łapaliśmy sie za głowy z okrzykiem "po co!?" Przeczytałem więc pierwszy numer tej serii z nadzieją na odpowiedź i... będę musiał przeczytać kolejne, bo sypnęło się trochę wskazówek, ale wygląda na to, że są częścią jakiejś skomplikowanej układanki. Póki co, Marv zachwyca się obrazami i Aleksandrem Wielkim, kombinując coś nad swoją przyszłą/przeszłą śmiercią, a ciekawsze wydaje się to, co dzieje się na drugim planie, czyli sekta jego wyznawców i coś, czego obawia się Tosiek w żelaznej masce.

Janio15: Po co to komu? Czy naprawdę musimy przeżywać „porywający” powrót nikomu niepotrzebnej postaci? Mam wrażenie, że Captain Marvel jak szybko się pojawił, tak szybko zniknie. Rysunki takie sobie, historia (właściwie jej początek) nudny i mało zachęcający. Nawet znane nazwiska uniwersum Marvela (Tony Stark) nie podciągną Kapitana. Jego czas chyba minął. 3/10

S_O: Cóż, początek średni, ale musimy pamiętać, że staruszek Mar-Vell był martwy przez ostatnie dwadzieścia pięć lat. Też bym nie wiedział, co ze sobą zrobić. Ale tajemniczy zakon wielbiący Kapitana i pierwsze oficjalne zniszczenie Wielkiego_Złego_Robota dają nadzieję na rozkręcenie miniserii. W końcu czasem nawet Kaczce opłaca się dać drugą szansę, prawda, Gil?

Jaro: Świetnie poprowadzony Marv (pierwszy raz od dawna czytałem monolog wewnętrzny, który wcale mnie nie znudził), zapowiadająca się na interesującą postać agentka Sante, "sekta" z przywódczynią, która pewnie okaże się mieć za sobą jakąś wyjątkowo niechlubną przeszłość, obawy Starka, więcej niż dobre rysunki - naprawdę wyszedł ten pierwszy numer i mam nadzieję, że dalej będzie jeszcze lepiej, a Captain Marvel pozostanie dłużej wśród żywych.
Ocena: 7/10; soundtrack: Korn - Here to Stay. 

Hotaru: Chyba jak większość ludzi, którzy sięgnęli po ten numer, nie znam przygód Captain Marvela. Przeczytałem go tylko dlatego, że w ostatnich tygodniach dołączono go do Infiltration, a chcę mieć możliwie pełny obraz Secret Invasion. Nie wiedziałem, czego się spodziewać i - co gorsza - nie wiem, co myśleć już po przeczytaniu numeru. Kreska nawet przypadła mi do gustu, była dość sentymentalna, wcale nie w stylu superhero, i nosząca ślady artyzmu. Zdecydowany plus tego tytułu i w sumie tylko o niej pamiętam. Co się tyczy fabuły, to odebrałem ją dosyć mdło. Rozumiem, co było zamierzeniem Reeda, ale uważam, że wywiązał się z tego w dość pokraczny sposób, kiedy większy wpływ miałoby na mnie postawienie kawy na ławę. Po kolejny numer sięgnę tylko dla wskazówek dotyczących Inwazji. 


Ghost Rider vol. 5 #17
Gil: Stały poziom, czyli nic się nie dzieje. Okazuje się, że anioły to przygłupy, diabeł sam nie bardzo wie, co robi, a łańcuch Ghost Ridera jest nieskończony jak ludzka głupota. A na końcu pojawia się święta komórka! No dobra - akurat ten moment z "Behold!" jest nawet zabawny, ale reszta kiepska. Ja chcę już nowy team w tym tytule!

Foxdie: Tragedy continues! Chociaż jest to już troszkę lepszy numer od poprzedniego, zarówno pod względem rysunków, jak i scenariusza. Co nie zmienia faktu, że na gniota tygodnia nadal zasługuje. 2/10 

 

Ghost Rider Annual #1
Gil: Oto przepis, jak napisać Annuala: Weź nieznaną postać i postaw ja na pierwszym planie. Przyklej jej jakąś nie do końca jasną historyjkę. Wpakuj postać w kłopoty. Dodaj szczyptę głównego bohatera, ale nie za dużo, żeby nie smakowało lepiej niż główna seria. Pozbądź się nowej postaci w dramatycznych okolicznościach. Ta-da! A mimo wszystko, ten Annual okazał się lepszym czytadłem niż główna seria.

S_O: Lepsze niż główna seria, ale to nie jest zbyt duży kłopot. Pan Jedenasty może być ciekawą postacią (jeśli nikt go nie schrzani), a na razie zdobył zaufanie tytułowego bohatera (bo Czacha Dymi nie jest tu w żadnym wypadku "głównym" bohaterem), dał się zabić i zwiał pod postacią mewy. Zobaczymy, jak się to rozwinie.

House Of M: Avengers #1

Gil: Pierwszy numer spełnia swoje zadanie, bo chwyta, ale robi to w średnim stylu, który wymuszony jest przypomnieniem, o co w HoM chodzi i rozstawieniem pionków na szachownicy. Cage w oldskulowym wydaniu przeskakuje kolejne stopnie na drodze od Pimp Daddy do Avengera. I to właściwie tyle. Dopiero ostatnia scena wprowadza Misty Knight i zapowiada, że coś sie wydarzy w następnym numerze. Średnizna, ale jak dotąd Gage mnie nie zawiódł, więc będę śledził dalej.

S_O: Przede wszystkim - genialny Times Square. Dalej... cóż. Dość duży kawałek numeru zajęło przypomnienie, o co chodziło w HoMie, a resztę historia Cage'a i szybka łapanka jego Avengers. Rozgrzewa się powoli, ale coś mi mówi, że jak już się rozpędzi, to będzie bardzo dobre.
I nie miałem dotychczas pojęcia, że Sapien Town to dawne Hell's Kitchen. Codziennie człowiek się czegoś nowego dowiaduje.

