Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu Generation X

Przypadkiem natrafiłem w gazecie na tytuł filmu: "Pokolenie Mutantów". Pierwsza reakcja - uśmiech politowania. Spojrzałem jednak na opis i uśmiech mój zmienił się w bardziej entuzjastyczny. "Toż to nie żadne Pokolenie Mutantów, a Generation X!" - wykrzyczałem w myślach. I już byłem prawie w siódmym niebie, kiedy dostrzegłem godzinę emisji... "Pierwsza dwadzieścia? To chyba żart..."
Niestety, żartem to nie było i chcąc nie chcąc, a raczej - zdecydowanie chcąc - spędziłem piątkowo-sobotnią noc (już 14. grudnia), przysypiając nad powtórką "Baru", zanim TV Polsat z właściwą sobie punktualnością (tylko 40 minut opóźnienia) wreszcie sią zlitowała i doczekałem się.

"GENERATION X" - RECENZJA

Pierwsze wrażenie było pozytywne: "Pokolenie Mutantów" zastąpiono "Pokoleniem X". Zaczęło się też nieźle: jakiś chłopak za szczypcami zamiast rąk miota się związany na stole operacyjnym, dramatyzm rośnie i... poznajemy jego oprawcę. "A co to, Czynnik Psi?" Pomyślałem nagle na widok znajomej buźki pana, który we wspomnianym serialu grał swego czasu szefa - Matta Praigera (wybaczcie, ale nie będę wymieniał nazwisk). Tym razem, jako doktor Russel, próbował rozpłatać chłopakowi czaszkę aby wydobyć z niej "czynnik X". Oczywiście przy okazji wyjaśnił dokładnie widzom, że ów czynnik jest tym, co powoduje mutację u nastolatków, a znajduje się on w szyszynce (jeśli nie uważałeś na lekcji biologii, to takie małe cuś w samym środku mózgu). Doktorek wzorowo odgrywa swoją rolę szalonego naukowca robiąc dziwne miny, chichocząc i wymachując piłą na wszystkie strony. Aż tu nagle wpada brygada MEA (?) z Emmą Frost (O_O ...hmm) na czele. Emma każe uwolnić chłopaka a potem... ostrzega Russela, że następnym razem nie ujdzie mu to na sucho. Ciekawe, kiedy będzie ten następny raz...?
Oczywiście nie będę opisywał całego filmu, bo może jeszcze kiedyś będzie w TV o bardziej ludzkiej porze, więc nie chciałbym psuć Wam przyjemności oglądania, która, owszem, występuje, ale śmiem stwierdzić, że tylko u komiksowych maniaków. Lepiej napiszę parę słów o stronie wizualnej i technicznej, no i o postaciach, naturalnie.

Zacznę od tego ostatniego. W Generation X nie mogło przecież zabraknąć nastoletnich mutantów, którzy mają problemy z dorastaniem, ze swoimi mocami i z niechęcią społeczeństwa. Jeśli jednak ktoś spodziewałby się kompletnej ekipy z komiksu, niestety rozczaruje się. W instytucie Xaviera, gdzie umieszczono siedzibę Generacji X rezyduje tylko, czy może "aż" osiem osób. Trochę to dziwnie wygląda, bo na schematach budynek jest olbrzymi i ma cały podziemny kompleks, jak dla X-Men, a mieszka tam tylko szóstka dzieciaków i dwoje wychowawców. A filmowi mutanci prezentują się następująco:

Emma Frost
Jest zdecydowanie ozdobą filmu i chyba najlepiej dopasowaną postacią. W prawdzie mogłaby być nieco młodsza, ale skoro ma być doświadczoną wychowawczynią, niech już tak będzie. Pani, która ją zagrała dysponuje bardzo ciekawym "chłodnym spojrzeniem", które zazwyczaj towarzyszy jej telepatii. W jednym z dialogów wspomina o swoich poprzednich studentach, którzy zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach (chyba, że czytało się komiks).

Banshee
Rozczarują się ci, którzy spodziewali się zadziornego, rudego Irlandczyka z fajnymi baczkami. Filmowy Sean to podżelowany chłoptaś z bródką i kolczykiem w uchu, który jest podobny do typowego Irlandczyka jak Adolf do czystego aryjczyka. Do tego nosi dziwne wdzianka, ni to koszulki, ni to kamizelki, w odblaskowych barwach i w dziwne wzorki (sorki, ale facet w lamparcie to dla mnie lekkie przegięcie). Zachowuje się jak dobry wujek i robi taką śmieszną "dobrą" minę, która ma podkreślać, jak rózni się od Emmy. Kiedy używa swojego krzyku, dziwnie macha rękami, ale nie lata przy tym.

Jubilee
Została jedną z głównych bohaterek, po tym jak Doktorek chciał zapoznać się bliżej z jej mózgiem. Poza barwnymi ciuszkami i fryzurą niczym nie przypomina znanej z komiksu Jubilation, a już na pewno nie tego rozwrzeszczanego bachora, jakiego pokazał nam Jim Lee. Po pierwsze: nie jest azjatką, z profila i karnacji przypomina raczej Greczynkę. Po drugie: nie zachowuje się jak na Jubes przystało. Przeważnie milczy, czasem coś szepnie, oszczędna w ruchach...

Skin
Właściwie to on jest tu główną postacią, a przynajmniej jego jest najwięcej. I znowu rozczarują się fani komiksowego Skina. Ten filmowy nie jest ani siny, ani nieproporcjonalny, ani nawet wychudzony. Ot, taki typowy latin boy z loczkami, w szerokich spodniach i szarej kurtce. Owszem, rozciąga się, ale nie tylko jego skóra. Udało mu się nawet wydłużyć rękę do tego stopnia, że wydostał się z bezdennej otchłani. Poza tym zachowuje się trochę jak lebioda, którego największym problemem jest nieśmiałość wobec płci przeciwnej, która dotyczy wszystkich kobiet oprócz tych z grupy.