Foxdie:

Wolverine: "You don't remember that we're both Avengers?"
Luke Cage: "What's an Avengers?"
Ten cytat zapadł mi w pamięć, dlatego za każdym razem gdy, podchodzę do tej serii, mam nadzieję, że nie padnie w niej oficjalnie nazwa Avengers, którą na lewo i prawo rzucają w zapowiedziach czy w samym opisie. Avengers w wersji House of M nigdy nie powstali i niech tego się trzymają. Co poza tym? Wszystko zaczyna się dość ciekawie. Zwyczajowo na początek dostajemy historię życia HoMowego Cage. Trochę naciąganym jest fakt "transformacji" ludzi w mutantów, bo to przecież przeczy teorii, jakoby mutantem są tylko ci, którzy urodzili się ze swoimi mocami, a nie ci, którym w jakiś sposób przyśpieszono ewolucję. Niezłe są też rysunki, w pamięć zapada zwłaszcza ponętna futszasta Tigra oraz
Misty. Teraz pozostaje tylko czekać na kolejny numer. 6/10 

 

Marvel Comics Presents #3
S_O: Jak zwykle nierówny poziom... W "Vanguard" najpierw wyciągnięto na wieszcz ś.p. Yelenę Belovą, a potem do mieszanki dorzucono Araba z chętką na super-moce. Rozśmieszył mnie za to argument na pytanie, "czemu nie oddać sprawy superbohaterom". Otóż... argumentu nie było, widać, Guggenheim nie miał pomysłu, jak usprawiedliwić to super-CSI... a, przepraszam, CSU.
W drugiej historii przeniesiono nas do czasów początku Bractwa Złych Mutantów, tylko po to, żeby pokazać, że Magneto nie lubi nazistów. Nie sądzę, żebym jutro pamiętał, że coś takiego czytałem.
W "Weapon Omega" dowiadujemy się, że COŚ w Guardianie może kontrolować otoczenie i nie lubi Spongeboba, pojawia się też znowu "pani, która zamieniła się w trupa". Robi się coraz dziwniej, ale to dobrze.
Historia z Hellcat zaczyna się wyjaśniać. Panie nareszcie zawarły rozejm (bo zgubiony kolczyk łączy ludzi nie gorzej, niż Nokia), w samą porę, by ujarzmić przebraną za kota bohaterkę. Aha - pojawia się jakiś stary znajomy Patsy, albo coś w tym stylu.

Gil: Kolejny zlepek ośmiostronnicowych historii i nic więcej. CSI na sterydach kręci się w kółko, Omega Flight coś tam niby odkrywa, ale trudno powiedzieć, co... Historii z Hellcat nawet nie czytałem, tylko sobie obejrzałem. Przeczytałem za to kawałek z Magneto i myślę, że autor wepchnął w te 8 stron tyle, ile się dało, żeby stworzyć opowiastkę w miarę przyzwoitą i dość zaskakującą.
 

New Avengers #36
Demogorgon: No i popsuli mi zabawę z czytania symbiotowych Mighty Avengers. Nie będę się wiele rozpisywał, ale nie jestem szczęśliwy z takiego obrotu wypadków, a teraz będę czytał te dwa numery Mighty tylko dla rysunków Bagleya. A do tego wiem, że następna przygoda Mighty to zapewne inwazja odwetowa na Latverię, gdzie okaże się, ze Doom leży zwiazany z piwnicy, a za wszystko odpowiadają Skrulle. Napomknę jeszcze o zakończeniu komiksu - Fajnie, Cage i spółka znaleźli chwilkę, aby podzwonić i sprowadzić kompanię do bicia Hooda, ale... To po pierwsze bez sensu, bo to przecież nie jest Void, aby sprowadzać do walki każdego w zasięgu wzroku, a po drugie dobór tych postaci wywołuje uśmiech politowania. Zrozumiem jeszcze FF, Punishera i Daradevila, ale Thor i Surfer to już przesada. I co tam robi Howard ? Numer ratują rozmowa pod prysznicem i ta łóżkowa. 6/10

Gil: Nie będę już musiał czytać kolejnego arca w Mighty Avengers, ale fajnie! Bendis robi, co może (wydaje mi się, że zauważyłem miejsca, gdzie były poprawki w scenariuszu), ale ukryć rozwiązania historii z Venomami się nie da. Dzieci, podziękujcie Fankowi Cho za popsucie zabawy! Ale samej treści nic nie da się zarzucić. Cage i Jess jako narratorzy to dobry wybór, bo przy okazji pokazuje narastające napięcie między nimi. Logan i Drew pod prysznicem - yummy! (Ale zadajmy sobie to pytanie otwarcie: Przytula się do nagiej rakietnicy pod prysznicem i gada o pracy - co z nim jest nie tak?) Wątek Hooda trochę się posuwa, ale ta zgraja herosów na ostatniej stronie aż mnie przeraziła. Thor? Silver Surfer? Howard? Lepiej, żeby to była jakaś sztuczka.

Foxdie: Wielkie Yo dla tego, który odpowiedzialny jest za zepsucie całej przyjemności z czytania kolejnych numerów Mighty Avengers! Fatalny błąd. Poza tym zauważyłem, że Bendis ma jakąś tendencję spadkową. Najpierw średni Ultimate Spider-Man, a teraz to. Oczywiście wciąż jesteśmy karmieni tak rewelacyjnymi scenami, jak ta pod prysznicem, ale sama końcówka jest..... dziwna. Ja cały czas liczę, że pojawienie się takich perełek jak Howard to sprawka jakiegoś potężnego zaklęcia Strange'a i tych wszystkich herosów tak naprawdę tam nie ma. Zaklęcie na tyle potężne, że wywróciło do góry nogami nawet stronę Marvela.
Rysunki tym razem ciut lepsze, zwłaszcza kobiety, ale to wciąż ten sam kaleka Yu.
7/10 .... Kompletnie zapomniałem [thx S_O], obok Sentry'ego siedzi jego zabita w Mighty żona, za taki szkopuł należy się 6/10.

S_O: Wow. Yu zrobił jedną scenę rozgrywającą się za dnia i już jego kreska wygląda lepiej, przynajmniej tak mi się wydaje.
Co do scenariusza... cóż... Nie dość, że Bendis przespoilerował całą historię z Venomami w Nowym Yorku, to jeszcze zrobił to ustami Cage'a opowiadającego o tym żonie. Ale bądźmy poważni - czego nie wiedzieliśmy? Że venom virus zaatakuje NY? Że jego ofiarą padnie Wasp? Że Mighty rozwiążą problem? no dajcie spokój, jedyne, czego się dowiedzieliśmy, to to, że walka z Venomami nie będzie trwała 6 numerów, bo resztę zajmnie robienie Doomowi z tylka jesieni średniowiecza. Dostaliśmy niewiele więcej, niż zajawkę, a na całą akcję i technobełkot Starka zapraszamy do Mighty. Na waszym miejscu denerwowałbym się raczej, że u boku Sentry'ego widać jego żywą żonę.
Co do ostatnich stron - pewnym chyba jest, że to iluzja doktorka - w końcu New nie zdołaliby sprowadzić takiej bandy herosów w pięć minut, nie wspominając już o tym, że Surfer ma posadkę u Galactusa, a Thor chyba nie zechciałby siedzieć w tym samym Team-upie, co Iron Man.
Tylko czemu w takim razie na telewizorze w melinie Hooda wyświetla się słówko "Live"?

Jaro: Szkoda, że przez opóźnienia inwazja symbiotów nie rozgrywa się równolegle w dwóch tytułach o Avengers, bo wtedy ładnie by się to uzupełniało i mielibyśmy prawie crossover. Nie psuje to jednak odbioru NA, a Bendis po raz kolejny pokazuje, że zdecydowanie lepiej czuje się tu, niż w Mighty. Nieźle został zrealizowany pomysł na zrobienie większej części numeru w formie rozmowy Jess J. z Cage'em, trochę gorzej wyszła pogawędka Logana z Jess D. Końcowka? Na 100% iluzja Strange'a.
Ocena: 7/10; soundtrack: Down - There's Something On My Side.

Hotaru: Pierwszy numer New Avengers, który przeczytałem od deski do deski. I chyba ostatni, chyba że zmienią rysownika, a scenarzysta zacznie w końcu się starać. Sam się sobie dziwię, bo Yu nie jest taki najgorszy. Rysuje konsekwentnie, nie potrafi psuć kadrów i twarzy, jak to robi przereklamowany Billy Tan, ani nie przegina pały, jak to często sie zdarza Ramosowi i Bachalo. Nie ma też porażenia funkcji motorycznych prawej ręki, jak Romita Jr. Nie odpowiada mi jednak estetyka, w jakiej postanowił rysować i chociaż próbuję, to nie potrafię zmusić się do akceptowania tej kreski. Scenariusz oceniam w ramach tylko jednego numeru. Fabuła jest praktycznie nieistniejąca. Mam przeczucie, że numer ten to kupa gówna, w której ukryty jest diamencik (czyli wskazówka co do Secret Invasion). Nazwijcie mnie, jak chcecie, ale nie mam ochoty taplać się w kupie po to, żeby znaleźć jedną błyskotkę - odpuszczę sobie tę wątpliwą przyjemność. Dobrze jednak, że dowiedziałem się, że Bendis nie ma dobrego pomysłu na indywidualny styl prowadzenia nie tylko Mighty Avengers, lecz New także.

Mad Marty: Oprócz rozmowy państwa Cage'ów, która ma służyć chyba tylko temu, żeby uświadomić tym czytelnikom, którzy jeszcze się nie połapali, że Scrulle to bardzo_poważne_zagrożenie i że wszyscy_mogą_być_Scrullami, w numerze fabuły brak. Sama rozmowa dość przyjemnie poprowadzona, ale numer tak naprawdę jest pusty. Aha, Cage kocha swoją drużynę, bo to herosi z powołania, a nie z nadania. No i wiemy, co będzie w Mighty się działo. Oraz jak się to skończy. Poza tym, po co Wolvie poszedł do Spider-Woman, skoro po 4 kadrach wyskoczył oknem...
Nie wierzę, że nie mogli w tajemnicy pogadać (nawet z Widow, która, jak wiemy z Origins, jest w tych 90% bohaterów, którym Logan kiedyś pomógł/uratował/zawrócił na dobrą drogę/szkolił/niańczył/pożyczył drobne). Wyjątkowo to było naciągane. Tak jak cały numer.
Jeśli chodzi o Yu, to mi akurat jego styl bardzo odpowiada, nawet kiedy ma gorsze dni. Uważam, że Cage'a rysuje świetnie. Nie jest to może to, co w Annualu New X-Men, ale zawsze coś.

Gamart: Popsuli nam Venomowanie z Mighty, ale i tak sie przeczyta, bo parę spraw nadal niejasnych. Numer calkiem fajny, przez scenę prysznicowa i różne smaczki. Widać, że Bendis najbardziej z zespołu lubi Cage'a. Chociaż końcówka dziwna i stawiam, że to mieszanie Strange'a. Zresztą, Thor jest o połowe mniejszy niż w swojej serii ;) . O właśnie, rysunki Yu są tu tak okropne, mam nadzieję, że zacznie rysować jak na początku, bo obecnie słabo jest.


Nova vol. 4 #8
Gil: Okay, zdarzało mi się już przy czytaniu wpadać pod biurko, albo spadać z łóżka, ale tym razem, po raz pierwszy chyba, popłakałem się ze śmiechu. Rychu wychodzi z siebie, Worldmind świruje, Xarth's Mightiest Heroes sprowadzają złooooo, a dzieje się to w głowie Celestianina na skraju Wszechswiata, ale co najważniejsze - Cosmo rozkłada wszystkich! Taki prosty motyw, a ile radości :D Niech idą precz łorldłary i inne kompleksy - to jest numer tygodnia! A kto nie czyta Novy, ten grzeszy i będzie w piekle czytał Claremontowi Austena, albo odwrotnie. Aha, przez to wszystko zapomniałem, że mamy nowego rysownika na pokładzie. Przyzwyczaiłem się do Chena, ale Alves też daje radę. Bosko jest!

S_O: Cosmo saves the day! Ten ruski kundelek złapał mnie za serce, chociaż jako redakcyjny kot nie powinienem go lubić ;) . Wyjaśniło się, o co chodzi z "miastem w głowie", Luminals zaliczyli pierwszy występ (patrząc na ich uniformy zgaduję, że alfabet łaciński jest międzygalaktyczny?), po czym uwolnili coś, co... zamienia ludzi w zombie? Oj, to jest słowo, którego nie powinno się używać w świecie 616, chyba że w połączeniu z "bezdomni na komórkę". Ale cosmo to wynagradza. 