Monet
Próbowano zrobić z niej M jaką znamy i kochamy, ale skutek jest raczej mierny. Jak na chodzącą doskonałość wygląda i zachowuje się raczej jakby nie wiedziała, co ze sobą zrobić. No, bo jaka doskonałość zakłada skórzaną kurtkę do sportowych ciuchów w kolorze różowym? I jaka doskonałość chodzi po lunaparku i wykorzystuje swoje zdolności żeby zgarniać nagrody? Poza tym, ta dziewczyna w ogóle mi nie pasuje do roli Monet.

Mondo
Z wyglądu dobrany doskonale, ale to całe podobieństwo, bo zmieniono jego moce i charakter. Zamiast milczącego pacyfisty mamy cwaniaczka, który tylko szuka zaczepki. Zamiast faceta, który absorbuje materię organiczną mamy faceta, który przez dotyk przejmuje właściwości substancji, której dotyka. W sumie chłopak dobrze odegrał swoją rolę, więc nie będę się go czepiał.

Kolejne dwie postacie zostały chyba wymyślone na potrzeby filmu, bo nigdy wcześniej o nich nie słszałem. Niestety lektor wymawiał ich imiona jakby przeżuwał kluski, więc mam co do nich wątpliwości, ale wydaje mi się, że są to:

Arleen
Dziewczyna obdarzona super siłą, która ma problemy z mięśniami, objawiające się tym, że czasami wygląda jak kulturystka. Bardzo się tego wstydzi i cały czas ukrywa się pod szerokimi swetrami. Ogólnie jest bardzo nieśmiała i niewiele jej widać, a szkoda, bo to ciekawa postać.

Kirk lub Kurt (oto największy problem)
Przypomina mi Cyclopsa, bo ciągle chodzi w okularach i zachowuje się jak złamas. Jego moc to emisja z oczu promieni termicznych oraz widzenie przez przedmioty (najczęściej ubrania). Jest kumplem Mondo i cwaniaczkiem jak on, ale po cichu smali cholewki do Cathleen.

To tyle, jeśli chodzi o bohaterów, a co ze złym facetem? Ależ proszę, oto on:

Dr Russel jakiśtam (Podziękujmy lektorowi za jedzenie podczas sesji)
Przypomina mi połączenie Riddlera w wersji Jima Carreya z Doktorem Chichotem. Praiger starał się, jak mógł i niewątpliwie udało mu się wprowadzić trochę życia w tę postać, ale nie zmienia to faktu, że pan "zły facet" był po prostu płytki. Wszystkie jego motywy sprowadzają się do tego, że chce wyrywać mutantom szyszynki i przeszczepić sobie ich "czynnik X". A tak na boku kombinuje sobie, jak by tu zawładnąć światem dzięki maszynie kontrolującej sny. Nic wybitnego, prawda? I powiem szczerze, że gdyby zagrał tą rolę ktoś inny, byłaby zupełnie żałosna.

Wiele cech tego filmu sprawia, że wygląda on jak pilot serialu [bo to jest pilot serialu... serialu, który jednak nigdy nie powstał - dop. viqa]. Twórcy wprowadzili wiele wątków, których nie zamknęli, a nawet dobrze nie napoczęli. Wciąż niewiele wiadomo o postaciach. A do tego strona techniczna tej produkcji również nasuwa skojarzenia z serialami typu Hercules czy Xena. Mam tu na myśli sposób prowadzenia kamery tak, aby oszczędzić jak najwięcej taśmy, oszczędność w dekoracjach i skąpe efekty specjalne. Kiedy mutanci używają swoich mocy, często wygląda to dziwacznie. Na przykład telepatia Emmy sprowadza się do tego, że pojawia się wiatr, a ludzie mrużą oczy. Fajerwerki Jubilee to zimne ognie latające dookoła. Żadne efekty nie towarzyszą manifestacji mocy Monet, Mondo i Cathleen. Jedynie fala dźwiękowa Seana wygląda przyzwoicie. Wspaniały podziemny kompleks Instytutu Xaviera, jaki mieliśmy okazję podziwiać w "X-Men", tutaj wygląda raczej jak opuszczone kanały. Co prawda z zewnątrz budynek prezentuje się nieco lepiej, ale zupełnie nie pasuje do reszty otoczenia.
O finałowym pojedynku nie będę nawet pisał. Nie dlatego, żeby nie psuć Wam niespodzianki (prawdę mówiac średnia to przyjemność) ale dlatego, że napisany został całkowicie jak w serialu: musiał nastąpić, więc był. A był łatwy do przewidzenia i poprowadzony, jakby ekipie się spieszyło. Zaś efekty, jakie mu towarzyszyły przypominały film Poltergeist z roku bodajże 1980.

Prawda, wylałem trochę błota na ten film, ale mimo wszystko polecam go. Warto zobaczyć chociażby po to, aby przekonać się na własne oczy, jak to-to wygląda. Dla prawdziwych miłośników mutantów będzie to świetna rozrywka. Rozrywka i nic więcej, bo inaczej tego "dzieła" traktować nie można, a jeśli komuś zależy na głebi treści, odsyłam do lektury. Jeśli widzieliście emitowany kiedyś przez TVN "JLA", możecie mieć uczucie "deżawi", chociaż jeśli miałbym porównywać te dwie produkcje, mutanci byliby zdecydowanie górą.
To tyle.
ENJOY!



Gil Galad

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.