Jaro: No to wiemy, czemu w zapowiedziach pisano, że z miejsca zaczniemy uwielbiać Cosmo. Kradnie on cały show ("jesteś na krańcu Wszechświata, a dziwi cię gadający pies?"), ale reszta pomysłów jest co najmniej intrygująca. I przede wszystkim - co zdekapitowało Celestiala?
Ocena: 8/10; soundtrack: God Is An Astronaut - The End of Beginning. 

Gamart: Cosmo jest świetny, a seria cały czas zaskakuje. Lanning i Abnett to jednak obok Jima Shootera i Rona Lima imo jedni z najlepszych twórców kosmicznych historii, co wcześniej pokazali w Legion of Super-Heroes, a teraz tutaj.
 

Punisher MAX #52
Demogorgon: I'm Barracuda, m***a. I'm the biggest badass in whole m***a world! And I'm going to kill stupid baby of f***g Punisher. Czyli Ennis pokazuje nam, jak świętować drugi rok wydawania Punishera w najlepszym możliwym stylu. Scenariusz jest świetny, uwielbiam Barracudę, nawet mimo tego, co robi pod koniec. Tylko rysunki jakieś takie szpetne. 7/10

Janio15: Może to tylko moja niezdrowa fascynacja, ale wydaje mi się, że nie mieliśmy jeszcze do czynienia ze słabą okładką w trwających właśnie przygodach Franka, a to przecież już 52 numer! Z historiami różnie bywało, jednak obecna potyczka z Barracudą z pewnością należy do tych ciekawszych. Pomimo spokojniejszego tonu aktualnego numeru, mamy małą "wisieńkę na torcie" w postaci fachowej i klimatycznej końcówki. To jest to, co lubię! Z niecierpliwością czekam na kolejny numer i rozwinięcie spotkania dwóch twardzieli. 8/10

Punisher War Journal vol. 2 #13
Gil: Nie pamiętam, żebyśmy zamieszczali niusa o zamianie PWJ w serię komediową... Dlaczego nikt mi nie powiedział? Zaglądam, spodziewając się, że znowu będą się naparzać, a tu widzę Flipa i Flapa oraz menażerię zwierzozłoczyńców w zoo. Jestem chyba zbyt zaskoczony, żeby powiedzieć, czy się podobało, ale chętnie sprawdzę, co z tego wyniknie. No i dobrze wreszcie odpocząć od Olivettiego.

S_O: Heh. Po polowaniu na naziolów i mordowaniu kosmicznych robali piłą mechaniczną, Punisher postanowił się trochę rozluźnić i zmienić atmosferkę na bardziej humorystyczną. Ale, "cheese and rice", humor "spider-manowy" nie pasuje do Franka! (Chociaż co ja tam mogę wiedzieć, nie czytałem go zbyt wiele) Dobra wiadomość jest taka, że ktoś postanowił zrobić coś z synem Kravena. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Thor vol. 3 #4

Gil: Zasmucił mnie trochę ten numer. Nie dlatego, że jest kiepski - wręcz przeciwnie - ale dlatego, że ujawnia przepaść między świadomością amerykańską, a europejską (żeby już nie pisać "polską"). Najpierw JMS musi wyjaśnić statystycznemu czytelnikowi, czym są Lekarze Bez Granic, żeby później móc przedstawić kawałek historii, która tylko lekko dotyka problemu, bo mógłby okazać się zbyt skomplikowany. A czy komuś z Was potrzebne było takie wyjaśnienie? Nie sądzę, bo my tu jednak widzimy coś poza czubkiem własnego nosa. A wracając do historii, tym razem jest trochę schematycznie: widząc trzech żołnierzy, z których jeden jest wielki, trudno nie skojarzyć, że okażą się Warriors Three, ale może dalej będzie ciekawiej, skoro Heimdall ma pomóc. Rysunki również trzymają poziom, chociaż w kilku miejscach Coipel przesadził z rozmiarem nosa Thora.

Demogorgon: Straczynski lubi zabierać Thora w miejsca dotknięte katastrofami i budzić w nich uśpionych bogów. Na dłuższą metę byłoby to nużące, więc od przyszłego numeru Heimdall odwali robotę z szukaniem. Mimo tego, że numer miał świetny, smutny klimat, był słabszy od poprzedniego. Za to rysunki jak zwykle genialne. 7/10 

S_O: Coż, każdy Amerykanin, nieważne, jak daleko na północ mieszka, jest w jakimś stopniu redneckiem i trzeba mu tłumaczyć rzeczy, które tu, w Europie, są powszechnie znane, jak sytuacja w Afryce i działalność Lekarzy Bez Granic. A że przy okazji znalazła się jeszcze trójka Asgardczyków...
Tylko ciekawe, czy ktoś się zastanowi i zauważy, że pierwszego dnia po przybyciu Donalda Blake'a, w tym samym miejscu nagle pojawia się czwórka nordyckich bogów... 

Gamart: Podoba mi się pomysł Straczyńskiego ze zwracaniem uwagi na różne, istotne dla świata, rzeczy. Mieliśmy już spojrzenie na zniszczony Nowy Orlean, a teraz scenarzysta przybliża czytelnikom, czym są Lekarze Bez Granic. Zresztą ten pomysł jest dobry, bo w końcu Blake jest doktorem. Numer ładnie rozpisany i wejście Warriors Three bardzo udane, bo pokazuje czym tak naprawdę są te postacie. Podobnie zresztą było z Heimdallem, który w końcu może dostanie jakąś większą rolę. Teraz czekamy na te ważniejsze postacie, czyli Sif i Loki. Będzie się działo, oj będzie.

 

Ultimate Fantastic Four #48
Ozz: Całkiem niezłe, lepsze w porównaniu z poprzednią trzynumerową historią Careya w tym tytule ("Devils"). Dobra charakterystyka postaci: Johnny jest wkurzony, tak jak powinien, Reed spokojny i trzeźwo myślący pomimo sytuacji, Sue nie jest damulką w opałach i potrafi się uratować bez pomocy chłopaków, Kragoff ma dobre pobudki i nie jest nudnym łotrem, a Shatalov najwyraźniej oszalał po latach spędzonych w samotności. Zdrada Rutskayi jest zaskakująca i ciekawe, czy to, co się z nią stało, to właśnie ma być Ultimate Red Ghost, czy po prostu Carey zrobił nam zmyłkę. Brooks rysuje solidnie, i znów porównując z "Devils", tym razem przynajmniej Kolins nie paskudzi połowy stron.


Wolverine vol. 3 #59
S_O: Guggenheim trafia w Wolverine na samych słabych rysowników. Najpierw Ramos, teraz to... Rysunki w większości są paskudne, a ich reszta jest jeszcze gorsza.
Widzę za to, że Marc dokładnie przeczytał bios Logana i wpakował wszystkie wnoszące coś do jego życia formy. I coś namieszał w nie tak dawnym znowu runie Marka Millara. Ciekawe, czy wyjdzie to Loganowi na dobre. Oby. 

 

World War Hulk #5

Gil: And it blows! Niestety, w tym przypadku "blows" jest ekwiwalentem "sucks". Udział Mieka w wielkim bum został przewidziany prawie na początku, ale jego motywy nie są właściwie uzasadnione. Hulk przez większość serii zachowuje się, jakby popadał w obłęd, żeby nagle oświadczyć "haha - chciałem dać wam nauczkę". Sentry... Co on właściwie robi? Ta, wiem - "bawi się w boga". Ale pamiętajmy, że mniejsze śmieci wrzucał w słońce, więc co mu nagle odbija, żeby tłuc się z Hulkiem na ulicy, zamiast usunąć go z Ziemi? Rick Jones został dziabnięty. Wielkie mi rzeczy - facet obrywał więcej niż ktokolwiek, więc czemu mielibyśmy się przejąć tym razem? No i wreszcie, gdzie jest zakończenie? Są fajerwerki, pakują Bannera do puszki, bohaterowie się przyglądają i... to wszystko, idźcie do domu. A nie, przepraszam - jest jeszcze wielka niespodzianka, czyli synek Hulka, który wyłazi z błota zniszczonej planety. A niby jak to jest możliwe? Podsumowując: jak większość eventów, tak i ten okazał się kapiszonem. Póki trwał był fajny, ale jak się skończył, okazało się, że ogólnie to nie bałdzo. Zdecydowanie nie było to "World", "War" też nie bardzo i tylko Zielony był, ale skończył jako Czerwony. Trzeba było zatytułować tego crossa "Hulk Smash Madison Square Garden", to byśmy sobie nie robili nadziei. Teraz zaczniemy od początku z czerwonym Hulkiem i jego synkiem, ale prawdę mówiąc, nie bardzo mam ochotę to czytać. Tak jakoś. Obowiązkowo jeszcze słowo o rysunkach: Romita w swoim żywiole, bo może rysować opuchnięte gęby bokserów, a poza nimi prawie nic nie widać - tylko budynki i kupa kresek.
Demogrogon: No i zakończyła się nam Wielka Wojna Hulka. Ale to jest po prostu genialne zakończenie. Walka Hulka z Sentrym to dosłowne arcydzieło i popis niesamowitych mocy Boba. Jej zakończenie jest zaś najbardziej zaskakujące z możliwych. Mamy pewność, że Amadeus Cho miał rację co do Zielonego, a fani co do Mieka. Nie podobała mi się tylko Brood krzycząca na Mieka, że źle zrobił, skoro ona sama składała jaja w jego dzieciach, hipokrytka. Romita spisał się jak zwykle kontrowersyjnie, ale mi się podobało, więc nie narzekam. Doskonały numer. A ostatnia strona powala wszystko. Son of Hulk lives!
Ocena: 10/10 

Foxdie: Koniec! A właściwie to może dopiero początek? Przyznam szczerze, że ta wojenka już dawno wyszła mi bokiem. Sama nazwa crossa stała się bardzo nietrafiona. Słowo "World" powinno zostać zastąpione "New York" bo, nie licząc końcowej fali uderzeniowej, wojna nie wyszła poza granice nawet nie stanu, a samego miasta Nowego Jorku. Sentry bawiący się w boga to dobra rzecz, ale cały finał historii jest słaby. Za to Romita wspiął się na wyżyny, pokłady energii wyzwalanej przez Boba wręcz wypływają z kart komiksu. Genialne. Samo zakończenie? Myślę, że Pak pisząc Planet Hulk miał już pomysł na narodziny Skaara, właśnie z ziemii Sakaaru, pamiętacie bujną roślinność powstająca z krwi Hulka? Co z tego wyjdzie, zobaczymy, oby było lepsze niż Zielona Wojna. 7/10 

S_O: John Romita Junior jest jak papieros. Jedni lubią zapalić, drudzy są uzależnieni i nie moą wytrzymać dnia bez "dymka". Inni są zagorzałymi przeciwnikami tytoniu i robią cuda, żeby nikt w ich obecności nie palił, a jeszcze inni nie mają zdania, ale też chcą zakazu palenia w miejsacach publicznych, żeby zyskać popularność. Mi osobiście nie przeszkadza, gdy ktoś obok pali (o ile nie jesteśmy w niewietrzonym pomieszczeniu 3x3 m, albo nie dostaję dymem prosto w twarz), ale sam się nie skuszę.
Dlaczego o tym piszę? Bo chcę w ten sposób powiedzieć, że nie należę ani do grupy czczącej JRJR, ani do tej, której członkowie z góry kwalifikują wszystkie jego prace jako bazgroły, więc mogę się neutralnie wypowiedzieć o tym, co widzę. A widzę zniżkę formy. O ile na początku jest jeszcze dobrze, to od przybycia Sentry'ego wszystko poszło w krzaki. Większość numeru to żółto-złote kadry okraszone skromnymi konturami postaci i budynków. Epilog, może oprócz trzęsącego się złości Hulka i zmiażdżonego Mieka, to znowu typowo romitowa kreska, jak na początku.
A sama fabuła? Od początku można się było domyśleć, że całość skończy się albo śmiercią Hulka, albo chociaż amnezją czy długotrwałym zbannerowieniem. Nie zaskoczył też nikogo udział Mieka w całej sprawie, który nie tyle wysadził statek Sałaty, co pozwolił na jego wysadzenie. Największym zaskoczeniem było "wybicie" Bannera i przedziurawienie Jonesa (który trafił na nosze, znaczy jeszcze żyje). No i narodziny Skaara... to może być ciekawe. 

Jaro: Dużo miejsca poświęcone walce Hulka z Sentrym jest oczywiście zrozumiałe, chociaż przy Mieku i statku Pak poszedł na łatwiznę, tak samo jak przy ostatecznym obezwładnieniu Hulka przez Starka, całość jednak uratowało zakończenie, które jest naprawdę smutne, a kadry z Bannerem leżącym z otwartymi oczami na dnie krateru robią niesamowite wrażenie. Co do syna Hulka - pomysł jest dobry, oby realizacja też taka była.
Ocena: 7/10; soundtrack: Sigur Ros - Sorglega. 

Krzycer: Po porażce na całej linii, jaką były rysunki JRJR w poprzednim numerze, tutaj jest jakby troszkę lepiej... gdzieniegdzie. Większość komiksu nadal szkaradna. A fabularnie? Aż mi to przypomniało Planet Hulk - wszystko pięknie i podniośle, żeby za chwilę przywalić wszystkim. I to mocno. Pakowi świetnie wyszła paralela Sakaarson/World Breaker narzucona na Hulka i Sentry'ego (kolejność przypadkowa). Morał też całkiem całkiem. No a potem cios, o którym wspomniałem przed chwilą. Czy zaskakujący? Niespecjalnie. Ale końcówka... no, wstrząsająca. I tyle.
Przechodząc do szczegółów - po raz kolejny w tym miesiącu muszę zapytać "że co?" w odniesieniu do technopatii Starka. Tydzień temu atomówka cudem jakimś wyciągnięta z elektrowni, teraz... sam nie wiem. Czy mam rozumieć, że Hot Bird, z którego odbieram telewizję, też jest wyposażony w działo laserowe? Ale... mniejsza z tym.
Planeta urodziła syna. To dopiero Sakaarson! Ale chyba nie pogodzę się z tym, że ów synek urodził się od razu dorosły, coby za 3 miesiące mógł już dostać swoją serię. Aj waj.
Chyba czas na podsumowanie. Ten numer sam w sobie jest dobry, miejscami nawet bardzo dobry. A cały cross? Tutaj już trochę gorzej... Wyszedł z tego niezły epilog do Planet Hulk, ale Pak nazywa WWH "drugą częścią Hulkowej trylogii" - a w porównaniu z PH WWH się nie ma jak bronić - ot, wielka rozróba i wyjaśnienie zamieszania. Mało. Postaci też jakby na dalszym planie. Korg, Hiroim i (zwłaszcza) Miek jeszcze jakieś role dostali, ale taka Elloe na przykład za różowe tło tylko służyła...
Ogólnie było nieźle, choć za bardzo to rozwlekli i za dużo tie-inów (jak zwykle) wpletli. Mogło być dużo lepiej.

CrissCross: Szkaradne rysunki przeplatane dość przyzwoitą fabułą. Nieco podniosłe, ale to chyba dobrze. Nie czytuję Hulka regularnie, więc tak do końca to się nie orientuję, o co w tej końcówce chodziło, to znaczy co mu Stark (aka McGayver) zrobił, ale może być. Na koniec muszę się oczywiście przyczepić. Stark chciał z Civil War żeby bohaterowie byli bardziej odpowiedzialni i nie niszczyli miasta i nie narażali ludzi swoimi działaniami. W takim wypadku Sentry powinien dostać dożywocie w więzieniu dla herosów ;) Wiem, że zaraz ktoś mi powie, że to Hulk i z nim inaczej nie można i w ogóle, ALE... prawo jest prawem ;) Dlatego cała ta rejestracja od początku dla mnie była nierealna. 

Hotaru: Krótko, bo nie ma o czym pisać. Kompletny, totalny zawód, zarówno na linii fabularnej, gdzie zabrakło pomysłu, jak i na kresce Romity Jr, który osiągnął apogeum swych możliwości - bardziej brzydko trudno będzie już mu cokolwiek narysować. O mało się nie wyrzygałem na widok panelu z Sentrym popychającym Hulka przez ścianę - ma ciało zartretyzowanego stulatka! Pozostaje nadzieja, że jako papier toaletowy numer ten nie zawiedzie żadnych oczekiwań.

Mad Marty: O fabule już chyba wszystko zostało powiedziane. W kwestii rysunków - ja lubię JRJR. Naprawdę. Ale w tym numerze przesadził. przypominają mi się czasy, kiedy rysował X-Men w bardzo złym stylu. No i te kadry, które nic nie wnoszą oprócz tego, że Sentry bije w twarz Hulka, albo odwrotnie. Mi zakończenie względnie się podobało, bo po raz kolejny okazało się, że wszystkiego można było uniknąć.

Gamart: Walka Sentry'ego z Hulkiem skradła numer. Bob prawie jak szaleniec, jedna z najbrutalniejszych walk od wielu lat w Marvelu, Rick przebity przez Mieka i w końcu Skaar! Mi się crossover bardzo podobał i teraz jeszcze bardziej ciekawy jestem, co się bedzie działo z Zielonym. I Romita Jr nadal fajny. Do scen akcji pasuje świetnie, tak jak do pobitych twarzy.

 

X-Factor vol. 3 #25

S_O: Dude! Layla Miller + Hello Kitty! To jest coś!
Nasza młoda Millerówna jak zwykle kradnie numer, nie tylko tekstami, których tu mało, ale przed wszystkim - niespodziewaną decyzją związaną z podróżami międzywymiarowymi. Poszalał także Cyclops, pokazując Młodym miejsce w szeregu. Bardzo dobra była też akcja z wprowadzeniem Rictora do Purifiers.
Za to nie zaskoczyło pojawienie się Amelii Voght, zważywszy, że jest to chyba pierwsza postać, która pojawiła się w trakcie ES i MC, a która jest wspomniana w 198 Files.
Koniec końców, jeśli kompleksy, to tylko z PADem!

Gil: W wyniku zakompleksienia, X-Factor na chwilę stracił swój unikalny charakter, ale i tak jest dobrze. Nieźle udało się wkręcanie Rictora do Purifires. Wizyta u Forge'a i jej konsekwencje są trochę niepokojące, ale Layla na pewno znajdzie sposób, żeby wrócić. No i jeszcze Scott musi rozstawić po kontach małolatów, a Logan wskakuje pod karetki, zamiast łapać stopa - to z tych zabawnych akcentów. Jest w porządku, chociaż cross nadal jest na etapie rozkręcania. Aha, jeszcze rysunki - też są w porządku, jako element zmieniający klimat, ale w tej serii wolałem poprzednich rysowników.

Foxdie: Dzięki Messiah Complex, mam okazję w końcu sięgnąć po komiks tej wychwalanej wszem i wobec serii. Chapter 3 to wciąż rozpędzanie niesamowitej (a przynajmniej na taką się zapowiada) machiny. Cyclops bardziej wyrazisty niż kiedykolwiek, Layla zniknęła, a jeden z duplikatów chyba już zaliczył zgona. Na koniec jeszcze rzut oka na potężny arsenał Purifiers, który jest podobno wierzchołkiem góry lodowej. Naprawdę świetny komiks. Na dodatek niezła, dobrze komponująca się w klimat scenariusza kreska Eatona. Polecam. 8/10

Jaro: PADowi kompleksy niestraszne, i dobrze, że napisał tę część po swojemu. O Jamiem w śpiączce wiedzieliśmy ze spoilerów, Layli w machinie Forge'a domyślić się można było po okładce, ale mimo to napięcie podczas czytania jest. Zgrabnie przeprowadzono też podłożenie Rictora Purifiers, a sceny z Amelią udowodniły, że David świetnie radzi sobie nie tylko z X-Factor, lecz także i z X-Men. I last but not least - Cyclops po raz kolejny pokazuje, kto jest tym obiecanym w zapowiedziach przywódcą.
Ocena: 8/10; soundtrack: Machine Head - Death Church.

CrissCross: Powoli, ale jednak MC się rozkręca. Podoba mi się, że Cyclops ma "cohones" już nie tylko w Astonishing (choć do wersja Whedona jeszcze trochę brakuje) ;) Juniorzy nieco się denerwują, a to zapewne będzie prowadziło do jakiejś akcji na własną rękę. Layla już standardowo wymiata i ciekawe, co jej chodziło po głowie, że wskoczyła do maszyny. Miejmy tylko nadzieję, że jakoś wróci w swoim normalnym stanie, bo strata takiej postaci byłaby tragedią dla tytułu. Kreska również dobra. Nie ma się właściwie do czego poważniej przyczepić. Czekamy na ciąg dalszy.

Hotaru: Peter David mnie nie zawiódł. To pierwszy rozdział Messiah CompleX, który oceniam lepiej, niż średnio. Zgoda, że mało w tym X-Factor, ale cross-over rządzi się swoimi sprawami. Przyznaję, że plan Forge'a jest całkiem sensowny... przy założeniu, że duplikaty Madroxa wrócą do tego samego oryginału, z którego powstały, a nie np. do oryginału w rzeczywistości, w której akurat się znajdują. Niepokoi mnie los Layli, ale zdaję sobie sprawę, ze to trochę irracjonalny strach. Kto jak to, ale ona "wie pewne rzeczy" i na pewno miała dobry motyw by zrobić, co zrobiła. Mam tylko nadzieję, że znajdzie sposób na drogę powrotną, bo bardzo polubiłem tę postać. Rysunki Scota Eatona prezentują się całkiem przyzwoicie, podoba mi się jego kreska. Stoi klasę wyżej od Tana i nie zagubił się we własnym stylu, jak ostatnio Silvestri. Numer tygodnia.

 

X-Men: Die by the Sword #3
Demogorgon: Standard. Chała i tyle. Ciężko tu mówić o sensownej fabule, wlecze się niemiłosiernie, nie dzieje się nic ciekawego, a Morph z wesołka zmienia się w tępego osiłka. Członkowie Captian Britain Corps mają pewną cechę - jeden wygląda bardziej idiotycznie od drugiego, a członkowie Excalibura opracowują "genialny" plan, czyli "Uwolnimy zbira, który dopiero co o mało nas nie pozabijał, a on na pewno z ochotą zajmie się Merlinem". Śmiechu warte. Spotkanie Exiles i Corps to był materiał na genialny komiks, ale Chris wszystko zepsuł. 1/10 

S_O: Nie, nie, Boże, nie! Czemu ja to przeczytałem? Czy mam jakieś ukryte sadomasochistyczne skłonności? Patetyczne teksty Corpsu i Saturnyne mdlą, usiłujący być zabawnym Jaspers mdli, wszechmocni staruszkowie mdlą, pomysł wykorzystania Albiona nie mdli, ale to jedyne, co mozna o nim powiedzieć dobrego, sprowadzenie doktorów z innego świata żywcem zerżnięte ze starszych numerów Exiles... Wiecie co? Mógłbym posłać Claremontowi w prezencie TPB z Civil War. Może jak zobaczy, że można napisać siedem numerów jakiejś serii bez jednego wtrącenia narracyjnego, to padnie na zawał. Czego sobie i wam życzę. Ale że nie chce mi się wydawać tych 25 dolców, to będziemy musieli się z nim męczyć jeszcze jakiś czas.


 



Okładki tygodnia

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się: 

 

Hity tygodnia: 

 

Marvel Comics Presents #3

Autor: Mike Deodato Jr.
Gil: Wydawnictwo raczej kiepskie, ale okładka tym razem wyjątkowo smakowita. Zazwyczaj, kiedy na okładce pojawiał się Magneto, artysta obowiązkowo dokładał mu szał w oczach, wyszczerzone zęby, albo władczo zaciśnięte usta, teatralne gesty i masy emanującej na wszystkie strony energii. Tutaj, Deodato odciął się od tego wszystkiego. Jego Magneto wygląda mrocznie i stoi w pozycji, która mówi "tylko spróbuj, cwaniaku", a spojrzenie w stronę czytelnika spod hełmu dodaje: "tak, do ciebie mówię". Jest groźny, jest twardy i trochę tajemniczy, ale nie ma w tym ani odrobiny przesady, czy patosu.

 

 

 

X-Factor vol. 3 #25
Autor: David Finch
Spence: Dobra, dwa tygodnie temu David Finch dostał trochę ode mnie po łbie, ale tym razem jest dobrze, wręcz bardzo dobrze. Świetnie rozplanowana okładka, elegancko pokolorowana. Dynamicznie ułożone postacie, ale też zwróćcie uwagę na żółty dym i światło na końcu tunelu. Dodajmy do tego oniryczno-fantastyczne skojarzenia, jakie nasuwa tunel i mamy okładkę, która "wciąga" (łapiecie?) czytelnika do przeczytania numeru.

 

 

 

 

 

World War Hulk #5 (Finch Variant)
Autor: David Finch
Foxdie:
W tym tygodniu brak faworyta, ale Finch przekonał mnie, że zasługuje na wyróżnienie. Treść jest zgodna ze środkiem komiksu, czyli jedno wielkie smashowanie! Na dodatek te dopieszczone, pełne szczegółów wykonanie. Co tu dużo pisać, autor tego dzieła nie bez powodu znalazł się w finałowym pojedynku naszej Art Areny, a tą okładką wyraźnie pokazuje, że ten ostatni, decydujący głos powinien zostać oddany na niego, a nie Jae. Pełna dynamizmu, emocji i olbrzymiej energii, oto i okładka wieńcząca kolejny mega-crossover Marvela.

 

 

 

 

Gniot tygodnia

Thor vol. 3 #4
Autor:
Olivier Coipel
Ducz: W komiksach bywa tak, że okładka jest lustrem wnętrza, tzn. jeśli widzę świetną okładkę, sięgam po tytuł. Wydawcy starają się, aby najlepsze tytuły miały najlepsze okładki. Marvel w przypadku Thora postanowił się wyłamać. Thor to jedna z najciekawszych obecnie serii, sprzedaje się znakomicie, więc dlaczego zamknięto go w takie opakowanie?
Na pierwszym planie mamy głównego bohatera, nordyckiego boga, tutaj przypominającego posturą jakiegoś trolla, z ziemkaniakiem na twarzy. Trudno mi domyślić się, co oznacza ta poza, możliwe, że to jakaś wariacja na "krok przyczajonego kangura". Tło wypada nieco lepiej, 3 postacie mają przykuwać uwagę, ale do mnie jakoś nie dotarły, reszta czerwona - wygląda prawie fajnie. Żeby nie było tak pesymistycznie, dodam, że alternatywna okładka już jest dobra.

 

 


 

Spider-Man & Venom: Maximum Carnage 

Foxdie: Zanim nastała era PSX i PS2, pierwszych konsol na które ukazały się dobre, można powiedzieć nawet bardzo dobre gry traktujące o tematyce bohaterów Marvela, w 1994 roku pojawiła się "perełka" w postaci Maximum Carnage. Gra wypłynęła na fali fascynacji tytułowym corssoverem i zagościła na dogorywającym w tamtym czasie, 16-to bitowym sprzęcie: Super Nintendo, Sega Mega Drive i Genesis. Podobno pojawiła się też PieCowa wersja, ale osobiście do takowej nie dotarłem.

Fabuła, jak sam tytuł wskazuje, oparta jest na wydarzeniach mających miejsce w Maximum Carnage. Pomiędzy levelami możemy podziwiać kadry żywcem wyjęte z kart komiksu, czasami okraszone jakąś animacją. Jak na tamte czasy wyglądało to całkiem przyjemnie, a i pomysł dość świeży i według mnie trafiony.

Nie ma co się rozwodzić nad grafiką, bo co to za grafika na 16-bitowym sprzęcie w porównaniu do obecnych super-hiper-wystrzelonychwkosmos-next-genowych konsol. Rozgrywka przebiega w sposób typowy dla wszelkich tego rodzaju chodzonych bijatyk, czyli cały czas przesuwamy się w prawą stronę ekranu. Czasem trzeba się cofnąć albo wspiąć po ścianie. Spider ma do dyspozycji "wachlarz" aż 4 (!) ciosów plus możliwość swingowania na pajęczynie. Gra jest przeznaczona tylko i wyłącznie dla jednego gracza, więc zapomnijcie o trybie "two players" (wtedy nieznano jeszcze pojęcia multiplayer). Przez cały czas kontrolujemy Spider-Mana, z drobnym wyjątkiem dla niektórych poziomów, gdzie przyjdzie nam poginać Venomem. Nie zabrakło również "gościnnych występów" bohaterów biorących udział w konflikcie. Poprzez odnajdywanie ukrytych przedmiotów na poszczególnych levelach, możemy przywoływać jednego z dziewięciu dodatkowych bohaterów (brakuje tylko Nightwatcha z ekipy przedstawionej w komiksie), a każdy z nich udzieli nam pomocy w inny, zależny od posiadanych mocy, sposób.

Przyznam się bez bicia, iż nie zdołałem przejść całej gry (sic!), dlatego nie mogę wydać pełnoprawnej oceny, zamiast tego daję możliwość ocenić ją Wam, drodzy czytelnicy. W załączonym linku znajdziecie spakowany plik z emulatorem Segi i grą Maximum Carnage.


Krótka instrukcja obsługi dla opornych. Rozpakowujecie rara, po czym odpalacie plik "Gens32 Surreal.exe". Po załadowaniu programu, wybieracie w górnym lewym rogu "Dir A", po czym w otwartym okienku zaznaczacie "Spider-Man & Venom: Maximum Carnage " i to właściwie tyle. Pozostaje Wam jeszcze kwestia konfiguracji klawiszy, aby tego dokonać, na pasku programu wybieracie "System" i dalej zakładki "Option" i "Joypads". Teraz możecie w pełni cieszyć się zabytkiem komiksowych gier video, jakim zapewne jest "Spider-Man & Venom: Maximum Carnage". W razie gdyby było Wam mało, dodam, że powstał sequel o nazwie "Spider-Man & Venom: Separation Anxiety" w którym znajdziecie nawet samą Toxic, ale o tym innym razem.

 


 
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2007.11.14
 


Redaktor prowadzący: Lex                                                                                          Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.